moje beznadziejne życie...
mam 25 lat, powinnam już myśleć o zakładaniu rodziny, o której zawsze marzyłam... jednak chyba nie jest mi to pisane. moje dotychczasowe związki szybko się rozpadały. Zostałam zdradzona wielokrotnie, zamieniano mnie na "nowszy model". Za każdym razem raczono mnie słowami, że jestem wyjątkową dziewczyną, zasługuję na wszystko, co najlepsze, ale... Pan X mnie już nie kocha. takich sytuacji w ciągu ostatnich pięciu lat było 5.
w czerwcu zeszłego roku poznałam miłość mojego życia. Pomyślałam, że w końcu los wynagrodzi mi te wszystkie upokorzenia, zdrady, morze wylanych łez. Było cudownie, później drobne spięcia, ale tego się przecież w żadnym związku nie da uniknąć.
poświęcałam dla ukochanego cały swój wolny czas, podporządkowałam swoje plany pod jego przyjazdy. akurat kończył studia w mieście, w którym mieszkał. ze względu na m.in. swoją chorobę miał indywidualny tok studiów, więc nie mógł mieszkać w moim mieście. dzieliło nas 160 km, widywaliśmy się średni co miesiąc, przed sesją częściej. gdy zbliżał się termin jego obrony, bałam się, że mnie zostawi, bo już nie będę mu do niczego potrzebna. na tym tle pojawiały się sprzeczki. wynikało to z braku mojej pewności. poza tym bałam się, że wróci do swojej byłej dziewczyny, którą jego rodzice bardzo lubili. po roku związku ja jeszcze nie byłam u niego w domu, nie znałam jego rodziców. za każdym razem powtarzał mi, że czeka na odpowiednia okazję, że po obronie mnie przedstawi swoim rodzicom. czekałam.
zaakceptowałam w nim wszystko: chorobę, która uniemożliwia mu pewne rzeczy (padaczka), nałogi (z palenia marihuany wyszedł, z piciem walczy i nie pije), problemy z prawem (wyrok w zawieszeniu do 2013 r.)... było to dla mnie nieistotne. ważne, że mnie kochał. myślałam, że to ten jeden jedyny, na którego czekałam całe życie. Moja rodzina go uwielbia, zwłaszcza mój brat.
2 dni przed swoją obroną dostał propozycję wyjazdu do pracy do Grecji na 3 miesiące. ta wiadomość była dla mnie ciosem, miałam przed sobą perspektywę 3 miesięcy prawie bez kontaktu. coś w środku mówiło mi, że to zły pomysł. być może moje wcześniejsze doświadczenia, m.in. z moim byłym, który pojechał na miesiąc do pracy do Holandii, aby zarobić na samochód, a wrócił z nową dziewczyną.... Ale mój chłopak utwierdzał mnie w przekonaniu, że jestem jedyna, że mnie kocha, że jedzie tam do pracy, że te 3 miesiące szybko miną. nie mogłam zabronić mu jechać DO PRACY!!!
przez pierwsze dni było wszystko ok, potem mieliśmy małe spięcie- pomylił nr i wysłał smsa do mnie zamiast do swojej byłej. było kilka cichych dni, ale nie przeczuwałam, że coś się stanie. nagle dostaję od niego wiadomość, że nie wie, czy mnie kocha... dałam mu 3 możliwości do wyboru: 1. jesteśmy razem 2. zrywa ze mną, podając powód 3. robimy sobie przerwę w związku do końca lipca, żeby sobie wszystko przemyśleć. nic nie odpisał, więc zadecydowałam za niego- przerwa. doszłam do wniosku, że skoro się waha, to nie chce zakończyć związku.
dzisiaj rano dostałam maila, w którym pisał, że... zakochał się w innej, na miejscu... A dzisiaj mija dopiero 11. dzień jego pobytu w Grecji... poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. napisałam do niego, że daję mu czas do końca miesiąca, niech sobie wszystko przemyśli, bo nie wie, jak ta druga będzie zachowywać się na co dzień...
powiedzcie mi, czy jest możliwe zakochać się po 11 dniach? jak można przekreślać 13-miesięczny związek dla wakacyjnej miłości, która nie przetrwa próby czasu? (on ma kontrakt do końca września, później już nie ma sezonu, ona jest Rosjanką, mieszka w Petersburgu...)
jestem bezradna... i czuję się beznadziejnie ![]()