Witam.
Przegladajac forum natrafiłam na ten watek i postanowiłam się zalogować.
Moja historia tez jest dluga i burzliwa.
Wszystko zaczelo się jakies 3 lata temu, poznałam w pracy chłopaka, mily Irlandczyk z poczuciem humoru, bylam singielka nie wiedziałam ze on nie... Dowiedziałam się przypadkiem kiedy juz zdarzyłam się zakochać. Próbowałam odejść ale nie potrafiłam a on nie potrafił zostawić tamtej dziewczyny, trwalo to tak ok roku. Po roku on rozstal się z ra dziewczyna i byl ze mną. W końcu miałam go tylko dla siebie oz ja szczesciara planowałam nasza przyszłość... Dlaczego tak naiwnie i głupio myślałam nie wiem. Przez kolejne dwa lata rozstawalismy się i wracaliśmy, ciągle klutnie problemy, ale ja wciąż wierzyłam ze możemy być szczęśliwi, zaczelam namawiac go zeby zamieszkal ze mną ze klutnie się skończą będzie dobrze, tak samo jak autorka robiłam wszystko dla niego, zanim poprosił o cos miał to przed nosem. Nie chcial zamieszkac ze mną, uwazal ze nie jest gotowy ( ma 32 lata mieszka z rodzicami) ze on nie jest gotowy na związek ze musi odpocząć ja tlumaczylam mu ze ja nie chce tak zyc, ze ja chce związku wiec kolejne rozstanie kolejny bol placz i lament. Przez tydzień bo w sobotę dzwonil ze chce się spotkać i ja ulegalam. Ostatnio w czwartek powiedzial mi ze moze byśmy zaczęli spotykać się z innymi osobami a ze sobą tylko na seks. Moja reakcja?? Nie pamiętam, jedyne co z tego dnia pamiętam jest ten bol, poczucie poniżenia, poczucie niskiej wartości. Zablokowalam numer nie kontaktowalam się, w piatek poszlam do mojej pani psycholog analizowalam rozmyslalam plakalam. W sobotę znowu się odezwał stwierdził ze on tylko zartowal a ja jak zwykle zrobiłam problem z niczego, ze teraz juz powinnam zrozumieć dlaczego on nie chce być ze mną bo przeciez jak można być z kimś takim kto wyolbrzymia. Przyjechał przywiozl piwo powiedzial ze chce spędzić ze mną wieczór nie klucac się być jak przyjaciel. O głupia ja uwierzylam, wyczul moja słabość wiedział ze potrzebuje przyjaciela i został do niedzieli. Wieczorem pojechaliśmy do kina znalazłam w jego aucie paczke z prezerwatywami, co prawda nie otwarta ale my nigdy nie potrzebowaliśmy i to jak bym dostała w twarz.... Obrazy zaczely mi się nasuwać jeden na drugi. Prezerwatywy, jego tekst ze spotykaniem się z innymi, jego słów no w sumie to jak nawet spal bym z kimś to nie jest to zdrada bo nie jestesmy razem, to jak nie odbieral moich telefonów, to jak się nie odzywa tygodniami tylko w weekendy, wszystko wrocilo, przypomniało mi się jak to bylo z jego dziewczyna kiedy ja się z nim spotykalam potajemnie. Weekendy miał zarezerwowane dla niej, nigdy nie odbieral jej tel jak byl ze mną, zawsze miał prezerwatywy w aucie. Wiec tak można mówić ze teraz place za to jak wtedy potraktowalam jego dziewczyne, ale to nic nie zmieni. Boli strasznie boli a szczególnie fakt ze osoba tak wazna dla ciebie tak cie traktuje. Najgorsze jest to ze nawet tak zwani przyjaciele skopali mi tyłek. Jedno co słyszę to tylko " a nie mówiłem, wiedzielismy ze to się tak skończy" ale to mi nie pomaga, to mnie pcha w dol, nikt nie przyszedł i nie powiedzial chodź przytul się wyplacz się pogadaj stek bzdur na tego palanta poczujesz się lepiej a później zastanowimy się ci dalej. Nikt nie podal mi reki. Wiec lecę dalej w dol i boje się ze się nie zatrzymam.