Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 49 ]

1 Ostatnio edytowany przez Mała_Mi (2010-04-18 02:17:22)

Temat: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Jest mi wstyd nawet o tym pisać. Wiem, że mamy XXI wiek i wiele par żyje bez ślubu, ale ma to sens wtedy, gdy obie strony sa z tego zadowolone. Ja nie jestem, ale nie mam innego wyjścia.
Jak żyć z partnerem, ktory pomimo zaręczyn i narodzin dziecka (duzo później) deklaruje, że nie chce brać ślubu gdyż wg niego nie układa nam się a on nie chce ryzykowac rozwodu? Od lat zwodzi mnie, że jak ja sie zmienię to on chętnie wezmie ślub bo chce życ normalnie. Ale ponieważ sie nie zmieniam, to on nie zamierza pchac sie w jeszcze większe bagno (ew. rozwod). Moja zmiana miałaby polegać na uspokojeniu emocji, nie denrwowaniu się, nie oskarżaniu go że żyjemy bez slubu (im większy mam żal że jestesmy konkubinatem, tym dalej jest do slubu, gdyż jego to irytuje), na podążaniu w tym samym kierunku co on, podporzadkowaniu się jego planom, udowodnieniu że zasluguje na bycie żoną, a nie tylko partnerką i mamą. Mówi mi wprost, że jedyny staly element jego życia to dziecko, bo ja jestem tak chwiejna że raz jestem, a raz mnie nie ma (z powodu wieloletniej szarpaniny o ślub i pokrewne tematy czasem próbuję od niego odejść, ale to na ogół tylko odgrażanie się z rozpaczy). Mówi, że musi mieć we mnie oparcie i stabilizacje i dopiero wtedy się zdeklaruje. Boi się tez o swoje pieniądze - teraz gdy się rozstaniemy zostanę z niczym, a po rozwodzie już nie. Kiedyś wspominal o intercyzie, odmówilam i temat przycichl.
Czuje sie jak królik na testach w laboratorium. Nie wiem, kiedy i czy w ogole będę juz na tyle dobra, by móc zacząć planować nasze dalsze życie, jak dlugo to "dobra" ma trwać żeby on zacząć mysleć poważnie o małżeństwie. Dziecko rosnie, ma juz 3 lata, a ja nadal tkwie w zawieszeniu.  Zapytacie, po co mi ten papier - on ciągle mnie o to pyta. W konkubinacie czuję sie niepełnowartościowa, niechciana, nieakceptowana, testowana, a przez to upokarzana. Wstydzę się że mam inne nazwisko niż moje dziecko, wstydzę się tlumaczyć ludziom że tata dziecka nie jest moim mężem (czasem trzeba, np. w instytucjach, szpitalach itd). Nie marzę o bialej sukni, wesele mogloby dla mnie nie istnieć (nawet wolalabym bez), chodzi mi o sam fakt, że on mi zaufał, chce mnie taką, jaka jestem. Ale tak nie jest.

Jakie widzicie dla mnie rozwiązania? Ja znam dwa - tkwić w tym, co on mi oferuje albo odejść i radzić sobie samej z dzieckiem. Pierwsze jest zle, gdyż w konkubinacie czuję sie nieszczęśliwa. Drugie jest zle, gdyż dziecko powinno miec ojca (jest ojcem niemal idealnym) a i ja go kocham i nie chcę żyć bez niego. No i trzecie rozwiazanie - znaleźć sobie kogoś, kto będzie umial i chciał dac mi to, czego potrzebuję. W filmach kobiety decyduja sie na to ostatnie, trafiają na idealy mężczyzn, biorą szybkie śluby i nagle okazuje sie, że w poprzednich, toskycznych związkach usychaly, a teraz kwitną. Ale to zycie, nie film.
No i jeszcze rozwiazanie 4 - robic wszystko, żeby zmienic sie w osobę, która on chce ze mnie zrobić. Wiecznie usmiechnięta, bez pretensji i żalu o cokolwiek, wypełniającą jego plany, pokazującą całą soba, że podąża w tym samym co on kierunku. I oczywiście zadowolona z konkubinatu. Tylko czy on wtedy kiedykolwiek zdecyduje się na ślub? Czy zawsze znajdzie się warunek, ktorego nie spełniam...? Poradźcie mi coś proszę, bo czuje że wariuję.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Troce to smutne co piszesz...

Szczerze Ci powiem że wydaje mi się, iż On Ci nie ufa..jakieś intercyzy jakaś kasa...ekonomik z niego smile

3 Ostatnio edytowany przez La Que Sabe (2010-04-18 13:05:40)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała_Mi zafiksowalas sie na tym slubie? Tak bardzo Ci na nim zależy, że możesz zgubić to co najważniejsze - uczucie, które was połączyło.
Pr zastanow sie gleboko dlaczego chcesz ślubu ? czy to strach przed pozostaniem bez srodkow finansowych, czy to , dlatego ze tak nas wychowano biała suknia, co ludzie powiedzą?
Rozumiem cię, ta potrzeba jest nam wpajana od małych dziewczynek, ale dojrzewając dostrzegamy inne wartości, a przecież sama napisałaś, że go kochasz i że jest świetnym ojcem.

Moim zdaniem DRUGI czlowiek nie jest po to aby zaspokajac nasze potrzeby ale aby go kochac i slicznie sie uzupelniac, w roznicach jakie sa miedzy mezczyzna a kobieta. Pokochaj go calym sercem bez listy wymagan, a wtedy zobaczysz moze on aby sprawic ci radosc zaproponuje kiedys slub... ale nie musi tego robic, zrobi to bezinteresownie, bo milosc jest bezinteresowna...

"Człowiek, który ma serce, niczego nie może stracić, gdziekolwiek by się znalazł" H.Murakami

4

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała_Mi, miałam bardzo mieszane uczucia, kiedy przeczytałam Twoją historię.

Z jednej strony doskonale Cię rozumiem - ślub jest dla wielu kobiet, nie tylko dla Ciebie symbolem zaufania i wiary. Zaufania, że druga osoba da z siebie wszystko i wiary, że się uda. W bardzo wielu parach, które deklarują, że nie chcą i nie potrzebują ślubu często się okazuje, że w rzeczywistości ślubu nie chce jedna osoba, a druga się nagina.
Nie podoba mi się też testowe podejście Twojego mężczyzny, bo stawianie warunku za warunkiem nie stawia Cię w pozycji partnerki, ale kobiety, która ma dopiero na tytuł partnerki zasłużyć.

Ale z drugiej strony nie będę miała dobrych wiadomości. Im mocniej naciskasz, tym bardziej będzie Ci uciekał. A nawet, gdyby się teraz oświadczył, obawiam się, że nie miałabyś z tego prawdziwej satysfakcji, bo czułabyś, że to sobie "wywalczyłaś". Tak czy inaczej powinnaś też zastanowić się, czy małżeństwo nie jest jakimś kompromisem, który na tą chwilę musisz ponieść, jeżeli związek ma przetrwać - piszę to z dużym wahaniem, bo sama mam odwieczne dylematy "Ile powinnam poświęcić, a o co absolutnie muszę walczyć?". Spróbuj zdystansować się do tego i cieszyć związkiem, jaki tworzycie. Daj Wam odpocząć od rozmów, dyskusji, kłótni na temat małżeństwa, bo one Was od siebie faktycznie oddalają. Może za jakiś czas, kiedy on przestanie czuć się naciskany, sam wróci do rozmowy.
Wiem, że takie zdystansowanie się nie będzie łatwe. Też ostatnio przechodzę swojego rodzaju kryzys w związku, co prawda niezwiązany ze ślubem, ale również mam oczekiwania, których na tą chwilę on nie spełnia, a ja muszę zweryfikować, czy są dla mnie na tyle istotne, żeby stracić naprawdę wartościowego mężczyznę...
Trzymaj się ciepło smile

... Mam serce w ogniu i niewiele mam w tym życiu czasu, by żałować czegoś...

REGULAMIN Forum Netkobiety.pl - przeczytaj smile

5

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mala Mi, popieram moje poprzedniczki-do slubu nie zmusisz, a nawet jesli jakims cudem, to sie to predzej rozpadnie niz cie uszczesliwi. Nie bedziesz szczesliwa wiedzac, ze to na kims wymusilas, albo postawilas jako warunek dalszego bycia, slub jest aktem ktory powinni chciec oboje partnerow. Zamiast sie skupiac na tym, czegi nie masz przez slub, nazwiska, czy czegokolwiek innego, a skup sie na samym zwiazku, partnerstwie, dziecku. To naprawde teraz najwazniejsze. Skup sie na samym zyciu, bars dumna z tego Kim jestes I co masz, olej co mowia inni. Wiem jak to jest w Polsce, jaki nacisk potrafia ludzie wywierac, ale tez wiem jak jest na zachodzie, takze wiem na wlasnej skorze o co chodzi;)
jesli pokazesz partnerowi, ze jestes szczesliwa I slub nie jest najwazniejszt, byc moze Sam bedzie o niego pytał, zacznij grac jego role, Bo to jak on cie testuje I co mowi jest moim zdaniem nie na miejscu I nie fair!! On ma cie poslubic Bo cie kocha, a nie Bo go zadowalasz w tym czy tamtym I w nagrode da ci slub, ale z intercyza!!! Kobieto, szanuj sie! On tak samo musi sobie "zasluzyc" na to bys Ty go w ogole chciala, jesli juz rozmawiamy w tych kategoriach... a tak to on cie ma I juz wink
niepokojace jest ze jeszcze zanim mysli o slubie, mowi o rozwodzie... To nie bylby dla mnie dobry sygnal.
A co on od ciebie konkretnie wymaga?

Ja sobie nie wyobrazam zeby mi partner powiedzial " poslubie cie jak na to sobie zasluzysz"
I tyle na ten temat...

