Witam. Czy są tutaj osoby, które ze względu na swoje przeżycia odczuwały lęk przed bliskością i związkami i udało im się ten lęk wyeliminować? Terapia przyniosła efekty i nauczyliście się budować satysfakcjonujące relacje? Podzielcie się swoimi doświadczeniami.
Podobne tematy
Choruję na nerwicę lękową.. przz to tez moje zwiazki nie trwaly dlugo. Poznalem kogos komu opowiedxzialem całą swoją historie, zaakceptowala wszystko i stara sie mnie spierac we wszystkim
Dzięki niej jest duzo lepiej, dobrze jest miec kogos kto Cie rozumie ;*
3 2018-05-07 17:44:25 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2018-05-07 17:54:46)
Ja też mam takie problemy, a rady, których mi udzielano, były różne, często sprzeczne, dominowała jednak sugestia, by nie zwierzać sie zanadto, bo to może wystraszyć drugą osobę.
W miarę jednak upływu czasu i moich przemyśleń dochodzę do wniosku, że tylko szczerość ma sens. Jeśli mam być zaakceptowana, to z dobrodziejstwem inwentarza. W przeciwnym razie szkoda czasu i atłasu, i bardzo dobrze, że się sprawa szybko wyjaśnia.
Bardzo ciężko było mi udawać, że nie mam problemu z bliskością. Co tam ciężko - w ogóle mi się to nie udawało.
dawidekkk333, Piegowata'76 dziękuję za Wasze odpowiedzi.
Do tej pory zawsze jak ktoś próbował się do mnie bardziej zbliżyć to zaczynałam się miotać, jak już próbowałam stworzyć jakiś związek to zaraz miałam wątpliwości i myśli, że lepiej się z tego wycofać itp. Było mnóstwo wahań, nieuzasadnionego lęku, pojawiały się myśli, że ja się po prostu do związków nie nadaję. Tak jakbym chciała i nie chciała jednocześnie, nie umiałam się określić.
Jakiś czas temu, po przykrym zakończeniu dość trudnej relacji zaczęłam sobie uświadamiać swoje problemy i doszłam do wniosku, że czeka mnie ciężka praca nad sobą. Dlatego też zastanawiam się czy po czasie możliwe jest całkowite wyeliminowanie tego lęku, czy mimo wszystko coś z tego zawsze zostaje?
5 2018-05-07 18:41:15 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2018-05-07 18:42:53)
Rok temu miałam epizod z pewnym Meczowym, który mi z całą jaskrawością uprzytomnił moje problemy. Wcześniej zaciążyły na moim małżeństwie.
Było to potwornie wyczerpujące psychicznie.
Po ostatniej znajomości postanowiłam coś ze sobą zrobić i zapisałam się do psychologa, ale niestety, nie spełnia on (a raczej ona) moich oczekiwań. Może za mało wyraźnie je zasygnalizowałam, ale też myślę, że dobry psycholog umiałby się nieco w moje życie wewnętrzne zagłębić. Mnie naprawdę niełatwo się otworzyć i przezwyciężyć poczucie skrępowania swoimi "strasznymi tajemnicami". To tylko na forum tak się pozornie łatwo o wszystkim pisze.
Myślę o zmianie terapeutki albo o poważnej rozmowie z tą aktualną. Nie mam już ochoty wałkować w kółko, jak to podświadomosć płata nam figle i jak to źle widzieć w związku psychiczną protezę. Tyle to ja, kurrrde, wiem bez psychologa.
Miałam niedawno propozycję płatnej (niestety) pomocy i rozłożenia kosztów na raty, wezmę to pod uwagę, bo obrzydło mi takie życie. Muszę tylko stanąć na nogi w innych sprawach, bo mam przejściowe kłopoty finansowe.
Świetnie sobie radzę sama, ale gdy pojawia się szansa na jakąś cieplejszą relację, sama sobie strzelam w stopę, pojawia się panika i niewiara w siebie. No, ileż można tak żyć?
6 2018-05-07 18:46:26 Ostatnio edytowany przez Piegowata'76 (2018-05-07 18:47:52)
Myślę, że zwykłe wyznanie: "Wiesz, miałam w życiu trochę pod górkę i podchodzę teraz do związków jak pies do jeża, ciężko mi to pokonać, choć bardzo bym chciała" - już zdejmuje z nas wielki ciężar. Niemusowo zaraz spowiadać się z całego życia od kołyski. Powoli, spokojnie...
Och, jak ja bym chciała, żeby mnie ktoś chciał poznawać powoli i spokojnie.
Jestem po kilkuletniej terapii (intensywna, dwa razy w tyg. bez przerw) i niestety, ale lęk, o których Ty piszesz i z którym miałam nadzieję "zawalczyć" nadal mi towarzyszy i niewiele się w tej kwestii zmieniło. Chociaż- nie zadręczam się już tak jak kiedyś, nie czuję się gorsza z tego powodu, przyjmuję na klatę, że jest jak jest .Więc jednak coś się zmieniło
I tak jak ludzie żyją z różnymi brakami, ograniczeniami ja żyję właśnie z tym.
