Jesteśmy razem 7 lat, więc nie muszę mówić że nasza więź emocjonalna jest silna. Ja mam 27, a moja partnerka 25 lat. Mieszkamy razem od około 1,5 roku. Jest to pierwsza moja miłość jak i mojej partnerki, która trwa od czasów studiów. Przez lata nasze spotkania to głównie weekendy, gdy bywaliśmy w naszym mieście rodzinnym i to nawet nie co tydzień, bo ja studiowałem zaocznie. Ja się do tego dostosowałem, bo każdy wolny czas na studiach moja partnerka spędzała w swoim domu rodzinnym, w rodzinnym mieście. Z perspektywy czasu wiem, że był to duży błąd. Powinniśmy mieć dla siebie więcej czasu, spać ze sobą, dążyć do tego. Jeśli nie ona, to ja powinienem się buntować. Bywało, że spaliśmy razem w tygodniu, ale temat seksu nie istniał. Przez ten okres studiów nasza miłość to miłość typowo platoniczna czyli wspieranie się, pocałunki, przytulanie, spędzanie wspólnie czasu na kanapie itd. To wszystko funkcjonowało i funkcjonuje do dziś.
Moja partnerka nigdy nie dążyła do zbliżeń intymnych i dopiero po 5 latach zobaczyliśmy się nawzajem nago z mojej inicjatywy. Wiem, że to dziecinne i może nawet ciężko wytłumaczalne, ale ja skupiałem się przez lata bardzo na rozwoju osobistym, tj. studia, a w szczególności praca, która dla mnie była mega istotna, bo pozwoliła się uniezależniać od rodziny, co było dla mnie ważne. Zresztą miałem na to zajawkę i mam do dziś wykonując ten sam zawód. Przez to byłem ślepy i dziecinny w relacjach damsko-męskich ze względu na brak dążenia do seksu i rozwijania się w tych aspektach życia mimo dużych potrzeb (mam wysokie libido).
Z drugiej strony nie jest to tak, że nie wysyłałem sygnałów, nie rozmawiałem, nie dotykałem w miejsca intymne mojej dziewczyny podczas pełnych pasji intymnych pocałunków. Po prostu moja dziewczyna nigdy nie dążyła, aby odkrywać mnie i siebie pod tym kątem. Dotykała mnie co najwyżej przez spodnie kiedy ja ją na to nakierowałem. Nic więcej. Jej odwiecznym tłumaczeniem na brak zainteresowań była obawa przed ciążą. Nie było potrzeby odkrywania pettingu czy prób zabawy w inny sposób z dala od penetracji. Nigdy się nie masturbowała, raczej nie miała fantazji a o swoich narządach płciowych mówiła z niechęcią jako coś co jest nieładne. Wierzyłem, trwałem w tym i myślałem, że to jest normalne, a z czasem się ułoży, że ona potrzebuje czasu.
Po 5 latach postawiłem kawę na ławę i chciałem się rozstać, ale ona mnie zatrzymała tłumacząc, że to się zmieni, że będziemy się kochać. No i się zmieniło, zajęło to trochę czasu zanim załatwiła tabletki anty. Pierwsze próby nieudane bez przebicia błony. Później błony już nie było, a nasze stosunki to męka i niezadowolenie ze względu na zaciskanie się mięśni pochwy. Na tamten moment wiedzieliśmy tyle, że nie wychodzi.
Nie widziałem ratunku i postanowiłem ją namówić na wizytę u seksuologa. Od 3 miesięcy chodzimy raz w tygodniu na terapię. Leczymy zdiagnozowaną pochwicę. Jest ciężko, a ja mam wrażenie, że jej pochwica spowodowana jest aseksualnością. Na te tematy mam już fobię, dużo czytam, próbując tłumaczyć sobie te sprawy. Moje myślenie jest mało empatyczne. Mimo szczerego wsparcia po prostu mam takie wrażenie, bazując na długoletnich doświadczeniach w tym temacie. Potrzeba dużo czasu, aby do czegoś dość o czym informował seksuolog. Niby jest lepiej, niby jest zapewnienie że ona coś tam czuje dotykając się, ale ja tego nie czuję. To jest kontrolowane, bez poniesienia się emocjom, bez pasji - takie antyseksualne. Mi jest coraz ciężej w tym wszystkim mając coraz większe wrażenie, że nawet jak wyleczymy dolegliwość to nasze życie seksualne będzie nieudane.
W dodatku odkąd zaczęliśmy razem mieszkać zacząłem zauważać jak bardzo moja partnerka jest uzależniona od rodziny, co mi się nie podoba. Codzienny kontakt telefoniczny z rodzicami, praca w firmie ojca, silne poczucie więzi rodzinnej i nieustanna pomoc im, rodzinny dom - azyl. O tym rozmawiamy i to się zmienia, ale bywa że nie widujemy się np. kilka dni przez jej wyjazdy związane z pracą oraz przebywanie wśród rodziny. Długofalowo jej rodzice pewnie się nie odczepią. Zapewnili jej edukacje, mieszkanie, samochód, uszczęśliwiają ją materialnie, mają hajs. I chyba oczekują czegoś w zamian. A ja cenię sobie niezależność…
Moja dziewczyna mnie pociąga, jest atrakcyjna, dobrze się ubiera. Robi bardzo dużo, jest przy mnie kiedy tego potrzebuję. Wspiera mnie, rozumiemy się, potrafimy ze sobą rozmawiać na różne tematy. Intelektualnie nadajemy na tych samych falach.
Czasem mam jednak wrażenie, że jesteśmy niedopasowani kiedy odzywają się moje „samcze skłonności”. Pojawiają się żałosne myśli o skoku w bok, o tym żeby wreszcie sprawdzić się w roli faceta. Udowodnić sobie, że mogę być atrakcyjny i potrzebny komuś pod kątem seksualnym. Mam niską samoocenę, ale jestem zadbanym facetem, dobrze się ubieram, mam perspektywę zawodową na przyszłość, niezłe zarobki. Pewnie nie jedna kobieta chciałaby się związać z kimś takim jak ja.
Z drugiej strony nie jestem w stanie od tak odejść po tylu latach, boję się. Nie mam żadnego doświadczenia z innymi kobietami, nie znam innej perspektywy.
Mimo, że jestem w rękach specjalisty chciałbym, aby ktoś kto miał podobne problemy odniósł się do moich wywodów, potrzebuję takiego wsparcia, że nie tylko ja znalazłem się w takiej sytuacji, że może być lepiej…