Niki, ale nie wszystko rozbija się o pieniądze. Jasne, np. na jazdę konną potrzebuję kasy i to sporo, ale jest wiele rzeczy, które nie wymagają pieniędzy.
Mój dziadek gra w tenisa. Trzeba mieć sprzęt i zapłacić za kort. Okej. Ale do tego biega - to jest za darmo. Z 10 lat temu kupił też biegówki, używane, za grosze, bo nie wiedział, czy mu ten sport będzie pasował - ale pasuje i biega co zimę. Na tych samych. Za kilkadziesiąt złotych ma zajęcie na 10+ lat. Oni nie mieszkają w dużym mieście, ale i tak zawsze znajdzie się jakaś darmowa albo w cenie paru złotych wystawa, spektakl, co roku jest festiwal teatralny - też za darmo, tylko trzeba ruszyć tyłek z domu po bilet. Babcia chodzi.
Zresztą mi ktoś kiedyś zarzucił, że miałam "snobskie"
życie w liceum - bo 3 teatry, 3 języki, taniec, szkoła muzyczna, konie, basen, chór. Wszystkie zajęcia teatralne znalazłam za darmo, z tym że na jedne dojeżdżałam. Za język płaciłam jeden, bo w szkole językowej, pozostałe dwa - zajęcia w liceum, za darmo. Taniec - za darmo. Szkoła muzyczna - zdaje się, że jakiś komitet mama płaciła, ale był nieobowiązkowy. Owszem, trzeba było mi kupić pianino, ale jak ktoś grał np. na flecie to można było wypożyczyć ze szkoły. Tak samo skrzypce, klarnet i takie "mniejsze" instrumenty. Płaciłam tylko w ostatnim roku, bo robiłam 2 lata w rok i część zajęć się pokrywała, więc pani dyrektor robiła mi dodatkowe. Głupio nie zapłacić, skoro siedzi i poświęca czas. Konie - płatne, ale można zamienić na wiele innych sportów. Nawet zajęć dodatkowych w szkole, które są bezpłatne. Na chór miejski chodziłam zamiast tego, ze szkoły muzycznej - za darmo.
W dużych miastach jest tego więcej - bo czasem przeglądam. Znalazłam sobie np. teatr amatorski, z tym, że trzeba się do niego dostać, ale oczywiście jest za darmo. Wystarczy poszukać. Znajdzie się wiele rzeczy. Ale na pieniądze łatwo zwalać.
A ja wcale nie miałam w domu nie wiem jak dużo pieniędzy. Znaczy, rodzice w miarę zarabiali, ale dopiero od jakiegoś czasu zarabiają po prostu dobrze. Nie jeździłam co roku do ciepłych krajów i nie uważam się za jakąś klasę wyższą czy coś. Uważam, że miałam normalnie.
A teraz tym bardziej, od kiedy nie dostaję kasy od rodziców, nie mogę sobie ot tak szastać pieniędzmi. Ale jeśli jako 23-letnia gówniara umiem zarobić na rozwijanie jakichś zainteresowań i od czasu do czasu jakiś większy zakup, to wcale nie uważam tego za bycie zamożnym. Sorry, ale nie mam skończonych studiów czy czegokolwiek, co stawiałoby mnie wyżej od innych ludzi. To nie jest porównanie mojej matki z dwoma fakultetami, doktoratem, podyplomówką i milionem kursów do osoby z maturą. Ja TAK SAMO mam właściwie tylko maturę na razie, jeśli chodzi o wykształcenie. Studia dopiero robię. Więc jeżeli ja mogę, to inni też teoretycznie - a jeśli nie, tzn. że nie umieją się ogarnąć, są leniwi, niezaradni albo sami sobie namieszali w życiu. Bo ja nie mam żadnych szczególnych predyspozycji czy umiejętności, żeby ktoś powiedział "o, ty jesteś profesorem od mechatroniki, to ci łatwo mówić". Nie, jestem studentką, która w roku akademickim musi odsiedzieć swoje na uczelni (studia dzienne), nauczyć się kiedyś do sesji/kolosów i jeszcze pracować. O, tak, taaaak mi łatwo. 
Kammiś, pewnie, podeślij. 