Witajcie. Jest świąteczny dzień, co oznacza, że takim jak ja i prawdopodobnie tym co tutaj zaglądają czas nie sprzyja. Ale nie o tym miałam pisać. Chciałabym się raczej podzielić myślami, bo już nawet nie własnym dramatem. Założę się, że takich historii jak moja jest wiele, jakby przez kalkę odbitych. Może komuś się oczy otworzą trochę wcześniej, albo chociaż zapali się czerwona lampka ostrzegawcza, skoro trafia na takie forum. Myślę, że historię należałoby zacząć od końca. Punkt wyjściowy - oczywiście rozstanie, nie byle jakie - przez zamilknięcie. Kłótnie, moje łzy, moje przeprosiny, a jego jakże wymowne "nie istniejesz dla mnie" wyrażone, w typowy dla narcyza sposób, milczeniem i ignorowaniem. Oczywiście najpierw usłyszałam, że przecież to moja wina, bo jestem taka śmaka i owaka, to ja nie ufam, to ja nie potrafię rozmawiać, to ja robię szopki, i oczywiście możecie się domyślić, że zaczęłam w to wszystko wierzyć, a poczucie winy wydawało się, że mnie zaraz zniszczy.
I tak trafiłam na terapię do psychologa.. nie potrafiłam wytrzymać sama ze sobą, nie rozumiałam dlaczego jestem złym człowiekiem, dlaczego nie zasługuję na przebaczenie, a jedynie na najbardziej surowy wymiar kary czyli absolutny chłód i ignorowanie mojej osoby. Na pytanie co mnie sprowadza do psychologa, odpowiedziałam równie typowo: "nie wiem. po prostu ze mną coś jest nie tak.." Tak, rzeczywiście potrzebuję terapii, ale nie pod takim kątem jak mi się wydawało. Diagnoza: neurotyzm, rozwinięta do granic możliwości racjonalizacja (co tłumaczyłoby jak to się stało, że straciłam tyle lat na związek, który w takim wydaniu prowadzi do nikąd), zaniżone poczucie wartości i szeroko rozumiana nieważność własnej osoby, poczucie winy za wszystko.
Dopiero od tamtego momentu puzzle zaczęły mi się układać. Tyle osób mówiło mi już nie raz, zostaw, olej dziada, przecież on ciebie źle traktuje, nie szanuje itd. A ja nie byłam i chyba nadal nie jestem w stanie się wyzwolić z tego "czaru". Wszystko niemal podręcznikowo. Jak go poznałam taki pewny siebie, przystojny, czarujący, facet na poziomie. Trochę wyniosły i czasem nawet arogancki, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Przy kimś takim jesteś wielbiona, z nim, z królem świata jesteś królową. Też myślałam, że wygrałam los na loterii. I tak przez jakiś czas było sobie pięknie, pomimo pojawiających się drobnych przeszkód. A bo każdy może mieć gorszy dzień, bo może powinnam była to zrobić/powiedzieć inaczej, rzeczywicćie to on ma rację, więc po co mam się upierać przy swoim zdaniu, w końcu nie chcę się z nim kłócić. I dopiero teraz, po latach, po wszystkich przejściach, a było ich wiele i z największą dawką goryczy, zobaczyłam prawdziwy obraz tego człowieka. Człowieka który stoi dookoła okopany i myśli że jest centrum świata, że jest nieomylny i posiada jedyne słuszne racje, człowieka niezdolnego do empatii i zrozumienia drugiej strony, człowieka który nie zauważa ciągów przyczynowo-skutkowych tylko zauważa efekt, którym w jego mniemaniu jest zranienie jego osoby, tak wielkie zranienie, że druga osoba nie zasługuje na KOMPLETNIE NIC z jego strony. Przez lata karmiłam się poczuciem winy, wybaczałam najgorsze świństwa, spychałam własne potrzeby. Przestałam marzyć o tym o czym każda zwykła kobieta marzy, bo doświadczenia pozbawiły mnie wszelkich marzeń. I wiele, wiele innych..
Kiedyś wierzyłam, że on się zmieni, że jeszcze nie dorósł. Pytałam dlaczego on mi to ciągle robi, ciągle rozstania i powroty, huśtawka doprowadzająca mnie do granic wytrzymałości psychicznej. Ale w tym wszystkim nigdy nie chodziło o mnie.. Tylko jego "ja" tak dumne i zapatrzone w siebie, to świat jest taki zły, "ja" które zmienia swoje oblicze w mgnieniu oka, "ja" które nie zna słów przepraszam, rozumiem czy wybaczam, o stwierdzeniu "moja wina" nie wspominając już nawet.
I tak spędzam sobie te święta. Podobno czas miłości i pojednania. Jakaś cząstka mnie wierzyła, że może tak będzie, bo przecież w końcu w zasadzie poszło o pierdołę, nie takiej wagi żeby 2 miesiące z kimś nie gadać.. Ale jak zwykle do tej pory, źle myślałam.. suche życzenia świąteczne, które w obecnej sytuacji naprawdę mógł sobie darować.
Ku przestrodze.