Jeszcze raz przejrzalam Twoje posty. Wykazujesz naprawde duzo dobrej woli i desperacji. Chyba zawsze jest szansa, zeby ratowac zwiazek, ale tego musza chciec obie strony, a Twoj maz wydaje sie byc prawdziwym maminsynkiem, ktory nie potrafi sie oderwac od mamusinej spudnicy. Mielibyscie duze szanse, gdybyscie zamieszkali sami, najlepiej jak najdalej od jednych i drugich. Ja tez przez ladnych kilka lat z hakiem, bo okolo 10 mieszkalam za moja rodzina i moimi rodzicami. I zawsze wisialo cos w powietrzu. Dzis zastanawiam sie, jak moglam tak dlugo wytrzymac taka chora atmosfere. Najbardziej w zyciu boimy sie zmian, bo nie wiemy, co one przyniosa ze soba, ale czasami warto podjac ryzyko. Martwi mnie stosunek Twojego meza do Ciebie, zachowania typu: wynajmij mieszkanie na siebie, nie bede cie utrzymywac, itp. Ty wciaz zdajesz sie byc przepelniona miloscia, a czy i w Twoim mez jest jej na tyle, by jeszcze sie starac o odbudowe wiezi? Dziecko bedzie szczesliwsze majac szczesliwa matke i dom wypelniony miloscia, a nie nieustannymi pretensjami, klotniami. Nie mozecie tez bez konca schodzic sie odchodzic od siebie, bo to z pewnoscia zle wplynie na mala i wypaczy jej psychike, wiare w rodzicow, milosc imalzenstwo. Niestety dzieci ucza sie od nas i to, co odbiora od nas, wloza w swoje przyszle zycie. A coz bedzie warte zycie Twojej corki, jesli bedzie uwac ze milosc nie istnieje, rodzina to tylko smutny obowiazek a melzenstwo, to kara za grzechy? Mam nadzije, ze znajdziecie jeszcze z mezem wspolny jezyk i na tyle cierpliwosci i wyrozumialosci w sobie, zeby choc jedna rozmowe odbyc jak normalni ludzie i zakonczyc ja nie klotnia, tylko w lozku. Z calego serca zycze Ci powodzenia