Zakładam temat chyba czwarty raz. Nie mogę jakoś opisać skłądnie tego co mi się przytrafiło, boję się też że internet nie jest jednak anonimowy
Na wstępie bardzo chciałam już Wam podziękować, jestem pod wrażeniem jak wartościowe rady tu znalazłam czytając historie podobne do mojej. Zdziwiłam się ile ich jest i jakie są podobne. Wciąż jednak jestem na etapie na którym przekonuję się że mój ex narzeczony jest jednak trochę inny i moja sytuacja też inaczej się skończy.
Ciężko mi powiedzieć kiedy się rozstaliśmy. Bo po 10 latach to nie jest jeden dzień. Jakbyście mnie zapytali 4 miesiące temu to bym powiedziała że jesteśmy idealną parą chociaż oczywiście mamy swoje rzeczy do popracowania. Kupione mieszkanie, bardzo dobre stanowiska, podróże, planowane dziecko (córka urodziłą się w czerwcu zeszłego roku), prawie się nie kłóciliśmy, sex był fajny chociaż trochę rzadki ze względu na przepracowanie.
Ostatni rok był bardzo trudny dla nas bo córeczka po bardzo dla mnie traumatycznym porodzie walczyła o życie 4 miesiące. Z tego 3 miesiące ja mieszkałam z nią w szpitalu. Narzeczony dojeżdzał do nas codziennie 50 km żebym mogła chociaż wziąć prysznic. Ciężka sprawa, kto nie był w takiej sytuacji raczej nie zrozumie. Bardzo mnie wspierał całą ciążę, to był cudowny czas. Ze szpitala wyszłyśmy pod koniec września, przetrwaliśmy. Na początku było fajnie, ale po ok. miesiącu zaczęłam być bardzo nerwowa i kłótliwa. Nie odnalazłąm się w 4 ścianach z dzieckiem mimo że narzeczony bardzo mi pomagał. Zaczęłam być dla niego niemiła i czepiałąm się, miałam pretensje o różne dziwne rzeczy. Po czasie okaże się że miałam (mam) depresję poporodową. Już jestem pod opieką terapeuty.
Pod koniec roku chyba podświadomie trochę coś przeczuwałam bo zaczęłam więcej czytać o relacjach, rodzinie, związkach i mówić narzeczonemu że chcę więcej rozmawiać na temat naszych potrzeb etc. Wtedy też wznowiliśmy seks, wcześniej nie miałam ochoty przez karmienie piersią. O dziwo ten seks zaczął być znacznie lepszy a moje libido było wyższe niż kiedykolwiek. Ale mimo to, wciąż byłam nerwowa i niemiła. On to kumulował w sobie, czasem coś sarkastycznego rzucił ale nie rozmawialiśmy. Oczywiście błąd.
Przyszedł styczeń i po kolejnym moim docinku on wybuchł. Pierwszy raz w życiu go takiego widziałam. Dosłownie pluł jadem. Krzyczał że nie chce ze mną być. Nie wiedziałam co się dzieje. Dałam mu dzień na ochłonięcie, on przeniósł się na kanapę. Nie chciał przyjąć żadnych przeprosin. Tydzień później miał delegację. Myślałąm że ochłonie, wrócił, chicałam rozmawiać, a on do mnie że tego nie widzi. Że nie ma naszej relacji i dawno już nie było. Byłam w szoku. Mówiłam, że kryzys, że się nie odnalazłam po tych naszych przejściach, że pokonamy i będziemy silniejsi, przecież dopiero co dziecko nam się urodziło, chcieliśmy drugie, dopiero się przeprowadziliśmy, pokonaliśmy chorobę dziecka, oświadczył się dopiero rok wcześniej, ja pójdę na terapię i już mamy z górki przecież! Nie możemy tak przekreślać tylu lat przez 2 miesiące. On że my to w ogóle do siebie nie pasujemy. Nie wiedziałam o co mu chodzi, 10 lat pasowaliśmy i nagle nie pasujemy?
Jakbym poczytała wcześniej to forum to bym już wtedy wiedziała, że chodzi o kobietę. A ja głupia zaczęłąm robić z siebie idiotkę, pokazywać mu jak mi zależy, że nie jestem taka wredna (bo nie jestem!). A on.. coraz bardziej się oddalał. Ja wziełąm na siebie całą winę a on stweirdził że się wyprowadza.. no i nieważne jak, ale odkryłam żę na tej delegacji spał z koleżanką z pracy. Siksa 25 lat. Ja mam 34, on 38. I siksa wiedziałą że on ma malutkie dziecko i jest w stałym związku.