I never change, I simply become more myself. - Joyce Carol Oates

6

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dziękuje za wszystkie odpowiedzi. Wniosek jest jeden - skoro on sprawdza się w róznych dziedzinach życia i jest dobrym ojcem, trzeba czekać... Nie narzucać się ze swoim problemem, udawać że on nie istnieje? Chyba tak...
Ja mu za każdym razem mowię, że nie chcę TERAZ ślubu bo wiem, że zmuszanie go to nic dobrego, ale jest mi strasznie przykro i źle, że on tego ślubu po prostu NIE CHCE. Widzicie róznicę? Ja go nie zmuszam, nie stawiam mu żądań (ołtarz i to natychmiast) tylko próbuję komunikować moje potrzeby, mój zal, rozczarowanie przeciagającą sie latami sytuacją... A on sie wtedy wścieka i mowi mi bardzo przykre rzeczy.
I przykre jest też to, że my od ponad 4 lat jesteśmy narzeczeństwem - były zaręczyny, był pierścionek, byla data ślubu. Wszystko wzięlo w leb, a teraz z każdym dniem wizja slubu oddala się coraz bardziej. Czuję się oszukana, nie to mi obiecywał klęcząc z pierścionkiem. Pytam go, dlaczego mi sie oświadczył, skoro wiedział jaka jestem, przecież duzo się nie zmienilam i zawsze miałam cechy, ktore teraz wymienia jako powód do przekladania ślubu... Wiecie co odpowiada? Że jak się oświadczal, to sadził że ja sie zmienię. A że sie nie zmieniłam, to ze ślubu nici. Ja juz nawet nie nosze pierścionka zaręczynowego, bo dla mnie stracił swoje znaczenie... od ponad roku leży w szafce, a mój partner ma jeszcze o to pretensje:(
Gdy o tym wszystkim nie myślę, to jakoś sie żyje i nawet bywa fajnie. Ale gdy zaczynam to rozważać, przyglądać sie z bliska tej sytuacji, to mam ochotę rzucic to w diably i odejść jak najdalej. I spróbować ulożyć sobie zycie od nowa. Z kimś, kto mnie zaakceptuje, pokocha, uspokoi... A moj obecny partner tym brakiem akceptacji coraz bardziej mną chwieje... Rozumiecie mnie? 
A, i jeszcze o tych zlych cechach - jestem chwiejna, zmienna, miewam wahania nastojów, denerwuję się drobizgami, ale tez bardzo przezywam pozytywne rzeczy. Jestem ciut niezrównowazona emocjonalnie, w dodatku bardzo malo pewna siebie, od niedawna pracuję nad tym z psychologiem, ponoć duże znaczenie ma moje kiepskie dzieciństwo, zle relacje w domu, przemoc, ale to w sumie bez znaczenia. Partner niby to wie, niby rozumie, ale jak twierdzi - to utrudnia mu życie, niszczy plany i nie chce tego mieć na zawsze. Twierdzi, że nie ożeni sie z kobietą, która po miesiącu się o cos zdenerwuje i zlozy papiery o rozwod. Ale zyc z taka w konkubinacie już może. Roznica? Wg niego - zamieszanie ze sprawą rozwodową i fakt bycia pózniej "rozwodnikiem". Wg mnie - odejdę albo z jego pieniedzmi, albo bez nich. On przenigdy by się do tego nie przyznał, ale taka jest prawda. Gdy zaczynam o to pytac, od razu mnie atakuje: masz jakiś problem z moimi pieniedzmi? moze od razu ci przepisac polowę i obejdzie sie bez slubu i rozwodu?
Tak mnie własnie traktuje ukochany gdy nadepne mu na odcisk. Bajka...

Podczas ostatniej kłótni na temat ślubu powiedzialam mu w rozpaczy, że ok, bedę jego konkubiną, ale niczego mu nie przysięgalam i będe sobie szukac kogos innego. Troche sie powściekał i sprawa przycichla. A ja naprawdę mam ochotę poprzeglądac jakies portale randkowe... Napisalam tez do mojego ex, rok temu nie chcialam z nim gadac gdy to on napisał, a teraz chcę się z nim spotkać. Ot tak, pogadac, poradzić się. To mądry i sporo starszy ode mnie czlowiek.
Chyba zaczynam miec dość tego wszystkiego... sad

7

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Ale się znalazł Pan i Władca! Aż mną coś w środku szarpie!
Szczerze to ciążka sprawa. Ale jeśli były zaręczyny i ślub się nie odbył i nie zanosi się na to żeby było inaczej to tracisz moim zdaniem energie. Ewidentnie chodzi o pieniądze, oczywiście ważna rzecz ale Twój partner chyba gdzieś się pogubił...
I co to wogóle za odzywki : sądziłem że się zmienisz?!? To gdzie on miał oczy? Przecież jesteś jaka jesteś i nie pozwól na to żeby ktoś zmieniał Ciebie na siłe...
Ja bym postawiła sprawę jasno: albo akceptujesz mnie taką jaka jestem i bierzesz ślub albo koniec. Ale to się tak tylko łatwo mówi. A może spróbuj wziąć go pod włos? Czasem to skutkuje. Sama nie wiem...

Dwie ważne w moim życiu daty:
30.08.2013
31.03.2016

8

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mala Mi
Troche wiecej napisalas, troche wiecej teraz widze.
Po pierwsze - czlowiek sie zarecza, bierze slub z drugim czlowiekiem dlatego, ze go kocha TAKIM JAKIM JEST! Taki jest sens w ogole i milosci i zwiazku, w ktorym wiadomo, ludzie sie pozniej docieraja, bo przeciez nie ma tak nigdy, ze pasuja do siebie idealnie, dlatego kocha sie zalety jak i wady. Jesli on stwierdzil, ze sie zareczyl, bo oczekiwal, ze sie zmienisz, moim zdaniem to nie jest milosc, i o slubie lepiej zapomnij z takim czlowiekiem. Ty masz prawo byc kochana i szanowana taka jaka jestes, dlatego nie daj sobie wmowic tych jego tekstow o tym, ile jeszcze musisz sie zmienic. Jak juz napisalam - jesli ktos zanim sie jeszcze pobierze, juz mysli o rozwodzie i jego konsekwencjach, to nie am w ogole o czym gadac.
Z tego co piszesz, on bardziej kocha te swoje pieniadze niz Ciebie, sorry.

Natomiast, jesli Ty sama rzeczywiscie masz jakies problemy z emocjami, nastrojami z jakichkolwiek powodow, a to wiadomo, wplywa zawsze, na ogol niekorzystnie na zwiazek, moze powinnas sie mocniej nad tym zastanowic, porozmawiac z ludzmi, a nawet pojsc na terapie, bo byc moze ta zmiana, ktorej oczekuje Twoj partner to po prostu uwierzenie w siebie? Bo kiedy wierzysz w siebie i sama sobie ufasz i wiesz kim jestes i na co cie stac, wtedy i on bedzie wiedzial, czy jestes ta, ktora on chce poslubic. Choc przyznam, ze z tego w jaki sposob sie do Ciebie odzywa, to nie wiem, czy wlasnie o to mu chodzi...

Moj partner wiele razy mi mowil o slubie, prawie non stop, nawet dalam mu do zrozumienia, zeby nie probowal mi sie jeszcze oswiadczac, bo poki co, ja nie chce zadnego slubu, z roznych powodow, ale glownie dlatego, ze moim zdaniem on ma problem wlasnie ze swoimi emocjami i panowaniem nad nimi, przez co mnie wiele juz razy bardzo zranil. Problem w tym, ze on problemu nie widzi i na zadna terapie nie chce isc...

Trzymaj sie

I never change, I simply become more myself. - Joyce Carol Oates

9

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała_Mi ja Ciebie doskonale rozumiem. Ty obawiasz się o przyszłość swoją i swojego dziecka. Rozumiem, ze Ty nie pracujesz obecnie i zajmujesz się wychowaniem dziecka? Jak mogłabyś udawać na codzień że wszystko jest w porządku, że jesteś zadowolona, radosna, że nie męczy Cibie życie bez ślubu? A widzę, że Twój partner oczekuję, żeby tak było, żebyś była fajna i zadowolona. Ale jak możesz taka być skoro cały czas czujesz lęki o swoją przyszłość? Mam rację?
Ja jestem w podobnej sytuacji, z tym tylko istotnym wyjątkiem, że nie mamy dziecka. Nie wiem jakby mój parnr zachował się gdybyśmy mieli, czy wzielibyśmy slub czy nie. Moja sytuacja jest taka, że straciłam pracę, nie mam na swoje utrzymanie, z chłopakiem jestem od 5 lat. Od kiedy mówię mu o ślubie wpada w nerwy, nie chce podjąc decyzji. Ja mam problemy z znalezieniem pracy, chorą matkę, jestem smutna, zła, zdenerwowana, nie bywam dla niego zawsze miła. Powiedział mi, że sie zmieniłam, że jestem nerwowa, że uciazliwa, że jak się nie zmienię to nigdy nie wezmiemy ślubu. Dla mnie szok, zmasakrował mnie. Po tylu latach taka bezczelnośc ze strony kogoś kogo się kocha.

