Witam Was, pisze tu bo wiadomo, ze ocenicie obiektywniej niz znajomi ...
a wiec kilka miesiecy temu poznalam chlopaka. Wprowadzil sie do naszego wiezowca 4 miesiace temu, jest moim sasiadem. Widzialam juz wczesniej ze przyglada mi sie, obraca za mna gdzie bym nie byla.
Ktoregos razu wrocilam taksowka do domu ,a ze bylam podpita to nie moglam znalezc-gdzies zgubilam klucz do glownych drzwi a sasiadka byla w pracy wiec usiadlam na lawce i zadzwonilam po kolezanke zeby mnie przenocowala, jednak zanim przyjechala, zjawil sie on, zaprowadzil mnie na gore bo jak mowil - nie mogl mnie tak zostawic, martwil sie bo widzial w jakim stanie jestem - to mi troche zaimponowalo bo przeciez NIGDY nawet sie nie przywitalismy... wpuscilam go do mieszkania, poprosil o moj nr, przygotowal mi wode kolo lozka i jedzenie, potem upewnil sie ze zamkne drzwi od srodka i bede bezpieczna i poszedl.
Nastepnego dnia zadzwonil i od tamtej pory juz codziennie. Pytal jak sie czuje, byl troskliwy i opiekunczy, chcial ze mna spedzac duzo czasu. Byl gentlemenski, zawsze przepuszczanie w drzwiach, noszenie zakupow, jakies drobne prezenty i kultura osobista na maksa. Jak byl u mnie a akurat cos musialam zrobic to sam mnie wyreczal czy to w sprzataniu czy w gotowaniu, szanowal.
Zaczal sobie zartowac, ze jest moim mezem itp. Byl seks, byl strasznie namietny, nawet nie tyle mu chodzilo o sam seks , moglam nie miec ochoty ale on chcial mnie wyprzytulac wycalowac i to mu wystarczylo.
W koncu troche zaczelam sie irytowac jakos , niby nie mialam konkretnego powodu... nie wiem, cos mi nie spasowalo raz, drugi, zaczelam sie denerwowac ze tak czesto chce sie ze mna spotykac. Naprawde lubilam i lubie go I NIE PAMIETAM kiedy tak sie dogadywalam z kims i dobrze czulam w czyims towarzystwie, chyba tylko z moim exem z ktorym zerwalismy 2 lata temu.
Zaczelam sie zastanawiac troche nad ta znajomoscia , powiedzialam mu, ze nic z tego, a on odwrocil kota ogonem, ze jest ok,ze on nie szuka nic na sile itp, a juz na drugi dzien mnie wypytywal dlaczego tak mowilam,jaki jest powod itp az w koncu powiedzialam prawde i zdystansowal sie do mnie. przestal szukac kontaktu jak to wczesniej non stop, a jak juz sie widzielismy to nie byl skory do przytulania czy czegos wiecej, ale mimo tego i ze powiedzialam mu kilka niemilych slow to on nigdy sie tym nie zrewanzowal a i wciaz gdy cos sie dzialo, np przyszla do mnie paczka czy byly jakies sprawy, spotkal kogos czy ogolnie dzialo sie cos , to zawsze dzwonil mimo tej klotni i udawal ze nic sie nie stalo...Raz czy dwa wypomnial mi,ze to czy tamto powiedzialam, ale nie zeby z pretensjami
ale o co chodzi
Po pierwsze przyznal sie ze ma corke - a nawet 2 z 2 roznymi kobietami
Oprocz tego mial jakies kobiety, ktore rzekomo zostawial - bo albo go zdradzaly, albo 'zle traktowaly mloda' itp... jakos nie chce mi sie wierzyc w takie nieszczescia jedno za drugim, musialabym to zweryfikowac...
po drugie - poznalam mlodsza corke i lubimy sie , wrecz rozpieszczam ja, ale nie wyobrazam sobie, jakby to mialo wygladac nie tak z doskoku jak teraz-nie chce miec wlasnych dzieci, a co dopiero cudze, wiadomo ze jakbym z nim byla to mieszkalibysmy razem z nim i z ta mlodsza (ma dopiero 8lat! wiec jeszcze daleko do tego zeby sie wyprowadzila) ogolnie mysle nad konsekwencjami..ja mam 28 lat, jeszcze plany i marzenia zanim zechce rodziny i dzieci.
