Dla mnie stwierdzenia "jestem zakochana" i "kocham" to dwie różne rzeczy. Jasne - to tylko kwestia nazewnictwa, ale mam wrażenie, że mnóstwo ludzi myli miłość ze stanem zakochania (zaraz wyjaśnię, gdzie widzę różnicę) i przez to robi sobie niepotrzebnie problemy w życiu.
Na początku związku - przez pierwsze kilka miesięcy, niekiedy nawet rok, wszystko zależy od indywidualnego przypadku i od wieku osób w tym związku będących - jesteśmy wciąż na "haju", mamy motyle w brzuchu, idealizujemy partnera, nie widzimy jego wad (a nawet jeśli widzimy, to jeszcze nam one tak nie przeszkadzają
). Jesteśmy oczywiście pewni naszej "miłości", ale to jeszcze nie miłość. To jeszcze niedojrzałe uczucie, fascynacja, oszołomienie. To klapki na oczach. Dojrzała miłość pojawia się dopiero po dłuższym czasie bycia ze sobą, trzeba się "sprawdzić" w wielu sytuacjach, żeby móc być pewnym, że to ta osoba, z którą chcemy (i potrafimy) być.
Dodam jeszcze, że nie wierzę w istnienie ani "miłości od pierwszego wejrzenia", ani "miłości bez wzajemności". Żeby istniała miłość (a nie: stan zakochania/zauroczenia), potrzeba wzajemnej troski, obustronnej pielęgnacji tego uczucia. Jeśli wydaje nam się, że "kochamy" bez wzajemności kogoś, kto nie zwraca na nas nawet uwagi, to faktycznie - wydaje nam się. To tylko zauroczenie, fascynacja, idealizacja. Przecież nie wiemy, jaka ta osoba byłaby w codziennym, wspólnym pożyciu.
A co do przypadku Twojego kolegi - wyznawać miłość należy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy się ją czuje (nawet, jeśli się mylimy, ale jesteśmy o tej swojej miłości przekonani
). Jeśli oni są ze sobą dopiero kilka miesięcy lub krócej, to takie wyznania nie mają na razie sensu.