Wiesz, Twój partner chce żebyś była miła i dobra ale jak masz być miła, skoro żyjesz w konkubinacie, z dzieckiem i boisz sie o przyszłosc sad
Powodzenia życzę

10

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

To znowu ja. Tak, po ponad roku znowu tu zajrzalam, odgrzebałam swój stary wątek, trochę sobie nad nim popłakałam. Czemu? Bo u mnie bez zmian. Jestem największą naiwniarą tego świata. Ale po kolei.
Po Waszych radach najpierw wzięłam się w garść, bo oczywiście chciałam widzieć tylko te pozytywne rady - że slub nie jest najwazniejszy, że liczy się uczucie, bliskość, oczywiście dziecko. Przez kilka miesięcy wychodzilam ze skóry, żeby się układało, trenowałam swoje nerwy, żeby nie drażnić nimi partnera, jesli musialam płakać, robilam to po kątach. Po jakimś pół roku normalnego, sensownego życia (wg mnie takiego, o jakim on zawsze mówił, plus oczywiście bez marudzenia o małżeństwo) weszłam na zaminowany teren tematu ślubnego. I tu zonk - wielka awantura. Że mowy nie ma, żebym go na siłę zaciągnęła do ołtarza, że wcale się nie zmieniłam, że jestem niedojrzała, szarpię nami, ciągle się rozstajemy (w sensie że ja go "straszę" że w końcu odejdę) i w ogóle to on się nie da zmusić. W czasie tej rozmowy pękło we mnie coś, coś się rozpadło, chyba już bezpowrotnie. Po raz pierwszy poczułam, bardzo mocno i głęboko, że już go nie kocham. Że nie umiem po tych wszystkich złych słowach, po tych oszustwach, kłamstwach, zwodzeniu mnie i traktowaniu jak panienki z dyskoteki, z którą się przypadkiem zaciążyło. Kilka dni płakalam, on sie wściekał. I zaczęło się to, co w końcu musiało się stać - długie miesiące całkowitego oddalenia. Zero seksu, zero wspólnych spraw, rozmowy ograniczone do formalnych komunikatów. Każdy miał swoje sprawy, nikt się drugiemu nie opowiadał co robi. Totalny rozpad, tyle że mieszkaliśmy nadal razem. Początkowo było mi bardzo trudno i źle, potem przywykłam. On nie zrobił nic, by zmienić sytuację, zresztą po kłótniach zawsze dostosowuje się do mojego zachowania, nigdy nie wyciaga pierwszy reki. Gdybym miała mieszkanie, od razu wyprowadzilabym się z dzieckiem. Nie mam, a on wynieśc się nie chciał, więc tak tkwilismy w zawieszeniu. Do kwietnia, gdy wyjechaliśmy nad morze, a bylo to ustalone znacznie wczesniej. Ze względu na dziecko nie odwołaliśmy wyjazdu. A tam, w wakacyjnych okolicznościach, jak pewnie nietrudno się domyślić, puściły mi hamulce, zatęsknilam za nim, jeden mój gest i nagle iskra, sielanka, wielka miłość, tere fere, bum tralala. Zła decyzja, moja wina, po prostu przerosło mnie zycie obok kogoś, kogo jeszcze niedawno tak mocno kochałam i wierzylam, że poślubię. Od kwietnia znowu sie oboje staramy, jest dobrze, to znaczy - normalnie. Nie ma awantur, dziecko szczęsliwe, on zadowolony, bo znowu jest seks i obiady, a ja - cóz, spalam się. Wiem, że ta ściezka prowadzi donikąd. Slubu nie będzie, to pewne, sam mi kilka dni temu powiedział, że teraz, gdy ja tak otwarcie mowię że go już nie kocham, to przeciez nie mógłby mnie poslubić. Jasne, nie mógłby, w porządku, czy ja coś mówię? Płaczę sobie czasami, ot tak, dla odreagowania napięcia. Partnerowi jest bardzo przykro gdy płaczę, przytula mnie i pociesza, że kiedyś będzie lepiej, żebym się nie martwiła. Że może jakaś terapia dla par, żeby było między nami lepiej. Jak lepiej? Co ma się konkretnie zmienić? No ogólnie lepiej, no i żebym go jednak kochała. Daję sie przytulić, a w myślach zaciskam dłoń w pięść i posyłam mu super-giga-mega mocne walnięcie prosto między oczy. Muszę odejść, wiem.
Wygadalam się troszkę, dzięki jesli ktoś przeczytał.

11

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Przeczytałam.
Jeśli wiesz, że musisz odejść to to zrób. I wcale nie dlatego, że on nie chce ślubu. On Ci jasno daje do zrozumienia, że Wasza wspólna przyszłość wcale nie jest pewna. Taki związek to można mieć w wieku lat nastu - "chodzi" się ze sobą niekoniecznie myśląc, że to chłopak/dziewczyna na resztę życia. Ale kilka lat później buduje się związek z myślą, że z daną osobą chce się spędzić resztę życia. I nieważne czy z papierkiem czy bez. Twój partner nie daje Ci tej gwarancji. On stawia warunki, że będziecie razem jeśli się zmienisz. Nieprawda. Nigdy nie staniesz się tak doskonała, aby Jego Wysokość uznał, że spełniasz jego wymagania. Tobie natomiast wypacza się obraz samej siebie i związku. Twoja samoocena spada a bycie z kimś zaczyna Ci się kojarzyć ze spełnianiem kolejnych oczekiwań. A związek to nie jest zabieganie o uczucie.

12

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała_Mi jeśli gdzieś to zostało napisane to przepraszam, jeśli nie doczytałam , ale proszę napisz ile łącznie jesteście razem ( wiem, ze 4 lata narzeczeństwem) i ile macie lat.

Jaki obraz małżeństwa ma Twój partner ( rodzice, znajomi, itd) .

Czy decyzja o dziecku była podjęta wspólnie czy też się "przytrafiła" niepodziewanie itd.

A co do nazwiska, to akurat uważam to za najmniejszy problem, ja biorę ślub i nie będę zmieniać , czy przez to mam się czuć gorsza, będziemy małżeństwem ale z innym nazwiskiem i tyle.

13

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Graka - pięc lat po zaręczynach, 8 lat związku. Gdyby dziecko bylo wpadką, latwiej by mi było zaakceptować i zrozumieć stanowisko jego ojca. Ale nie, podjęliśmy tę decyzję wspólnie, chociaż każde pewnie z innych pobudek. Mnie zaczął tykac zegar (powoli zbliżałam się do 30-tki) i obudzily się instynkty, a że go kochalam i byliśmy razem tyle lat - decyzja przyszła łatwo. A on chyba chciał dzieckiem naprawić nasz związek, tak przynajmniej teraz mówi. Gdy zaszłam w ciążę oboje się bardzo ucieszyliśmy, była nawet mowa o ślubie, ale zdecydowaliśmy, że uczciwiej i rozsądniej będzie wziąć go zaraz po narodzinach dziecka, a nie w ciąży. Głupia byłam, że po raz kolejny mu zaufałam - a już raz wczesniej przeciez odwołał ślub. Jestem idiotką i tyle. Kto by się chciał żenić z taką naiwną idiotką. Moje poczucie wlasnej wartości sięgnęło już chyba dna, o godności mogę tylko poczytac w książkach. Czuję się nikim.
A obraz małżeństwa? Czy ja wiem... Obdwa rodzinne domy raczej toksyczne, małżeństwa naszych rodziców nie są wzorem do naśladowania. Ale to wszystko jest już dla mnie nieważne, nie rozkladam już tego na czynniki pierwsze. Czuje się oszukana, nieakceptowana, gorsza niż każda kobieta, którą ktoś wziął za żonę na dobre i na złe. Chciałabym zniknąć.

14 Ostatnio edytowany przez różyczka (2011-07-01 13:01:07)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała Mi moim zdaniem od początku był problem ale nie w tobie a w twoim mężczyźnie.

Bycie z kimś ukochanym to akceptowanie go, szacunek a on do ciebie tego szacunku nie miał. Chciał cię kształtować? Zmieniać?
Przykro mi ale to nie jest związek i to z kobieta w pełni sił. Czujesz się rozgoryczona ale czemu masz żal do siebie?

Dałaś mu dziecko, kochałaś go, starałaś się zmienić.Robiłaś wszystko a on co? Brał, miłość i seks, i obiadki.

Nie patrz z żalem na to co było, bo było wiele dobrych chwil, dziecko się narodziło.
Teraz zostało ci ucałować go , powiedzieć było fajnie dziękuję ale mam dość i odejść. Bez kłótni, bez dyskusji.

Nie ratował waszego związku a o dobre relacje pracują Dwoje ludzi nie jedno.

Pomyśl sobie o ile jesteś bogatsza, wiesz czego chcesz od mężczyzny, od związku. Gdzieś po świecie chodzi ten twój właściwy i pora go poszukać.
Podziwiam że jesteś tak silna, wytrzymałaś tak wiele dla miłości, dałaś z siebie wszystko i nie dałaś złamać.

15

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Różyczko, dziękuję za ciepłe słowa. Ale to nieprawda, że nie dałam się złamać. Jestem strzępkiem czlowieka, cieniem tego, kim byłam 8 lat temu. Nie ma już we mnie wiary w siebie, we własne mozliwości, nie wierzę, że ktoś mnie kiedyś pokocha. Czuję się gorsza od każdej mijanej na ulicy kobiety. W związek wchodzilam silna, atrakcyjna, nawet lekko zarozumiała, bo rozpuszczona przez poprzednich mężczyzn, wychodzę z niego upokorzona i przekonana, że nie jestem już nic warta.
I nie chodzi tu o atrakcyjnośc fizyczną, bo wiem, że nadal podobam sie mężczyznom. Chodzi o zmianę w głowie, w postrzeganiu samej siebie. Dla siebie jestem już nikim i naprawdę przestałam się dziwić, że on mnie nie chce. Kto by tam chciał. Nie jestem silna, gdybym tylko mogła - jeszcze dziś zniknęłabym na zawsze.

