Witajcie,
Piszę do Was, ponieważ nie wiem, czy w sumie tak już jest, czy ja nie mam granic. Mam tylko kilku dobrych znajomych, od lat dla mnie ważniejsza jest jakość, a nie ilość.
Nie pochodzę z jakiejś bogatej rodziny, ale zawsze rodzice starali się mnie i siostrę wychować na ludzi. Sami mieli wyższe wykształcenie i dla nich też to było ważne. Jednak moj rodzinny dom to mieszkanie w bloku, a nie tak jak innych koleżanek w domu z ogrodem. Miałam taki stereotyp w życiu, że jeśli ktoś mieszkał w bloku z płyty, to na pewno jest z biedniejszej klasy społecznej, a w domu z ogrodem na pewno ludzie z wyższym wykształceniem i lepszą pracą. Jednak u nas rodzice wydawali pieniądze na podróże i na nasze wykształcenie i swoje dokształcenia, a nie na mieszkanie czy nowe auta. Uważam obecnie, ze dobrze robili.
Jakieś 10 lat temu zakolegowałam się z pewną dziewczyną ode mnie starszą o 5 lat. Poznałyśmy się w pracy i do tej pory jesteśmy przyjaciółkami. Ona zawsze wydawała mi się super kreatywna, pomysłowa, artystyczna i ciekawa świata. Jednak po latach zauważyłam, że ma bardzo złe stosunki ze swoją rodziną, jest w kontrze i zawsze wszystko sprowadza do pieniędzy. Ona też nie pochodziła z bogatej rodziny. Jej rodzice nie mieli wykształcenia i ona się tego bardzo wstydziła. Wszystkich „z bloków” wsadzała do jednego wora — że to patologia, ludzie bez wykształcenia, że w Polsce tylko ludzie gorsi mieszkają w blokach, bo nie mają finansowej poduszki na wyprowadzkę — to jej słowa. Do wszystkiego doszła sama, swoją pracą, swoim sprytem, pracowitością, za co się chwali. Ale czasem mam wrażenie, że ona mi zazdrości mojej dobrej relacji z rodzicami i tego, że, mimo wszystko, wychowawszy się w bloku, nie jestem 'patologią', a sama obecnie uczę w jednej szkole wyższej.
W czasie pandemii ja i siostra odziedziczyłyśmy mieszkania po dalszej rodzinie. Jakiś czas później naturalnie stało się, że jej o tym powiedziałam. Nic się nie zmieniło, jednak ona coraz bardziej z roku na rok mówiła o kwestiach materialnych, finansowych, jakby chciała się ode mnie podowiadywać. Sama mieszka w Warszawie od wielu lat. Ma bardzo dobry deal z właścicielem mieszkania, Od 7 lat wynajmuje po cenie sprzed 2019 roku. Płaci grosze, a ciagle narzeka. Nie ma prawa jazdy, ani auta- wszędzie jest wożona przez kierowców z pracy. Wszystko ciuła. Pracuje w artystycznych projektach, które nie są stałe, ale zarabia na nich o wiele więcej niż ja w stałej pracy. Może więc sobie pozwolić, np. na 2–3-miesięczne wakacje na 2. końcu świata. Wraca do Polski i ciągle narzeka na finansowe kwestie. Mowi, ze za mało zarabia. Wiem, że zainwestowała wiele lat temu w kryptowaluty. Ma tam naprawdę pokaźną sumę np. na wklad własny. Nie chce tego ruszac. Zarabia wiecej ode mnie i ciagle narzeka. W styczniu wybrałyśmy się na miesiąc na wakacje za granicę. Wszystko przeliczała, porównywała do swoich podróży do Azji – gdzie Wietnam jest podobno najtańszym państwem. Nasza wycieczka była można powiedzieć, takim porównywaniem finansowym i standardów życia z innymi krajami, gdzie ona była wcześniej. Spędziłyśmy prawie 30 dni na męczącym narzekaniu i porównywaniu wszystkiego. Ja miałam dość.
