Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Strony 1 2 3 10 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 55 z 520 ]

Temat: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Witam Państwa,
Dziś dojrzałem do decyzji by zamieścić nowy temat na Państwa portalu. Od 2 miesięcy byłem tylko gościem, ale z racji sytuacji w której się znalazłem - potrzebuję porady od osób, które dobrze zrozumieją moje położenie. Dziś - mogę zacząć swoją "spowiedź", bo ...ostatnie burzliwe miesiące spowodowały, ze oswajam się ze swoją sytuacją. Jeśli w ogóle można się z czymś takim pogodzić i zaakceptować. Szukam odpowiedzi na kilka pytań. Chciałbym wiedzieć, czy jestem/byłem dobrym mężem, czy swoim postępowaniem przyczyniłem się do tego co mnie spotkało i jak bardzo można się zniżyć by ratować miłość swojego życia.
Moja historia nie będzie chyba banalna. Wielu zarzuci mi pewnie, że jestem trolem. Ale od razu zaznaczę, że jestem realny. I mam świadomość, że mocno oberwie od części osób za to co czynię i na jaki "układ" przystałem.
Moja historia to moje małżeństwo i on. Mój były już przyjaciel.

Ale po kolei.

Swoją obecną żonę poznałem jeszcze w szkole podstawowej. Nasze uczucie rozpoczęło się, gdy ona miała 16 lat. I była prawdziwym aniołem. Zaprzeczeniem wszystkich dziewczyn dookoła. Cicha, wrażliwa, spokojna, romantyczna, pełna uczuć i duszą pełną pomysłów. To ona zwróciła na mnie uwagę. Oboje nie byliśmy wtedy tzw. duszami towarzystwa, byliśmy raczej samotnikami, ale z podobnym zapatrywaniem na świat. Spędzaliśmy coraz więcej czasu ze sobą i stało się. Zakochaliśmy się w sobie. Nie widziałem świata poza nią. Każdą wolną chwilę staraliśmy się sobie poświęcać. Czas wolny, który spędzałem bez niej wywoływał u mnie ból. Stale odliczałem godziny do ponownego spotkania. Wpadłem w sidła miłości - bo nigdy nie znałem tego uczucia. Była moją "pierwszą dziewczyną" a ja jej "pierwszym chłopakiem". Moje uczucie do niej potęgowało jeszcze to, że pisała do mnie wiersze. Własnego autorstwa. Piękne i cudowne. Wiedziałem wtedy, że spotkałem anioła.
Nasi rodzice wychowywali nas "pod czujnym okiem" i mieli podobny status społeczny. Ja miałem też bardzo wymagających rodziców - biednych, ale dobrych. Rodzice zawsze wpajali mi, że muszę się uczyć aby w życiu coś osiągnąć. Nigdy w życiu nie dostawałem nic za darmo. Mama wychowywała mnie surową ręką. Nie miała ze mną żadnych problemów wychowawczych. Byłem wzorowym uczniem, pupilkiem nauczycieli. Cichy, grzeczny, pracowity, zawsze pomocny innym. Wtedy kolegów mi to nie przysparzało, ale wierzyłem, że dzięki temu mój anioł zwrócił na mnie uwagę. Dzięki temu miałem ją i to mi wystarczyło.
Ta "nasza miłość"  spowodowała pierwsze problemy. Moi rodzice zaczęli krytycznie spoglądać na moją już dziewczynę. Ale nie przez to, że mieli jej coś do zarzucenia, ale ze względu na fakt, że bali się, że opuszczę się w nauce i przez to, że tyle czasu razem spędzamy. Moja mama myślała też pewnie, że ten związek wpadł już w więź cielesną i że wynikną z tego same problemy. Ale to nie była prawda. W tamtym okresie marzyłem tylko by móc moją wybrankę trzymać za jej rękę. By być przy niej. Wpadłem więc w mały konflikt z rodzicami. Ale nie uległem. Nie dałem im argumentów. Obiecałem, ze niczego nie zaniedbam. I dotrzymałem słowa. Spełniałem ich pasje na posiadanie "wzorowego ucznia".
Tak mijały nam koleje wspólne lata. Miłość dalej kwitła. Świata poza sobą nie widzieliśmy. Żadnych problemów i kłótni nie było między nami.

Kolejnym "testem" naszej miłości była śmierć mojej mamy. Po tym wydarzeniu - mój ojciec się zmienił. Zaczął nadużywać alkoholu a ja czułem się winny, że wieczorami  chodziłem do dziewczyny. Sytuacja zmusiła mnie, żebym wcześniej zaczął pracę zawodową. Nie było lekko w domu. Planowałem kiedyś studia dzienne z racji wyników w nauce, ale to minęło bezpowrotnie. Teraz "surowe wychowanie mamy" pomogło. Podjąłem pracę, pomagałem ojcu finansowo i zapisałem się na studia. Aby nie oddalić się od siebie - szukałem jakiegoś kompromisu. Moi koledzy wyjeżdżali do Warszawy a ja ze świetnymi ocenami musiałem wybrać lokalną uczelnię. Ale zrobiłem to też dla mojej dziewczyny. Chciałem żebyśmy studiowali w tym samym mieście. Razem jaździliśmy na zjazdy, odprowadzaliśmy się wzajemnie. Piękne to były czasy. Miałem pracę - może słabo płatną (mieszkaliśmy w małym i biednym mieście) dzięki której mogłem dorzucać się do rachunków za życie mieszkając z ojcem, stać mnie było na opłacenie studiów zaocznych i miałem wspaniałą dziewczynę. Nic z uczucia, którym ją darzyłem nie wygasło. Wspierałem ją jak tylko mogłem. Do tego zdecydowaliśmy się więź fizyczną. Było nam cudownie ze sobą. Lata wspólnie spędzone utwierdziły mnie w przekonaniu, że to ta jedyna. To ta która nigdy mnie nie zawiodła. To kobieta z którą świetnie się uzupełniałem. Zaczęliśmy myśleć o małżeństwie. Dotychczas ten temat odkładaliśmy - bo wpierw byliśmy za młodzi, później bo studia a gdyby pojawiło się dziecko - nie chcieliśmy sobie komplikować życia. I dochodził największy problem - finansowy i brak mieszkania. Dochody z pracy miałem słabe. Region biedny, więc cieszyłem się że mam pracę. Moi koledzy którzy powyjeżdżali - zaczęli robić kariery. Kupowali mieszkania na kredyt, mieli posady w dobrych firmach. Ja wybrałem moją miłość i swojego ojca, za którego czułem się odpowiedzialny. Nie chciałem by został sam w rodzinnym mieście. Poświęciłem to wszystko dla niego i mojej dziewczyny.
Niestety - ale moich starań rodzic nie docenił. Śmierć żony go zmieniła. Szukał stale pretekstu do kłótni. Denerwował mnie coraz częściej - ale go kochałem i wybaczałem wiele, bo to mój ojciec. Starałem się go zawsze tłumaczyć. Później zaczął się czepiać mojego już anioła (narzeczonej). Marzyłem by kupić mieszkanie i ożenić się. Ale te zarobki niweczyły moje plany. Podjęliśmy wspólnie decyzje - że jeśli wezmę ślub z moim aniołem - to zamieszkamy pod jednym dachem z ojcem. Ojciec na to przystał. Myślałem, ze teraz wszystko się unormuje. Bylibyśmy wszyscy razem - mój anioł pomagał by w domu, mój ojciec nie czułby się tak samotny a ja miałbym ukochane osoby pod jednym dachem. Życie to szybko zweryfikowało - wzięliśmy ślub (po 9 latach bycia razem !!!), po roku pojawiło się nasze dziecko - syn i zaczęły się problemy. Znowu z ojcem. Stale słuchałem co nie tak robi moja już żona. To nie mogło tak dalej trwać. Chciałem zgody i wsparcia a nie stałych kłótni. Prosiłem ojca, tłumaczyłem mu, ale pomagało to na chwilę. Po wielu kłótniach - postanowiłem w uzgodnieniu z żoną - wyjechać do pracy do UK. Była to nasza świadoma decyzja. Chciałem wreszcie uzbierać na mieszkanie. Będąc tam pracowałem 7 dni w tygodniu, oszczędzałem na jedzeniu. Starałem się by jak najmniej wydać, by jak najwięcej oszczędzić. Dla żony i syna. By być na swoim. Po roku wróciłem i wyglądałem jak cień człowieka. Przy żonie i dziecku odżyłem znów. Pierwszą noc po powrocie z obczyzny zapamiętam na całe życie. Leżąc obok niej i głaszcząc ją po głowie. Byłem taki spokojny i czułem że wróciłem do domu. Oszczędziłem wystarczająco dużo by kupić na kredyt mieszkanie. W między czasie podjąłem w Polsce bardzo dobrze płatną pracę w sąsiadującym mieście. Ojciec nie wierzył, że ją dostanę - ale mój upór i pracowitość pomogły mi. Codziennie dojeżdżałem autobusem kilkadziesiąt kilometrów do pracy w jedną stronę. Traciłem sporo na dojazdy - ale wierzyłem, ze to jedyna droga by mieć swoje własne M. Kupiliśmy je z naszych oszczędności + kredyt. Wszystko się układało. I wtedy zaczęły pojawiać się nowe problemy - chorujące dziecko, doszło nam sporo obowiązków, mniej czasu dla siebie (ja sporo czasu traciłem na dojazdy). Moja żona nie mogła dalej znaleźć pracy. Nasza sytuacja finansowa pozwoliła nam na to, że zaproponowałem żonie by podjęła nowe studia na innym kierunku. Bardziej poszukiwanym. Żona się zgodziła a ja je opłaciłem. Pomagałem w domu w między czasie jak mogłem. Tak jak matka nauczyła mnie ciężkiej pracy - sprzątałem, myłem okna a w między czasie pracowałem. Mycie naczyń zostawiłem żonie. Jedyne czego nie robiłem - to nie gotowałem.
Z racji tego, że moja żona ukończyła studia pedagogiczne i nie mogła znaleść dalej pracy (w moim mieście liczyły się tylko układy i znajomości) - wpadłem na szalony pomysł. Zaproponowałem, że będziemy wysyłać podania o pracę po całej Polsce - a kto odpowie i zaoferuje mojej żonie pracę - tam wyjedziemy. Uznałem, ze ja jako facet znajdę sobie pracę wszędzie a przynajmniej pomogę żonie zacząć jej karierę zawodową. I tak zrobiliśmy. Zona dostała propozycję pracy w zawodzie w oddalonym o kilkaset km mieście. Zwolniłem się więc z dobrze płatnej pracy i wyjechaliśmy do innego miasta. Sprzedaliśmy dotychczasowe mieszkanie, syn zaczął chodzić do przedszkola. Żona wpadła w wir nowej pracy. Zaangażowała się na maximum. Była nauczycielem. Zajęcie w szkole, zebrania, sprawdzanie prac, opieka nad dzieckiem. Ja w między czasie też znalazłem na miejsce pracę, ale zaczęliśmy mieć dla siebie coraz mniej czasu. Zaczęły się drobne sprzeczki między nami. Stałem się nerwowy przez to wszystko. Nowe obce miejsce, obcy ludzie dookoła, ciągłe zmiany. Męczyło mnie to. Ale wierzyłem, że ta decyzja była dobra. Bo dawała nam szansę a my byliśmy razem. Mieliśmy siebie.  Mój syn przysparzał nam kłopotów. Chciałem go wychować tak jak mnie mama wychowywała. Bo dzięki temu - stąpałem twardo po ziemi. Wiedziałem co to obowiązki, odpowiedzialność, samodyscyplina.  Nauczyła mnie, że tylko pracą człowiek może do czegoś w życiu dojść. I taki starałem się być wobec syna. Wymagający. Moja żona uważała to za błąd. Że za dużo wymagam. Uczyłem syna pisać liter i alfabetu jak poszedł do przedszkola. Pilnowałem by starannie mył zęby, by reagował na nasze polecenia a nie stale się ociągał. By sam pilnował porządków w swoich szafkach. Jeśli nie robił czegoś wg mojej myśli - stawiałem go do kąta. Zdarzało się wiem razy, że mu taką karę stania w kącie przedłużałem, bo po "odbyciu kary" - znów coś przeskrobywał. Do tego dochodziły sprzeczki z żoną, która nagle traciła dla mnie czas. Teraz w jej życiu liczyła się tylko praca. Pracy poświęcała każdą wolną chwilę. Tak jak pisałem wyżej - godziny w szkole, zebrania, lekcje dodatkowe, potem powrót do domu - obiad, sprawdzanie prac uczniów, konspekty, przygotowywanie kartkówek i tak dzień w dzień. Nawet w weekendy, które mieliśmy wolne - nie było czasu na chwilę ze sobą. Bo albo trzeba było robić zaległe rzeczy albo chcieliśmy się wyspać po całotygodniowym późnym chodzeniu spać (1, 2 w nocy - i tak dzień w dzień). Coraz rzadziej wychodziliśmy na spacery. Wszystko to odbijało się na nas. Nasza intymność zamierała. Czułem się odrzucony i niedoceniany. Po tym wszystkim co dla rodziny robiłem...
Kiedy tylko chciałem zainicjować jakiś kontakt fizyczny - stale dostawałem to samo. Jestem zmęczona, niewyspana, muszę jeszcze zrobić to i to. Starałem się ja więc wspomagać. Pomagałem jej poza pracą w jej obowiązkach do pracy. Pisałem te kartkówki, sprawdziany w Office, przygotowywałem konspekty i raporty do szkoły. Ona mi dyktowała - ja pisałem. Ja poprawiałem do stanu finalnego te papiery. Myślałem że to pomoże. Że da jej więcej czasu i że odpocznie i że będziemy mieli czas dla siebie. Ale to nie zmieniło się. Ja trwałem w tym. Robiłem swoje. Miałem nadzieję, że to chwilowe i muszę się uzbroić w cierpliwość. W między czasie po kilku latach wynajmowania - uznałem, że mamy sporo własnych środków i że warto pomyśleć o mieszkaniu w dużym mieście - gdzie każde z nas będzie miało szanse na dobrą pracę. Myślałem też o dziecku - chciałem by on również nie miał nigdy problemów z pracą. Bo moje "czerwone paski" , dyplomy ukończenia szkół z wyróżnieniem nie pomogły mi życiu. Chciałem, by w końcu zaprocentowało to jacy jesteśmy. To kim jesteśmy i co robimy. Uważałem, ze zasługujemy na coś lepszego. Przełamaliśmy wszystkie swoje obawy, bariery w sytuacji, gdy podejmowaliśmy ryzyko wyjeżdżając z rodzinnego miasta aby moja żona mogła rozwinąć skrzydła - więc tym bardziej teraz nie widziałem już przeszkód. Pomyślałem, że powinniśmy spróbować w Warszawie. Jeździłem sieć samotnie kilkaset kilometrów po to aby poszukać pracy w Warszawie. Po lepszą przyszłość dla naszej trójki. Przyjeżdżałem na Dworzec Zachodni o 4 rano by odbyć 10 minutową rozmowę w sprawie pracy o 16.... Cały ten pozostały czas spacerowałem po Warszawie - oglądając okolice, szukając potencjalnego miejsca na zakup mieszkania czy szukając szkoły dla dziecka. O 22 jechałem z powrotem do miejscowości, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie. Do mojej żony i dziecka. Zmęczony po nieprzespanej nocy i kilometrach na nogach. Dzięki temu zdobyłem pracę w Warszawie. Przeprowadziliśmy się. Załatwiłem dziecku szkołę na miejscu. W momencie przeprowadzki - wszystko było już ustalone. Mieliśmy mieszkanie do wynajęcia, syn był zapisany do nowej szkoły a ja po 3 dniach miałem zacząć nową pracę. Znów zaczynaliśmy od początku.