16

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dzisiaj jest moda na wolne związki, wspólne mieszkanie całymi latami i jest to traktowane jako wyraz nowoczesności i wyzwolenia kobiet. Tymczasem beneficjentem tej mody jest....mężczyzna. Wolny związek to spełnienie męskich marzeń. Seks do woli, pełna micha i opierunek to coś, za co kiedyś mężczyzna "płacił" tzw. utratą wolności, czyli ślubem. Dzisiaj już nie musi, po co więc mu ten ślub? Ma to wszystko bez zobowiązywania się! W każdej chwili może odejść bez większych ceregieli, bo przeciez jest WOLNYM czlowiekiem. I moze się tak bujac do pięćdziesiątki po wolnych związkach. Kobieta potrzebuje stabilizacji, bo jej biologicznym powołaniem jest macierzyństwo. Macierzyństwo potrzebuje spokoju i pewności, a jak czuc się pewnie przy kimś kto czuje niechęć do zobowiązywania się? Jak zaufac komus takiemu? Jak oddać w ręce kogos takiego swój los wtedy gdy jesteśmy słabsze, nie pracujemy, nie zarabiamy, mamy maleńkie dziecko przy piersi?
Ktos powie, że małżeństwo też nie musi dawać takiej pewności. Jasne, nie musi, ale w normalnych rodzinach jest tak, że za małżeństwem stoi cała sieć rodzinnych powiązań, rodzinnej i społecznej kontroli. Za wolnym związkiem nie stoi nic. Mój syn ma zonę, znam jej rodziców, ciotki i wujków, troszczę sie o synową, bo jest moją rodziną. Moja córka żyła w wolnym związku. Nic nie wiedziałam o jej partnerze, oprócz tego jak się nazywa. Kim dla mnie był? Kandydatem na narzeczonego, nie traktowałam go powaznie. Zwodził moją corkę 5 lat, zanim kopnęła go w tyłek. Na szczęście nie odważyła się mieć z nim dziecka. Nie był żadnym oparciem.
Mała Mi musisz odejść, już wiesz o tym. Nie pozwól dłużej tak się traktować!

17

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mareno7 - my jestesmy ze soba tak dlugo, że znamy bardzo dobrze swoje rodziny, również te dalsze. Oboje mamy je duże i na miejscu, w tym samym mieście w ktorym mieszkamy. Spotkania rodzinne są częste i nawet sympatyczne, oboje jestesmy akceptowani przez rodziny partnerów, zwłaszcza odkąd jest dziecko. Niestety, pomimo poprawnych stosunków z "teściami", a zwłaszcza z "teściową", nigdy nie zaproponowano mi innej formy zwracania się do nich, niż "pan" i "pani". Mówię więc tak do dziadkow mojego dziecka, przy moim dziecku. Uważam, że to nie jest dobre i normalne, nie wiem też jak to kiedyś będę tlumaczyć dziecku. Oni mówią do mnie oczywiście po imieniu. W drugą stronę (mój partner-moi rodzice) jest niestety tak samo, choć wielokrotnie prosilam matkę, by to zmieniła. Niestety, póki nie ma slubu, starsze pokolenie nie potrafi się przełamać. Nic na to nie poradzę, a sama niczego nie zainicjuję bez propozycji z ich strony, za konserwatywna na to jestem i zbyt bardzo boję się odrzucenia.

Tak, musze odejść, ale będzie to najtrudniejsza rzecz, jaką zrobię w życiu. Mój partner, poza destrukcyjną sprawą ślubu, jest dobrym i uczciwym człowiekiem. Zachowuje się (poza tym zwodzeniem i niespełnionymi oświadczynami) jakby mnie naprawde kochał - dba o mnie, spełnia prośby i życzenia (niekoniecznie materialne, raczej mowa np. o odwoływaniu swoich spraw, by zalatwić moje, mojej matki itd), wyręcza w wielu rzeczach, żeby mi było łatwiej, jest też bardzo dobrym ojcem i ma z dzieckiem fantastyczny kontakt. Praktycznie utrzymuje mnie też od narodzin dziecka - pracuję, ale zarabiam niewiele (muszę być non stop z dzieckiem w domu i pracuję zdalnie). Sam siebie zresztą uważa za chodzący ideał i podczas rozmów o ślubie lub ewentualnym rozstaniu udowadnia mi, że mam wszystko i dla kaprysu chcę odejśc i zabrac mu dziecko. Trwa to już tak długo, że naprawdę chyba mu wierzę - poza ślubem, mam wszystko. No, jeszcze poza godnością i szacunkiem do siebie. A bez tego chyba się nie da żyć.

18

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Ilez prawdy jest w słowach Mareny. W 100 procentach się z nią zgadzam. Jak mozna takiego czlowieka traktować powaznie?Z pełną premedytacją zagarnął od Ciebie wszystko. Doskonale wiedział, jakie są Twoje oczekiwania odnośnie małżenstwa. Tak, dla kobiety jest to wazne, a przynajmniej dla mnie. Mój partner wychodził z podobnego zalożenia-po co mu malżenstwo, przeciez to nic nie zmienia. Otóż zmienia i to sporo.Głowy nie suszyłam, ale złamal się wtedy, kiedy powiedzialam,ze czuje się jak inkubator, urodziłam dziecko, moje dziecko, a ono mialo nosic jego nazwisko?A co ze mną?Tak, jak pisalas-instytucje, szkoły, szpitale. Nie, nie mialam ochoty się tlumaczyć, gdzie i co z ojcem dziecka.Wzięliśmy slub bez zadnej oprawy weselnej i po sprawie. Do tematu do dzis nie wracamy.Jest dokladnie tak jak bylo przed slubem, czyli normalnie.Zupelnie nie rozumiem Twojego partnera,a  juz to,ze do tesciow przy dziecku zwracacie się per"pan", "pani"-NIE!!!, litości.Nie potrafię i nawet nie chcę tego pojąć. I jakże Ci współczuje. Zaczyna mi słow po prostu brakowac...

19

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
Mała_Mi napisał/a:

Mój partner, poza destrukcyjną sprawą ślubu, jest dobrym i uczciwym człowiekiem. Zachowuje się (poza tym zwodzeniem i niespełnionymi oświadczynami) jakby mnie naprawde kochał - dba o mnie, spełnia prośby i życzenia (niekoniecznie materialne, raczej mowa np. o odwoływaniu swoich spraw, by zalatwić moje, mojej matki itd), wyręcza w wielu rzeczach, żeby mi było łatwiej, jest też bardzo dobrym ojcem i ma z dzieckiem fantastyczny kontakt. Praktycznie utrzymuje mnie też od narodzin dziecka - pracuję, ale zarabiam niewiele (muszę być non stop z dzieckiem w domu i pracuję zdalnie). Sam siebie zresztą uważa za chodzący ideał i podczas rozmów o ślubie lub ewentualnym rozstaniu udowadnia mi, że mam wszystko i dla kaprysu chcę odejśc i zabrac mu dziecko. Trwa to już tak długo, że naprawdę chyba mu wierzę - poza ślubem, mam wszystko. No, jeszcze poza godnością i szacunkiem do siebie. A bez tego chyba się nie da żyć.

Wybaczcie ale ja tego parcia na ślub nie rozumiem.
Facet przyzwoity, sprawdzony w boju. Super tata.
Tylko się cieszyć.

Czytam ten wątek i nie rozumiem przypisywania instytucji małżeńskiej jakiś nadprzyrodzonych właściwości.
Nie zgadzam się z Mareną, że za wolnym związkiem nic nie stoi. Tak samo jest miłość, szacunek i troska i chęć bycia razem.
Jak ktoś chce odejść, to czy to jest małżeństwo czy inna forma związku, to odejdzie.
Tak sobie myślę czy to nie chodzi o sprawy finansowe?

Autorko skoro najważniejszy dla Ciebie ślub to powinnaś zmienić kandydata.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

20

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dayzi, dla mnie ślub nie ma żadnej wartości, a jednak rozumiem autorkę. To wcale nie jest przyzwoity, sprawdzony w boju facet. Próbowałam nieudolnie wyjaśnić mój punkt widzenia, idealnie zrobiła to Różyczka. Jego główną i niesamowicie istotną wadą jest obniżanie poczucia własnej wartości swojej kobiety, dawanie jej do zrozumienia, że jest niedoskonała, więc na żonę się nie nadaje. Nie ma znaczenia czy chodzi o życie w małżeństwie czy konkubinacie - wyobrażasz sobie wspólne życie z kimś kto Ci mówi, że nie jest pewien czy będzie z Tobą na zawsze, bo Ty się nie chcesz zmienić? Sama piszesz, że w konkubinacie jest miłość, szacunek, troska i chęć bycia razem. A gdzie Ty w związku Małej_Mi widzisz miłość, szacunek, troskę i chęć bycia razem?

21

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Odniosłam się do cytatu autorki.

Przecież napisałam, że powinna zmienić kandydata.
Mam wrażenie, że dziewczyna sama się tak nisko się ocenia. A ślub ma być cudownym lekarstwem.
Jednak nie da jej poczucia bezpieczeństwa.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

22

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dayzi, oczywiscie,ze instytucja malzenstwa nie ma naprzyrodzonych mozliwosci, ale tak, jak napisala Marena:"Kobieta potrzebuje stabilizacji, bo jej biologicznym powołaniem jest macierzyństwo", a ono"potrzebuje spokoju i pewności, a jak czuc się pewnie przy kimś kto czuje niechęć do zobowiązywania się?"oraz:"Ktos powie, że małżeństwo też nie musi dawać takiej pewności. Jasne, nie musi, ale w normalnych rodzinach jest tak, że za małżeństwem stoi cała sieć rodzinnych powiązań, rodzinnej i społecznej kontroli. Za wolnym związkiem nie stoi nic".

