Każdy tam ma jakieś relacje z rodziną, ja nie mam żadnych. Moja matka jest toksyczna, tak naprawdę wszystko jest okej jak jest tak, jak ona by chciała. Jak robię coś nie po jej myśli, według własnych przekonań to się obraża, czasami wścieka, krzyczy. Gdy byłam nastolatką to we wszystko się wtrącała, porównywała mnie z innymi i przy tym dołowała. Dzięki temu w wieku nastoletnim wyhodowałam sobie depresję, stany lękowe i wielką nieśmiałość. Lata mi zajęło, żeby funkcjonować normalnie. Mój brat ma ponad 30 lat, mamusia to chyba jego najlepsza przyjaciółka, bo o wszystkim z nią gada. Z nim nie mam ŻADNYCH bliskich kontaktów, nawet za bardzo z nim nie gadam, a mieszka za ścianą. Jest osobą, której autentycznie nie lubię i nie chcę z nim rozmawiać. Zachowuje się jak dzieciak, robi głupie miny, oskarża cały świat o swoje niepowodzenia, ciągle tylko kogoś krytykuje i obgaduje. Mamusia mu tylko przyklaskuje i głaszcze po głowie, a jak ja mu coś zarzucę, to ona staje w jego obronie i na mnie wrzeszczy. Mój brat nie ma żadnej dziewczyny od 10 lat. W sumie to spotyka się z jedną dziewczyną na takiej zasadzie, że widzą się chyba raz w tygodniu na dwie godziny i to jest wszystko. Mam wrażenie, że mój brat zatrzymał się na poziomie obrażonego na cały świat 13latka. W sumie to go nie mogę chyba o to winić, bo to przez atmosferę w moim domu, która polegała tylko na krzyku i wyzwiskach między moimi rodzicami.
Do mojego taty nic nie mam, go jako jedynego z mojej najbliższej rodziny szanuję, kocham i czasami żałuję, że nie spędzam z nim więcej czasu. On jest dobry, pomocny, zaradny i bardzo pracowity, a moja matka traktuje go czasami jak śmiecia, bo wyżywa się na nim i mu dogaduje, a wszystkie jej niepowodzenia w życiu i to czego nie ma jest w jej mniemaniu winą mojego ojca. Mój brat zachowuje się w stosunku do niego podobnie, co jest dla mnie obrzydliwe. Chyba nie muszę wspominać, że moja matka i mój brat nie utrzymują żadnych kontaktów z dalszą rodziną? Żadnych. Potrafią tylko ich krytykować, myśląc, że sami są święci. Znajomych również nie mają. To jest takie zamknięte koło wzajemnej adoracji. Wszyscy są be tylko nie oni. Jak można się domyśleć, że ja też mam problemy ze znajomościami, bo zresztą nic dziwnego, skoro dorastałam w takim domu. Ale ja przynajmniej zdaje sobie sprawę ze swojego problemu, mimo wszystko jakichś tam znajomych mam i mam z kim wyjść oprócz chłopaka. Lubię ludzi i lubię się nimi otaczać, nienawidzę siedzieć w domu i gapić się w ekran. Mam swoje poglądy, które są TOTALNIE różne od tych, które ma moja rodzina. Czasami się zastanawiam co ja tu robię. Wierzycie, że mój brat zamknął kuzynowi drzwi przed nosem (12 latkowi), który przyszedł w halloween po cukierka? Czy to ja mam jakieś wysokie oczekiwania do rodziny, czy faktycznie z nimi to tylko dobrze na zdjęciu? Samochodu też pożyczyć nie mogę do swoich celów (raz na ruski rok potrzebuję, jak np muszę jechać do miasta i być w kilku miejscach na raz w małym odstępie czasu), bo z jakiej racji, natomiast mam każdego wozić do sklepu po jakieś gówno do ogrodu czy domu. Moja rodzina nie potrafi się dzielić, wychodzą z założenia, że jak czegoś nie masz to sobie kup. Znajomych jak raz zaprosiłam, to mój brat ich praktycznie wyrzucił, bo byli za głośno (była sobota). Moim nowym sąsiadom też zwrócili uwagę, że byli za głośno, a z pozostałymi nie utrzymują większych kontaktów. Czuję, że nikt nas tu nie lubi, a to nawet nie moja wina.
Raz jak odwiozłam samochodem brata mojego chłopaka, to taką litanię mi wyrzucił, tak mnie zbeształ, że przepłakałam całą noc. Prawdę mówiąc nie umiem znaleźć żadnych pozytywów, zalet. Nie potrafię się przemóc, żeby mieć z nimi normalne relacje, bo w moim mniemaniu moja rodzina to typowe polaczki - w tym negatywnym znaczeniu.
Nie wiem czego oczekuję od was, ale musiałam się wygadać. Chciałabym, żeby ktoś napisał jak on widzi takie sytuacje, czy problem tkwi w mojej rodzinie, czy to ja mam jakiś spaczony sposób odbierania tego i wszędzie są takie niesnaski?