Początek końca - ON
Pobyt w Warszawie to nowy okres w naszym życiu. Ja miałem pracę już na "dzień dobry". Zacząłem żonie pomagać z pisaniu i wysyłaniu CV do pracodawców. Żona szybko też dostała pracę. Tu na szczęście nie liczyły się znajomości a chęci do pracy i umiejętności. Liczyłem, ze jeśli moi "mniej zdolni" koledzy zdobyli uznanie i ułożyli sobie spokojne życie - to i my odżyjemy i poprawimy nasz los. Dalej robiliśmy swoje. Praca, obowiązki, dom. Nie przybyło nam niestety "wolnego czasu". Moja żona nie była już tak zdenerwowana atmosferą jak w poprzenium miejscu pracy. Miała fajną szefową z którą się dogadywała. Ja starałem się zabłysnąć w nowej pracy i w między czasie ogarniać kwestie zakupu nowego mieszkania. Upatrzyłem sobie jedno z osiedli i wobec ... akceptacji żony - zapisaliśmy się na budowany dopiero co lokal. Czas płynął. Wciąż brakowało nam wspólnie spędzanego czasu. Żona pracowała, gotowała obiady i zajmowała się po części dzieckiem. Ja pracowałem, załatwiałem wszystkie sprawy techniczne, płatności, lekarzy + opieka nad dzieckiem. Ten brak czasu dla siebie spowodował, że znów wróciły drobne sprzeczki. Drażniło mnie to, że nie ma bliskości między nami. Że moja żona od kilku lat nie zareagowała na jakąkolwiek inicjatywę z mojej strony na kontakt fizyczny. Za to ja  - reagowałem zawsze, gdy ona uznała, że jest "właściwy moment". Było mi przykro, czułem się odrzucony, ale zawsze tłumaczyłem to sobie zmęczeniem i natłokiem obowiązków. By zdobyć trochę czasu - zaproponowałem, żebyśmy posiłki na tygodniu zaczęli jadać na mieście. Ale to też nic nie zmieniło. Zacząłem żartować do żony a później na spotkaniach rodzinnych, gdy wyjeżdżaliśmy w rodzinne strony, że teraz między nami jest taki czas że jak chce posiedzieć z żoną to muszę się umówić wcześniej z jej sekretarką i ustalić kiedy moja żona znajdzie czas dla mnie. Myślałem, ze to obudzi moją żonę. Niestety - nie pomogło. Rozmowy by to zmienić - też nic dawały. Były obiecanki - i na tym się kończyło. Po wielu takich bezowocnych próbach - zacząłem wspominać o rozwodzie. Że moja żona znajdzie czas, jak się rowiedziemy. Wiem, że na początku to robiło na mojej żonie wrażenie. Poprawa była na chwilę, robiliśmy postanowienia i ... po krótkim czasie wszystko wracało do "normy". Nic z tym już nie robiłem. Uznałem, ze taki mój los i nie mam co liczyć na inne życie. W tym okresie odebraliśmy nasze nowe mieszkanie. Ja ustalałem warunki zakupu i płatności (żona nie chciała się w to mieszać), ja szukałem ekipy ro remontu (żona nie miała do tego głowy by mi chociaż towarzyszyć), jak pilnowałem ekipy, ja wybierałem każdy element i rzecz do mieszkania. Dziwiło mnie to trochę, że mamy swój kąt a żona nie wykazuje większego zainteresowania tym tematem. Tym bardziej zaczęło mi to doskwierać, bo w swojej pracy w trakcie przerw słuchałem mimochodem jak moi współpracownicy opowiada jak to raz ze swoimi połówkami zastanawiają się co wybrać, jakie farby kupić, jakie łóżko, jaką nieruchomość kupić... Ja tego nie znałem. Zastanawiało mnie to i też tak chciałem. Chciałem, aby moja żona uczestniczyła w tym jakie decyzje podejmujemy, Chciałem aby ją to interesowało. Ale z drugiej strony tłumaczyłem to tym, że ona taka nie jest. Że nie jest materialistką, że ona skupia się na rodzinie i że wierzy że sam wszystko dobrze zorganizuje. Więc to dalej robiłem. Załatwiałem wszystko. Moja żona zawsze była bardziej humanistką więc z tego powodu to ja zakładałem wszystkim konta na profilach, zakładałem skrzynki pocztowe, ustalałem hasła, konfigurowałem komputery, telefony. Zajmowałem się wszystkim co techniczne. Jeśli ktoś zachorował - szukałem lekarza. Nawet jeśli wizytę miała odbyć żona. Bo np. potrzebowała konsultacji ginekologa czy dentysty. Lekarzy wyszukiwałem jej ja. Ja ją umawiałem. Mówiłem tylko gdzie i o której ma wizytę. Wtedy mi to nie przeszkadzało. Czułem, że robie to dla kobiety mojego życia. Widziałem teraz rzeczy, których nie dostrzegałem wcześniej, widziałem sprawy za którymi tęskniłem, których mi brakowało. Ale wciąż ją tłumaczyłem. Mieliśmy jedno konto wspólne i jedną kartę wydaną na żonę. Nasze pensje wpływały na to konto. Żona robiła zakupy, płaciła kartą. Ja nie potrzebowałem pieniędzy.... Jeśli chciałem iść z kolegami na piwo lub chciałem coś kupić - prosiłem ją o środki lub o "pożyczenie karty". I tak to wyglądało. Brakowało mi bliskości i w naszym życiu pojawiła się rutyna. W trakcie sprzeczek zacząłem żonie zarzucać, że przychodzi do domu jak do hotelu. Śpi, je, wstaje , wyjście do pracy, pobyt w pracy, powrót do domu, sprawdzanie prac uczniów i sen. I tak wyglądał każdy dzień.
Z racji tego, ze to nowe mieszkanie w Warszawie miało być naszą ostoją, naszym azylem - chciałem aby było nowoczesne, aby kademu się podobało. Pamiętałem czasy z dzieciństwa kiedy stale żyliśmy w biedzie, kiedy ciągle musiałem oszczędzać, z czegoś rezygnować - więc wydawałem bez umiaru na wyposażenie. Robiłem to dla mojej rodziny. Że to za te wszystkie ciężkie lata. Za ten trud, nieprzespane noce, prace na emigracji, ciągłe przeprowadzki. Nie chciałem kompromisów. I co się okazało: że o to super przygotowane mieszkanie nie ma kto dbać.... Myślałem, że mój syn i moja żona je docenią. Swój kąt. Że będą o nie dbać. I tu wyszedł kolejny zgrzyt. Kolejny powód naszych kłótni. Żeby się nie rozpisywać - mieszkamy w swoim mieszkaniu od x lat i moja żona zmywała podłogi .... kilka razy. To nie żart. To ja myję okna co kilka miesięcy jak już nie mogę patrzeć jak są brudne, to ja myję podłogi. Kiedyś zrobiłem zdjęcie w jakim stanie czystości są firanki - miałem nadzieję, ze zrobi jej się wstyd i zrozumie co chciałbym jej powiedzieć. Moja żona uważa, ze .... jestem pedantem skoro chciałbym, żeby sprzątnąć wybrany pokój raz na tydzień a generalny porządek robić raz na kilka miesięcy (wtedy mycie okien, przejrzenie szafek).... Dla niej to moja wada. Sam uważa przy tym, ze z chęcią by się tym zajęła, ale nie ma czasu. I to kolejny powód naszych sprzeczek. Ale najlepsze miało nadejść...
Z racji tego że jestem nieufny wobec ludzi - potrzebuje więcej czasu aby ktoś mógł się wkraść w moje łaski :). W pracy zaprzyjaźniłem się z jednym ze współpracowników. Też był samotnikiem. A przynajmniej tak wyglądał. Zbliżyliśmy się do siebie. Razem pracowaliśmy, razem często wracaliśmy po pracy. Nie zawsze - bo czasami mojego kolegę po pracy odbierała jakaś kobieta. Z tego co wiedziałem - to jego koleżanka (partnerka). Ale ta sfera jego życia mnie nie obchodziła. Kolega był kilka lat młodszy ode mnie. i tak ta nasza przyjaźń kwitła. Kiedyś wyświadczył mi przysługę, bo pomógł w mieszkaniu przestawić ciężką komodę. Wtedy był pierwszy raz gdy zaprosiłem go do domu. Młodszy, wysoki, dobrze zbudowany, bo ćwiczył na siłowni. Mówiąc krótko - przystojny facet. Swój dom zawsze traktowałem jak azyl, więc nie zdarzało mi się zapraszać kogokolwiek a więc potraktowałem go wtedy jak dobrego znajomego. Nigdy nie traktowałem go jak rywala, bo wiedziałem jakie poglądy na pewne sprawy ma moja żona, która brzydziła się obłudą, zdradą, kłamstwem. Więc upiłem czujność. W między czasie zaprosiłem kolegę na swoje urodziny, które spędziliśmy we czwórkę (ja, moja żona, nasz syn i on - mój kolega). Namówił mnie po jakimś czasie na wspólne wychodzenie na siłownię. Wysyłaliśmy sobie wiadomości z życzeniami urodzinowymi, z wycieczek przywoziłem mu prezenty. Nasza przyjaźń kwitła. Po pewnym czasie mój kolega jakby przycichł z pisaniem wiadomości do mnie. Napisał mi raz, że zachorował. Nie odpisywał na moje wiadomości. Pisał, ze czasami człowiek po prostu potrzebuje pobyć samemu i stąd ta przerwa w kontaktach. Respektowałem taką odpowiedź i czekałem na dalsze wspólne wypady. Natomiast w tym samym okresie - zauważyłem, ze moja żona stała się bardziej "przyklejona do telefonu". Kiedyś nie mieliśmy żadnych tajemnic, żadnych skrywanych spraw. Jawnie podchodziliśmy do tego co robimy. Zauważyłem, że jawnie "ucieka z ekranem telefonu". Chowa go przede mną - tak abym nie widział jego treści. Na moje pytania co czyta czy co przegląda - zawsze zaczynała się denerwować próbując bagatelizować cała sytuację. I tak trwało to przez kilka miesięcy. Mój "kolega" w między czasie też się nie odzywał do mnie. Dziwiło mnie to. Pewnego wieczoru posprzeczałem się z żoną, ze znów siedzi z nosem w telefonie mówiąc, że nie ma czasu dla mnie. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Nie akceptowałem tego, że znów poświęca czas na internet. Byłem na tyle zdenerwowany, że tej nocy postanowiłem zajrzeć do jej telefonu.... Nigdy wcześniej tego nie robiłem, nie kontrolowałem, nie szpiegowałem, ale miałem zadanie ułatwione z racji tego, że sam to wszystko konfigurowałem i ustawiałem. Chciałem się wreszcie dowiedzieć co aż tak pochłania moją żonę. To było pod koniec marca tego roku... I niedługo później pożałowałem tego. Przejrzałem historię przeglądarki, ale tam nic nie było ciekawego. Natomiast zaciekawił mnie messenger. Zauważyłem, że od wielu miesięcy moja żona gorliwie pisze wiadomości z moim kolegą !!! Przejrzałem wszystkie wiadomości - zajęło mi to całą noc, ale była to noc, która zmieniła moje życie. Co się okazało z treści, które przeczytałem: że moja żona wyznała miłość mojemu koledze. Świat mi się załamał. Stałem i patrzyłem w ekran telefonu nie wierząc w to co przeczytałem. Napisała mu wpierw miłosny wiersz, a potem po kilku dniach, już bez kręcenia - wyznała mu miłość. Mój anioł... Z wiadomości dowiedziałem, się, że zakochała się z nim rok temu i że trzymała to w tajemnicy. W tym czasie próbowała się do niego zbliżyć - chciała się z nim spotykać za moimi plecami, oferowała przyniesienie mu własnoręcznie przyrządzone posiłki. Moja żona. Kobieta z którą spędziłem 24 lata. Kobieta dla której wszystko w życiu robiłem. Dla której poświęciłem wszystko. I kiedy myślałem, że już nic gorszego mnie nie spotka - życie pokazało, jak bardzo byłem w błędzie.

Przepraszam za długi wywód - ale dziś miałem czas, aby to napisać. łatwiej wtedy pewne rzeczy zrozumieć. Jutro to dokończę, bo najciekawsze jeszcze nie zostało napisane. Czuje, że muszę się z tego wyspowiadać, a nie miałem komu tego zrobić. Dziś już mogę to zrobić. W pierwszej wolnej chwili napiszę co się u mnie działo od marca tego roku po dzień dzisiejszy...