Napisalas:"Jak ktoś chce odejść, to czy to jest małżeństwo czy inna forma związku, to odejdzie".Oczywiscie.I tak jest najłatwiej-zamknąć za sobą drzwi, bo w pewnym momencie zrobiło się niewygodnie.Malżenstwo, przynajmniej prawnie, jest gwarantem bezpieczenstwa,ze w razie W nie zostanie sie na lodzie, wlasnie, chociazby ze wzgledow finansowych, jak napisalas.
Na poczatku,zwlaszcza kiedy pojawia sie malutkie dziecko przy piersi, jak napisala Marena-"nie pracujemy, nie zarabiamy". Owszem, sa rodziny, ktore maja baaardzo dobre zaplecze ekonomiczne, wsparcie, bo kiedy kobieta wraca do pracy uaktywniaja sie babcie i dziadkowie, skorzy do poswiecenia malemu dziecku swojego czasu, ale nie wszedzie tak jest...U mnie np. nie ma(brak rodzicow z mojej i meza strony).Poki co konkubinat nie jest  nawet nizszą forma malzenstwa, bo za tym nic nie idzie...A,nie czarujmy sie, ekonomia tez jest istotna, sama miloscia dziecka sie nie wykarmi i nie zapewni startu w zycie...
Wiem, co piszę. Do pewnego momentu zachłystywalam się wolnymi związkami ,najpierw 5 lat, potem kilka razy po dwa lata po to,zeby na koncu budzic sie z reka w nocniku, na szczescie-bez dziecka. I omal nie wpakowalam sie na nowo, ale puknelam zdrowo w leb w wieku lat 34,zeby stwierdzic,ze ja tak, kurna, nie chce.

Mała Mi juz wie,ze tez tak nie chce..Chce stabilizacji, ktorą, w jej przekonaniu, daje małżeństwo i trzeba to uszanowac.

23 Ostatnio edytowany przez dayzi (2011-07-01 18:43:49)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

oj Kobietki,
przecież nie podważam tego co czuje autorka.
Nie zgadzam się jednak z taki definiowaniem pewnych spraw.
Zgadzam się z tym, że my kobiety potrzebujemy stabilizacji. Ale nie uważam, że to daje ślub.
Wolałabym "przywiązać" do siebie mężczyznę miłością....itd, niż tylko urzędowym dokumentem.
To co Ilona napisałaś to często cecha przewodnia w dążeniu do ślubu, strony słabszej ekonomicznie.
Ja nie widzę sensu w trwaniu w takim układzie, który nie spełnia oczekiwań.
Nie można czuć się w związku nieszczęśliwym.

Pewnie gdzieś jest ten, który czeka na Małą_Mi.
I zamiast zamęczać faceta...może powinna poszukać szczęścia gdzie indziej.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

24

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Co racja, to racja, a Mała Mi jest nieszczesliwa:-(
Co do strony ekonomicznej;)-az tak zle ze mna nie jest:praca stala i dobra od kilkunastu lat, mieszkanie wlasne, nie męża:-)...Ale mimo to chcialam i tego, i tego:czyli"przywiazania"do siebie faceta miloscia i urzedowym dokumentem-jednak:-)Pozno dosc, bo po narodzinach dziecka tak mna trzepnelo.Calkiem optyka mi sie zmienila.A bywalo juz niewesolo-wlasnie tak, jak u Malej Mi. Kurcze, trafila na twarde zwierze, ech..

25

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Widzisz Dayzi, ja w ten wlasnie sposób probuję sobie od lat to tłumaczyć. Mowię sobie dokładnie to, co Ty mi napisalaś. Bezustannie, od lat. Mam gorsze dni, ale zawsze wydobywam się w nich wspinając po drabinie takich własnie sloganów: najwazniejsza miłość, co tam papier, grunt że dziecko ma pelną rodzinę, skoro partner mówi że mnie kocha to znaczy że kocha, skoro dba o mnie to tez znaczy że kocha, wszystko jest przeciez w porządku, czego ja chcę... itd.
Ale to miałoby sens w przypadku, gdybyśmy nigdy nie zawarli żadnej umowy, gdyby on się 5 lat temu nie oświadczył (z fajerwerkami, filmowo, idealnie...), gdyby potem, przy planowaniu wspólnego dziecka nie ustalił ze mną jasno i wyraźnie, że będziemy małżeństwem w ciągu roku od narodzin dziecka. Nigdy nie zostałam nawet zapytana, czy konkubinat w ogóle wchodzi w grę, bo od samego początku związku było jasne, że obojgu zależy nam na małżeństwie. To, co się od lat dzieje, nie ma nic wspólnego z uczciwością szacunkiem do mnie, jako partnerki. Wiele razy powtarzałam mu przez te lata, że ok, wycofał się z oświadczyn, potem z obietnicy z czasów ciąży - ok, rozumiem, nie chce mnie za żonę, nikt nikogo nie zmusi przecież do małżeństwa. Ale niech zatem odejdzie lub pozwoli odejśc mnie, skoro mu nie odpowiadam. Ale to mu nie pasuje. Odpowiada mu tylko i wyłącznie konkubinat, w którym ja mam obowiązki żony, ale nie mam żadnych jej przywilejów.
Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że ja nie jestem jego partnerką, o którą dba dlatego, bo ona jest tego warta. Jestem przez niego "hodowana" w dobrym zdrowiu i na tyle dobrym humorze, żebym nie odeszła od niego przedwczesnie. Jestem mu potrzebna tak dlugo, aż jego ukochane dziecko dorośnie lub będzie na tyle duże, że samo zechce zamieszkać tylko z tatą. Największą tragedią dla mojego partnera byłoby teraz rozdzielenie z dzieckiem, a już skrajną - gdybym związała się z kims innym i to on zajmowalby się naszym dzieckiem. Ale zarzeka się, że w przypadku rozstania nie walczyłby o prawo do wyłaczniej opieki, bo to byłaby krzywda dla dziecka. Pozostaje mu więc tylko jak najdlużej trzymac mnie przy sobie. Tak to widzę.
A poczucie niskiej wartości - oczywiście, że sama tak siebei postrzegam, na tym to własnie polega. Lata rozmów o tym, dlaczego nie mogę zostać żoną, co powinnam w sobie zmienić, jaka sie stać, żeby on mnie wreszcie zechciał. I to wszystko z ust człowieka, który własnie mnie wybral na matkę swojego dziecka. Byłam silna, ale mnie złamał.

26

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Ostatni akapit spowodował,ze wymiękłam..Ilez upokorzen jeszcze jestes w stanie zniesc Mala Mi?

27

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
ilona123 napisał/a:

Ale mimo to chcialam i tego, i tego:czyli"przywiazania"do siebie faceta miloscia i urzedowym dokumentem-jednak:-)

...i Twój połówek też tego chciał.
Mężczyzna autorki ma inną wizję "wspólnego życia".
Pytanie -czy warto czekać na zmianę jego nastawienia? Łudzić się?
Czy zadowoliłby ją ślub dla "świętego spokoju"?

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

28

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Wlasnie, Dayzi-"polowek", jak to swietnie okreslilas, Malej Mi nie chce slubu..jednak nie chce:-(
Kulą u nogi być po wymarzonym slubie? W zyciu!!!Co zrobisz Mala Mi?Ja bym odeszla..:-(

29

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
ilona123 napisał/a:

Ostatni akapit spowodował,ze wymiękłam..Ilez upokorzen jeszcze jestes w stanie zniesc Mala Mi?

Przywykłam, zwłaszcza że chyba tylko ja w rodzinie widzę to w takim świetle. Wciąż nie mam pewności, czy moja godność może być ważniejsza niż dobro mojego dziecka. A dobro dziecka to nie rozdzielenie z ukochanym tatą, tułaczka po wynajmowanych mieszkaniach, brak poczucia bezpieczeństwa i całkowite niezrozumienie nowej sytuacji. Gdyby były awantury, przemoc, cokolwiek. Jest "tylko" moje upokorzenie i galopująca depresja. Oczywiście staram się trzymać pion, rozpadam się tylko czasami i w wielkiej tajemnicy przed dzieckiem. Czy to nie lepsze, niż rozwalenie całego jego świata? Wciąz się zastanawiam. Gdybym była sama, bez dziecka, po prostu zaczęłabym wszystko od nowa. Ale nie jestem. Nie tylko ja się liczę.

30

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dzieci czują i widzą więcej, niz nam się wydaje..Kiedys odejdzie z domu, co z Toba?

31

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Wiem, że czuje. Oczywiście, zdaję sobie z tego sprawę i wkalkulowuję to w bilans zysków i strat. Ale wciąż mi wychodzi, że jego dzieciństwo w pełnej rodzinie, pomimo przeczucia, że nie jest idealnie, bo mama czasem płacze i czasem w domu jest bardzo cicho jest lepsza, niż szarpanina, wymiany domów, kłótnie o święta z dzieckiem, wakacje, możliwe zmiany cioć i wujków w obu domach... Jestem przerażona, że tylko ja będę odpowiedzialna za tragedię, jaka spotka moje dziecko po moim odejściu od jego ojca. Calutka rodzina stanie murem za nim, to on będzie porzucony i pozbawiony stalego kontaktu z własnym dzieckiem. Rozpętam piekło, a w moim obecnym stanie psychicznym mogę tego ciężaru pretensji ze wszystkich stron nie udźwignąć.
W skrajnym czarnowidztwie rozważam już nawet opiekę naprzemienną (żeby nie skrzywdzić ojca dziecka) ale to podobno nie jest dobre dla dziecka, więc chyba odpada.

I jeszcze odpowiadając na pytanie Dayzi - ślub na siłę nie da mi absolutnie nic, już o tym pisałam. Nigdy go nie ciągnęłam do ołtarza, zawsze tylko pytałam, dlaczego mnie okłamał oświadczając się, jak to widzi, czy mam jeszcze na co liczyć, czy po prostu odejść. Cztery lata słuchałam, że absolutnie nie mozemy się rozstać, że slub będzie, tylko muszę to, tamto i siamto, że on mnie tak bardzo kocha i tak bardzo chce poślubic, tylko to, to i to... Tak, teraz to wydaje się smieszne, ale gdy jest dziecko i nie ma patologii, to człowiek wierzy, że wciąz jest na dobrej drodze. A potem nagle budzi się głeboko w ciemnym lesie, a ściezki ani widu... Pozostaje tylko wspiąć sie na najwyższe drzewo i skoczyć na główkę.

