Elle88 napisał/a: Mnie chodziło o co innego.. O to, że ja wybieram wziąć odpowiedzialność za to jak ja się czuję i jak chcę się czuć, a nie w nieskończoność przerzucać tego 'gorącego ziemniaka' na Tatę, który - wierz lub nie - na pewno ma wyrzuty sumienia z tego powodu (jak i wielu innych), jednak nie może żyć moim życiem, tak jak ja nie mogę żyć jego.
U mnie sprawa wygląda tak, że bardzo długo nie miałam ani wiedzy, ani świadomości istnienia DDRR, więc na nikogo nie mogłam zrzucać odpowiedzialności. Byłam i nadal jestem bardzo krytyczna wobec samej siebie, więc nie szukam kozła ofiarnego moich licznych niepowodzeń. Przyjmowałam je z bólem, ale nie umiałam ani tego dobrze zanalizować, ani odpowiednio nazwać.
Ojciec w moich oczach był przez całe lata bogiem, ideałem, chodzącą encyklopedią i wyrocznią z Delf ;-))) a jednocześnie był taki odległy… Rzeczywiście natura nie poskąpiła mu ani charme’u, ani talentów. Mając takiego Tatę- zawsze miałam tendencję do idealizowania „moich” mężczyzn ; -))) No i musieli mnie ponadnormatywnie głaskać i przytulać ;-))) Tak, jakby ten ich dotyk miał zedrzeć ze mnie tą dawną skórę ...
Elle88 napisał/a: I wiesz.. Ja świadomie wybrałam zmierzyć się z tym tematem sama. Różnie idzie -raz lepiej raz gorzej. Czasem się człowiek cofał, czasem szedł do przodu, ale Tato za mnie moich emocji nie załatwi ani mnie od nich nie uchroni - to MOJE zadanie.
To bardzo cenne – autoterapia. W dobie mód na wszelakie terapie – ogromnie budujące, że komuś się chce wziąć za bary z życiem i posiłować w pojedynkę. Świetnie, że o tym piszesz Ludziom na Forum, bo oni widząc, jak mocny masz charakter może zechcą skorzystać i „leczyć się” sami.
Ja jeszcze nie wiem, co z tym DDRR zrobię. Póki co, czytam i studiuję książkę poleconą przez Secondo1. W ogóle u takiej babki jak Ona, to mogłabym lec na kozetce. Choćby tylko po to, aby słuchać, co mówi niekoniecznie o mnie … ;- )))
Elle88 napisał/a: Wiesz co, ja tego nie wiem..Naprawdę nie wiem, jaka Anastacja miała intencję. Wiem tylko, że jakoś nie drażni mnie ani jej osoba, ani ten jej wątek na tyle by wracać znowu do tego, że była kiedyś kochanka i jechać po niej i w kółko i w kółko. No nie mam tak.. Co mam Ci powiedzieć?
Mnie też nie drażni Jej Osoba. Człowiek, jak każdy inny. Ja jej z Forum nie wyganiam. Niech sobie siedzi i te wnioski wyciąga, albo z Krocią skarpety na drutach robią dla swoich misiów. Drażnią mnie tylko jej pełne tupetu i złośliwości wypowiedzi wobec zdradzonych żon. Czasem wciskanie się na siłę do jakiegoś wątku i klepanie setny raz tego samego. No i zakładane wątku, by pochwalić się swoimi dokonaniami i awansem z kochanki na żonę o czym wszyscy od dawna już wiedzą, mnie osobiście pobudza do robienia sobie uszczypliwych żarcików.
Rozumiem też, że takie Jej butne teksty mogą działać jak płachta na byka na osoby, które dopiero co wylizują rany po zdradzie, są na etapie przeżywania kolejnego etapu podnoszenia się z niej, czyli fazy złości i gniewu i wymaganie od nich wyrozumiałości dla tekstów Anastacjii, jest, że tak powiem mało mądre… A skoro pisze się tu o szerszym aspekcie spojrzenia na problematykę zdrady, to w takim przypadku nie potrafię nijak porównać skali cierpienia zdradzonego współmałżonka, groźby rozpadu rodziny do dylematów i wątpliwości Anastacjii. Wymaganie na tym Forum obiektywnego spojrzenia osoby zdradzonej na Anastację i inne kochanki wygląda mi na jakąś chińską torturę. Zwłaszcza, że Ona sama pisze, że nie znosi zdradzonych żon i bynajmniej nie usiłuje pojąc ogromu cierpienia, którego taki ktoś doświadcza.