Pozdrawiam,

"Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak traktuje kogoś, kto nie może mu się w żaden sposób odwdzięczyć" - Ann Landers
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Współczuję naprawdę. Ale twoja ,kolejna z opisywanych tu historii (zdradzająca,czy lekceważąca partnera żona) każe zadać mi pytanie czy dziś już nie ma normalnych , wiernych kobiet. Czy każdą można kupić pochlebstwami, komplementami, serduszkami, sms-kami. Dlaczego tak łatwo przychodzi im burzenie rodziny dla hormonalnego haju, chwil ekscytacji, nowości z kochankiem. Własną przyjemność stawiają ponad wszystko co dotąd zbudowały. Emocje to je nakręca. Stabilność (rodzina) to nuda. A młodym mężczyznom wmawia się że one tylko "chcą kochać i być kochane" i o niczym innym nie marzą jak dobry troskliwy mąż który będzie dla niej podporą. Tymczasem Twoja historia pokazuje że ile by z siebie mężczyzna nie dał, jak nie wspierał i tak usłyszy że za mało. Że inny daje więcej i że ona zasługuje na to. Smutne to. Wychodzi na to że jednak to prawda co piszą doświadczeni życiowo mężczyźni ( nie 20-letnie nabuzowane testosteronem młokosy) że "kobiety nie potrafią kochać one tylko pozwalają się kochać". A to nie to samo. Gdy opada im w organiźmie hormonalny haj szybko szukają kolejnego mężczyzny który odpali w ich ciałach tę przyjemną mieszankę. Stad tyle zdrad ,rozwodów(90% wniosków rozwodowych to wnioski kobiet). Podobna każda marzy o rodzinie tylko że tę rodzinę zbyt wiele uważa za klatkę, więzienie, przez które nie może być w pełni sobą i marzy żeby się z niej wyrwać. Miłość, szczerość, lojalność u współczesnych kobiet to chyba kwiat paproci. Ktoś widział? Da ktoś nadzieję.

3

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Czekam na cześć drugą

Nie ma rewolucji, jeśli nie ma buntu.

4

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Smutne ale dobrze opisane.

5

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Po przeczytaniu takiego tekstu (ze przez to przebrnąłem) nawet nie wiadomo co napisać. Dałeś z siebie 200% i zostałeś z ręką w nocniku. Czekam na drugą część, ale wnoszę po tych "mój anioł", że jesteś w trakcie niesamowitego prania mózgu. Jak widać w małżeństwie lepiej być jak Al Bundy - przynajmniej facet by się nie przejmował, że tyle z siebie dał:)

6

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Wiecej takich historii i faktycznie uwirze w teorie z samcami alfa.

7

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Kobieta się zakochała. poniosły ją emocje i koledze to wyznała.. Pytanie co dalej..
Mylisz się natomiast ze chodziło o jego wygląd. Na pewno nie.

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

8

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Jak jeszcze więcej takich oddanych i wiernych facetó to przeczyta, czy  tez inne podobne historię, to zaczną się zachowywać jak owe alfa byczki, które świecą swoją wspaniałością, błyskotliwością czy tez czułymi słówkami i świetnym humorem. A takiemu trudno się oprzeć, jak się ma pod nosem statecznego męża...Teraz pytanie, kto ma się starać to wszystko odbudować, jeśłikomukolwiek jeszcze zależy...

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

9

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Myślę, że do zdrady popchnęła ją kwestia podbudowania własnej wartości. Była szara myszką, niezauważana, wycofana zapewne ze środowiska. Kiedy już do czegoś doszła, stała się bardziej pewna siebie i imponowało jej, że "byczek" się Nią zainteresował. Wróciły te motylki, czuła się wspaniałą atrakcyjną kobietą... No cóż, pewne sprawy trzeba przerobić za młodu lub zawsze mieć poczucie własnej wartości i nie potrzebować nic sobie udowadniać, bo później takie kwiatki z tego wychodzą z czasem.
Jeszcze dodam, Aurorze, jesteś wspaniałym mężczyzną, podziwiam Cię szczerze

Czekam smile

Nie ma rewolucji, jeśli nie ma buntu.

10

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

oddanym mężem na pewno. Ale wspaniały mężczyzna nie robi zdjęć firanek po paru miesiącach by żonie zrobiło się wstyd.
Co do 1 części zgadzam się.

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

11 Ostatnio edytowany przez Ajko (2019-11-20 10:18:48)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Chciałabym przeczytać do twojej historii, wersję historii twojej żony i wersję historii twojego syna (napisane przez nich samych), myślę że wtedy pojawiłby się całościowy obraz. Mam wrażenie, że oni wiele spraw widzieli inaczej niż ty.
Rozumiem twój żal, z twojej historii wynika, że już od dłuższego czasu wam się nie układało. Nie tylko od roku. Czytając twój post bardzo mocno czuję, że prawdziwa prawda jest gdzieś po środku.

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Kubuś_Puchatek napisał/a:

Swoją obecną żonę poznałem jeszcze w szkole podstawowej. ... Nie widziałem świata poza nią.. Czas wolny, który spędzałem bez niej wywoływał u mnie ból. Stale odliczałem godziny do ponownego spotkania. Wpadłem w sidła miłości - bo nigdy nie znałem tego uczucia....

...Mama wychowywała mnie surową ręką. Nie miała ze mną żadnych problemów wychowawczych.
Tak mijały nam koleje wspólne lata. Miłość dalej kwitła. Świata poza sobą nie widzieliśmy. Żadnych problemów i kłótni nie było między nami.

Chciałem żebyśmy studiowali w tym samym mieście. Razem jaździliśmy na zjazdy, odprowadzaliśmy się wzajemnie. Piękne to były czasy. Miałem pracę - może słabo płatną ....Zaczęliśmy myśleć o małżeństwie. Dotychczas ten temat odkładaliśmy - bo wpierw byliśmy za młodzi, później bo studia a gdyby pojawiło się dziecko - nie chcieliśmy sobie komplikować życia. I dochodził największy problem - finansowy i brak mieszkania. Dochody z pracy miałem słabe. ... Marzyłem by kupić mieszkanie i ożenić się. Ale te zarobki niweczyły moje plany. ...
. Bylibyśmy wszyscy razem - mój anioł pomagał by w domu, mój ojciec nie czułby się tak samotny a ja miałbym ukochane osoby pod jednym dachem.  Oszczędziłem wystarczająco dużo by kupić na kredyt mieszkanie.
...doszło nam sporo obowiązków, mniej czasu dla siebie..... zaproponowałem żonie by podjęła nowe studia na innym kierunku. Bardziej poszukiwanym. Żona się zgodziła a ja je opłaciłem. ...

Z racji tego, że moja żona ukończyła studia pedagogiczne i nie mogła znaleść dalej pracy (w moim mieście liczyły się tylko układy i znajomości) - wpadłem na szalony pomysł. Zaproponowałem, że będziemy wysyłać podania o pracę po całej Polsce - a kto odpowie i zaoferuje mojej żonie pracę - tam wyjedziemy. ....

Ja w między czasie też znalazłem na miejsce pracę, ale zaczęliśmy mieć dla siebie coraz mniej czasu. Zaczęły się drobne sprzeczki między nami. Stałem się nerwowy przez to wszystko. Nowe obce miejsce, obcy ludzie dookoła, ciągłe zmiany. Męczyło mnie to.
Mój syn przysparzał nam kłopotów. Chciałem go wychować tak jak mnie mama wychowywała. Bo dzięki temu - stąpałem twardo po ziemi.

Czułem się odrzucony i niedoceniany. Po tym wszystkim co dla rodziny robiłem...

W między czasie po kilku latach wynajmowania - uznałem, że mamy sporo własnych środków i że warto pomyśleć o mieszkaniu w dużym mieście - Pomyślałem, że powinniśmy spróbować w Warszawie.

... załatwiałem wszystkie sprawy techniczne, płatności, lekarzy + opieka nad dzieckiem. Ten brak czasu dla siebie spowodował, że znów wróciły drobne sprzeczki. ,...Załatwiałem wszystko. Moja żona zawsze była bardziej humanistką więc z tego powodu to ja zakładałem wszystkim konta na profilach, zakładałem skrzynki pocztowe, ustalałem hasła, konfigurowałem komputery, telefony. Zajmowałem się wszystkim co techniczne. Jeśli ktoś zachorował - szukałem lekarza. Nawet jeśli wizytę miała odbyć żona. Bo np. potrzebowała konsultacji ginekologa czy dentysty. Lekarzy wyszukiwałem jej ja. Ja ją umawiałem. Mówiłem tylko gdzie i o której ma wizytę.
...Z racji tego, ze to nowe mieszkanie w Warszawie miało być naszą ostoją, naszym azylem - chciałem aby było nowoczesne, aby kademu się podobało. ...
... Kiedyś zrobiłem zdjęcie w jakim stanie czystości są firanki - miałem nadzieję, ze zrobi jej się wstyd i zrozumie co chciałbym jej powiedzieć. M

...Z racji tego że jestem nieufny wobec ludzi - potrzebuje więcej czasu aby ktoś mógł się wkraść w moje łaski smile.
...Mój anioł... Z wiadomości dowiedziałem, się, że zakochała się z nim rok temu i że trzymała to w tajemnicy. ...Moja żona. Kobieta z którą spędziłem 24 lata. Kobieta dla której wszystko w życiu robiłem. Dla której poświęciłem wszystko.


Przepraszam, ale jak jakoś tego nie kupuję.

Wg mnie masz jakieś zaburzenia osobowości, chęć kontrolowania. Sam byłeś, wg Ciebie surowo wychowywany, i to samo chciałeś zrobić z własnym synem. Zrobiłeś z niej, prawie ubezwłasnowolnioną kobietę. Zakładanie skrzynek, haseł, umawianie do lekarza? Sam przyznałeś, że nawet mieszkanie sam upatrzyłeś, więc wybacz, gdybym była Twoją żoną, nie wiem czy nie zachowałabym się inaczej.
Zamknąłeś tą kobietę, ona nie mogła mieć swoich planów i marzeń, bo o wszystkim decydowałeś TY.
Czy Twoja żona mogła w ogóle coś robić? Ty wychowałeś dziecko, Ty zdecydowałeś o innym mieszkaniu, Ty sprzątałeś i nawet robiłeś za nią jej pracę!

Wg mnie, powinieneś iść na terapię, ja żyłam z człowiekiem który mnie właśnie osaczał i zniewolił, to samo zrobiłeś z żoną.

13

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Też mi się ciężko to czytało. Takie zagłaskanie kotka na śmierć.
Syn w twojej opowieści jest pobocznym tematem, tak bardzo jesteś skoncentrowany na "swojej" miłości.
Tutaj też robisz show ze swojej opowieści, mamy się domyślać czy doszło do seksu czy nie.

14

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Świetnie opisana historia...ale i tak za kilka chwil dowiesz się autorze że to Twoja wina, że pani żona dała się ponieść..że zamiast szukać dialogu jak często w innych postach radzą albo zwyczajnie banalnie rozstać się..
Za chwilę dowiesz się jaki z Ciebie degenerat, przemocowiec itd... i ona zahukana bidula nie miała wyjścia.. no musiała to zrobić i każda panna na jej miejscu ..
Tak na pewno Twoja wina.

15 Ostatnio edytowany przez maku2 (2019-11-20 11:47:32)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Kubuś_Puchatek napisał/a:

I kiedy myślałem, że już nic gorszego mnie nie spotka - życie pokazało, jak bardzo byłem w błędzie.

Widzisz to nie wina życia tylko Twoja czyli co Ty z tą wiedzą zrobiłeś, bo że żona chciała jego a już nie Ciebie jest jasne.
Spróbuję zgadnąć zanim napiszesz:
-zdradziła fizycznie
-zaproponowała trójkąt
-Ty zaproponowałeś trójkąt
-oczywiście dla dobra dziecka mieliście udawać że jest ok
-wyprowadziła się z dzieckiem do niego

Pokręcona Owieczka napisał/a:

Wg mnie masz jakieś zaburzenia osobowości, chęć kontrolowania.

No tak, jak facet się stara bo mu zależy to staje się osaczającym psychopatą.
A prawda jest banalna on ją kochał/kocha do takiego stopnia że chciał jej we WSZYSTKIM  pomagać i tu popełnił błąd nie można nikomu wchodzić w tyłek bo to tylko proszenie się o kłopoty, no i się doprosił.
Moim zdaniem jej zachowanie - brak czasu, brak bliskości, seksu świadczy o tym że żona od autora odpłynęła już dawno i on to widział i nic z tym nie zrobił. Grożenie rozwodem jest bez sensu jeśli nie jesteś gotowy tego zrobić.

Kubuś_Puchatek napisał/a:

...jak bardzo można się zniżyć by ratować miłość swojego życia...

Nie można się zniżać w żadnym momencie/przypadku, żeby "ratować" małżeństwo do tego są potrzebne 2 osoby, jeśli robiłeś to sam - to nie ma czego ratować, nie ma dla kogo ratować. Nie można kochać za dwoje to nigdy się nie udaje.

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
maku2 napisał/a:
Pokręcona Owieczka napisał/a:

Wg mnie masz jakieś zaburzenia osobowości, chęć kontrolowania.

No tak, jak facet się stara bo mu zależy to staje się osaczającym psychopatą.
A prawda jest banalna on ją kochał/kocha do takiego stopnia że chciał jej we WSZYSTKIM  pomagać i tu popełnił błąd nie można nikomu wchodzić w tyłek bo to tylko proszenie się o kłopoty, no i się doprosił.

Pomagać? Facet ją zniewolił do tego stopnia, że umawiał ją na wizyty do ginekologa! Wybierał lekarza, to może i wchodził z nią jeszcze do gabinetu?
Nie miała czasu, bo non stop jej coś wymyślał, jedne studia były wg nie złe, więc posłał ją na drugie. Wykonywał za nią jej czynności zawodowe! To nie jest pomoc, to jest nadgorliwość.
Facet ma spaczoną wizję miłości, którą pewnie dostał w spadku po matce.
Ma żal, bo jego wizja ich życia, którą zaplanował wiele lat temu, nie miała prawa się zrealizować. Tak nie wygląda miłość, związek, małżeństwo.
Wszędzie jest "ja,ja i ja".
Pytał ją kiedyś, czego ona tak naprawdę chce, zamiast decydować gdzie i jak będą mieszkać?

17

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

niestety tak wygląda to Owieczko.. składał sobie suchy stosik latami, a na koniec przyprowadził do domu zapałki...
Z intencji 5 z wykonania dwója.
Czy da się uratować? napisz więcej autorze.