32

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Myślę, ze psychospotkanie wskazane.
Dodałoby Ci wiary w siebie.
--------------------
"...dzieciństwo w pełnej rodzinie, pomimo przeczucia, że nie jest idealnie, bo mama czasem płacze i czasem w domu jest bardzo cicho jest lepsza, niż szarpanina, wymiany domów, kłótnie o święta z dzieckiem, wakacje, możliwe zmiany cioć i wujków w obu domach..."

Jeśli chodzi o dziecko rozwiedzionych rodziców. Taki przykładzik.
Rodzice mojego połówka kłócili się strasznie między sobą, rozeszli się. Ale nie rozeszli się z dzieckiem. Do dziś jeśli chodzi o ich dziecko pochylają się wspólnie nad nim. Choć ono ma lat kilkadziesiąt.

Gdy pytam, jak przeżyłeś rozwód rodziców? Odpowiada, przecież ze mną się nie rozwiedli ale wolałem jak nie mieszkali razem.

Nie zawsze zmiana musi oznaczać katastrofę.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

33

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Oczywiście, że nie każdy rozwód to katastrofa, również dla dziecka. Czasami jest nawet błogosławieństwem, zwłaszcza gdy ratuje przed patologią w domu. Obawiam się jednak, że tak nie jest w moim przypadku. I nie podejrzewam rodziny partnera o pokojowe nastawienie po moim odejściu. To będzie piekło, a ja będę w samym jego środeczku.
Chodziłam już do psychologa, poza wygadaniem się i znalezieniem "sojusznika" niewiele mi to dało. Ale to rzeczywiście nie byla psychoterapia, tylko takie ględzenie o sobie i sytuacji w domu. Może pora poszukac psychoterapeuty z prawdziwego zdarzenia... Tylko przed rozstaniem czy juz po? Nadal nie wiem w którą stronę skręcić. I wiem, że nikt o tym za mnie nie zadecyduje. Wpakowałam się w straszne bagno.

34 Ostatnio edytowany przez Aga30 (2011-07-01 20:54:18)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała Mi mam 3 pytania:
1. Czy mieszkanie jest wspólne?
2. Czy pracujesz i po ewentualnym rozstaniu będziesz niezależna finansowo (z udziałem oczywiście ojca dziecka)?
3. Czy rzeczywiście przestałaś go kochać, czy po prostu jesteś zła na niego?

Jeśli już go nie kochasz i poradzisz sobie sama, to ja nie widzę sensu ciągnięcia tego.
Gorzej, gdy go nie kochasz, ale sama z dzieckiem nie dasz rady... Niestety ten fantastyczny kraj ciągle dyskryminuje kobiety i w ogóle ludzi.
Jeśli natomiast nadal go kochasz, to przestań naciskać na ślub! Wiem co mówię, bo zachowywałam się identycznie. Efekt był dokładnie taki jak u Ciebie (może poza szczerością, bo mój ex nigdy mi nie powiedział, że moje rozchwianie emocjonalne dyskwalifkuje mnie jako żonę). Uważam, że bardzo dobrze się stało, że Twój facet mówi Ci co mu nie odpowiada. Może forma rzeczywiście jest mało delikatna, ale jednak moim zdaniem on nie chce się rozstać, on daje temu szansę. Wspomniał też coś o terapii prawda?

Teraz trochę o naszej emocjonalności... Ja czasami nie wytrzymuję sama ze sobą. Moje zmienne nastroje, nadmierna ekscytacja lub mega doły, moje szantaże emocjonalne, egoizm i zołzowatość... Też kiedyś myślałam, że moja druga połówka zaakceptuje mnie taką jaka jestem. Ale chyba w końcu dojrzewam i zdaję sobie spawę jak ciężko żyć z taką osobą, mało tego - osobiście uciekałabym od kogoś takiego jak najdalej. I dlatego pracuję nad sobą, ale jest cholernie ciężko.

Już widzę jak zaraz posypią się gromy na to co napisałam. Ale absolutnie nie usprawiedliwiam raniącego sposobu komunikowania Tobie, że pewne rzeczy Twojemu facetowi nie pasują. Natomiast ma prawo mu coś nie odpowiadać i dobrze, że o tym mówi. Dlatego jeśli mimo wszystko chcesz być z tym człowiekiem również z innych powodów niż dziecko, to popracuj nad sobą. Tylko bez przesadzania w drugą stronę i bezkrytycznego patrzenia na partnera. Powodzenia.

35

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
Mała_Mi napisał/a:

.. Tylko przed rozstaniem czy juz po? .

Nie myśl o ślubach, rozstaniach...
Zajmij się sobą.

Gdy sobie już w głowie i serduchu poukładasz...będziesz działać.

Jest taki wątek "kobiety kochające za bardzo" polecam lekturę.:)

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

36

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
Aga30 napisał/a:

Mała Mi mam 3 pytania:
1. Czy mieszkanie jest wspólne?
2. Czy pracujesz i po ewentualnym rozstaniu będziesz niezależna finansowo (z udziałem oczywiście ojca dziecka)?
3. Czy rzeczywiście przestałaś go kochać, czy po prostu jesteś zła na niego?

1.Mieszkanie jest jego, ja nie mam do niego żadnych praw.
2.W tej chwili byłoby mi ciężko utrzymac siebie i dziecko z własnych zarobków i alimentow, ale to się wkrotce zmieni, bo zmieniam pracę. Wówczas będe gotowa do życia na wlasny rachunek.
3.Moje uczucia to jedno wielkie pogorzelisko, nie mam pojęcia co czuję. Raz jestem pewna, że nie moge go już kochać, bo skrzywdził mnie bardziej, niż ktokolwiek inny - wyprał z poczucia własnej wartości. Ale gdy jest przez dłuższy czas dobrze, spokojnie, widzę jak on sie stara, żeby było miło, wesoło, dba o mnie i dziecko - czuję że to jeszcze nie jest przegrana sprawa. Ale potem wraca żal i znowu czuję, że to "milo, wesolo, slodko" to tylko mydlenie oczu, żebym przypadkiem nie odeszla z dzieckiem.

Dodam jeszcze, że faktycznie jestem dość skrajna i miotaja mna rózne emocje, ale bardzo uspokoilam sie po narodzinach dziecka. Ja teraz, a ja sprzed np. 7 lat, to jak woda i ogień. A on paradoksalnie teraz zarzuca mi moje niezrownoważenie sprzed x lat, a nawet podaje przyklady sprzed x lat jako argument, że TERAZ nie da się ze mną ożenić. A przeciez takiej wlaśnie skrajnej wariatce sie kiedyś oświadczał i pasowało.
I powiem Wam coś jeszcze. Gdyby dziś przyszedł i powiedział, że zaklepujemy termin w USC, nie zgodziłabym się. Idiotyczne? Pewnie tak. Gdzies ostatnio przeczytalam fajne zdanie: "Jestem kobietą - nie wiem, czego chcę, wiem czego nie chcę. Proste, prawda?" smile No więc na pewno nie chcę konkubinatu. Nie wiem czy chcę rozstania. Ślubu już nie chcę, za mocno mnie ten temat poobijał. I nie chcę pewnego dnia usłyszeć: zmusiłas mnie do slubu. A tak by się stało, jestem tego pewna.

37

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała Mi, bardzo mnie porusza Twoja historia. Tym bardziej, że moja córka byla na dobrej drodze by znaleźć się w podobnym miejscu co Ty. Jej facet tez obiecywał ślub, kłamał, oszukiwał i wynajdywał przeszkody. Tez namawiał na dziecko. Patrzyłam na jej upokorzenie i serce mi krwawiło. Dużo czasu minęło nim zdała sobie sprawę z tego, że tak naprawdę on jej NIE CHCE! Gdyby ją naprawdę kochał, szanował i traktowal poważnie to od poczatku byłby uczciwy wobec niej. Przedstawilby uczciwie swoje poglądy na temat małzenstwa i pozwoliłby córce dokonać wyboru. A on ją oszukał , okłamał, potraktował instrumentalnie, bez szacunku. Tak jak Ciebie traktuje Twój....nie wiem jakiego slowa użyć, bo napewno nie partner.
On chce dziecka, nie chce Ciebie i "hoduje" sobie Ciebie jako "rzecz" niezbędną małemu dziecku. Strasznie brzmi to co napisałaś, ale rozumiem to. To dokładnie oddaje istotę sprawy. Podobnie pisała tez Ilona o "inkubatorze", że miałaby urodzić dziecko, które nie będzie nosić jej nazwiska. Urodzić "MU" dziecko, a co z nią?

Wydawałoby się, ze to drobiazgi bez znaczenia, jakieś nazwisko, jakiś ślub, jakis papier. Jeśli to nieistotne, to dlaczego budzi tyle emocji?

Ślub to rytuał, a nawet ludzie pierwotni je mają. Czemuś one służą. Nie jestem antropologiem, żeby to jasno wyłożyć, ale moge intuicyjnie powiedzieć, że ślub to rytuał "przejścia" , publiczne ogłoszenie że nie jesteśmy WOLNI, że coś poświęcamy, czegoś się wyrzekamy, że wypadamy z matrymonialnego rynku, że dokonalismy wyboru, że przyjmujemy do swego rodzinnego kręgu swą zonę lub męża i jesteśmy przyjmowani do rodzinnego kręgu małzonka. I nie ma trudności ze zwracaniem się do rodziców, ciotek, wujów i dziadków współmałżonka. Moja teściowa, po ślubie mojego syna uściskała moją synową ze słowami "Witaj w rodzinie, dziecko!"

