Niedawno usłyszałam takie powiedzenie: Chcesz mieć przyjaciela, naucz się przymykać oko. Chcesz go zachować - po prostu zamknij oczy.
Brzmi dziwacznie, bo przecież przyjaciele to jak rodzina, ale z wyboru, nikt nas nie zmusza do tej relacji. Ale.
Jestem osobą, która chce mieć przyjaciół i stara się dbać o istniejące relacje, ale idzie mi to fa-tal-nie. I od lat zastanawiam się, z czego to wynika. Nie jestem bardzo rozrywkowa, pracuję od lat zdalnie, mam dorastające dziecko, dawno jestem już po rozwodzie. O ile mężczyźni pojawiają się w moim życiu co jakiś czas, a brak stałego związku "for ever" nie spędza mi snu z powiek, tak przyjaciół chcę, potrzebuję i szukam. Jest obecnie w moim życiu kilka kobiet (każda z innej "bajki"), o których teoretycznie można powiedzieć "przyjaciółki". Ale tylko wg takiej definicji, że jak się spotykamy, to jest fajnie, śmiesznie, rozumiemy się, mówimy o prywatnych sprawach, doradzamy sobie. Ale to tyle, bo na żądną z tych dziewczyn nie mogę liczyć i mam tego pełną świadomość. Wszystkie trzy kontaktują się ze mną właściwie tylko wtedy, gdy same tego potrzebują, są w pobliżu mnie w mieście, chcą coś swojego przegadać. Ale gdy to ja ich potrzebuję, to potrafią nie odebrać telefonu, oddzwonić po 24 godzinach albo odebrać, obiecać odezwanie się za chwilę i zamilknąć na tydzień. I tak jest od lat, bo wszystkie te moje "przyjaźnie" trwają po 3-8 lat. Przyjaciółki mają też inne cechy, na które albo przymykam oko, albo jest po znajomości. Np. jedna z nich permanentnie się spóźnia, zawsze, nie tylko do mnie. Irytuje mnie to potwornie, bo kazanie komuś czekać raz za razem po 30 min np. w knajpce przy stoliku, jest słabe i egoistyczne. Nie da się z tym nic zrobić, ona spóźnia się zawsze, wszędzie, nawet do roboty, więc cóż, albo czekam, albo przestajemy się umawiać. Na razie stosuję strategię wychodzenia również ten kwadrans za późno, ale nie zawsze idę z domu, czasem nie da się tak do jej spóźnialstwa idealnie dopasować. Odczuwam to jako coś frustrującego, ale cóż, toleruję, bo gdy już przychodzi, to jest fajnie, wesoło...
Tak czy inaczej - choć mam te koleżanki, które chyba mnie w ogóle nie szanują, choć zwierzają mi się z najintymniejszych spraw i proszą o rady, to i tak jestem sama. Gdyby w moim życiu wydarzyło się coś strasznego, a ja potrzebowałabym bliskich obok, po prostu byłabym sama. Z drugiej strony wiem (i zostałam sprawdzona), że ja rzuciłabym wszystko i byłabym przy tych osobach, wspierała, robiła zakupy, obiady itd. Przykro mi i nie wiem, co z tym zrobić. Czy ktoś czuje podobnie? Że nie jest ważny dla ludzi, którzy dla niego są ważni? I że nijak nie umie nic z tym zrobić?