Witajcie po weekendzie.
Odnosnie tego żałowania albo nieżałowania.
Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że w moim przypadku nie ma mowy, żebym żałowała straty tego faceta i nie żałowała straconych lat na niego.
Po pierwsze nie moge żałować jego straty, bo nie można żałować straty czegoś, czego nigdy się nie miało. To on miał mnie, ale ja jego nigdy. To ja byłam z nim, ale on ze mna nie był nigdy. To nie był mój facet ani jaki nie byłam jego kobietą. On po prostu spotykał się ze mną, gdy akurat danego dnia miał czas i ochotę na seks, na seks akurat ze mną. Kobiet, z którymi spotykał się równolegle i na takich samych zasadach zawsze było kilka. Niektóre z nich miały lepszą pozycję i wtedy taką lepszą zabierał ze sobą na wczasy pod palmy, spędzał z nia weekendy, sylwestry. One non stop się zmieniały, ale najwyraźniej było w nich cos takiego, co sprawiało, że chciał spędzać z nimi taki wolny swój czas, jak weekendy czy sylwestry. Ja natomiast byłam stałym kołem zapasowym, kimś gorszym od tamtych kobiet i była trzymana na wyjątkowo parszywych warunkach. Ze mną spotykał się w tygodniu, na kilka godzin a czasem dochodziła do tego wspólna noc i wtedy bawił się ze mną w dom i uprawialiśmy, w moim odczuciu na tamten czas, nieziemski seks. Zabawa w dom polegała na tym, że spędzalismy czas najpierw w kuchni gotując sobie różne strawy i gawędząc sobie całkiem fajnie, ja urządzałam też w jego domu generalne porządki, chociaż wiele do sprzątania tam nie miałam, bo facet był absolutnym pedantem i zawsze ilekroć była u niego jedna z jego kobiet, on zaganiał ją do roboty, więc wiadomo. Potem lądowalismy w łóżku i ja słuchałam wtedy licznych wyznań miłosnych, komplementów oraz razem snuliśmy wizję cudownej przyszłości, jaka nas czeka. Gdy ja miałam akurat fazę, wtedy zdarzało się, że zadawałam niewygodne dla niego pytania, powątpiewałam w jego słowa, a w jego obietnice i wtedy on irytował się mówiąc np. tak " no widzisz jak to z tobą jest? Wiesz doskonale o tym, że ciężko pracuję i czasem, gdy wracam do domu, to na samą mysl, że znowu bedę musiał szarpać się z tobą, odechciewa mi sie spotkania, bo jestem zmęczony i wracam wtedy do domu, chociaż tęsknię i wiem, że powinien zadzwonić po ciebie", takie mniej więcej teksty. Dlatego ja z czasem nauczyłam się, że podczas spotkań z nim powinnam być bardzo miła i posłuszna, ponieważ podskakiwanie kończy się dla mnie źle, gdyż następnym razem on jeszcze bardziej wydłuży rozłąkę i to odbije sie na mnie, bo bedę żyła w niepewności czy w ogóle do mnie zadzwoni, kiedy i na ile sie ze mna spotka, już nie mówiąc o tęsknocie za nim, która była moją rzeczywistością codzienną i normą. O tym, żebym ja do niego w czasie takich rozłąk zadzwoniła i nasyciła się chociaż jego głosem, usłyszała zapewnienie, że wszystko jest ok, bo on kocha i tęskni, mowy nie było, bo facet ten nie odbierał ode mnie telefonów, nie oddzwaniał i do widzenia. Jedyne, co mogłam robić, to czekać po prostu na jego telefon. I robiłam tak, rzecz jasna, zastanawiając się czy nic mu się nie stało (nigdy nie dzwonił do mnie ot tak żeby sobie pogadać np. wieczorkiem), czy miedzy nami wszystko w porządku i czy ostatnio nie powiedziałam czegoś, co mogło jakos szczególnie go wkurzyć. Taka wykańczalnia za życia a nie związek. I czekałam, czekałam, aż tu nagle jest, cudownie,dzwoni do