Bez ślubu to problem, co dokładnie Mała Mi opisałaś.  Oficjalnie brzmiące formułki wyraźnie pokazują, że rodzice Twojego....konkubenta nie traktują Ciebie jak rodziny, a Twoi rodzice podobnie traktują jego. Dla jego rodziców ważny jest on i JEGO dziecko, dla Twoich Ty i TWOJE dziecko. Możemy się oburzać, dziwić, ale co poradzimy na symbole?

Na innym forum przeczytałam wypowiedż mężczyzny na temat konkubinatu i małżeństwa.  Nie potrafię przenieść tej wypowiedzi tutaj, więc streszczę. Żył w wolnym związku 8 lat i nikt nie traktował tego poważnie. Ciągle był pytany o to kiedy ułoży sobie życie. I on sam nie traktował tego poważnie, gdy już minęło początkowe zauroczenie, choć na początku uważał, że życie ma ulożone. Zostawił swoją "partnerkę", gdy poznał kobietę, z którą potem się ożenił.  Ta druga nie była chętna na romans, na zamieszkanie z nim bez ślubu. By ją mieć, musiał POŚWIĘCIĆ swoją wolność. Pisał o tym jak o niesamowitym doswiadczeniu, o szacunku jakim ją darzy, bo nie było tak łatwo jak z poprzednią kobietą, która godziła się na wszystkie jego warunki i nie stawiała wlasnych. I o reakcji na ślub jego rodziny, która nigdy nie traktowała jego konkubiny z takim szacunkiem jak jego ŻONY.
Wypowiedź tego faceta zrobiła na mnie wrażenie, pokazała, że mimo, że zyjemy w XXI wieku i jest tak nowocześnie, to nadal obowiązują proste zasady, ze "nie o to chodzi, by złapać kroliczka, ale by gonić go..." I nie cenimy tego co zbyt łatwo wpada nam w rece, co możemy mieć bez zbytniego poświęcenia. A mężczyzn dotyczy to szczególnie.

38

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
marena7 napisał/a:

I o reakcji na ślub jego rodziny, która nigdy nie traktowała jego konkubiny z takim szacunkiem jak jego ŻONY.

Zastanawiające jest to, że w niektórych środowiskach trzeba być zona żeby zasłużyć na szacunek.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

39

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

No własnie Dayzi, no własnie. Wydaje mi się, że w niektórych środowiskach nadal ma się dobrze przekonanie, że na szacunek zasługują ci i te, które same się szanują. Moja stara ciotka komentując zwiazek siostrzeńca, który żyje w wolnym związku, nigdy nie powie inaczej niż "Marek żyje z kochanką" Dla niej konkubina równa się kochanka. A kochanka to kobieta, która sie nie szanuje.
Zaskakuje mnie zbiezność poglądów mojej starej ciotki i opisanego pzeze mnie młodego, bo lekko po trzydziestce, nowoczesnego i wyzwolonego mężczyzny.

Ja osobiście nie jestem tak radykalna w ocenach jak moja ciotka, choć zdecydowanie opowiadam sie po stronie małżeństwa.

A tak z życia: jestem zaprzyjaźniona z konkubiną mojego dalekiego krewnego, mieszkają obok nas. Spodziewa się dziecka. Zapytałam czy jest szczęśliwa i... zaprzeczyła. Ona chce ślubu, ale nawet o tym nie mówi, bo w niepisanej "instrukcji obsługi mężczyzny" jest punkt "nie naciskaj go, bo ucieknie" Więc nie naciska, czeka, podporządkowuje sie jego wizji związku, za chwilę urodzi "MU" dziecko i ma nadzieję, że tym zasłuży sobie na sformalizowanie związku, na obrączkę, na bycie żoną. Na zewnątrz wszystko wygląda cudownie, a w niej taka gorycz i taka niepewność.
Dlaczego?

40 Ostatnio edytowany przez dayzi (2011-07-02 10:44:54)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
marena7 napisał/a:

podporządkowuje sie jego wizji związku, za chwilę urodzi "MU" dziecko i ma nadzieję, że tym zasłuży sobie na sformalizowanie związku, na obrączkę, na bycie żoną.
Dlaczego?

Dla mnie małżeństwo wynika z dobrowolności z obu stron.
A to co opisałaś to dla mnie manipulacja. Nie rozumiem takiego postępowania.
Kobieta sobie coś zaplanowała tylko to nie pokrywa się z planami partnera. Źle wybrała?
Każdy ma prawo żyć jak chce i partner z marzeniami o ślubie i partner bez marzeń o ślubie.
Jak widać problem pojawia się gdy te dwie odmienne opcje się spotkają w życiu.

Ja wywodzę się ze środowiska gdzie "wypada-nie wypada" to był sens życia a trafiłam do takiego gdzie nikt nawet nie zapyta o stan cywilny itp.

Szanuję mojego "zięcia" dlatego, że jest dobrym człowiekiem i nawet gdy podejmą z córką decyzje o ślubie, będę go szanowała tak samo. On jest swój chłopak.
Mnie rodzina mojego połówka również bardzo ciepło traktuje. Wcale a wcale nie uważam, że siebie nie szanuje, bo brak mi statusu -żony. 
W małżeństwie to się nie szanowałam, to prawda. Uważałam-wtedy-że ślub, małżeństwo to gwarancja spokoju, bezpieczeństwa...i szacunku społecznego. Niestety zawiodłam się. Gdy się rozwiodłam to dopiero byłam dziwolągiem (1 rozwód w rodzinie!)

Teraz gdy weszłam w inne środowisko zmienił mi się horyzont.
Może dlatego mam taki a nie inny pogląd na sprawę.

Nie zrozumiałe jest dla mnie traktowanie wybranka serca swojego dziecka jak "nikogo".
---------------------------------------
Nie każda kochanka to konkubina.
Orzeczenie SN / Izba Cywilna mówi:
Konkubinat to wspólne pożycie analogiczne do małżeńskiego, a  różni się tylko tym, że nie posiada legalnego zatwierdzenia. Oznacza o­no istnienie wspólnego ?ogniska domowego? charakteryzującego się duchową, fizyczną oraz ekonomiczną więzią, łączącą kobietę i mężczyznę. Tak wiec konkubinat pełni podobną do małżeństwa rolę, przy czym brakuje mu jedynie cech sformalizowania woli wzajemnego pożycia.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

41 Ostatnio edytowany przez graka (2011-07-02 11:14:14)

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała_Mi Bardzo mi przykro , że tak się czujesz.
Ponadto pociesze Cie, ja jestem w ponad 8 letnim związku a ślub mam
brać gdy będziemy 9,5 roku. Moi znajomi biorą w tym roku po 10 latach
związku.

I nie powiem, by to zawsze panie namawiały do ślubu , rożnie to bywa.

marena7 ja przez prawie 7 lat nie wspominałam o ślubie, w ogóle to wiecznie się zarzekałam ,ze nie wyjdę przed 30 za maż itd. więc nie do końca to wybór mężczyzny, zraziłam wtedy swego M , ze i jemu się odechciało ,a później było na odwrót itd.

A co do znajomości swoich rodzin ( pomimo życia bez ślubu), to znam bardzo dobrze, od lat chodzimy na święta/imieniny/wesela do swoich rodzin. Mój M mówi do mojej mamy mamo/ teściowko itd. Bardzo dobry
kontakt mają. Więc to nie zawsze jest argument, ze nie rodzina. Zresztą zawsze mówię żartobliwie , że maż i żona to nie rodzina - bo niby jaka? matka-córka to rodzina, brat -siostra to rodzina.

Ponadto to moja mama proponowała by nie zwracać się na pani ( dodam , ze dzieci nie mamy).
Argumentem do ślubu nie ma być formalność- to też , ale też ta siła i chęć podjęcia świadomej decyzji.

Małżeństwo to bardziej aspekt społeczno ? materialny ( spadkobranie itd.). Natomiast nie daje ono żadnej  gwarancji na stałość i miłość.
Bo gdyby faktycznie tak było, ze jak facet kocha to się żeni to nie byłoby rozwodów, a znam trochę przypadków, gdy tak chciał się ożenić a później bum i wyprowadza się bo kogoś poznał. Ja uważam ze sztuka jest wziąć ślub właśnie pod długim czasie bycia ze sobą, a nie motylki w brzuchu bo są rok ze sobą i ślub, no jasne ze jest sielanka .

A przykład , że nikt nie traktuje poważnie związku który trwa 8 lat bo jest nieformalny, no bo poważniejszy jest związek ze stażem 2letnim ale formalny, to żaden argument.
Jak mnie wkurzają takie namawiania na ślub , gów*** za przeproszeniem tacy młodzi mają. Ledwo studia skończą , jeszcze pracy nie maja o mieszkaniu nie wspomnę, ale ślub musi być bo co ludzie powiedzą, i straszno i śmieszno. A później żyją kątem w 1 pokoju u któryś z rodziców, ale jest ślub i to najważniejsze. Ech...

Mała_Mi absolutnie nie wychodź z założenia , ze jak mężczyzna kocha to chce się ożenić. Bo to wcale nie jest regułą, My bardzo długo do tego dojrzewaliśmy, z resztą znam takich kilka par ze stażem dłuższym jak 8 lat po którym brały śluby. Głowa do góry. Potrzebna jest tu rozmowa nie przypadkiem nie w pośpiechu,  ale taka umówiona poważna , podczas której przedstawisz swoje nazwijmy to ostateczne stanowisko. A może jest cos jeszcze dlaczego on brać nie chce. Nie zawsze to jest na zasadzie nie bo nie. Czasem coś jest głębszego wcale nie oznacza to braku miłości. Czy tak bardzo chcesz ślubu, że zdecydowałabyś się rozstać. Odpowiedź sobie na pytanie czy gdyby dziś miałabyś go widzieć ostatni raz to jesteś wstanie dać sobie rade czy jednak tego życia nie wyobrażasz bez niego. Moim zdaniem ma tu znaczenie , że jest dobrym człowiekiem , że stara się itd.

