Szukam porady, ponieważ mocno zastanawiam się czy podjąć jakiekolwiek kroki czy zostawić sprawę w spokoju.
Otóż, od kilku lat już udzielam korepetycji z języka angielskiego. Jedną z moich pierwszych uczennic była 8-letnia dziewczynka. Zadzwonił jej tata do mnie, żeby rozpocząć współpracę.
Przez pierwszy rok uczyłam tylko ją. Widziałam, że przypadłam jej tacie do gustu, jakkolwiek to zabrzmi. Często pytał co u mnie słychać w życiu o moje zdrowie, niby czysta uprzejmość i sympatia. Prawie za każdym razem pytał czy nie odwieźć mnie do domu po skończonej lekcji. Raz nawet gdy już byłam w drodze na przystanek, to wołał do mnie z samochodu czy bym się z nim nie zabrała jednak.
Po pierwszym roku miałam przychodzić dwa razy na tydzień. Raz w tygodniu miałam mieć zajęcia z nim. Chciał powtórzyć sobie podstawy języka – czasy. Często dotykał mnie lekko. Nie był to jakiś zmysłowy dotyk. Zwykłe krótkie zaczepki w ramię. Gdy miałam na sobie coś dodatkowego i nawet jak było zimno u niego w domu, to często pytał czy mi nie gorąco, czy bym nie zdjęła żakietu, swetra.
Nigdy nie traktowałam tego poważnie, podchodziłam do tego z dystansem i zachowywałam się tak profesjonalnie jak tylko umiałam.
Niedawno miałam z nim lekcję. Byłam z nim sama w domu. Zaczęłam mu coś tłumaczyć, podczas gdy on nagle zdenerwował się i zaczął coś mruczeć pod nosem: „Gdzie one są?” (chodziło mu o jego żonę i dwie córki, które były w mieście i miały niedługo przyjechać). Wyszedł z lekcji i powiedział, żebym sobie posiedziała. Reszta rodzinki niedługo wróciła i zaczęłam lekcję z jego córką. Za kilka minut poczułam, że w pokoju jest zimno i poszłam do mamy dziewczynki, aby spytać o to jak uruchamia się grzejnik. Weszłam do pokoju, w którym podejrzewałam, że ją znajdę a ona siedziała na łóżku młodszej córki i płakała. Spytałam o co chodzi, ale nie odpowiedziała.
Na następnej lekcji znów miałam mieć lekcję z tatą mojej uczennicy. Na samym początku lekcji skrytykował to co robiłam z jego córką: przyklejanie zdań historyjki w odpowiedniej kolejności. Powiedział, że to strata czasu. Na sam koniec zapytał czy jest jakiś problem. Zapytałam, że mogę spytać o to samo. Zarzucił mi wtedy, że nie byłam przygotowana na ostatniej lekcji i dlatego był zły. Wściekłam się i zaczęłam z nim dyskusję. On przerwał naszą rozmowę, twierdząc że nie ma po co robić konfliktów. A po lekcji znów zaczął marudzić, że wstając uderzyłam go krzesłem i go bardzo teraz noga boli……
Nie wiem co mam o tym teraz myśleć, czy to zwykły kryzys wieku średniego czy on naprawdę jest niebezpiecznym typem. Facet naprawdę zachowuje się jak dziecko i ma humorki. Nie wiem tylko czy już rezygnować z zajęć w tej rodzinie czy porozmawiać czy nic nie robić.