Mnie też naszło już nie raz to pytanie. I zgodzę się z november, że nie ma jednej uniwersalnej definicji. Każdy ma inną i dlatego żadna nie jest słuszna, ani mylna. Możemy, rzecz jasna, przyjąć pewne oczywiste oczywistości za pewniki - takie jak wzajemny szacunek, zaufanie, wsparcie na przykład - ale będą to tylko nieostre wskaźniki, który każdy we własnym zakresie sobie precyzyjnie ukształtuje.
A czy dla mnie jest autentyczna miłośc? Fundamentem jest dla mnie zgodność i akceptacja. Rozumiem przez to, że w najważnieszych, najbardziej istotnych sprawach panuje między partnerami zgodność, a w pozostałych, jeśli jest jakaś rozbieżność - jest akceptacja. To jest fundament. Czy raczej to są dla mnie czynniki, które muszą zaistnieć aby mogła pojawić się zdrowa miłość, i które przez cały okres związku muszą pozostać obecne. Za dużo moim zdaniem związków - bądź miłości - 'na siłę' - aby tylko z kimś być, aby tylko nie być samotnym... Niezależnie od tego, czy rzeczywiście nam ze sobą "dobrze", czy oboje jesteśmy w tym związku zasadniczo szczęsliwi... Być z nim, a jednocześnie myśleć ile rzeczy w nim chiałabym zmienić, ile mi nie pasuje, ile doprowadza mnie do szewskiej pasji i ile frustruje. Czasem dziewczyny piszą tu o poważnych problemach w związkach, które zdradzają rozbieżność WSZYSTKIEGO - marzeń, planów, oczekiwań, charakterów, podejścia do życia - w szerszym i węższym kontekście, i proszą o radę dodając "My się naprawdę kochamy". Zupełnie jakby miłość była ślepym, nieuzasadnionym uczuciem, które zmusza nas do bycia z konkretną osobą niezależnie od wszystkiego. I natychmiast w głowie staje mi pytanie - co jest podstawą tej miłości? Dla mnie jest to dom bez fundamentów... Czasem piszą też bo chcą zmienić coś w partnerze - to tak jakby mówiły: Akceptuję jego zalety, to i tamto mi się podoba, ale to mi nie pasuje, tego nie akceptuję i to chcę zmienić. Na litość boską, jakby to był co najmniej samochód i chodziło o zmianę koloru tapicerki.
Nigdy żadnego faceta - czy kogokolwiek - nie próbowałam zmieniać wedle własnych potrzeb i upodobań, w ogóle mi się to w głowie nie mieści i w moim rozumieniu tego zagadnienia, przeczy samemu pojęciu miłości. Ludzi bierze się takimi, jakimi są, albo nie bierze się wcale. (Chcę podkreślić, że chodzi mi tu o ludzką naturę i charakter, a nie o to, czy ktoś zostawia włosy na mydle i pustą butelkę po mleku w lodówce. Kompromis jest dla mnie również niodłącznym elementem każdego związku, ale taki, który nie wymaga rezygnacji z samego siebie). Jeśli była jakaś poważna rozbieżność - taka, której nie dało się rozwiązać za pomocą kompromisu - nasze drogi się rozchodziły. Nie pasowaliśmy do siebie. Koniec kropka. (Nie mam tu na myśli drobnych nieporozumień, sprzeczek, różnic zdania na temat nic lub mało znaczących pierdól) Nie wyobrażam sobie również, żeby ktoś zmieniał mnie. Jeśli chcesz Forda, kupujesz Forda. Nie bierzesz Citroena i nie przerabiasz go na Forda. To bez sensu. Mam jasny obraz tego, co mogę zaakceptować i pokochać. I nie raz - w bólach i cierpieniu - to sprawdziłam. Mam też jasny obraz tego ile mogę (czy też ile jest zdrowo) poświęcić w imię miłości.
To zresztą jest bardzo szerokie zagadnienie. Pewnie zależy też od tego, jak widzimy samych siebie - czy jestem wolną, niezależną, pełnowartościową samą w sobie jednostką i partner jest dla mnie rzeczywiście tylko (i aż) partnerem, czy szukam uzupełnienia i realizacji poprzez kogoś innego...
Za zgodnością i akceptacją, idzie szacunek. Bez wdawania się w szczegóły - dla mnie miłość bez szacunku nie istnieje. Amen. Jeśli ktoś przejawia brak owego szacunku, nie ma w nim miłości. Poza tym dla mnie szacunek sam w sobie mieści wiele pojęć - na przykład szczerość, zaufanie, wsparcie... Osobiście nie jestem w stanie okłamać osoby, która szanuję, ani też nadużyć jej zaufania.
A potem są już szczegóły...
A kiedy jest już prawdziwa, zdrowa miłość, to jej istotą jest dla mnie bezinteresowne dawanie...