mnie, własnie skończył się weekend, więc chwała Bogu facet znowu jest w naszym mieście (rzekomo na weekendy wyjeżdżał w interesach) i oczywiście leciałam do niego cała w skowronkach. nie robiłam mu żadnych wyrzutów, bo raz, że cieszyłam się, że jednak zadzwonił, a dwa, to chciałam, żeby ciągnęło go do mnie, a nie żeby na samą myśl o tym, że będę mu coś zarzucała, od razu miał odruch wymiotny i jako bardzo zmęczony po ciężkiej pracy człowiek jechal sam do swojego domu. Wytresowałam się na super gejszę, ale to i tak niczego nie zmieniało i w żaden sposób nie przekładało się na częstotliwość naszych spotkań, jednak zawsze dostawałam kolejne zapewnienia, że za kilka miesięcy, wszystko się zmieni itd. Od czasu do czasu woził mnie po róznych parcelach i opowiadał, jaki to dom dla nas zbuduje, pokazywał mi plany zabudowań i snuł wizje. Potem zabierał doopę w troki i wyjeżdżał, oczywiście bez powiadomienia mnie o tym. Od czasu do czasu zrywałam z nim, bo przecież widziałam doskonale, że tkwię w czymś wyjątkowo parszywym, więc miewałam chwile stanowczości i wtedy bach uderzenie w wysokie tony i zrywałam. On oczywiście w żaden sposób nie odnosił się do tych moich zerwań, tylko milczał. Nie było żadnego "ok, jak koniec to koniec albo pocałuj mnie w doopę" czy cos równie uroczego. Była za to cisza. Dawał mi po prostu czas na przemyślenia, na to, bym spojrzała na siebie krytycznie, bo on jest w porządku i nie da się mi sprowokować do głupich kłótni. Milczał więc, a ja przeżywałam w samotności kolejne rozstanie. Oczywiście z każdym dniem takiej rozłąki, którą sama sobie zafundowałam robiłam się coraz mniej siebie pewna i oczywiście wymiekkałam. On po jakims czasie dzwonił do mnie na głucho (zaczynałam miec głuche telefony z jakiegoś nieznanego telefonu, zawsze wiedziałam, że to on, zresztą przyznawał się do nich, gdy wreszcie się pogodzilismy i smiał się) i wtedy ja znowu dostawałam wiatru w skrzydłach, bo wiedziałam, że lada moment on normalnie do mnie zadzwoni, wystarczyło tylko poczekać jeszcze jakies dwa, trzy tygodnie. I rzeczywiście tak własnie się działo. Pewnego dnia dzwonił, ja cała szczęsliwa leciałam do niego i tak do następnego razu. Przerwy jakie mi robił bywały rózne- czasem był to tylko miesiąc, czasem dwa albo trzy miesiące, ale bywało gorzej, bo nie odzwywał się znacznie dłużej. Raz milczał przez osiem miesięcy, innym razem prawie rok, więc miesiąc albo dwa jego milczenia, to dla mnie był pryszcz. Ja nie mogłam do niego zadwonić, by przerwać taką gehenne, bo jak wspomniałam wczesniej nie odbierał moich telefoów. Kilka razy zastosowałam nawet podstęp i zadzwoiłam z innego numeru, ale gdy mnie usłyszał, to natychmiast sie rozłączał. Wtedy ja mogłam jedynie pisać do niego, ale wtedy nie wiedziałam, jak on reaguje na moje pisanie, więc rozwiązanie do doopy, pozostawało tylko czekanie. Wybierałam to drugie i czekałam nakręcając się sama do granic wytrzymałości psychicznej. On mówił "bardzo ładnie, bardzo ładnie, jeszcze tylko kilka prób i będziesz dobrze ułożona"
Dziewczyny wyślę to, chociaz urywam w połowie , ale wróce do tego posta później- teraz coś mi przerwało.
Piszę tak dokładnie i konkretnie, by dziewczyny które czytają to wszystko miały rzecz podana na tacy. Może niektóre z was odnajdą w moim opisie coś, co idealnie pasuje do zachowań waszych czubów.
Odezwę się później.