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

18 Ostatnio edytowany przez maku2 (2019-11-20 12:33:08)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Pokręcona Owieczka napisał/a:

Pomagać? Facet ją zniewolił do tego stopnia, że umawiał ją na wizyty do ginekologa! Wybierał lekarza, to może i wchodził z nią jeszcze do gabinetu?
Nie miała czasu, bo non stop jej coś wymyślał, jedne studia były wg nie złe, więc posłał ją na drugie. Wykonywał za nią jej czynności zawodowe! To nie jest pomoc, to jest nadgorliwość.
Facet ma spaczoną wizję miłości, którą pewnie dostał w spadku po matce.
Ma żal, bo jego wizja ich życia, którą zaplanował wiele lat temu, nie miała prawa się zrealizować. Tak nie wygląda miłość, związek, małżeństwo.
Wszędzie jest "ja,ja i ja".
Pytał ją kiedyś, czego ona tak naprawdę chce, zamiast decydować gdzie i jak będą mieszkać?

Zniewolił? jak dla mnie ona zrobiła się wygodnicka - kochanie nie radzę sobie, nie umiem , pomóż - no i pomagał. Nie mogła znaleźć pracy w zawodzie pomógł zdobyć inny, nie mogła znaleźć pracy? to jej znalazł (chociaż mógł z nią zostać u ojca gdzie jako że ona nie miała pracy mógł mieć nad nią pełniejszą kontrolę) porzucając swoją dobrze płatną.
A że pomagał przy jej pracy? łudził się że to coś zmieni a nie miało prawa, dlaczego? no bo skoro ona się nie wyrabiała z pracą/obowiązkami bo jej mąż pomaga brała tego coraz więcej i paradoksalnie miała jeszcze mniej czasu dla niego a on dokładał sobie obowiązków.
I tu masz rację że przesadzał.
A co do wizji miłości to wybacz ale każdy ma swoją Ty, ja, on, ona. Jeśli ona się z nim związała to pewnie podzielała tą wizję - znali się lata. Problem w tym ze oni związali się w wieku 16 lat wiele, o wiele za wcześnie.
Owieczka a jak on ma to opisywać jak nie ze swojego punktu widzenia? Gdyby próbował pisać za nią to byś mu zarzuciła że wypowiada się za żonę.
Czy ja pytał o jej zdanie? to uważasz że ona taka ubezwłasnowolniona/nieporadna że nie miała własnego zdania?

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
maku2 napisał/a:

Czy ja pytał o jej zdanie? to uważasz że ona taka ubezwłasnowolniona/nieporadna że nie miała własnego zdania?

Szczerze? Tak.
Od samego początku przedstawia ją w świetle "swojego anioła", która musi podporządkować się jemu.
On całe życie ją kontrolował i podejmował za nią decyzję. Widzisz w jaki sposób był wychowany? W jaki sposób chciał wychować swoje dziecko? Nie wierzę, że nie miał zapędów, by tak wychowywać żonę.
Zdjęcie firanek, by było jej wstyd?
Nie mieści mi się to w głowie.
On wymyślił sobie, że będzie jej pomagać, że znajdzie jej pracę, że się przeprowadzą. Wsadził ją w ramki, w które ona przestała się mieścić.

20 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2019-11-20 12:51:45)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Ela świetne te Twoje porównania, nie ma to jak dobrze wzbogacić wypowiedź smile

Tak już chyba będzie zawsze. KAŻDA strona to widzi inaczej, i będzie widzieć cały czas po swojemu. Facet mówi: pomagał, wspierał, doradzał, poświęcał się, starał się - kobieta mówi: ograniczał, zniewalał, wybierał, decydował, kontrolował. Facet mówi poświęcenie, kobieta mówi egozim. Dla nich widocznie działania były te same, ale znaczenie pojęć już nie bardzo. Fakt wydaje się prosty i jednoznaczny: NIE DOBRALI się wzajemnie, rozminęli się w swoich oczekiwaniach. On miał swoją wizję miłości , małżeństwa, słuszną według niego, ona swoją, słuszną według niej. Tylko pytanie właśnie, skoro mieli oboje tak rozbieżne oczekiwania, to dlaczego tego wcześniej nie widzieli? Powinno to wychodzić od razu przecież.
Gość sądził, że wszystko co robi, jest jak najbardziej właściwe i dobre, jak sądził, dla utrzymania małżeństwa i nie widział w tym nic złego. Owszem trochę przesadziłz tym prowadzeniem za rączkę, ale NIKT  mu tego nie uświadomił. Żona, przynajmniej od pewnego momentu, czuła się osaczona, ale ciężko zrozumieć dlaczego nie próbowała do niego dotrzeć, porozmawiać o tak ważnych dla niej kwestiach, przedyskutować z nim to i uświadomić mężowi, że czuje się podduszona w tym małżeństwie. Mam wrażenie, że w pewnym momencie, jak sprawy zachodza już zbyt daleko, to jednak, łatwiej jest pójść w tango, będąc adorowanym i omamionym czułymi słówkami, niż ratować to, co najcenniejsze. Do tego dochodzi jeszcze syn.

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

21

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Witam,
Piszą Państwo, że zniewoliłem swoją żonę? Nie - nie sądzę. Nigdy niczego jej nie zabraniałem. Mogła robić co chce i kiedy tylko chce. I fakt jest faktem - to ja wybierałem większość rzeczy. Załatwiałem większość spraw. Bo na kimś to wymusiłem? Nie. Daleko mi to tego. Robiłem to ... bo mój anioł się tym nie zajmował.
Z żalem słuchałem jak inni wspólnie razem wszystko załatwiają. Razem chodzą, wybierają, rozmawiają o tym . U mnie tego nie było....

Do ginekologa z żoną też nie chodziłem smile Prosty przykład - proszę bardzo. Kiedy nasz stan finansowy uległ poprawie - starałem się znaleźć najlepsze rozwiązania dla  żony i dziecka. Jeśli widziałem, że żona źle się czuje - próbowałem pomóc jak mogłem. Ona zwykle nie widziała problemu, chciała przeczekać ból. Zdarzało mi się nieraz jeździć po nocy po aptekach za lekami dla niej. Może to dziwne - ale przez wiele lat - mieszkając już w Warszawie - korzystaliśmy z lekarzy z miasta rodzinnego. Moja małżonka nie chciała innych. Bo tu ... drogo, bo nie wiadomo, który dobry a tam ma sprawdzonych. Wydawało mi się to dziwne i namawiałem ją, żebyśmy próbowali wszystkie nasze kwestie załatwiać tu na miejscu - gdzie był nasz dom. Warszawa oferuje mieszkańcom wspaniałych lekarzy - tak więc i tu mogliśmy znaleźć pomoc w doraźnych problemach. Niektórych Państwa komentarze, ze coś wymuszałem - uważam za krzywdzące wobec mnie. Moja żona nie wykazywała żadnego zainteresowania, żeby sobie samemu znaleźć lekarza, przychodnię czy cokolwiek innego. Z wielką przyjemnością bym chciał by było inaczej. Więc jeśli mój syn miał problem ortodontyczny - szukałem w internecie lekarza o świetnych recenzjach. Znalazłem - zapisałem na wizytę i przez 2 lata sam z nim jeździłem. SAM. Dlaczego - bo moja żona nie miała czasu. Jak mój syn zachorował - do lekarzy chodziłem z nim ja. Dlaczego - bo moja żona nie miała czasu. Nawet ostatnio, kilka dni temu podczas bilansu - Pani doktor w przychodni zapytała o moją żonę, bo jej nie kojarzy a ciągle widzi mnie.....

Jak żonie ukruszył się ząb - chciała czekać z wizytą do najbliższego wolnego by móc jechać w rodzinne strony do znajomego dentysty. Przeszukałem internet i znalazłem jej dobrego dentystę na miejscu. Czy to źle? Jak rodziła dziecko w szpitalu - chciałem zrobić wszystko by nie wpadła w ręce Pana ordynatora - znanego wszystkim "rzeźnika". Uprosiłem lekarza prywatnego by się nią zajął. To błędne postępowanie? Namawiałem małżonkę, by badania robiła sobie w prywatnej przychodni - bez potrzeby stania w kolejkach, bez czekania. Sama na nie jeździła - nie musiałem jej "towarzyszyć". Ona nie wykazywała żadnego zainteresowania tym. Nie miała czasu.... Bo praca pochłonęła wszystko. Kiedyś nawet jej w złości powiedziałem, że marzy mi się by ją zwolnili z tej pracy.

Pozdrawiam,

"Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak traktuje kogoś, kto nie może mu się w żaden sposób odwdzięczyć" - Ann Landers

22

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Pokręcona Owieczka napisał/a:
maku2 napisał/a:

Czy ja pytał o jej zdanie? to uważasz że ona taka ubezwłasnowolniona/nieporadna że nie miała własnego zdania?

Szczerze? Tak.
Od samego początku przedstawia ją w świetle "swojego anioła", która musi podporządkować się jemu.
On całe życie ją kontrolował i podejmował za nią decyzję. Widzisz w jaki sposób był wychowany? W jaki sposób chciał wychować swoje dziecko? Nie wierzę, że nie miał zapędów, by tak wychowywać żonę.
Zdjęcie firanek, by było jej wstyd?
Nie mieści mi się to w głowie.
On wymyślił sobie, że będzie jej pomagać, że znajdzie jej pracę, że się przeprowadzą. Wsadził ją w ramki, w które ona przestała się mieścić.

Lub że on podporządkował swoje życie pod nią i jej oczekiwania - co też jest do bani, bo to oznacza że ona dostawała co chciała a on na to zapindalał.
Kontrola? przez rok siedział w UK w tym czasie też ją kontrolował? Skoro jej było tak źle mogła wtedy się "wyrwać". Kontrola? jeśli ona sobie biedna nie radziła miał stać z boku i nic nie robić?
To pojawiłby się komentarz - to co to za facet że nie pomógł, nie zaradził itp.
Co do firanek - widzisz Tobie nie mieści się to w głowie -TOBIE - a on pewnie nie wiedział co ma zrobić by uświadomić żonę że w domu jest syf.
Zgadzam się z Tobą że facet był/jest nadgorliwy, brał sobie na głowę coraz więcej w złudnej nadziei że to coś poprawi a działo się coraz gorzej.
Partner w związku jest od tego żeby pomagać ale nie wyręczać i tu przeginał.

23 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2019-11-20 12:59:14)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Autorze, OBIEKTYWNIE nie zrobiłeś nic złego, skoro pomagałeś czy chciałeś pomagać, zwłaszcza w kwestiach zdrowotnych. Tylko weź pod uwagę, że indywidualne kaprysy, humory, potrzeby czy oczekiwania a szczególnie ich NIE SPEŁNIENIE, może skutkować rodzeniem się żalów, frustracji czy niezadowolenia. Co onacza, że ona nie miała czasu? Nie chciała się zajmować pewnymi sprawami, moze po prostu z uwagi na to, że ją to nie interesowało? Za to oczekiwała czegoś innego, tylko czego? Tutaj rozbija się kwestia nie celów i intencji Twojego działania, niestety, ale indywidualnego spoorzenia na nie Twojej żony, której chyba nie wziąłeś pod uwagę smile

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

24 Ostatnio edytowany przez Pokręcona Owieczka (2019-11-20 13:07:18)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Kubuś_Puchatek napisał/a:

Więc jeśli mój syn miał problem ortodontyczny - szukałem w internecie lekarza o świetnych recenzjach. Znalazłem - zapisałem na wizytę i przez 2 lata sam z nim jeździłem. SAM. Dlaczego - bo moja żona nie miała czasu. Jak mój syn zachorował - do lekarzy chodziłem z nim ja. Dlaczego - bo moja żona nie miała czasu. Nawet ostatnio, kilka dni temu podczas bilansu - Pani doktor w przychodni zapytała o moją żonę, bo jej nie kojarzy a ciągle widzi mnie.....,

No i? Jesteś ojcem, gdzie jest napisane, że to matka ma chodzić z dzieckiem do lekarza? Sam znalazłeś ortodontę, więc i sam pojechałeś. Nie widzę powodów do żalu wobec żony.
Ja też zawsze chodziłam z dzieckiem do lekarza i nigdy mnie lekarz nie zapytał co z ojcem, może dlatego, że większość uważa, ze to matka winna się zająć dzieckiem, to jej obowiązkiem, a jak to robi tatuś, to powinien dostać medal.

Kubuś_Puchatek napisał/a:

Jak żonie ukruszył się ząb - chciała czekać z wizytą do najbliższego wolnego by móc jechać w rodzinne strony do znajomego dentysty. Przeszukałem internet i znalazłem jej dobrego dentystę na miejscu. Czy to źle? Jak rodziła dziecko w szpitalu - chciałem zrobić wszystko by nie wpadła w ręce Pana ordynatora - znanego wszystkim "rzeźnika". Uprosiłem lekarza prywatnego by się nią zajął. To błędne postępowanie? Namawiałem małżonkę, by badania robiła sobie w prywatnej przychodni - bez potrzeby stania w kolejkach, bez czekania. Sama na nie jeździła - nie musiałem jej "towarzyszyć". Ona nie wykazywała żadnego zainteresowania tym. Nie miała czasu....,

Podejmowałeś za nią decyzje. Ona chciała swojego lekarza, więc uważałeś że lepszy się znajdzie w Warszawie i znalazłeś.
Nie szanujesz jej zdania i decyzji, zawsze musi być po Twojemu?

Przepraszam, ale czytając Ciebie, co robiłeś i jak, mam przed oczami swojego ex. Toksyka, manipulanta z zaburzeniami osobowości.

Maku, mógł sam uprać firanki.

25

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Witam ponownie,
Odniosę się wpierw do Państwa wpisów, zanim zacznę dalej. Wiem, że to może dziwne, ale ... chyba dalej walczę o "mojego anioła". Przeżyłem z nią najpiękniejsze lata swojego życia. Gdyby było inaczej - już dawno by mnie przy niej nie było. Choć szukam argumentów by robić to dalej. Sam u siebie. Chce wierzyć lub chciałem wierzyć, że to mogę zatrzymać, ale o szczegółach później.