Przyparłam go do muru i się przyznał. Zwyzywałam, kazałam zabierać wszystkie swoje rzeczy. Nigdy nie czułam się taka upokorzona. Teraz też wiem żę to nie zaczęło się z dnia na dzień. Zanim poszli do łóżka, zdradził mnie emocjonalnie.. flirtował z nią już dłuższy czas.
Przez kolejne dwa tygodnie wyzywalśmy się. Przychodził do dziecka codziennie po pracy i codziennie sobie obiecywałam że go po prostu oleje, ale nie potrafiłam. Byłam na niego wściekła. Że nie przyszedł, nie powiedział. Tylko poszedł w romans. Zaczął mi wypominać żę to nie chodzi o ostatni czas bo tak, był ciężki, ale 3 lata temu to powiedziałam to, a 5 lat temu to zrobiłam tamto. Nie potrafił mi odpowiedzieć na pytanie czemu nie przyszedł porozmawiać ani czemu zrobił sobie ze mną dziecko skoro jestem taka zła. Później emocje trochę opadły i zaczęliśmy rozmawiać, coś mi nawet opowiadał o swoich projektach, trochę się śmialiśmy. O nas mało, ale powiedział że nie chce teraz żadnej relacji, żę to z tą laską to był błąd i że on bardzo źle zrobił ALE zawsze było ale że to nie jego wina przecież bo między nami było źle.
No i oczywiście okazało się że dalej się z nią spotyka. Że kłamie mi w żywe oczy. Że potrafił przyjść po pracy do nas, uśpić dziecko, dać mi całusa w czoło i pojechać do niej.. że ja wstaję po raz 8 w nocy do małej a on w tym czasie w nią wsadza.. nie ogarniam tego, bo to jest ostatni człowiek na ziemi któego bym posądzała o takie rzeczy. Prędzej siebie bym posądziła że byłabym zdolna. Całe życie się o mnie troszczył a teraz czuję że dla niego ważniejsza jest ta siksa. Która pewnie upatrzyła sobie starszego z kasą i myśli że życie się przed nią otworzyło..
I tydzień temu jak się dowiedziałam że znowu kłamie.. najpierw poczułam złość a później taką ulgę. uświadomiłąm sobie że zdrada to jego wina, a on po prostu próbował ukryć to bo chciał żęby wyglądało że najpierw się rozstaliśmya dopiero później zaczyna nowy związek.. bo inaczej jest po prostu sk**** który zostawił narzeczoną z małym dzieckiem dla dziuni. pierwszy raz na spokojnie z nim o tym rozmawiałam. powiedziałam żeby nie robił ze mnie idiotki, że wiem i czego on oczekuje i dlaczego kłamie. wyglądał jak zbity pies, powiedział że jest wyczerpany emocjonalnie i nie wie czego chce. zaczął mnie przepraszać. pytam za co, mówi że za wszystko.
o dziecko bardzo się troszczy, jest u niej codziennie po pracy, usypia ją i przyjeżdza w każdy weekend, sobota i niedziela. na ten moment siksa absolutnie z córką przegrywa i będzie przegrywać dopóki tamta nie wpadnie na to żęby go złapać na dzieciaka. ale nie wiem jakie są jej motywacje, czy szuka związku, sponsora czy po prostu seksu.
no i powiedziałam mu że ma dwie opcje. pierwsza taka, że idzie sobie zaczynać wszystko z suką. zabezpieczamy dziecko, zostawia jej WSZYSTKO co mamy skoro on odchodzi, ustalamy alimenty itd, że nie będę czekać aż suka go na bejbika złapie (nic nie powiedział). druga opcja że walczy o rodzinę, ale tu i teraz. i on walczy, nie ja bo ja się już nawalczyłam i zrobiłąm z siebie pośmiewisko. więc rzuca pracę, zrywa z nią kontakt i się stara.
powiedział że chce 2 tygodnie. dałam mu 10 dni. minie we wtorek.
Dzisisaj jak przyszedł do dziecka to był w jakimś cudownym humorze, opowiadał mi historyjki z pracy, oczywiście bez jej udziału (ogólnie o niej nic nie mówi), ale o ile do dzisiaj narastało we mnie obrzydzenie i wręcz myślałąm że nie chce z nim być, tak dzisiaj zaczynam się bać że wybrierze ją.. że wybrał, że ten cudowny humor to dlatego że się widzieli albo że do niej zaraz jedzie.
myślicie że to ma jeszcze szansę? ja się miotam ![]()