Cześć! Chciałam tak na luzie pogadać o zauroczeniu i miłości.
Byłam w kilku związkach. Miałam tendencję do zakochiwania się od pierwszego wejrzenia. Jeden z nich był nawet dość poważny i była pewna, że kocham. Teraz patrząc z perspektywy czasu, wydaje mi się, że ja ich nie kochałam. To było tylko zauroczenie, mimo że jedno z nich trwało ponad 2 lata. Dlaczego tak myślę? Idealizowałam każdego z partnerów. Wypierałam ich wady, udawałam, że ich nie widzę, a czasem nawet wmawiałam sobie, że mi one odpowiadają. Wszystkim zawsze przedstawiałam swoje związki jako idealne, a po ich zakończeniu spadały mi różowe okulary i nagle miałam wrażenie, że od początku wszystko było nie tak, tylko ja tego nie widziałam. Były to związki pełne motylków i emocji. Taka "miłość jak z filmu". Pełne tęsknoty, rozstania były bardzo trudne, ale po żałobie całkowicie o nich zapominałam i pamiętałam już tylko wady...
Teraz coraz bardziej wydaje mi się, że takie relacje z miłością nie mają nic wspólnego. Wydaje mi się, że miłość, to gdy kogoś bardzo lubimy plus pożądamy. Lubimy go tak, że chociaż znamy jego wady, to je akceptujemy. Coś bardziej jak w rodzinie lub przyjaźni niż jak w amerykańskim filmie. Mamy ich świadomość, czasem nas denerwują, ale nie udajemy, że ich nie ma. Może nad którymiś razem próbujemy pracować, ale jednak kochamy za całokształt z tymi kilkoma wadami i z wieloma zaletami, dla których się z kimś związaliśmy. Wydaje mi się, że wtedy nawet po rozstaniu pamięta się te wszystkie zalety i brakuje tej osoby, ale jednak nie ma tej szalonej tęsknoty.
Co o tym myślicie? Jakie macie doświadczenia. Czy naprawdę kochałyście swoich byłych?