Gdziekolwiek jej coś powiem, że mam nowe zlecenie, jej pierwsza reakcja jest: a ile będziesz zarabiać? - a nie np. czy praca, zadania i towarzystwo jest dla mnie ok. Kiedyś jeszcze z 2–3 lata temu byłam bardzo otwarta i wylewna. Również rozmawiałyśmy bez 'granic' o wydatkach, ale od ponad roku gryzę się w język i nie mówię jej o tym, ile ja wydaję. Ona potrafi np. w umyśle przeliczyć tyle, ile ja wydaję miesięcznie. Nie wiem po co jest jej ta wiedza. Wszystko sprowadza się do finansów i obliczania. W żartach mówi, że ona ma taki mózg, który szybko musi analizować i dodawać, odejmować różne liczby. Zachowuje się, jakby nie wiem był jakimś tajniakiem, który musiałby szpiegować swoich znajomych. Nie wiem po co w sumie potrzebna jest jej az ta wielka wiedza kto ile zarabia i ile wydaje. Ciagle narzeka na Polske , jak jest jej zle. Gdybym była w jej sytuacji, wzięłabym kredyt na mieszkanie i z zainwestowanej kasy wpłaciłabym na wkład własny. Ale ona nie chce się zadomawiać, tylko woli narzekać i np. co pół roku wyjeżdżać na 1–2 miesiące w odległe kraje, gdzie kontempluje.
Ostatnio powiedziała mi, że w dzieciństwie jej rodzice mieli dom z basenem, o który nie dbali, i obecnie mieszka tam jej ojciec (po rozwodzie z matką), który notabene ma jakiś wielki skład kamienia pod miastem. Dom podobno jest w ruinie. W momencie, kiedy to usłyszałam, zdziwiłam się, bo cała nasza znajomość opowiadała o sobie jako o dziewczynie z biednych bloków. Zastanawiam się, czy ona nie wyciąga informacji od innych, a swoje trzyma głęboko. Tylko nie wiem, po co? Po co ludziom takie informacje? Do jakiejs analizy? Jakiś haków na innych ludzi? Od momentu, kiedy przestałam jej odpowiadać na kwestie finansowe, umiem się wymigać dyplomatycznie.
OStatnio mamy w rodzinie problem, chorym dziadkiem. Dziadek ma mieszkanie, ale prawdopodobnie przeprowadzi się do rodziców. Mówiłam jej o tym. Pierwsze, co powiedziała, to że na pewno jak on umrze będę właścicielką tego mieszkania i mam szczęście. Mówięjej, że nie życzę sobie, aby tak mówiła, bo wolałabym, żeby dziadek żył jak najdłużej, a ona mówi, że wie, że się domyśla, ale takie jest życie i prędzej czy później przyjdzie najgorsze. Ale zostanę z mieszkaniem (pewnie podzielonym na rodziców i siostrę). Niby prawda, ale podana w bardzo surowej nieemocjonalnej formie. MNie to trochę zastanawia. Czy ona zazdrości?
Czy uważącie, że może jestem dla niej za łagodna?
Obecnie u mnie w rodzinie jest wiele sytuacji, o których z premedytacją jej nie powiedziałam i to przed nią ukrywam, bo wiem, że byłaby jeszcze bardziej dociekliwa. CHodzi o sytuacje finansowe i np mieszkaniowo-dziedziczeniowe. Mogę o tym porozmawiać np z innymi znajomymi- dlaszymi, którzy mają podobne stosunki z rodziną co ja- ale inaczej reagują na takie sytuacje. Sa bardziej dyplomatyczni i mili, bo np ich dziadkowie czy rodzicie mieli wlasne mieszkania i logiczne jest to, ze po pewnym czasie to przechodzi na następne pokolenia albo się spienięża. Z nią — moją przyjaciółką — mogę porozmawiać o wszystkim, ale nie o mojej rodzinie , o takich kwestiach, bo zaraz jest wypytywanie — a skąd twój dziadek miał na to mieszkanie, a dlaczego druga babcia teraz mieszka w jednym z ciocią, a wcześniej miała ze swoim mężem inne mieszkanie? Sprzedaliście je czy macie? Ile kosztowało?
Uważacie, ze takie pytania sa na miejscu w przyjaźni czy to, że ja mam opory aby na nie odpowiadać jest normalne? Pytam, bo ludzie mają różne bariery i postawione granice. Ja jestem dość otwarta i dyplomatyczna, ale nie lubię jak ktoś mi tak drąży.