Chce miec luz, partnera bez bagazu-jak ja. Budowac razem, od poczatku za kilka lat. (On ma zas 38l. czyli 10 lat roznicy)
Bez bawienia sie w macoche juz teraz, bo to dla mnie mowiac wprost- strata energii, emocji, czasu i potencjalnych pieniedzy
Po latach i tak moglabym uslyszec ze nie jestem matka wiec moge spieprzac... On tez moglby byc po stronie mlodej i czulabym sie jak 5 kolo u wozu.
Narazie to mnie troche zastanawia tez jego zachowanie , bo potrafi zostawic mloda w mieszkaniu na dlugie godziny i siedziec u mnie czy gdzies ze mna isc, i to juz wyszlo kilka razy , bo sam o mlodej nie wspomina, dopiero jak zapytam. I kilka razy sie zastanawialam, skoro przyszedl do mnie np o 12, jest juz 17- ja sie pytam co z mloda, gdzie jest a on jak gdyby nigdy nic ; a no zobacze, ok zaraz wroce... dzwoni po minucie, ze glodna jest i czy przyjde bo musi jej zrobic cos do jedzenia-najczesciej na szybko jakiegos burgera czy pizze wstawia do mikrofalowki na 3 minuty i tyle. Zostawal na noc-mowie idz sprawdz czy wszystko ok,w koncu zostawiles ja sama w mieszkaniu a dziecko nawet telefonu nie ma. A on do mnie ,ze wszystko ok i nie trzeba. Kilka razy zwracalam mu uwage, sasiedzi tez i teraz jak sie spotykamy to od czasu do czasu mowi : ide zobaczyc co z mala, wroce za 3 minuty, bo wiesz, zaraz beda gadac i mnie gdzies zglosza ,ze nie pilnuje dziecka.
Dla mnie to takie jakby na odczepnego,nie sadzicie?Nie ze szczera troska, ale wlasnie co kto powie bo sam to tak srednio... juz chyba mna sie bardziej interesuje
No i co mnie najbardziej zdziwilo...
Zauwazylam ze on ale tez mloda zaczeli zyc jak ja - zaczynaja lubic te same rzeczy itp i wszystko ok, ale gdyby nie to, ze np on wie jaki jest moj typ chlopaka i dziwnym trafem stal sie dokladnie taki... zaczyna sie wypowiadac jak ja, interesowac tym samym co ja, rozne gesty itp, jakby mnie kopiowal a i mloda tez podobnie sie zachowuje...nie wiem czy oni na sile zabiegaja o akceptacje czy co, dla mnie takie zachowanie jest normalne w przedszkolu kiedy dziecko sie kims zafascynuje - przyjacielem czy idolem z tv, a jest male i szuka swojej tozsamosci to jest ok.Ale u doroslych ?
To co mnie doslownie powalilo na kolana - jakis czas temu on powiedzial do mnie, ze chcialby zeby jego corka skonczyla taka sama szkole jak ja i poszla w tym samym kierunku co ja i byla taka jak ja... I CO NAJLEPSZE - powiedzial mi,podkresla czesto,ze mam swietna figure, ladny biust, pupe .. i ostatnio z takim tekstem: ze on sie martwi ze jego corka bedzie plaska tak jak teraz, a chcialby zeby wygladala jak ja... a ja do niego mowie : ale przeciez ona ma 8 lat, jak moze miec ksztalty w tym wieku? Daj jej kilka lat , sam zobaczysz ale na pewno bedzie zgrabna i wysoka bo juz to widac, ladna z niej dziewczynka.A on westchnal i powiedzial ' no oby..'
Tak dziwnie, ze swoja corke chcialby do mnie upodobnic ? ja mam nadzieje ze on jej nie sugeruje nic, nie chcialabym zeby dziecko czulo sie nieakceptowane przez swojego ojca, no bo mogla mnie polubic ale sama z siebie mnie nasladuje, chce robic, jesc, ubierac sie jak ja? Uzywa slow ktore podlapie ode mnie a nawet nie rozumie...
Gdyby nie to ze naprawde sie z nim dogaduje ( a moze to przez to nasladowanie jest sztucznie wywolane i mi sie wydaje ze mamy fajne porozumienie) to juz bym sie nie zastanawiala.. ale nie wiem co zrobic, czy ciagnac to, czy zerwac...co myslicie?