Warto też wspomnieć o tym - i świetnie ukazuje to wątek Gii - która chyba właśnie dzięki Forum zrozumiała, że kumulowanie całej złości za zdradę i obarczanie nią kochanki, jest błędem, jakże często popełnianym. Czyli, żeby nie złościć się na taką Anastację, musi mieć miejsce pewien proces i wymaganie od wszystkich zdradzonych, aby nagle znaleźli się na takim samym poziomie i nie przenosili swoich frustracji na Anastację jest zwyczajnie niemożliwe i nie trzeba tu wielkiej filozofii, aby to zrozumieć i przestać truć stale o schematach, o tym, że każda zdrada jest inna, itp…
Ile czasu, ile lektur, ile rozmów, ile rozmyślań, ile transformacji, kosztowało Cię Elle, dotarcie do tego miejsca, gdzie jesteś dzisiaj? Trzeba dać innym czas na tę drogę, którą Ty już przeszłaś…
Bardzo wyraźnie dostrzegam tę asymetrię w wątkach zakładanych przez kochanki. Oczekuje się, że z detalami zostaną rozpatrzone wszelkie niuanse związane z okolicznościami wytłumaczenia ich postępku, złagodzenia ich winy ze względu na okoliczności, usprawiedliwienia, zagubienia, a od zdradzonej żony, która trafia na to Forum wymaga logiki, chłodnego rozumowania, kultury wypowiedzi i wielu innych rzeczy, mimo, że mają prawo być zbulwersowane, rozżalone, wściekłe, zdruzgotane i to jest właśnie ten moment uwalniania się z bolesnej przeszłości.
Proponuję zatem Moderacji rozdzielenie działu zdrad na część dla zdradzonych i inną dla zdradzających. Kochanki będą miały swoje miejsce, by wspierać się i podbudowywać, a osoby, które doświadczyły zdrady będą tu mogły podzielić się swoim bólem, otrzymać pomoc.
Elle88 napisał/a:Nie wiem jakie Ty masz relacje z nowa partnerka Ojca i nie pytam o to na Forum publicznym.
Mam doskonałe relacje. Traktuje mnie jak własne dziecko. I wiem, że bardzo mnie kocha. Nie zmienia to jednak faktu, że zdrada pokiereszowała mnie na całe życie i musiałam szukać innych źródeł piękna, dobra, prawdy i miłości, niż we własnym domu. To ja odkryłam niechcący zdradę mego Taty z nią. Byłam pierwsza przed moją Mamą. Miałam niespełna 8 lat...
Nikogo nie oskarżam – stwierdzam fakt i źródło swojej ułomności w wyniku rozbitej zdradą rodziny. Nic więcej.
Nikogo nie nakłaniam do trwania w małżeństwie na siłę. Mój głos jest głosem osoby- dziecka rozwiedzionych rodziców, która zachęca do jeszcze głębszego rozpatrzenia możliwości naprawy związku i podjęcia wysiłku ratowania i odbudowy – jeśli oczywiście jest to możliwe i jeśli tli się choć iskierka nadziei.
Elle88 napisał/a: Inka zarzuciła mi "atak na Ciebie", ale swoją odpowiedzią potwierdziłaś to, co próbowałam jej wytłumaczyć - nie poczułaś się zaatakowana , nie wynika to też z Twojej odpowiedzi. Nie lubię jak ktoś próbuje mnie uciszać jak niesforne dziecko, stąd moja stanowcza reakcja.
Nie zamierzam się kłócić z inką, po prostu zaskoczyła mnie tą akcją, a popelniłam błąd, że weszłam zbyt głęboko w ta pyskówkę.
Nie, nie poczułam się zaatakowana. Absolutnie. Wtedy tak. Ubodło mnie to, co pisaliście z E.T. Dziś mogę już o tym rozmawiać. Może jeszcze nie tak zupełnie otwarcie, ale z pewnością z większą swobodą niż kiedyś.
Sądzę, że opacznie zrozumiałaś zamiar In_ki. Ona mnie zna z innego wielostronicowego wątku, tego u Miriamm. Zna dobrze moje poglądy, zna historię, zna różne detale z mojego życiorysu. Jest uważną, racjonalną i bardzo łebską Dziewczyną, a też tak jak z Tobą miałyśmy z In_ką czasem kwestie sporne, wynikające właśnie z rozbieżności spojrzeń na różne sprawy. Nie jest moim obrońcą, bo zna doskonale moje defekty rozumowania i wcale nie zawsze zgadza się ze mną. Wiem, że lubi język, którym się czasem posługuję, a ja cieszę się, że on ją bawi. Nasze lubienie się polega na czymś innym niż podobieństwo poglądów.
Dlatego sądzę, że In_Ka znając mnie i wiedząc w jakim wątku się wypowiadamy, doszła do wniosku, że Twoje pytanie może wywołać dyskomfort i niepotrzebnie skierować ten wątek na bocznicę. To nie była próba obrony aurory, ale próba utrzymania „linii melodycznej” tematu powołanego do życia przez Anastację. Wspomniał też o tym Znajda.
Jednak, tak, jak pisałam wczoraj. Takie ostre spory się ludziom zdarzają. Sztuką jest wejść na ten jeden szczebel ponad taką dyskusją. Popatrzeć z góry i … uśmiechnąć się do siebie.
---
Anastacji polecam przeczytanie postów Sponi i Nie Znam Siebie. Wszystkich postów bez wyjątku.
Przejmujące studium pojmowania całego spektrum zdrady.
Aż do szpiku kości.