Chodzi o narzeczoną mojego brata i mam z nią pewien problem. Kobieta jest nauczycielką w szkole i przez to nie umiem się przełamać, żeby mówić do niej normalnie, tak po imieniu. Ciągle mam w głowie tę szkolną zasadę „do nauczyciela tylko proszę pani” i jakoś głupio mi inaczej.
Dodam, że jestem dorosła, mam prawie 30 lat, normalnie pracuję i żyję na własny rachunek, więc to nie tak, że mam 15 lat i jakieś szkolne kompleksy. A mimo to, przy niej czuję się czasami jak uczennica przed tablicą.
W praktyce wygląda to coraz bardziej absurdalnie:
-jak chcę jej coś podać przy stole, to zamiast powiedzieć prosto „podasz mi?” to wychodzi ze mnie dziwne „może ktoś poda?”.
-kiedy chcę o coś zapytać, to specjalnie patrzę na wszystkich naraz, żeby przypadkiem nie zabrzmiało, że mówię konkretnie do niej.
-zdarzyło mi się nawet, że chciałam zwrócić jej uwagę, że coś zostawiła, ale ostatecznie poszłam i sama to zabrałam, żeby nie musieć mówić na głos.
-bywało, że zostałam z nią sam na sam w jednym pomieszczeniu, choćby tylko na minutę, i kompletnie nie wiedziałam, co mówić ani jak się zachować.
-raz poszłam po coś do brata do domu, a ona otworzyła drzwi… i od pierwszej sekundy miałam pustkę w głowie, zero pomysłu co powiedzieć, jak się zachować.
Żeby było jasne: ona nie jest jakąś złą, wyniosłą zołzą, tylko raczej normalną dziewczyną. Ale mimo wszystko ja mam przed nią dziwną blokadę, jakbym miała przed sobą surową nauczycielkę, a nie przyszłą bratową.
I teraz pytanie do Was, dziewczyny:
Czy to normalne, że mam taką blokadę? Czy któraś z Was też miała podobnie z nauczycielką w rodzinie? Jak się przełamać, żeby nie zachowywać się jak uczennica na klasówce? Czy to minie samo z czasem, czy trzeba się jakoś świadomie przeprogramować?