Witam.
Moja historia będzie skomplikowana. Na dziś na pewno. Pewnie się w końcu wyprostuje ale póki co, jest ciężko.
Od początku.
Jest żona. Są dzieci. Jestem ja
Poznałem ją lata temu kiedy przyszła do nas do firmy. Po jakimś czasie, zaczęła opowiadać o swoich problemach w związku. Byłem szczery choć może brutalnie szczery. Wstrząsnęło ją. Wychodziła z tego ok 2 lat. W tym czasie jakoś zaczęliśmy się zbliżać. Pierwsze łóżko. Przerwa. Nadal jako koledzy. Potem się potoczyło niczym lawina.... Dwa lata temu padło pierwsze: kocham Cię. Odwzajemnione. W domu rodzina i ona. Ta ona urastała do ONA. I wtedy zaczęły się cyrki. Przyznam, że oboje mamy ciężkie charaktery. Oboje w życiu przeszliśmy. Ona chyba lepiej sobie poradziła. Umiała się otworzyć, rozmawiać. Potrzebowała przytulenia, słów, wspólnych wieczorów. Ja od zawsze otoczony murem. Tylko dzieci się liczyły. Żona coraz mniej. Nie powiem na nią nic złego, po prostu nie trafiła na osobę, która umie ją kochać. Słabe ale prawdziwe. Czasem się zdarza. Za to dla dzieciaków, mogę wszystko. I chyba to mnie pogrążyło ale o tym później.
Po miesiącach zbliżyliśmy się na tyle, że zaczęliśmy myśleć o wspólnej przyszłości. Takiej naprawdę wspólnej. Bardzo tego chcieliśmy. Wprowadziłem się i....po jednym dniu uciekłem. Głupie żale o pierdoły. Chyba nie byliśmy gotowi. Po jakimś czasie znów się wprowadziłem. To był cudny pierwszy tydzień i kawałek drugiego. Potem zacząłem myśleć o dzieciach. Nie są to już maluchy ale....no tak mam. Ostatni spacer był długi. napomknąłem, że tęsknie za nimi i boję się, że się głupio zachowuję. Potem w mieszkaniu słyszałem, że jej już tak nie tulę, że nie całuję, że jest inaczej. Jedynym moim usprawiedliwieniem jest to, że potrzebuję czasu na adaptację w nowym środowisku. I nie, nie chodzi o nią a o pomieszczenie. O mieszkanie. Nie czułem go jeszcze, nie uważałem za swoje, nie miałem swojego kąta....Gotowałem dla niej i lubiłem patrzeć jak jej smakuje, witałem gdy przychodziła ale nie dawałem chyba tego, czego chciała. W nocy się pokłóciliśmy i...następnego dnia uciekłem.
Jak tchórz. Do dzieciaków. Od dawna planowałem psychoterapię aby pozbyć się swoich starych lęków. Tego braku zdecydowania i okazania miłości. Kocham ją ponad życie. Jak nigdy nikogo a jestem już po 40 kilka lat. Zasypiam z nią i wstaje. Pierwsze spotkanie z psychoterapeutą za mną. Zacznę stabilizować siebie i patrzeć inaczej na otoczenie. Mam taką nadzieję przynajmniej. W domu nijak. Ja myślami gdzieś indziej.
ONA zła, zawiedziona....niby umiem ją "czytać". Robi podobnie jak ja gdy jest zła. Na "cześć" spuszcza głowę aby nie patrzeć na mnie, zaciska usta i półsłówkiem odpowiada. Powinienem zapytać kobiet, czy ona kocha....ale wczęsniej mówiliśmy sobie, że nad życie, że już nie chcemy zmieniać siebie na nikogo innego. Ale czy kobieta może być z kimś takim? Czy terapia pomoże? Obiecałem sobie, że będę tyrał jak wół aby się "naprawić". Pokochać siebie aby dać to samo jej.
To trudne bo w tym wszystkim każdy dostał po dupie. Ktoś powie, gnojek nieodpowiedzialny. Rodzina najważniejsza. Ale czy na wszystko mamy wpływ?
Głupie...jak ją odzyskać brzmi jak pytanie o instrukcję złożenia szafki pod umywalką ale wciąż je sobie zadaje....i pracuję nad sobą. Wiem, że czas jest potrzebny. Cierpliwość. Praca. Nie wiem czy nie wolałbym aby napisała, żębym spie...ł i poblokowała mnie wszędzie. Wtedy znałbym "wroga". Wiedział jak "walczyć".
2 2025-08-13 16:36:56 Ostatnio edytowany przez wieka (2025-08-13 16:38:43)
Daj spokój z tą walką, o miłość się nie walczy, walcz ze sobą bo wydaje się, że reprezentujesz osobowość unikającą i tu potrzebna jest terapia.
Jej też nie idealizuj.
Jakimś zbiegiem okoliczności, jest tu bliźniaczy wątek…
3 2025-08-13 16:43:33 Ostatnio edytowany przez x-man (2025-08-13 16:43:52)
Daj spokój z tą walką, o miłość się nie walczy, walcz ze sobą bo wydaje się, że reprezentujesz osobowość unikającą i tu potrzebna jest terapia.
Jej też nie idealizuj.Jakimś zbiegiem okoliczności, jest tu bliźniaczy wątek…
Może jest. Nie wiem. Na terapię poszedłem. Napisałem o tym. Dobrze chyba zdiagnozowałaś. Tylko ja to tchórzostwem nazywam.
Idealizowanie...może masz rację. Czas....
wieka napisał/a:Daj spokój z tą walką, o miłość się nie walczy, walcz ze sobą bo wydaje się, że reprezentujesz osobowość unikającą i tu potrzebna jest terapia.
Jej też nie idealizuj.Jakimś zbiegiem okoliczności, jest tu bliźniaczy wątek…
Może jest. Nie wiem. Na terapię poszedłem. Napisałem o tym. Dobrze chyba zdiagnozowałaś. Tylko ja to tchórzostwem nazywam.
Idealizowanie...może masz rację. Czas....
Uwaga nie czytalem watku wiec moge pierdzielić. Ale jeśli osobowosc unikowa traktujesz jako tchórzostwo to wielki błąd. Dostałeś po prostu w spadku w wychowaniu chwasty nad którymi musisz popracować. Świadomość to dużo możesz coś z tym robić. Na to nie ma mocnych kazdy w Twojej sytuacji miałby tak samo. Pracuj nad tym i tyle. To nie słabość czy tchórzostwo- to zbedny bagaz do zrzucenia. Co gorsza możesz nigdy nie zrzucić bo takie to pechowe życie ale świadomość tego co sie dzieje daje Ci pole manewru