Witajcie! To mój pierwszy post tutaj. Chciałabym zacząć od początku. Być może pozwoli to lepiej poznać moją sytuację. Od zawsze wszystko musiałam sobie wywalczyć. Dom to był mój koszmar. Matka bardzo toksyczna, ojciec alkoholik. Z pozoru miałam wszystko, w rzeczywistości tylko strach, ból i brak snu. Przeżyłam 3 bardzo bolesne rozczarowania miłośne. Byłam na dnie. Poszłam na studia. Dopiero tam odetchnęłam. Liczne sukcesy, znajomi, kursy. Byłam ważna, potrzebna i spełniałam się naukowo. Tam poznałam też mojego obecnego męża, który jako jedyny mnie rozumie, wspiera i czuję się przy nim rewelacyjnie. Część lęków opracowałam też na terapii. Moja sytuacja po studiach wyglądała mniej więcej tak:
1. Pierwszą pracę szukałam pół roku. Dużo się nauczyłam i to koniec plusów. Mnóstwo nerwów, nacisk na wyniki, bardzo mała płaca, szantaże ze strony przełożonych. Klienci nas nie szanowali, wyzywali. Musiałam się jedynie uśmiechać... Nie miałam kiedy jeść, pić i chodzić do toalety. Po ośmiu miesiącach zauważyłam, że ważę 45 kg, nie śpię w ogóle i mam problemy z żołądkiem. Lekarz psychiatra dał leki i zaradził szybkie zwolnienie. Tak zrobiłam.
2. Drugiej pracy szukałam również pół roku. Atmosfera dobra, brak jednak możliwości rozwoju. Byłam idealnym pracownikiem przez 1,5 roku. Kiedy wyszłam za mąż stałam się persona non grata. Bali się, że zajdę w ciążę, więc kiedy tylko skończyła się umowa, mimo, że byłam umówiona na jej przedłużenie, po prostu mi podziękowano.
3. Tę pracę znalazłam szybko. Wydawała się idealna. Blisko, świetne warunki finansowe i jeszcze w zawodzie. Dopytałam nawet znajomych, którzy tam pracowali, czy wszystko ok z tą firmą. Po kilku dniach wyczułam, że coś tam nie gra. Wyizolowano mnie. Nie dano żadnych obowiązków (kilka razy o to "prosiłam"). Byłam non stop wzywana i poniżana, że nie zrobiłam czegoś (o czym rzecz jasna nie wiedziałam). Na koniec wymagano ode mnie, żebym wykonała coś, czego prawnie nie mogłam zrobić (więc odmówiłam). Postanowiłam walczyć o tę pracę, rozmawiać z kierownikami. Dyrektor z dnia na dzień mnie jednak zwolnił, po dwóch miesiącach. Wpadłam w poważne tarapaty kardiologiczne, z którymi walczę do dzisiaj.
To był 8 miesięcy temu. Wysłałam miliony CV. Oprócz tego zakładałam mężowi firmę. Próbowałam robić już naprawdę wiele rzeczy. Zbierałam owoce, pisałam ogłoszenia oferujące swoje usługi, wymyślałam rozwiązania dla firm, rozwijam blog... Tego typu przykładów podać mogę mnóstwo. W międzyczasie przeżyłam 3 pogrzeby, poważne operacje rodziców.
Moje obecne życie to lęk przed nową pracą. Ja i moja terapeutka wiemy, że się nie nadaję. Umiem ciężko pracować, jednak nie tak. Moim największym marzeniem to własna firma. Nie mam niestety na nią pomysłu... Nie śpię w nocy, mam spięte mięśnie, problemy z sercem... Boję się znowu trafić w takie miejsca. Czuję jakbym bała się ludzi, ogólnej atmosfery pracy. Nie mamy problemów finansowych na szczęście (mam sporo oszczędności i trochę dorobiłam), ale chcę się spełniać, coś robić. Teraz czuję się strasznie, jak wyrzutek społeczny. Szukam pracy na oślep, byle tylko była i abym mogła dokładać się do rachunków i mieć swoje zasoby. Wpadłam w sidła i nie wiem jak z nich uciec. Ktoś miał podobnie, mógłby coś doradzić?