Historia jest trochę dziwna, nietypowa.
Proszę też osoby które uważają że nie da się zakochać przez internet o nieczytanie tematu, bo to będzie dla Was strata czasu i wzajemnie się nie zrozumiemy. ![]()
6 lat temu przypadkowo poznałam w necie faceta.
Znajomość mega ewoluowała.
Zaznaczę że wcześniej miałam dużo znajomości, związków, przyjaźni. W końcu obecnie zbliżam się do 40-tki (gdy go poznałam miałam 30). Ale pierwszy raz ktoś odpowiadał mi w 100%. Jego wygląd oszałamiał, nie było w nim nawet cm2 który chciałabym zmienić, choć jak pokazałam zdjęcie koleżance to powiedziała że nic specjalnego. Jezu, a ja wręcz mdlałam widząc jego zdjęcia albo gdy włączał kamerkę.
Bardzo wyśrubowane zainteresowania - te same. Dodatkowo pełne zaangażowanie w rozmowę, w znajomość. Bywało że wisieliśmy na telefonie (pisząc, gadając głosowo lub przez kamerkę) po 12 godzin dziennie. Robiąc jeść, pracując, jedząc, nawet oglądaliśmy wspólnie filmy. Wiem na pewno że był mi oddany, wiem że nie miał w tym czasie innych znajomości.
I teraz główna kwestia. Otóż gdy go poznałam, byłam w trakcie przyjmowania leków i ważyłam ponad 90 kg. Nie miał o tym pojęcia. Gdy rozmawialiśmy na video, ustawiałam kamerkę tylko na twarz, a twarz mam szczupłą, nie można byłoby się domyślić że poniżej jestem gruba.
Wciąż rozmawialiśmy o spotkaniu, a ja je wciąż przesuwałam. Po prostu cały czas myślałam że schudnę. Wymyślałam niestworzone rzeczy, łącznie ze złamaną nogą.
Tak, wiem że to żałosne, wiem. Ale chciałam sobie dać czas by schudnąć. Mimo prób, chudłam bardzo powoli. Gdy chciał zdjęcia sylwetki, wysyłałam zdjęcia sprzed paru lat gdy byłam szczupła.
Mijały miesiące, znajomość kwitła. Na serio się zakochałam. I na serio on też. Wiem to na pewno.
Nie będę się tu rozpisywać bo to nudne pewnie dla was. Ale po prostu pierdolnęło mnie!
jak nigdy. Nie mogłam uwierzyć że można tak się zakochać. Pragnę ponownie podkreślić, że na 100% on to odwzajemniał. Mam absolutną pewność.
Jeśli jednak ktoś w tym miejscu myśli że nie da się kogoś poznać dobrze przez internet, to chcę napisać że się myli. Jeszcze wcześniej miałam związek z netu i w realu potwierdziło się to co co było w necie i byliśmy razem kilka lat, i nawet z perspektywy czasu uważam że dobrze go poznałam przed spotkaniem. Trudno zresztą nie poznać, gdy się spędza ze sobą lwią część dnia.
Odwlekałam spotkanie i odwlekałam. Po roku coś zaczęło się psuć. Po jakiejś kłótni przestał się odzywać na 3 dni. Gdy napisałam, był zły i zimny. Próbowałam kilka razy, ale rozmowy były trudne. Po 2 tygodniach "zmusiłam" go do poważnej rozmowy. Zgodził się. Przegadaliśmy 5 godzin w nocy. Płakał, przepraszał, ale powiedział że to koniec. O dziwo nie podawał jako powodu tego, że się nie spotkaliśmy. Tylko jakieś inne - ze się zmienił, że nie miałabym z nim łatwego życia - jakieś totalnie z dupy argumenty. Wszystkie dziwne i nie mające uzasadnienia. Tak, przyszło mi do głowy że kogoś poznał, ale na fejsie cisza (dopiero po roku z kimś był), więc myślę że nie o to chodziło. Błagałam go, przypominałam wszystkie dobre chwile, ale twardo powiedział że nie. To koniec.
Osobiście sądzę że brak spotkania wszystko zabił. Nie było kolejnego kroku, więc nawet drobne sprzeczki urastały do poważnych problemów. Nie wiem dlaczego podał mi tak dziwne powody, nie wiem... Może kłamał. A może nie.
Wierzcie lub nie, ale przeżyłam małą depresję. Przez miesiąc tylko spałam i płakałam. Nie mogłam pracować. Przez kolejny rok byłam dalej chora, ale było troszkę lepiej. Po roku był w związku, ale ten związek rozpadł się po kolejnym roku.
Po około roku mojego jojczenia i płaczu, koleżanka namówiła mnie, żebym go zagadała. Napisałam do niego z pytaniem czy wszystko u niego ok, on odpisał "Tak", ja "To się cieszę". i tyle
Żadnego pytania "a u ciebie?" z jego strony, nic, cisza. Uznałam że naprawdę nie chce mieć ze mną kontaktu.
Od paru lat już go nie oglądam, chcąc się uleczyć. Ale z miesiąc temu w/w koleżanka powiedziała że wyskoczył jej na fejsie i nadal jest sam.
W ciągu tych kilku lat przestałam brać leki, schudłam, znów jestem szczupła i zgrabna jak dawniej. Miałam w tym czasie kilka znajomości i związek, a nawet zaręczyny, ale to zawsze NIE BYŁO TO. Nawet teraz, obiektywnie patrząc, on był moim ideałem. Wizualnie, charakterem, osobowością, planami życiowymi, zainteresowaniami.
Na serio zupełnie na trzeźwo wiem i widzę że nigdy już nikogo podobnego nie spotkam. Oczywiście nie rozmyślam już o nim, ale zawsze mam go w sercu i wiem że nie ma już możliwości bym w kimkolwiek tak się zakochała.
Nie mogę sobie wybaczyć że wtedy się nie spotkałam, tego że wypuściłam go z rąk.
Czasami zastanawiam się czy warto do niego się odezwać po raz kolejny. Raz myślę że absolutnie nie, bo kilka razy pod rząd dał mi ostrego kosza i wyraźne NIE, a ja bez sensu pcham znów łapę w ogień. A nawet gdybyśmy zaczęli gadać, a on znów by się wycofał, to nie wiem jak drugi raz bym to zniosła.
A z drugiej strony myślę, żeby napisać do niego proponując w pierwszej wiadomości spotkanie, bez żadnego gadania i przedłużania (teraz jestem gotowa, bo szczupła
). A co, jeśli brutalnie odmówi? Co jeśli się zmienił, nie jest tym człowiekiem co wtedy? Może kocham wspomnienie, dawną jego wersję? Może teraz to ktoś inny?
Co o tym myślicie?
Jak poradzić sobie z miłością, która obiektywnie, nawet po wielu latach, była tą wyjątkową?
Pytanie kieruję głównie do Panów, choć nie tylko - postawcie się na miejscu tego faceta. Czy gdzieś tam po cichu chcielibyście żeby dawna miłość się odezwała? Może nie? Jak byście zareagowali gdyby coś napisała?