Witam, mam pewien problem z libido, chociaż akurat niskie jest mi na rękę, ale trochę nie wiem co myśleć teraz.
Jestem facetem 33 lata. 3 lata po ślubie. Od młodości seks był dla mnie istotną częścią życia. Zawsze miałem wysokie libido.
W zasadzie od 15 roku życia do ślubu w wieku lat 30 nigdy nie miałem większych przerw w stosunkach seksualnych. W sensie mam na myśli jakieś wielomiesięczne przerwy. Przy przerwach typu 2 tygodnie itp "ratowałem" się masturbacją.
I przyszedł ślub. W okresie narzeczeństwa bardzo dużo seksu, wcześniej w okresie zwykłej znajomości równie, na okrągło.
No i poślubie historia jakich wiele....myślałem, że mnie to akurat nie będzie dotyczyć, bo nigdy nie miałem problemów natury seksualnej, ale stało się. Po ślubie życie seksualne się zakończyło. Nie, że od razu. Jeszcze kilka miesięcy było, ale coraz rzadziej, coraz mniej wolno robić. Doszło do tego, że z regularnie uprawianego seksu przed ślubem z "udzwnieniami" poza seksem klasycznym częsty seks oralny, analny i różnego rodzaju fetysze. To po ślubie po kolei były odcianane różne czynności, aż po 5 miesiącach małżeństwa jedyną opcją była pozycja od przodu przy zgaszonym świetle. Następnie doszło popędzanie mnie. Poczułem się na tyle poniżony, że już sobie darowałem seks z nią. I tak żyliśmy pół roku bez seksu. Ledwo wytrzymałem, myślałem, że się poprawi, ale nie. Po tym pół roku powiedziałem jej, że tak nie dam rady. Poszła do lekarza, przez rok miała rózne leki, również w ciągu tego roku była u psychologów.
Nic. Zero to pomogło. I tak mineły 2 lata małżeństwa. 1,5 roku bez seksu. Ale fakt, że poszła do lekarza, badania, psycholog i inne to na plus dla niej.
Wtedy stwierdziłem, że wytrzymam jeszcze 1 rok i się rozwodzę bo przecież nie da tak rady. A przez ten rok skupię się na pracy, aby zarobić na "nowy start".
No i minął ten rok pracy właśnie teraz. Czyli łącznie 3 lata małżeństwa z czego 2,5 roku bez ani jednego stosunku.
U mnie wszystko było zaplanowane już. Kasa odłożona na nowy start, dużo pracowałem itp Więc usiadłem do przemyśleń końcowych.
Zorientowałem się, że ja w zasadzie przez ten cały ostatni rok, kiedy przygotowywałem się do rozwodu straciłem libido. Praktycznie całkowicie lub o 95%.
- absolutny brak wzwodów porannych
- brak masturbacji z 6-7 miesięcy (nie pamiętam dokładnie)
- żona jest młoda i bardzo atrakcyjna, śpi zazwyczaj nago i zawsze zasypiamy przytuleni na łyżeczkę, zawsze mnie to kręciło, miałem wzwód i jakoś "chowałem" członka wtedy aby się nie nakręcać, bo wiadomo, że nic nie będzie. Obejmowałem ją ale nigdy za pośladek (aby również się nie podniecać) Jednak teraz ostatnie pół roku sprawa wygląda tak: Idę np do sypialni spać o 23. Widzę ona leży/śpi. Tyłek goły wystawiony. No to kładę się spać, przytulam się i.... zero wzwodu, zero podniecenia. Ręka na pupe (wcześniej bym nie wytrzymał, nosiło by mnie) teraz nic, mogę trzymać i się nie podniecam.
Oczywiście podoba mi się żona nadal, i jej zgrabne ciało nie jest neutralne dla mnie, uważam je za piękne, ale jakby już nie seksualnie, nie mogę wyjaśnić tego, nie umiem.
I teraz do problemu.
Miał być rozwód, a teraz sam nie wiem. Z żoną jesteśmy super kumplami i fajnie bardzo nam się żyje razem.
Zastanawiam się, czy ten wieloletni okres abstynencji seksualnej mnie nie "wykastrował" całkowicie. Dla pewności zrobiłem badania, wszystko ok.
Nie wiem czy organizm nie przeszedł w stan hibernacji seksualnej. Czy coś takiego istnieje.
Ostatnio nawet pomyśałem, kurde mam 33 lata, od 15 do 30 roku życia miałem sporo super fajny dziewczyn, relacji, wszystko się kiedyś kończy i jestem jakby wewnętrznie wdzięczny losowi za te lata, że jakoś powodzenie mi dopisywało. Ale teraz się to skończyło i jestem w innym etapie życia.
TERAZ KONKRETNIE, NAJWAŻNIESZE PYTANIE:
Czy ktoś z was przeżył coś takiego, że długi okres abstynecji seksualnej wyłączył libido?
Czy może ktoś wie, czy jest to jakaś naturalna obrona organizmu aby latami się nie frustrować? Pomyślałem, że może u duchownych coś takiego zachodzi z biegiem lat.
Nie ukrywam, że bardzo odpowiada mi obecny stan, bo nie mając libido, nie czuje frustracji i odpadają problemy z rozstaniem itp
Tyle, że jakby to trwało miesiąc byłbym pewny, że libido wróci. Ale to trwa już prawie rok.
Początki abstynecji to była ogromna frustracja, która malała, aż przerodziła się w pełny spokój psychiczny jaki mam dziś.
Nie rozumiem tego co zrobił mój organizm.
Jeszcze dodam, że nie jest to wątek o problemie w małżeństwie. Jest tu wiele takich tematów z tego co przeglądałem i nie ma sensu o tym dyskutować raczej. Bardziej interesuje mnie biologiczne i psychiczne podłoże tego mechanizmu wyłączenia libido samoistnie. I czy ktoś tak miał. Czy to jakieś bzdury czy faktyczne procesy w organiźmie,