Zgadzam się też z jednym. Moja żona się zakochała. Ale nie potrafię się z tym pogodzić. Nie akceptuję tego, bo jak wielu tutaj - uważam, że to od nas samych wszystko zależy. Od tego na ile sobie sami pozwolimy. Jesteśmy ludźmi dorosłymi i świadomymi, a więc jeżeli z jakiegoś względu ktoś nam wpadnie w oko, wzbudza w nas sympatię, zainteresowanie, nasza zażyłość staje się coraz większa - to trzeba umieć powiedzieć sobie stop. Może łatwo mi to pisać z poziomu osoby, która jest po drugiej stronie barykady, ale powinniśmy sobie zdawać sprawę - co stawiamy na szali. Co ryzykujemy, co będzie dalej, jakie będą konsekwencje mojego działania? A tego u mojej żony zabrakło. Czy to, że czegoś mi przez lata brakowało, że byłem i jestem nadal odrzucany powinno oznaczać, że "rzucę zabawkami" i poszukam innej piaskownicy? Takie problemy próbuje się rozwiązywać. Szuka się przyczyn. Dla mnie najważniejsze to... miłość. Przez wiele lat myślałem, że mam obok siebie osobę idealną, która mnie kocha. Nie, że to mówiła. Ja to czułem. Widziałem, mogłem tego doświadczyć. I to było dla mnie najważniejsze. Cała reszta była nieistotna. To, że żona na początku nie miała pracy, to że nasza "znajomość" na początku powodowała konflikt z moimi rodzicami, to , że musiałem wiele rzeczy robić,  że zastępowałem ją w wielu damskich obowiązkach - to wszystko były dla mnie wtedy błahostki. Dlaczego - odpowiedź jest prosta - bo ją kochałem. Była dla mnie wszystkim i oddałbym wszystko, żeby była szczęśliwa. Pomagałem jak tylko mogłem - chciałem odciążyć w jej obowiązkach.
Szukałem wiele razy odpowiedzi na pewne pytania. Dlaczego dziś stoję w miejscu i takim położeniu jak to? Dlaczego moja żona nie doceniła tego co jej dałem i zaoferowałem? Szczególnie, że słyszę rozmowy współpracowników, czytam historię ludzi, rozmawiam ze znajomymi, którzy mówią jak fatalne związki tworzą. Że partnerzy zdradzają, nie szanują, że często pojawia się przemoc, nadmiar używek, brak zrozumienia. Ludzie często robią sobie na złość będąc razem. Jak do niedawna nie znałem tego. I dlatego myślę, że mimo wszystko - przeżyłem szczęśliwie sporą cześć swojego życia. Były rzeczy, które mi nie pasowały, których nie akceptowałem - ale miałem to co najważniejsze. Wiedziałem, że mam DOM, że mam miejsce do którego mogę wracać z pracy. Prawdziwy dom, gdzie ktoś ucieszy się na mój widok.Czułem się kochany i najważniejszy dla kogoś. To wszystko napędzało mnie dotąd w życiu. Dzięki temu - robiłem rzeczy, których inni by się nawet nie podjęli. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Miałem dla kogo to robić. Miałem cel i marzenia na przyszłość. Dla tych ludzi, których kochałem - dla mojej rodziny. Ale dziś już tego nie ma.... Dziś nie wiem gdzie jestem. Żyje z dnia na dzień. Nic mnie nie interesuje. Straciłem zapał. Całą energię, którą włożyłem aby stworzyć to co mam przekierowałem w drugą stronę. Kiedyś tworzyłem, dziś niszczę. Kiedyś byliśmy MY, dziś jestem ja.
Tak więc zastanawiając się nad tym wszystkim doszedłem do wniosku, że tak jak kiedyś traktowałem za CUD, to że moja żona była moją pierwszą dziewczyną, moją pierwszą narzeczoną, pierwszą kobietą z którą poznałem cielesność a ja byłem jej pierwszym chłopakiem/narzeczonym/mężem - tak teraz patrzę na to inaczej. Dlaczego? Bo może gdyby moja żona "zaznała" prawdziwego życia, gdyby trafiła na "tych gorszych samców", gdyby ktoś jej zaszedł za skórę, zawiódł, wykorzystał czy porzucił - to może ja byłbym dziś w innym położeniu? Może wtedy doceniłaby mnie bardziej. Wiedziała, że jestem jedyny i wyjątkowy. A tak dostała na tacy na "dzień dobry" - przepraszam, za brak skromności - mnie. Faceta, który nie zdradzał, który nie uganiał się za innymi, który nie dał jej nigdy powodu do zazdrości. Faceta, który nie ma żadnych nałogów - nigdy nie paliłem. Faceta, który nie pije (na uroczystościach rodzinnych 3, 4 kieliszki i to koniec). To nie dla mnie. Faceta, który z kolegami po pracy na 1 piwno wychodzi raz na pół roku. Faceta, który zawsze po pracy wraca do domu a jak miał się spóźnić to wysyłał żonie wiadomość, żeby anioł się nie martwił. Faceta, który dał rodzinie nowe mieszkanie, który dbał o najbliższych jak mógł - zaniedbując siebie. I takiego mnie nie doceniła... Może, gdyby miała "złe" doświadczenia w przeszłości - to dziś świat byłby piękniejszy dla mnie. Nie jestem i nie byłem jak Casanova. Nie podrywam dziewczyn. Typ urody średni. Wysoki, szczupły facet. Czy to za mało co dałem od siebie? Czy mało zaoferowałem?
Ktoś tu wyżej wspomniał, że to niemożliwe, że mój anioł poleciał na wygląd mojego kolegi. Niestety, ale nie mogę się w tej kwestii wypowiedzieć - nie chce ujawniać zbyt dużo szczegółów, ale myślę, ze to miało duuuuuży wpływ. Mój kolega ma charakterystyczny typ urody i na tym poprzestanę.

Miałem się nie rozpisywać... Znów wyszło jak zawsze smile

"Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak traktuje kogoś, kto nie może mu się w żaden sposób odwdzięczyć" - Ann Landers

26

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Tak mógł uprać firanki, umyć podłogi, umyć okna, zrobić obiad itp.
Ale znaleźć lekarza, znaleźć pracę, znaleźć mieszkanie już nie mógł/powinien bo wtedy osacza/kontroluje.
Przecież to się gryzie, chyba za bardzo patrzysz przez pryzmat swojego małżeństwa.
Znalazł jej dentystę bo był na miejscu (nie wiem jak daleko jest tamten dentysta) a ona tam poszła, czy ją do tego zmusił? no chyba nie.

27

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

A mnie jest Ciebie bardzo żal. Nie widzę w Tobie toksyka i manipulanta, a raczej męski odpowiednik "kobiety kochającej za bardzo".
Mam wrażenie, że zagłaskałeś żonę. Byłeś za dobry, a ją to znudziło.

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Nie, on nie był za dobry. On inaczej po prostu nie umie.
Nie miał własnej przestrzeni, więc nie dawał jej innym. Uważa(ł), ze małżeństwo to poświęcenie, że trzeba wszystko odstawić i biec po pracy do domu.
Autorze, niech zgadnę, nie masz żadnych przyjaciół, prawda? 
Chciałeś zamknąć Was przed światem, ale tak się nie da żyć.

Maku, może tak, może podchodzę zbyt emocjonalnie, bo żyłam w takiej złotej klatce, aż pręty zaczęły mi się wbijać w klatkę piersiową.

Nie wiem czego oczekuje Autor. Dla mnie to nie było szczęśliwe małżeństwo, tylko zahukana dziewczyna i zaburzony przez matkę chłopak, którzy chcieli żyć inaczej niż wszyscy, swoją miłością i oddychać jednym powietrzem.

Kubusiu Puchatku, co możesz zrobić? Wg mnie, zapisać się na terapię, bo sam z tego nie wyjdziesz.

29

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Kubuś_Puchatek napisał/a:

Ktoś tu wyżej wspomniał, że to niemożliwe, że mój anioł poleciał na wygląd mojego kolegi. Niestety, ale nie mogę się w tej kwestii wypowiedzieć - nie chce ujawniać zbyt dużo szczegółów, ale myślę, ze to miało duuuuuży wpływ. Mój kolega ma charakterystyczny typ urody i na tym poprzestanę.

A dlaczego nie możesz się wypowiadać w tej kwestii? uroda południowca/bliskowschodnia?
Żona zna ten portal?
Żona odeszła do tego gościa?
A co na jej miłość "kolega"?

30 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2019-11-20 13:31:54)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Jeśli mam być szczery, to przykładam się bardziej do zdania Cyngli niż Owieczki. Żal mi gościa, bo robił naprawdę sporo, starął się jak mógł, tylko widocznie za dużo. Fakt niezaprzeczalny, jest taki że w dzisiejszych czasach owo pojęcie "za dużo" jest dość zróżnicowane a często wręcz leży u kobiet za nisko. Zbyt wiele Pań i zbyt szybko stwierdzją, że takie życie jest zbyt nudne, co nie zmienia oczywistych faktów, że zamknęli się oboje we własnej, ciasnej przestrzeni i Autor nie chciał jej i siebie wypuścić na zewnątrz.

Autorze widzisz w czym leży problem, przynajmniej w kwestii tego dentysty? Otóż nie było istotne to, że załatwiłeś szybciej i sprawniej odpowiedniego specjalistę( w dodatiku zapewne tamten dentysta był daleko), tylko jej nie zapytałeś o zdanie. Choćby ją ząb przestał boleć po tej wizycie, którą jej załatwiłeś smile

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

31

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Cyngli napisał/a:

A mnie jest Ciebie bardzo żal. Nie widzę w Tobie toksyka i manipulanta, a raczej męski odpowiednik "kobiety kochającej za bardzo".
Mam wrażenie, że zagłaskałeś żonę. Byłeś za dobry, a ją to znudziło.

Po przeczytaniu całego wątku mam takie samo wrażenie jak Ty  Cyngli
A Autor na własne życzenie oczywiście wybrał,wyhodował piękną klasyczną jedną z odmian bluszcza/królewny o tyle  charakterystyczną bo uchodzącą za ofiarę  ,tu zniewolenie jest na życzenie żony bo w tak jej było po prostu wygodnie i stwarzało pozory że mąż kontroluje wszystko nic bardziej mylnego kontrolując nadopiekuńczością żonę dałeś się kontrolować żonie która w gruncie rzeczy wcale nie jest taka niesamodzielna i zależna .
Teraz określenie bluszcz jest mało trendy "wszyscy" są borderline.
Nie ratuj nie walcz odpuść weź rozwód z orzeczeniem jej winy nawet żadnego porozumienia bo kochasz  będzie bolało jak diabli bo jesteś uzależniony od niej jej przyzwoleń na dobre uczynki dla niej i pretensje z jej strony jak diabli

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

32

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Również uważam, że Twoja żona była z tych wygodnych, nie zaszczutych. Jeśli miałabym określić, kto był "ofiarą" Twojej nad wyraz wielkiej miłości, to nie ona, lecz... Ty sam.
Przykro mi, że cierpisz.

Skorzystaj z pomocy psychoterapeuty.

33 Ostatnio edytowany przez Pokręcona Owieczka (2019-11-20 13:37:23)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Nie znamy wersji żony, więc pisanie, że on niczego złego nie zrobił jest taką formą domniemanej niewinności.

Nie wiem, czy któreś z Was było na miejscu jego żony, jak tak. Wiem co wtedy wolno, a co nie. Na co można sobie pozwolić a na co nie.
Najłatwiej jest mówić, że wychował królewnę, dał jej wszystko ,  a ona taka zła...

Winę za zdradę, ponosi żona, ale on ją do tej zdrady konsekwentnie popychał, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

edit: wycofuję się z tego wątku, zbyt dużo emocji mnie to kosztuje.
Powodzenia Autorze.

34 Ostatnio edytowany przez Cyngli (2019-11-20 13:41:20)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Pokręcona Owieczka napisał/a:

Nie znamy wersji żony, więc pisanie, że on niczego złego nie zrobił jest taką formą domniemanej niewinności.

Nie wiem, czy któreś z Was było na miejscu jego żony, jak tak. Wiem co wtedy wolno, a co nie. Na co można sobie pozwolić a na co nie.
Najłatwiej jest mówić, że wychował królewnę, dał jej wszystko ,  a ona taka zła...

Winę za zdradę, ponosi żona, ale on ją do tej zdrady konsekwentnie popychał, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

Nigdy nie poznamy wersji jego żony, a pomóc mamy Autorowi wątku.

Nie byłaś na miejscu jego żony smile. Byłaś na swoim miejscu, w toksycznym małżeństwie, z Twoim mężem. Współczuję doświadczeń, ale nie możesz z całą pewnością stwierdzić, że u nich było tak, jak u Ciebie. Myślę, że jako pokrzywdzona przez toksyka, nie jesteś też do końca obiektywna.

Pokręcona Owieczka napisał/a:

edit: wycofuję się z tego wątku, zbyt dużo emocji mnie to kosztuje. 
Powodzenia Autorze.

Szanuję to. Nie ma sensu narażać się na dyskomfort. A tak między nami - myślę, że nikt nie poczuje się urażony - bardzo Cię podziwiam i uważam, że jesteś niesamowicie silną kobietą.

35 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-11-20 14:22:26)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Pokręcona Owieczka napisał/a:

Nie znamy wersji żony, więc pisanie, że on niczego złego nie zrobił jest taką formą domniemanej niewinności.

Nie wiem, czy któreś z Was było na miejscu jego żony, jak tak. Wiem co wtedy wolno, a co nie. Na co można sobie pozwolić a na co nie.
Najłatwiej jest mówić, że wychował królewnę, dał jej wszystko ,  a ona taka zła...

Winę za zdradę, ponosi żona, ale on ją do tej zdrady konsekwentnie popychał, nie zdając sobie nawet z tego sprawy.

edit: wycofuję się z tego wątku, zbyt dużo emocji mnie to kosztuje.
Powodzenia Autorze.

To dlatego Owieczko bo utożsamiłaś się z żoną Autora kompletnie mylnie,niuanse i akcenty proporcjach znaczenie i dawkowanie emocji z pozoru jest bardzo podobne bo wykreowane przez żonę Autora  znając Twoją historię twierdzę że zupełnie różnisz się od niej Ty nie jesteś żadnym bluszczem Ty padłaś autentyczną ofiarą psychicznie chorego stosującego przemoc i szantaż mniej lub bardziej subtelny terror.
Niejeden terapeuta dał by się nabrać na opowieść żony tak myślę .
Nie można nikogo popychać do zdrady no nie da się to racjonalizacja jakiegoś odwetu za urazy i niewolę .
Zona Autora to odmiana kogoś bardziej podobnego do Twojego byłego męża niejednego terapeutę wprowadziła by w błąd .
A bardzo głębokie uzależnienie emocjonalne Autora to już inna sprawa zdrowe i pożyteczne w związku to nie jest.
Edit skąd moja prawie pewność leczyłem się z takimi kobietami bardzo są to rzadkie przypadki na terapii wiele można się dowiedzieć od takich osób jak przekroczą pewien próg szczerości cierpienia i bólu dna osiągane przez takie osoby są straszne i nie koniecznie powodem jest chemiczne uzależnienie blisko jest do pewnej odmiany narcyzmu i wynaturzonego egocentryzmu
Po za tym wiesz że Cię lubię i cenię a mój post kompletnie nie był na złość czy po to żeby się droczyć .