Myślę, że nie ma większego sensu porównywanie siebie do innych- każdy ma inny bagaż doświadczeń, inaczej widzi i przeżywa swoje życie, doświadcza innych emocji. Na pewno warto uświadomić sobie i poszukać przyczyny, poprzyglądać się sobie, swoim zachowaniom i reakcjom - to dużo wyjaśnia i może być początkiem zmiany.
Zdaję sobie sprawę, że nie ma co się porównywać do innych w tak delikatnych kwestiach. Jednak pomyślałam, że dobrze byłoby usłyszeć, że są osoby, którym udało się przezwyciężyć własne lęki. To daje jakąś nadzieję. Bo na chwilę obecną jest mi dość ciężko z tą świadomością, czuję się delikatnie mówiąc, wybrakowana.
Zdaję sobie sprawę, że nie ma co się porównywać do innych w tak delikatnych kwestiach. Jednak pomyślałam, że dobrze byłoby usłyszeć, że są osoby, którym udało się przezwyciężyć własne lęki. To daje jakąś nadzieję. Bo na chwilę obecną jest mi dość ciężko z tą świadomością, czuję się delikatnie mówiąc, wybrakowana.
Vitis, mogę na pociechę Ci powiedzieć, że mój lęk był dawniej znacznie większy. Udało mi się wiele trudności pokonać samodzielnie, wspomagałam się różnymi lekturami, sporo czytam książek, poradników i artykułów w internecie. Samo to, że w ogóle spróbowałam z Meczowym, że przyciągnęłam do do siebie, już mogę uznać za postęp. Aczkolwiek okazał się to pan niewłaściwy, a ja niepewna swoich racji szukałam usterek w sobie.
Dziękuję za odzew Piegowata
I życzę dalszych postępów.
Też miałam zdiagnozowany ten problem. Objawialo się to różnie. Pociąg do partnerów w jakiś sposób niedostępnych. Brak chemii tam gdzie mogła być bliższa więź. Odczuwanie bliskości wobec osób, które mnie odrzucały. Otwartość w relacjach wirtualnych, zamknięcie w realnych. Nieumiejętność pokazania siebie ze wszystkimi wadami. Sekrety. Jakieś próby odbicia od stałego partnera - ucieczki w pracę, w Internet, albo wyszukiwanie w kimś wad. Bardzo szerokie spektrum różnych technik, nieświadomych; cały repertuar zachowań, ktore mialy na celu stworzenie lub podtrzymanie jakiejs bariery wobec potencjalnie bliskiej osoby.
Czy sobie poradziłam?
Jest duży progres. Terapia otworzyła mi oczy. Ale czy uważam się za w pełni " wyleczoną" ? Nie wiem.
Mam właśnie zamieszkać z partnerem. Sukcesem jest to, że go mam, że jest dla mnie jedyny, że nie szukam nikogo poza tą relacją; sukcesem jest to, że kocham, okazuję to, że wydusiłam z siebie potwierdzenie tego, że zamieszkamy wspólnie, że się odwazyłam.
Jednak mam wątpliwości. Nadal się boję. Ale żyje z tym.
Czasem, świadoma swojego problemu, nie ufam swoim decyzjom. Nie wiem nigdy czy mój wybór jest dobry, czy może podyktowany w jakimś stopniu moim lękiem? Ten lęk jest tak zdradliwy, tak przewrotny...Jak bym grała sama ze sobą w szachy.
Obecnego partnera bardzo kocham, jest mi bliski, ale nie wiem, czy to już ten stopień, który powinien być, czy może w jakiś sposób wybrałam go tak, aby w małym dystansie czuć się bezpiecznie.
Bo pewien dystans jest. Ale są i uczucia. Okazywanie ich. Stały kontakt. Wyłączność wobec niego. Więc ja to postrzegam jako postęp.
Czas pokaże czy to był dobry wybór.
Rzecz w tym by móc działać, żyć, kochać, POMIMO lęku. On chyba zawsze będzie...
Pociąg do partnerów w jakiś sposób niedostępnych. Brak chemii tam gdzie mogła być bliższa więź. Odczuwanie bliskości wobec osób, które mnie odrzucały. Otwartość w relacjach wirtualnych, zamknięcie w realnych. Nieumiejętność pokazania siebie ze wszystkimi wadami. Sekrety. Jakieś próby odbicia od stałego partnera - ucieczki w pracę, w Internet, albo wyszukiwanie w kimś wad. Bardzo szerokie spektrum różnych technik, nieświadomych; cały repertuar zachowań, ktore mialy na celu stworzenie lub podtrzymanie jakiejs bariery wobec potencjalnie bliskiej osoby.
Mam dokładnie tak samo, niestety. Jeszcze do niedawna nie wiedziałam dlaczego tak się dzieje, ale teraz już wiem. Jestem świadoma, więc będzie mi łatwiej to "leczyć", tak myślę. Wczoraj rozmawiałam z moim młodszym bratem i powiedział mi, że czuje, że nie znajdzie sobie nigdy nikogo, jego chyba też dotyczy ten problem.
Pocieszam się też tym, że zyskałam tę świadomość jeszcze póki jestem młoda, więc może mimo wszystko uda mi się jakoś poukładać swoje życie.