42

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Dayzi,zgadza się, punkt widzenia zalezy od miejsca, w którym sie aktualnie  znajdujemy...

Mnie zastanawia jedno po latach,a mianowicie to,iz mimo ze rozmawialam z partnerami o ewentualnym slubie, a sprawy wygladaly nader powaznie,zaden nie podjal odpowiedniego kroku, by cos z tym zrobic. Bylo wygodnie, niezobowiazujaco, super-swietnie. Milczalam i czekalam.Po kazdym rozstaniu czułam sie jak smietnik, nic nie wart. Odwracali sie i czesc.Teraz tez,  urodziłam dziecko,a sprawy zaczynaly przybierac podobny obrot. Zaczelam zadawac sobie pytanie, dlaczego?Moj polowek w ogole nie podejmowal tematu, a ja wciaz nie chcialam wyjsc na zołze.Podswiadomie chcialam slubu, choc wydawalo mi sie ,ze nie, ze to staroswieckie itd.

Jest cos w tym, co napisala Marena,przytaczajac historie mezczyzny zyjacego 8 lat w nieformalnym zwiazku , i tak zakonczonego rozstaniem-ze mna bylo po prostu łatwo, tak, jak z jego partnerka. Odechcialo mi sie kontynuowania poprzednich schematow i w koncu jest dobrze.

Poruszajaca jest historia Malej Mi. Bardzo osobiscie ja przezywam i rozumiem.Mysle, ze optymalnym rozwiazaniem dla niej byloby ulozenie sobie zycia z kims innym, na pewno nie ciche dni z obecnym partnerem. Dobrze,ze wkrotce zmieni prace. Fatalnie,ze nie ma mieszkania. Ale to tez da sie rozwiazac.

Kazda z nas ma swoja historie, jakze rozna, stad rozne punkty widzenia.

Ja opowiadam sie za malzenstwem-zdecydowanie, choc pare lat temu dostosowywalam sie do potrzeb i wymagan partnerow, rezygnujac z czegos, czego podswiadomie oczekiwalam nie zdajac sobie z tego sprawy.

Wspolczuje Malej Mi, naprawde:-(

43

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście
ilona123 napisał/a:

Milczalam i czekalam.Po kazdym rozstaniu czułam sie jak smietnik, nic nie wart. Odwracali sie i czesc.Teraz tez,  urodziłam dziecko,a sprawy zaczynaly przybierac podobny obrot. Zaczelam zadawac sobie pytanie, dlaczego?Moj polowek w ogole nie podejmowal tematu, a ja wciaz nie chcialam wyjsc na zołze.Podswiadomie chcialam slubu, choc wydawalo mi sie ,ze nie, ze to staroswieckie itd.

Nie uważam, że małżeństwo jest staroświeckie.
Jeżeli oboje chcą to jak najbardziej.

Milczałaś, czekałaś....on nie podejmował tematu...bo chyba nie był zainteresowany.
Minęły się Wasze oczekiwania.
To musi być przykre  gdy ten wyśniony kandydat/a na małżonkę/a nie podziela entuzjazmu ślubnego.

Moja przyjaciółka  jasno powiedziała ojcu ich wspólnego dziecka, że nie będzie jego żoną...on od 5 lat uparcie ją do tego namawia. Licząc...hmm, na co? Na to że się namyśli, że zmieni zdanie?
Kłopot w tym, że ten ślub potrzebny mu do środowiskowej akceptacji, bo koledzy i rodzina drwią z niego, że na dziecko płaci a kobiety nie ma.
Impas.

Tak jak u Małej_Mi.

Powyższy post wyraża jedynie opinię autora w dniu dzisiejszym. Nie może on służyć przeciwko niemu w dniu jutrzejszym, ani każdym innym następującym po tym terminie. Ponadto autor zastrzega sobie prawo zmiany poglądów, bez podawania przyczyny.

44

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Wydaje mi sie ze Polska to nadal zacofany kraj pod wzgledem swiatopogladowym. Od dziecka wpaja nam sie chrzescijanskie wartosci, ktore kreuja nam wizje idealnego swiata który jest daleki od rzeczywistości.
Zgodze się z tym że małżeństwo jest pewna wartością (która ma poważanie nadal w Polsce) ale uważam że bez ślubu da się żyć i byc szcześliwym. Można też zabezpieczyć swoją przyszłość i finanse.
Prawda jest taka że konkubinat jest dobry dla kobiety która pracuje i jest niezależna, podział obowiązków domowych jest pół na pół, ale z drugiej strony nie spotkałam polaka który z chce cokolwiek zrobić w domu.
Mieszkanie można podzielić miedzy obie osoby u notariusza, można sposac testament a nawet trzeba jeśli nie ma ślubu bo w razie jakiegoś wypadku druga strona nic nie dostaje.
Mam nadzieje ze podejscie polskiego spoleczenstwa sie zmieni. Ja mieszkam w Szwecji i tutaj jak sie wypelnia jakies formularze gdzie jest pytanie o stan cywilny to jest do wyboru konkubinat.

Myślę ze problem autorki postu nie nie brak slubu ale podejscie partnera do zwiazku, ja bym go zostawila za jakiekolwiek stawianie warunkow. A oswiadczyny i potem odwolanie slubu swiadcza o niestabilnosci partnera. Albo sie oswiadcza i bierze zaraz slub albo sie tego nie robi i o slubie nie gada i nic nie obiecuje. Taki facet tylko czeka na okazje kiedy znajdzie sobie inna i do niej ucieknie.

Moim zdaniem kazda kobieta nie wazne czy zyjaca w konkubinacie czy w malzenstwie powinna byc niezalezna finansowo, a do zadnego faceta nie mozna miec 100 procent zaufania.

45

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Mała Mi ,masz prawo czuć się rozżalona i oszukana. Pokochałaś, zaufałaś...tylko on się rozmyślił... chociaż jak dla mnie,  od początku i świadomie składał obietnice bez pokrycia. Nie czekaj i przestań się łudzić, bo jego postawy nic nie zmieni.  Za bardzo kocha siebie i SWOJE PIENIADZE...
Myślę, że wasze rozstanie jest tylko kwestią czasu. Któregoś dnia, zwyczajnie  nie wytrzymasz psychicznie. Spróbuj powoli bardziej się usamodzielniać. Zmień  lub poszukaj nowej pracy. Może ktoś z dziadków może zająć się dzieckiem ? Z różnych względów, nie jestem w stanie, podać Tobie konkretnych rozwiązań ale wiem, że  musisz ich poszukać w swoim otoczeniu. To nie są łatwe zmiany ale czas zacząć myśleć o sobie... Twoje konkretne  ruchy w kierunku ?odłączenia się?  od partnera, mogą  też wpłynąć  na lepszy przepływ neuronów w jego głowie... wink

"Błogosławiony ten, co nie mając nic do powiedzenia,  nie obleka tego faktu w słowa"

46

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Cześć Mała MI.

Na początek muszę stwierdzić, że forum nie jest dobrym miejscem na szukanie porady, gdyż przede wszystkim uzewnętrzniasz tu tylko swój punkt widzenia. Nie wiemy co tak naprawdę o tej sytuacji myśli Twój partner, tak więc każda porada, którą otrzymujesz jest z założenia zła.

Dodatkowo, opierając się na Twoich słowach, niestety trzeba stwierdzić, że Twój partner rzeczywiście może mieć obawy przed zawarciem z Tobą ślubu. Widocznie dostrzegł, dałaś mu, jakieś znaki, przez które nie ma do Ciebie zaufania. I z całą pewnością nie chodzi tutaj o pieniądze, a raczej o rzetelność i lojalność. Jeżeli piszesz najpierw, że jest świetnym ojcem i partnerem, i że go kochasz, a jednocześnie dodajesz, że próbujesz kontaktować się ze swoim ex, to znaczy, że niestety nie jesteś wobec niego uczciwa i lojalna dając tym samym sygnały, aby nie brał z Tobą ślubu. Nic dziwnego, że w takiej sytuacji jakiekolwiek naciskanie  kończy się awanturami. Sama rozmowa i żal, który mu przedstawiasz z Tego powodu jest już formą psychicznego nacisku.

Jeżeli faktycznie zależało Ci na poradzie to zastanów się nad tym, a może szukałaś tylko usprawiedliwienia?

Pozdrawiam,
ANA

47

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

ANAlogiczna, historia Małej Mi to ciąg niedotrzymanych obietnic jej konkubenta. Jej wady są pretekstem do rezygnacji ze ślubu, ale nie były juz przeciwskazaniem do spłodzenia dziecka. Czy to nie dziwne? W końcu decyzja o dziecku moim zdaniem jest dużo bardziej brzemienna w skutki niż decyzja o ślubie. W koncu małżeństwo można rozwiązać, a macierzyństwo i ojcowstwo to decyzja na całe życie. Tego się ten pan nie bał?

Co do szukania porad na forum, to powiem tylko, że forum nie jest psychologiczną poradnią, która zajmuje sie terapią małżeństw czy konkubinatów. Forum nie ma takich ambicji. Na tym forum dzielimy sie swoim doświadczeniem, wspieramy się, a rady traktujemy niezobowiązująco.
Na forum mozna się wygadać, a to pozwala pozbierać myśli, wydobyć z emocjonalnej zawieruchy to co najważniejsze, zobaczyć jak to widzą inni.

48

Odp: Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Czy mam jakieś prawa do mieszkania po zmarłym narzeczonym? Związek trwał 16lat z czego 12 lat mieszkam u Niego niestety bez meldunku. Kwestia w tym że jest jeszcze niepełnosprawny umysłowo brat który znajduje Sie w ośrodku społecznym. Bardzo proszę o pomoc.

Posty [ 49 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Dziecko, konkubinat, brak nadziei na szczęście

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018