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

36

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Kubuś_Puchatek napisał/a:

Witam ponownie,
Odniosę się wpierw do Państwa wpisów, zanim zacznę dalej. Wiem, że to może dziwne, ale ... chyba dalej walczę o "mojego anioła". Przeżyłem z nią najpiękniejsze lata swojego życia. Gdyby było inaczej - już dawno by mnie przy niej nie było. Choć szukam argumentów by robić to dalej. Sam u siebie. Chce wierzyć lub chciałem wierzyć, że to mogę zatrzymać, ale o szczegółach później.

Zgadzam się też z jednym. Moja żona się zakochała. Ale nie potrafię się z tym pogodzić. Nie akceptuję tego, bo jak wielu tutaj - uważam, że to od nas samych wszystko zależy. Od tego na ile sobie sami pozwolimy. Jesteśmy ludźmi dorosłymi i świadomymi, a więc jeżeli z jakiegoś względu ktoś nam wpadnie w oko, wzbudza w nas sympatię, zainteresowanie, nasza zażyłość staje się coraz większa - to trzeba umieć powiedzieć sobie stop. Może łatwo mi to pisać z poziomu osoby, która jest po drugiej stronie barykady, ale powinniśmy sobie zdawać sprawę - co stawiamy na szali. Co ryzykujemy, co będzie dalej, jakie będą konsekwencje mojego działania? A tego u mojej żony zabrakło. Czy to, że czegoś mi przez lata brakowało, że byłem i jestem nadal odrzucany powinno oznaczać, że "rzucę zabawkami" i poszukam innej piaskownicy? Takie problemy próbuje się rozwiązywać. Szuka się przyczyn. Dla mnie najważniejsze to... miłość. Przez wiele lat myślałem, że mam obok siebie osobę idealną, która mnie kocha. Nie, że to mówiła. Ja to czułem. Widziałem, mogłem tego doświadczyć. I to było dla mnie najważniejsze. Cała reszta była nieistotna. To, że żona na początku nie miała pracy, to że nasza "znajomość" na początku powodowała konflikt z moimi rodzicami, to , że musiałem wiele rzeczy robić,  że zastępowałem ją w wielu damskich obowiązkach - to wszystko były dla mnie wtedy błahostki. Dlaczego - odpowiedź jest prosta - bo ją kochałem. Była dla mnie wszystkim i oddałbym wszystko, żeby była szczęśliwa. Pomagałem jak tylko mogłem - chciałem odciążyć w jej obowiązkach.
Szukałem wiele razy odpowiedzi na pewne pytania. Dlaczego dziś stoję w miejscu i takim położeniu jak to? Dlaczego moja żona nie doceniła tego co jej dałem i zaoferowałem? Szczególnie, że słyszę rozmowy współpracowników, czytam historię ludzi, rozmawiam ze znajomymi, którzy mówią jak fatalne związki tworzą. Że partnerzy zdradzają, nie szanują, że często pojawia się przemoc, nadmiar używek, brak zrozumienia. Ludzie często robią sobie na złość będąc razem. Jak do niedawna nie znałem tego. I dlatego myślę, że mimo wszystko - przeżyłem szczęśliwie sporą cześć swojego życia. Były rzeczy, które mi nie pasowały, których nie akceptowałem - ale miałem to co najważniejsze. Wiedziałem, że mam DOM, że mam miejsce do którego mogę wracać z pracy. Prawdziwy dom, gdzie ktoś ucieszy się na mój widok.Czułem się kochany i najważniejszy dla kogoś. To wszystko napędzało mnie dotąd w życiu. Dzięki temu - robiłem rzeczy, których inni by się nawet nie podjęli. Nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Miałem dla kogo to robić. Miałem cel i marzenia na przyszłość. Dla tych ludzi, których kochałem - dla mojej rodziny. Ale dziś już tego nie ma.... Dziś nie wiem gdzie jestem. Żyje z dnia na dzień. Nic mnie nie interesuje. Straciłem zapał. Całą energię, którą włożyłem aby stworzyć to co mam przekierowałem w drugą stronę. Kiedyś tworzyłem, dziś niszczę. Kiedyś byliśmy MY, dziś jestem ja.
Tak więc zastanawiając się nad tym wszystkim doszedłem do wniosku, że tak jak kiedyś traktowałem za CUD, to że moja żona była moją pierwszą dziewczyną, moją pierwszą narzeczoną, pierwszą kobietą z którą poznałem cielesność a ja byłem jej pierwszym chłopakiem/narzeczonym/mężem - tak teraz patrzę na to inaczej. Dlaczego? Bo może gdyby moja żona "zaznała" prawdziwego życia, gdyby trafiła na "tych gorszych samców", gdyby ktoś jej zaszedł za skórę, zawiódł, wykorzystał czy porzucił - to może ja byłbym dziś w innym położeniu? Może wtedy doceniłaby mnie bardziej. Wiedziała, że jestem jedyny i wyjątkowy. A tak dostała na tacy na "dzień dobry" - przepraszam, za brak skromności - mnie. Faceta, który nie zdradzał, który nie uganiał się za innymi, który nie dał jej nigdy powodu do zazdrości. Faceta, który nie ma żadnych nałogów - nigdy nie paliłem. Faceta, który nie pije (na uroczystościach rodzinnych 3, 4 kieliszki i to koniec). To nie dla mnie. Faceta, który z kolegami po pracy na 1 piwno wychodzi raz na pół roku. Faceta, który zawsze po pracy wraca do domu a jak miał się spóźnić to wysyłał żonie wiadomość, żeby anioł się nie martwił. Faceta, który dał rodzinie nowe mieszkanie, który dbał o najbliższych jak mógł - zaniedbując siebie. I takiego mnie nie doceniła... Może, gdyby miała "złe" doświadczenia w przeszłości - to dziś świat byłby piękniejszy dla mnie. Nie jestem i nie byłem jak Casanova. Nie podrywam dziewczyn. Typ urody średni. Wysoki, szczupły facet. Czy to za mało co dałem od siebie? Czy mało zaoferowałem?
Ktoś tu wyżej wspomniał, że to niemożliwe, że mój anioł poleciał na wygląd mojego kolegi. Niestety, ale nie mogę się w tej kwestii wypowiedzieć - nie chce ujawniać zbyt dużo szczegółów, ale myślę, ze to miało duuuuuży wpływ. Mój kolega ma charakterystyczny typ urody i na tym poprzestanę.

Miałem się nie rozpisywać... Znów wyszło jak zawsze smile

Bardzo ci współczuję, tutaj się z tobą zgadzam, jeśli ktoś zdradza to decyduje się na to świadomie, jeśli kontynuuje to przez rok, oszukując swojego partnera, to tym bardziej robi to świadomie i z wyrachowaniem. Człowiek, który jest choć trochę uczciwy jeśli skończy się jego uczucie, a rozpocznie do kogoś drugiego, poinformuje o tym partnera i odejdzie. Nie będzie ciągnął na 2 strony.
Bardzo szkoda mi was wszystkich. Ciebie bo kierowałeś się ideałami i wierzyłeś, ze to wystarczy by było dobrze, a życie zrobiło sobie z ciebie smutny żart. Twojej żony bo nie ma na tyle charakteru by być samodzielną, wiedzącą czego chce kobietą. Twojego syna, bo pewnie jest bardzo samotnym młodym człowiekiem między dwojgiem pogubionych dorosłych ludzi.
Czekam na 2 cześć twojej opowieści. Pisz tutaj, miejsca jest dużo, wyrzuć z siebie swój żal i gorycz. Na pewno rozważ terapię, bo strasznie cię to wszystko poraniło. Zawalcz o siebie, o swoją radość życia  z terapeutą by nie zostać po tym wszystkim zgorzkniałym człowiekiem ciągle rozpamiętującym oszustwo byłej partnerki.

37

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Zawsze się znajda osoby które z ofiary zrobią sprawcę, uważam że tak jest w tym przypadku. Owieczko, uspokój się bo rzucasz się jakby wyrządził ogromną krzywdę swojej żonie.

Tacy byli, oboje , z małej miejscowości zahukani, oddani tylko sobie. To że się ona zmieniła, złapała wiatru w żagle to jego wina bo wcześniej tego życia nie znała ? Ja uważam, że ona była uwieszona na nim, wykorzystała wszystko bo jest do granic niezaradna. I jeśli ktoś już miałby być temu winien, że jest taka nijaka i żadna w zyciu to ona sama. A kiedy już wyszła na prostą dzięki wsparciu męża dała ciała.
A tu jeszcze Autorowi się obrywa. Ale tu zdradzanemu zawsze się oberwie.
Uważam, że zrobiłeś wszystko byłeś takim mężem jakiego chciała, nikt jej na siłę nie trzymał przy Tobie. To ,że jej odwaliło bo się nie wyszumiaka pokazuje jaka niedojrzała osoba jest i jak zmarnowała wszystko co miała najlepsze.

38

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Czytając wątki o zdradach, najbardziej przykro się robi, kiedy osoba zdradzona zostaje nagle przytłoczona taką wiadomością. Obiektywnie niczego karygodnego nie robi, robi po prostu to, co uważa za słuszne i wielu aspektach wspomnianych przez Autora, nie sposób się nie zgodzić smile Dlatego boli to tym bardziej, kiedy zdradzający idzie na łatwiznę i zamiast szczerze porozmawiać, mówić o swoich potrzebach czy problemach tłamsi to wszystko w sobie, udaje, że jest w porządku i nie docenia trudu współmałżonka, włożonego w ich związek. W ogóle jeżeli ktoś koneicznie chce przestrzeni, chce samemu decydować, działać, to niech to jakoś komunikuje, oznajmia. A tak, to odpuszcza od razu, czy czeka aż ktoś to za niego zrobi a potem pretensje czy braki wychodzą dopiero po odkryciu zdrady, zamiast być przepracowane wcześniej.

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

39

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
bagienni_k napisał/a:

...nie docenia trudu współmałżonka, włożonego w ich związek.

W tym przypadku nie doceniała/nie docenia bo od początku miała podawane na tacy i pewnie sadziła że to jej się... należy, bo skoro taka ładna i anioł.

40

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Jeśli autor uważa że wszystko w jego zachowaniu ok pozostaje rozwód.
Z kolejną Panią powtórka z rozrywki będzie.bo Owieczka ma duzo racji

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

41 Ostatnio edytowany przez bagienni_k (2019-11-20 16:16:28)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Opcje mogą być np takie:

- facet robi wszystko za żonę, decyduje za nią ,doradza, pomaga - przynajmniej mu się tak wydaje. Ona się na to nie zgadza, protestuje, tylko z tego co Autor wspomniał, nie było po niej tego widać. Jeśliby chciała , to raczej kolega by to uwzględnił. Mówienie o swoich potrzebach nie boli. Chyba, że, tak jak w przypadku tego dentysty: nie wiem, ale jeśli boli mnie ząb( a jest to niewątpliwie uciążliwe), to byłbym dozgonnie wdzięczny nawet kumplowi, gdyby się okazalo, że np. jego znajomy jest dentystą i możę mnie przyjąć. A kumpel wszystko załatwił, czy chociaż mi pomógł. Nie upierałbym się raczej przy odkładaniu wizyty o kilka dni( dodatkowy ból zęba), zważywszy, że jeszcze muszę do tego dentysty dojechać;

- gość robi wszystko dokładnie tak samo, tylk okobieta od początku uznaje to za rewelacyjne rozwiązanie, stwierdza, że się nie będzie przemęczać, zgadzając się n awszystko i nie okazując wdzięczności.Potem twierdzi, że jest osaczana, kontrolowana czy zamykana w klatce, podczas gdy sama się na to godzi, bo jest jej tak wygodnie. No a na boku sobie znajduje faceta, który ją oczarowywuje słodkimi słówkami, komplementami i swoją "cudownością".

EDIT: Z całym i pełnym szacunkiem i współczuciem dla Owieczki a szczególnie jej osobistych przeżyć: postrzeganie podobnych, ale NIE TAKICH SAMYCH przypadków, przez pryzmat własnych doświadczeń, nigdy nie jest dobre, co zresztą zauważyli już Cyngli i paslawek. Sytuacja nie jest czarno- biała, wiadomo. Kolega trochę zagłaskał swojego kotka, ale z drugiej strony dlaczego tutaj w ogóle nie buyło żadnegpo porozumienia. Jeśli mnie na jej miejscu by coś nie preszkadzało, to bym to wyraźnie zasygnalizował. Na miejscu Autora zaś starał się wziąć je sobie do serca. Dlaczego zatem jego żona się godziła na to wszystko?

"Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko(...), prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką" - Bruce Lee

42

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Owieczko, mnie też cierpła skóra podczas czytania niektórych fragmentów historii autora i też nie wydaje mi się ok, że co właściwie autorowi wpadło do głowy, to miało być przez jego rodzinę wykonywane, gdyż on to uważał za słuszne. Normalnie alfą i omega. Brrr...

Kubusiu Puchatku, współczuję bólu. Nikt na zdradę nie zasługuje. Nie wiem, czy Twoja żona jest toksycznym bluszczem, wygodną królewną, czy zaszczutą szarą myszką, ale wygląda na to, że jak chce, to potrafi przejąć inicjatywę i zatroszczyć się o siebie, więc to może jakaś wskazówka dla Ciebie. Poczekam na ciąg dalszy.

43

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Ela210 napisał/a:

Jeśli autor uważa że wszystko w jego zachowaniu ok pozostaje rozwód.
Z kolejną Panią powtórka z rozrywki będzie.bo Owieczka ma duzo racji

O Ela taki szybki wyrok? Może i Owieczka ma dużo racji a może mniej ale prorokować że w przyszłości autora czeka powtórka? Przecież tutaj musi być spełnione kilka warunków:
-rozwieść się
-poznać inną
-wejść w związek
-popełnić te same błędy
Nie wiemy co będzie dalej a Ty kraczesz cool
Autor popełniał błędy może coś z tego wyciągnie dla siebie jak się nie zrazi i będzie tu zaglądał.
Ale jak na tym etapie uwierzy że nie będzie lepiej ...

