Jak dla mnie naturalność to minimum kosmetyków. Jeśli kobieta konturuje twarz używając różnych kosmetyków, to nawet najbardziej umiejętna ingerencja nie jest już naturalnością. Tzn. nie twierdzę, że to źle, bo przecież umiejętnie wykonany makijaż nie szpeci, a może nawet podkreślić atuty. Jednak naturalnością już bym tego nie nazwała. Co do włosów, to jeśli farba tylko "wydobywa" naturalny kolor, zmieniając go o 1-2 tony, to rzeczywiście może wyglądać naturalnie (choć to też zależy). Wszystko zależy od tego, jak bardzo ścisłą definicję naturalności przyjmiemy. Ja mam ją bardzo restrykcyjną. Dla mnie "lekkim makijażem" jest jakiś podkład/puder, błyszczyk (ewentualnie szminka nude) i tusz do rzęs. A dla innej kobiety będzie nim zestaw: tusz, eyeliner, podkład, puder, bronzer, rozświetlacz i róż. No bo skoro nie użyła tony cieni do oczu i mocnych kolorów, to jest au naturel.
Co do przesadnego chwalenia, to co kto lubi. Ja raczej słyszę peany na temat "zadbanych", umalowanych kobiet. Na temat naturalności słyszę tylko od mężczyzn, którzy chcą "skromnej, spokojnej, naturalnej" kobiety, cokolwiek to znaczy. Tak naprawdę, to dana kobieta musi dobrze czuć się we własnej skórze. Jeśli ona czuje się świetnie nawet w tzw. tapecie, to i na nią można rozciągnąć definicję naturalności, bo przecież nie zakłada maski i nikogo nie udaje, a jedynie wydobywa to, co w jakiś sposób ją podkreśla.