44

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
maku2 napisał/a:
Ela210 napisał/a:

Jeśli autor uważa że wszystko w jego zachowaniu ok pozostaje rozwód.
Z kolejną Panią powtórka z rozrywki będzie.bo Owieczka ma duzo racji

O Ela taki szybki wyrok? Może i Owieczka ma dużo racji a może mniej ale prorokować że w przyszłości autora czeka powtórka? Przecież tutaj musi być spełnione kilka warunków:
-rozwieść się
-poznać inną
-wejść w związek
-popełnić te same błędy
Nie wiemy co będzie dalej a Ty kraczesz cool
Autor popełniał błędy może coś z tego wyciągnie dla siebie jak się nie zrazi i będzie tu zaglądał.
Ale jak na tym etapie uwierzy że nie będzie lepiej ...

Maku czekam aż napisze więcej. Ale to chyba trudne bo musi napisać o tym co żona chce tez. Zawsze jestem za ratowaniem do końca jak są dzieci.

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

45

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Też jestem ciekawy postawy. obecnej postawy żony. Wcześniejsza jej postawa była taka nijaka.

46

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
maku2 napisał/a:

Też jestem ciekawy postawy. obecnej postawy żony. Wcześniejsza jej postawa była taka nijaka.

Maku chcesz może przez nijaka powiedzieć że bierna ?

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

47

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
paslawek napisał/a:
maku2 napisał/a:

Też jestem ciekawy postawy. obecnej postawy żony. Wcześniejsza jej postawa była taka nijaka.

Maku chcesz może przez nijaka powiedzieć że bierna ?

Bierna, wygodnicka, wyczekująca a na końcu wykazywała postawę -tumiwisizm.

48 Ostatnio edytowany przez paslawek (2019-11-20 17:43:36)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
maku2 napisał/a:
paslawek napisał/a:
maku2 napisał/a:

Też jestem ciekawy postawy. obecnej postawy żony. Wcześniejsza jej postawa była taka nijaka.

Maku chcesz może przez nijaka powiedzieć że bierna ?

Bierna, wygodnicka, wyczekująca a na końcu wykazywała postawę -tumiwisizm.

Tak myślałem,że o to Ci chodziło.
Tutaj na myśl przychodzi stare powiedzenie,ze brak decyzji jest decyzją a zaniechanie to też działanie.Celowe choć może po części podświadome.
Owieczka precyzyjnie opisała nadopiekuńczość, która w każdej relacji jest szkodliwa i robi krzywdę obu stronom i w tym Owieczka ma rację niewątpliwie.Tylko gdzie przy tym była żona właśnie niczego nie widziała nie słyszała.
To przypomina relację rodzic dziecko jest różne od toksycznych relacji z socjo psychopatami lub ludźmi z tego typu rysem zaburzeń osobowości .Autor być możne jest w intencjach chciał być w stosunku do żony przeciwieństwem swojej surowej matki stąd nadskakiwanie i nadopiekuńczość żona to dziecko które rezygnuje z własnej samodzielności i wiesza się na mężu kontrolując i broniąc swój pseudokomfort wywoływaniem emocji w Autorze niezadowoleniem, humorami i fochami stwarzaniem subtelnych wrażeń pogubienia się  itp.
Natomiast cała różnica między tkwi w szczegółach i stosowaniu metod kontroli i nad kontroli.Przemoc rozumiana potocznie  wcale nie jest konieczna wystarczy szantaż w domyśle obraza i tym podobne.Z obu stron niedopowiedziana i w sferze projekcji i bez komunikacji na zdrowych zasadach.
Autor kontrolował żonę żyjąc za nią i czerpiąc z tego .natomiast żona korzystała garściami do czasu z tego zachowania męża co jest z jej strony strasznym nadużyciem ,podejrzewam że wystarczył mały foch z jej strony żeby Autor wpadał w panikę że straci żonę względy, okazje do wykazania się ,tracąc nad nią kontrolę najpierw to że jest potrzebny i niezbędny jaj do życia.Pojawił się ktoś nowy wywołał w żonie inne emocje pośród znużenie i przystosowania w życiu z nadopiekuńczym mężem/rodzicem i uciekła w zdradę romans i wszystko co wiąże się z niecodziennymi emocjami .
Dobre uczynki mszczą się na człowieku na jego własne życzenie.Nie jest to jednak podstawa do jakiejkolwiek zdrady i zemsty ucieczką w emocje wyzwalane do innego faceta.

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

49 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-11-20 18:10:25)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Kubuś Puchatek nie myśl ze Ci nie wspolczuję. Tylko tu akuraht taki dział na forum jak oiom.. Nie wspolczuje się tylko operuje. Żona wie ze Ty wiesz? Przyjaciel odwzajemnia jej afekt?

Zachowawanie żony nie wygląda na jakiś przemyslany akt. Raczej na silne emocje jakby znalazła coś w tym mężczyznie czego mocno jej brakowało w aferze psychicznej nie fizycznej

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

50

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
paslawek napisał/a:

Autor kontrolował żonę żyjąc za nią i czerpiąc z tego .natomiast żona korzystała garściami do czasu z tego zachowania męża podejrzewam że wystarczył mały foch z jej strony żeby Autor wpadał w panikę że straci żonę względy okazje do wykazania się tracąc nad nią kontrolę najpierw to że jest potrzebny i niezbędny jaj do życia.

No i tu rodzi się pytanie - czy on miał nad nią kontrolę czy ona nad nim? Jeśli ona korzystała garściami a on spełniał się w realizacji jej zachcianek, to kto kogo kontrolował?
Uważam że oboje popełnili ogromy błąd że w wieku 16 lat stworzyli związek, ani on ani ona "nie wyszumieli się" , nie mieli okazji "sparzyć się", nie mieli konfliktów i nie nauczyli się jak je rozwiązywać. Tylko z pozycji dziecka weszli w związek tak jakby on miałby być na zawsze i nic i nikt tego nie zmieni atu wkradł się trud dnia codziennego. On zaczął pracować za dwoje, problemy finansowe, w końcu ona ma pracę - finanse do przodu - to ona rekompensuje sobie czas bez pracy że teraz ona zaczyna pracować za dwoje ich oczekiwania zaczynają się rozmijać i tu zaczyna się problem - oni nie umieją rozwiązywać wspólnie problemów bo nie wiedzą jak to zrobić - nie nauczyli się tego. Oni mają problem i to od dawna, stąd brak bliskości, czułości, sex od święta. 

paslawek napisał/a:

Pojawił się ktoś nowy wywołał w żonie inne emocje pośród znużenie i przystosowania w życiu z nadopiekuńczym mężem/rodzicem i uciekła w zdradę romans i wszystko co wiąże się z niecodziennymi emocjami

Czy on był nadopiekuńczy? czy też on się nauczył jak i ona nauczyła go ciągnąć ich związek do przodu? Myślę że jej postawa też ma tutaj bardzo duże znaczenie. Zdaje się że jej romans trwa około roku a tutaj trzeba się wykazać, czyli można mówić że jej wcześniej było tak wygodnie - większość obowiązków dnia powszechnego zrzucić na męża.
Oczywiście brak nam danych może autor napisz ciąg dalszy.

51 Ostatnio edytowany przez Kubuś_Puchatek (2019-11-20 20:44:04)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Przepraszam, ze nie odnoszę się na razie do Państwa postów - przeczytam je. Wpierw chciałbym dokończyć to co obiecałem. Resztę okresu od marca do dzisiaj.

Nie wiem nawet po co to piszę, ale czuję, że mi po tym łatwiej i lżej. Pisze chyba ku przestrodze dla ... mężczyzn. Dla tych normalnych facetów, którzy wierzą w swoje żony. I dla kobiet - żeby zobaczyły jak można zniszczyć coś pięknego. Dziś oberwie mi się od facetów, a może i kobiet, ale po cichu wiem, że mi się należy. Choć i tak dużo się zmieniło w moim postępowaniu. Wyciszyłem się i chyba umiem z tym już żyć.

A więc - po nocce, podczas której zaznajomiłem się z wiadomościami na messengerze pomiędzy moim aniołem a moim byłym już kolegą - wysłałem wpierw mojemu koledze wiadomość. Napisałem grzecznie, że powinien docenić moją nieprzespaną noc po to, abym zaznajomił się z tym co wypisuje z moją żoną za moimi plecami... Po godzinie dostałem od "kolegi" wiadomość zwrotną, że powinniśmy się spotkać i pogadać, że on był uczciwy, że tłumaczył mojej żonie że tak nie powinna postępować... Że chciał być uczciwy wobec mnie, bo „zawsze byłem w porządku”.
Żonie jak wstała też pokazałem jej własny telefon - o dziwo byłem spokojny. Nie było awantury. Spytałem tylko czy chciałby mi coś powiedzieć lub wyjaśnić... Myślę, że szok jakiego doznałem spowodował, że tak zareagowałem. Dalej nie wierzyłem w treści, które poznałem. Był płacz ze strony żony - żadnego żalu. I …. zarzut dla mnie, że zajrzałem do jej telefonu bez pytania i jak mogłem tak postąpić….
Mijały ciche dni między nami. Chciałem podjąć próbę rozmowy - usłyszeć wyjaśnienia i zrozumieć. Na razie bezskutecznie.

Myślałem, ze przerwałem ten romans żony. Że przerwałem te zapędy i obydwoje (mój anioł i mój znajomy) przerwą natychmiast swoją znajomość. „Nie doceniłem” jednak żony.

Żona oczywiście teraz „zmądrzała” i telefon zaczęła nosić tylko przy sobie. Zabierała go wszędzie. Próbowałem z nią rozmawiać - próbowałem przekonywać. Że to przeżyjemy. Że sobie z tym poradzimy. Poprosiłem ją o 2 rzeczy - by usunęła kolegę z messnegera i skasowała to konto oraz by przerwała jakiekolwiek kontakty z panem X (tak go nazwie by było prościej). Wydawało mi się to jedyna drogą do dania sobie szansy. Moja żona nie zgodziła się. Uznała, że to ingeruje w jej prywatność, że to karalne co zrobiłem że zajrzałem do jej telefonu i ucięła rozmowę.

Skoro dostałem odmowę - postanowiłem czekać.
Po kilku dniach przy użyciu swojego komputera dostałem się do konta messneger żony (mój anioł albo zapomniał albo nie miał świadomości, że ja na jej prośbę to wszystko ustawiałem). I co dojrzałem - dalsze burzliwe wiadomości. Żona pisała, że kocha Pana X od roku, że walczyła z tym , że próbowała zająć się czymś innym by zapomnieć, że …. Pan X bardzo jej się podoba i że chciałaby go zobaczyć bez koszuli. Że myśli o nim w dzień i w nocy. Że śni o nim. Że ma stabilizację w życiu, że niczego jej nie brakuje, ale nie czuje miłości do mnie. Że kocha tylko jego. Że jest jedyną taką kobietą, która była wierna mężowi 24 lata  i że jest gotów ze wszystkiego zrezygnować dla niego. Pan X odpisywał jej, że ceni sobie mnie jako człowieka i przyjaciela, ale nie może nic zrobić przeciwko mnie. Że patrząc na nią widział ją jako „kobietę zajętą”, żonę swojego męża. Prosił o rozwagę i zastanowienie. Te wiadomości dały mi nadzieje, że wszystko można naprawić. Nie widziałem w nich żądzy Pana X do mojej żony. Zadzwoniłem do niego- i przekazałem, że mam mu za złe, że przez tak długi czas nie poinformował mnie o zapędach mojej żony, że nie dał mi znać o wspólnych wiadomościach za moimi plecami, że tak nie postępuje przyjaciel. Że sam jest dorosłym facetem, który wiedział na pewno, co się święci po takich wiadomościach. Że tego nie przerwał. Że powinien jasno dać mojej żonie sygnał, żeby się uspokoiła albo powinien o wszystkim powiedzieć mnie. Ale jemu to pewnie też schlebiało, że ,mężatka tak się za nim ugania. 

Po odkryciu nowych wiadomości - nie dałem znać żonie o tym. Nie powiedziałem, że wiem że dalej z nim pisze. Nie chciałem przerywać sobie dostępu do prawdy… Nie mogłem też już liczyć na szczerość mojej żony. Liczyłem, że mój kolega przerwie to wszystko. To nauczyło mnie wielkiej cierpliwości. Ciężko było się powstrzymać. Miałem pokusę by wykrzyczeć to żonie po odkryciu kolejnej partii wiadomości, ale powstrzymałem się. A korespondencja dalej „kwitła”. 
Niedługo potem dostałem kolejny cios. W jednej z rozmów dowiedziałem się od żony co o mnie myśli: że zachowuje się jak dziecko, że nie jestem facetem, że marzy jej się by mieć dziecko z Panem X, że siłą woli powstrzymuje się by do niego nie polecieć już teraz. Przekazała mi też, że umówiła się na spotkanie z nim. To było już za wiele dla mnie. Nie wytrzymałem. Zacząłem wyrzucać z szafy jej rzeczy i pakować do walizki - powiedziałem, że nie chce jej znać i żeby zadzwoniła do swojego kochasia, żeby jej pomógł się pakować. Chciałem wyrzucić ją siłą z mieszkania. Po chwili - uspokoiłem się. Zostawiłem ją z tą walizką i usiadłem zrezygnowany. Prosiłem by nie szła na żadne spotkanie z Panem X. Próbowałem ją prosić. Nie reagowała. Mówiłem, że da się wszystko odwrócić.... Wszystko na nic. Wyszła do niego.
W jednej z wiadomości Pan X napisał do mojej żony, że po zastanowieniu uznał, że to za szybko się dzieje. Że uważa, że moja żona powinna dać szanse swojemu małżeństwu. I zaproponował by przez 6 msc nie kontaktowali się w żaden sposób ze sobą. Moja żona z wielkim bólem zgodziła się na to. Ale nie zastosowała się do tego o co Pan X ją prosił.
Co to oznacza: że przez wszystkie kolejne miesiące średnio co dwa tygodnie wysyłała do niego wiadomości. Bez żadnego odzewu z jego strony. To był taki „a la monolog”. Pisała co robi, wysłała kilka kolejnych wierszy, wysłała zdjęcia z naszego wspólnego urlopu. A jak to robiła? Do niedawna jak szła na spacer - pytała czy chce iść z nią. Teraz przestała pytać. Więc nie narzucałem się. Nie chciała mojej obecności - to nie. Każdy jest wolny i odpowiada za siebie. Po każdym jej wyjściu na spacer i powrocie - widziałem nowe wiadomości czy maile do kolegi. Chodziła do parku - pisała wiersze, które przyozdabiała kwiatami i takie „sweet focie” wysyłała Panu X. A ja siedziałem i milczałem. Tłumiłem to w sobie. Nie przyznałem się, że wiem co robi.
Proszę sobie wyobrazić co wtedy czułem.... Tego nie da się opisać. Byłem zrezygnowany, zdrowo wkurzony. Rosła we mnie niechęć i apatia. Zacząłem czytać Państwa forum jako gość. I utkwił mi w pamięci jadem wpis..... Niestety, ale nie znam autora - ale skopiowałem go sobie do telefonu i czytałem w kółko wiele razy. Ten wpis dał mi wiele do myślenia. Autor odpisywał w nim niejakiemu Scopsowi:

„Wiesz Scops, nieraz na zetce mi się zdrowo obrywało zq to, że zdrada jest czymś……”

Ten wpis (tu wrzuciłem tylko początek) - wywarł na mnie duże wrażenie. Zacząłem się zastanawiać nad tym co robię. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że się ośmieszam. Że robie z siebie pajaca. Że walczę o coś - co już nie istnieje. Że to nie ja powinienem się starać o poprawę relacji z żoną a ona. To ona powinna mnie przeprosić a nie ja.

Postanowiłem to przerwać. Powiedziałem żonie, że chce rozwodu. Umówiłem się na wizytę do Pani prawnik i zabrałem wszystko „dowody”, które miałem. Adwokat powiedziała, że sprawę mam wygraną z marszu. Że proponuje mi złożenie wniosku z orzeczeniem winy mojej żony, odebraniem jej dziecka + nałożenie alimentów. Nie chciałem tego, ale czułem się postawiony pod ścianą.

Dlaczego też z odebraniem dziecka? Bo m.in w jednej z rozmów moja żona powiedziała, że ja i mój syn stoimy jej na drodze do jej szczęścia….  Jak to któraś z Pań mi zarzucała wcześniej, że „zniewoliłem moją żonę” to Pani adwokat przyznała coś wręcz odwrotnego. Pani adwokat kazała dalej zbierać dowody i abym zaczął „unikać mojego anioła”, żeby ustało całkowicie pożycie małżeńskie. Powiedziała, że żaden prawnik nic nie wskóra przy takich dowodach.

Wróciłem do domu i o wszystkim powiedziałem żonie. Doradziłem jej, żeby znalazła sobie dobrego prawnika - bo będzie jej teraz potrzebny. Jeśli nie chce stracić wszystkiego co ma.
Kazałem jej wybierać. Albo ja albo on. Powiedziałem , ze mam dostęp do wszystkich jej wiadomości, że je widzę, że znam hasła. I moja zona nagle  … zmieniła zdanie. Chciała teraz abyśmy spróbowali poprawić nasz związek !!! Ale jednocześnie uznała że: zmienia hasła do poczty, swoich kont, że zrobimy cesję karty SIM (jej karta była zarejestrowana na mnie), że pozmienia PINy w telefonie. Nie protestowałem - jeśli tak chciała - proszę bardzo. Dotąd nie mieliśmy tajemnic przed sobą. Jeśli teraz czuła, że jest jej to potrzebne - to OK. Wiedziałem dobrze po co to robi - ale to jej sprawa. Każdy bierze odpowiedzialność za swoje czyny.

Jak wyglądała u nas ta „poprawa relacji”: prowadziliśmy normalne rozmowy, wspólne zakupy, co jakiś czas dostępowałem zaszczytu, że żona „zaprosiła mnie” bym jej towarzyszył, gdy szła na spacer. Z boku nikt by nie pomyślał, co się u nas dzieje. Niby „normalny dom”.

Naiwnie wierzyłem, ze wizyta u prawnik - będzie dla mojej żony zimnym prysznicem. Znów się myliłem.

W między czasie - u mojej teściowej stwierdzono bardzo poważną chorobę. Z racji tego, że choroba była poważna - odesłano teściową do szpitala w Warszawie, gdzie tylko tu mogła być operowana. Dlaczego o tym wspominam tu: bo mój teść z racji wieku i stanu zdrowia nie mógł tu przyjechać na wyznaczony dzień operacji, aby być przy swojej żonie - więc sam przez cały dzień czekałem w szpitalu na wynik operacji. Czekałem i wysyłałem wiadomości do teścia - czułem, że chciałby wiedzieć co się dzieje. Zresztą z płaczem sam mnie i swoją córkę o to prosił. Nie musiał nawet tego robić - i tak bym to zrobił. Natomiast co zrobiła córka? Córka, której matka leżała w Centrum Onkologii - poszła w ten dzień do pracy. Bo …  miała pracę, bo to było ważniejsze chyba. Cóż, każdy ma w życiu jakieś priorytety.

Idąc dalej - prosiłem żonę - abyśmy zapisali się na terapię dla małżeństw. Dlaczego? Bo chciałem się dogadać i porozumieć. Nasze rozmowy nie doprowadziły do konsensusu. Ja mówiłem swoje a moja żona swoje. Zapytałem ją więc: co ma mi do zarzucenia, jako swojemu męzowi / facetowi, jeśli dojdzie do rozwodu. I poniżej lista moich grzechów, wedle mojej żony:
1. Bo kiedyś jak była zmęczona to nie umyłem naczyń smile (to nie żart)
2. Byłem zbyt wymagający dla dziecka (jak był niegrzeczny stawiałem go do kąta, wymagałem by sprzątał w swoim pokoju, by się uczył. Kiedyś jak dostał złą ocenę z klasówki- wyrzuciłem mu katalogi z ofertami biur podróży, które wtedy przeglądał zamiast się uczyć)
3. Bo moja żona nie czuła się kochana (ten argument zabolał mnie najbardziej po tym co robiłem dla zony i syna, ale nie dyskutuje z nim - to opinia mojej żony)
4. To, ze chciałem ją wyrzucić z domu (moment, gdy zacząłem wyrzucać jej rzeczy z szafy i pakować do walizki)
5. Bo wyrzuciłem drogą jej rzecz - prezent od kochasia (Pana X zaprosiłem na urodziny mojej żony i dostała od niego prezent, który wyrzuciłem bez pytania po tym wszystkim co się dowiedziałem)

Jeszcze jedna ważna rzecz: Pan X jak napisałem wyżej nie odzywał się do mojej żony. Nie odpisywał na jej wiadomości. A czas półroczny o którą moją żonę prosił - powolutku mijał. Poprosiłem więc żonę o jeszcze jedną rzecz: chciałem, aby podjęła decyzję przed upływem tego terminu. Dlaczego: bo nie chciałem się czuć jako alternatywne wyjście. Jako ten, który ślepo czeka aż żona  mu da info czy z nim jest czy odchodzi do kochasia. Chciałem, żeby się określiła: jeśli kocha jego - rozwodzimy się. Jeśli chce zostać ze mną - to chce to wiedzieć teraz. Ale ona cały czas czekała, unikała odpowiedzi. Pogadamy kiedy indziej, nie teraz, pomyślę o tym. To jej słowa. Odbijała ten temat. Czekała aż te pół roku minie. Znów mój blamaż. Proszę sobie wyobrazić, jak mogłem się czuć jako facet? Moja żona uznała, że mam grzecznie czekać, bo widziała we mnie  „grzecznego misia” - jeśli jej kochaś uzna że chce spróbować z nią coś stworzyć to odejdzie ode mnie. A jeśli jej nie wyjdzie - wtedy „żona” nagle by mnie pokochała sad I dalej czekałem….

Kiedyś moja zona zostawiła na stole swój kalendarz papierowy i zajrzałem do niego. Wiem - należą mi się baty za to. Przeglądając go - znalazłem zapisany nowy adres emaliowy z zapisanym hasłem. Zalogowałem się na to konto i… znów pożałowałem. Co ciekawego znalazłem:
1. moja żona, osoba po studiach wyższych była na spotkaniu u wróżki. Pytała ją o mnie i o  Pana X. Pytała, który z nas będzie lepszym kandydatem na partnera dla niej.... Dla mnie to już nawet nie było śmieszne, bo zacząłem mieć podejrzenia, że jest coś nie tak z jej stanem umysłu. Pytać wróżkę o to czy ma się zostać z mężem czy odejść do nowego faceta…..
2. Znalazłem 2 maile mojej żony - oba kierowane do Pana X po upływie 6 msc. Co w nich było? Same straszne rzeczy na mój temat. W zasadzie żona wylała na mnie wiadro nieczystości. Najgorsze było to, że opisała 6 msc okres, gdy miała „poprawić jak to ujęła relacje ze mną”. Napisała, że w tym okresie tylko UDAWAŁA że się stara. Pisała Panu X, że widziała jak ja o nią walczę, jak się staram, że jej nadskakuje, ale ona i tak nie chciała niczego próbować, bo tęskni za nim, że czas 6 msc minął, że ona jest gotów wszystko poświecić dla niego, że mnie bezpowrotnie nie pokocha, że błogosławi dzień w którym Pana X spotkała, że chce się z nim spotykać za moimi plecami !!! Że chce sprawdzić czy sobie spasują, czy będą sobie odpowiadać, że ona nie chce się już żenić a proponuje budowę relacji po cichu - przede mną. Tego wszystkiego co tam było - nie da się opisać. Przeszła samą siebie.

Dodam jeszcze, że kiedyś nawet po tym jak żona odmówiła spotkania w poradni małżeńskiej - zaproponowałem że opiszę to wszystko na tym forum i że każdorazowo dam jej do zatwierdzenia to co wrzucę do sieci, aby mogła to zweryfikować lub dodać coś od siebie. Chciałem, aby ktoś ananimowo osądził kto zburzył to wszystko. Jeśli bała się rozmawiać przed Panią psycholog - to może ananimowo tu. Ale też nie chciała.

Po tym co znalazłem na nowym „adresie mailowym” żony - zażądałem ponownie rozwodu. Tym razem jednak - wszystko we mnie zgasło. Zaproponowałem rozwiązanie - nie chciałem by sprawa się toczyła w nieskończoność. Zaproponowałem rozdzielność majątkową, później podział majątku (wszytko u notariusza), wizytę u mediatora i rozwód bez orzeczenia. Zaproponowałem, ze nie będę jej robił żadnych problemów, nie będę odbierać jej dziecka, oddam mieszkanie - jeśli spłaci mi jego połowę wartości. Uznałem, że to definitywny koniec. Te 2 znalezione ostatnie maile - dobiły mnie.

Umówiłem wizytę u notariusz - i już mam rozdzielność. Wypowiedziałem umowę konta wspólnego i od niedawna mam własny ROR z własną kartą - ja mam konto swoje a żona swoje. Dołączyłem do żywych….
Teraz dążę do podziału majątku - dobrowolnego. Tyle, że żona moja tego nie chce. Znów zachowuje się inaczej. Mówi że są dni kiedy za mną tęskni oraz że przychodzą dni - że myśli o nim. Ale było tego za dużo jak dla mnie. Jeśli się nie zgodzi - złożę pozew o rozwód z orzeczeniem winy a wtedy sama będzie się musiała wyprowadzić.

Kilka dni temu powiedziała mi, ze Pan X ją rozczarował. Dociekałem co miała na myśli - to odpowiedziała, że po tym ile mu wysłała - nie odzywa się do niej i jak to moja żona ujęła - nie będzie już nigdy więcej uganiać się za facetami. Chce, żeby to faceci starali się o nią teraz….. Zostawiłem to bez komentarza.

Pozdrawiam,

"Prawdziwą miarą człowieka jest to, jak traktuje kogoś, kto nie może mu się w żaden sposób odwdzięczyć" - Ann Landers

52

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Czy twoja żona jest normalna, bo ja mam wrażenie, że opisujesz osobę chorą umysłowo, zdziecinniałą albo bezwzględną i wyrachowaną, Dziwny ten twój "Anioł". Niesamowite są twoje pokłady wybaczania, teraz wybaczasz, ale między wami już się wszystko skończyło, z tego już nic nie będzie. Czy na pewno chcesz z nią zostawiać syna? Mam wrażenie jakby syn był dla każdego z was jakimś cichym problemem. Ciężko mi się czyta o twoich metodach wychowawczych.

53 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2019-11-20 21:12:29)

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Dziwne to jakoś.. Ona pisze rok do niego a On co odpisywał? Bo brzmi jak jakies urojenia..a nie romans..

Ja podlewam czystą wodą
Ziarno które będzie kwiatem
I uważam na zaklęcia
Każde słowo ma swój zapach

54

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Dziwne? Raczej klasyczne objawy silnego zakochania. A podłości małżonki to próba racjonalizacji/usprawiedliwiania samej siebie. Do osoby silnie zakochanej/zauroczonej nie dociera żaden racjonalny argument. Przykro mi ale tu autorze nie ma co zbierać. Żaden z niej anioł.Wyrachowana, egoistyczna, samolubna, bezwstydna diablica. To już nie jest osoba w której się zakochałeś. Jak to ktoś napisał w podobnym wątku "tamtej osoby już nie ma". Ciało niby to samo ale w duszy, mózgu i tam "na dole" już inna gra muzyka. Kochaneczek którego idealizuje i dla którego chce(już poświęciła) związek z tobą.

55

Odp: Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń
Ela210 napisał/a:

Dziwne to jakoś.. Ona pisze rok do niego a On co odpisywał? Bo brzmi jak jakies urojenia..a nie romans..

Spora część romansowania to praca wyobraźni i wywoływania emocji,fantazje,złudzenia/iluzje,marzenia ich projekcje - wiele urojeń ,problem w tym że znajdują te rzeczy jakby potwierdzenie, odbicie jak "trafi" się na "tego" wyzwalacza a właściwie samowyzwalacza.
Czasem wydaje mi się że (to napiszę celowo) że strona,która odpływa ze związku tak naprawdę to nie potrzebuje do tego innej osoby wiem że to absurd ale celowy,celowo przeginam.Taki romans to totalny odlot zaczyna się dużo wcześniej niż zdrada.To jeden z rodzajów i schematów romansowania i zdradzania.

Nie bój się cieni, one świadczą o tym, że gdzieś znajduje się światło

Posty [ 1 do 55 z 520 ]

Strony 1 2 3 10 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Nie wierzę już w miłość...ani w przyjaźń

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018