Nie wiem czy chciała odbić czy tylko się z nim przespać ale na jedno wychodzi.
Dobra, napiszę o dniu wczorajszym. Zacznę od pierdół (nie myślcie że się przejmuję takimi rzeczami), bo chcę jakoś nakreślić sytuację i to jakiego miałam wczoraj cholernego pecha.
Wstałam rano, jakoś koło 7 bo miałam dość dużo do ogarnięcia. Miałam dobry humor, bo pogoda piękna i w ogóle. Mój pech zaczął się leciutko - kosmetyczna odwołała mi wizytę bo biedna chora. No myślę ok. Potem - zlew się spieprzył. Ale powiedziałam sobie że nic mi nie popsuje humoru. Potem wyszłam i torebka wpadła mi w kałużę zaraz po wyjściu. Ok, poszłam zmienić. Potem dowiedziałam się - na miejscu w sądzie że sorry, jeszcze akt do wglądu z archiwum nie ściągnęli, a mnie terminy gonią, bo mi to na konferencję potrzebne do referatu. Niby może być bez tego ale z tym byłoby fajniejsze, coś bardziej twórczego.
Pojechaliśmy rano - to istotne - rano moim autem, ja prowadziłam i potem miałam po faceta przyjechać po południu bo i tak miał cały dzień w biurze a chcieliśmy jechać razem. Zapomniałam (i to też istotne) okularów przeciwsłonecznych.
Ale było ok. Byłam w bibliotece, potem zanieść jeden papier na uczelnię, potem w sądzie, potem na zakupach, potem na fitnessie, potem w saunie - super dzień.
I potem zaczął się już chyba jakiś koszmar - wczoraj miałam swój piątek 13go.
Pojechałam po faceta, wchodzę do biura a sekretarz (facet - studiuje prawo, rok młodszy ode mnie, brat jednego wspólnika) mówi że tam nie wolno absolutnie teraz.
A mi się przypomniała sytuacja z ojcem. Powiedziałam do chłopaczka pod nosem: "jasne, nie wolno".
I weszłam. I co zobaczyłam?
Trzech facetów: mój, wspólnik i jakiś obcy - chyba klient, ale widać ich znajomy. Aż mi się głupio przed samą sobą zrobiło.
Swoją drogą swoje usłyszałam z ust swojego faceta (nie do mnie, widać kończył zdanie w momencie mojego "wtargnięcia"):
"(....) no i te kur**** pier***** umowy tego j***** c***". a jego wspólnik: "do ch*** z nimi". Nie wiedziałam że on tak klnie. Przy mnie nie klnie. Aż w szoku byłam. Zobaczył mnie i przeprosił za słownictwo, wspólnik też, że w obecności kobiety. I tak jestem w szoku
czasem słyszałam jak coś tam przeklina przez telefon w drugim pokoju, ostatnio było: "pamiętaj żeby zapłacić te je*** składki"
ale żeby AŻ TAK 
No i potem część właściwa:
mieliśmy jechać na obiad a potem do kina. no i jedziemy, ja prowadziłam, nie miałam tych durnych okularów, włączyłam muzykę głośno, wyluzowałam się, ale jechałam powoli, zawsze jeżdżę bezpiecznie, stosuję się do znaków, nie przekraczam prędkości (facet mi marudzi, bo on lubi jeździć ZBYT szybko). uważam że jeżdżę dobrze tylko mam problemy z parkowaniem, cofaniem, takimi manerwami na małej powierzchni, no ale to nie stwarza niebezpieczeństwa na drodze.
No i jadę i nie wiem jak to się stało - facet mi wyszedł prosto pod koła. Nacisnęłam hamulce, facet złapał mi kierownicę i próbował wykierować ale nie pomogło.
Ja wpadłam w panikę - przyznam się że pierwszy odruch i pierwsza myśl była taka - wezwę karetkę i pojadę. Ale nawet nie zdążyłam jej wypowiedzieć i pomyślałam sama do siebie: chcesz siedzieć za nieudzielenie pomocy i ucieczkę z miejsca wypadku?
Facet wyszedł, stwierdził że potrąconemu nic nie jest (że jest przytomny, że nigdzie nie ma krwi i że klnie) i że wali od niego wódą na kilometr.
Ja zaczęłam panikować. Od razu mi się przypomniał kodeks karny i od razu zaczęłam rozpaczać że dostanę 3 lata. Wiem, że 3 lata może dostać ten kto (nawet nieumyślnie!) ponosi winę. Ale przecież różnie bywa z policją - niektórzy mają zasadę że to zawsze wina kierowcy. I jak udowodnię że nie.
A facet do mnie: "przesiądź się". Ja mówię że nie. On mówi: "przesiądź się. ja prowadziłem". Nie przesiadłam się. Zadzwoniłam na policję. Ale naprawdę jestem pod strasznym wrażeniem że on chciał winę wziąć na siebie.
Co prawda nie dostałam nawet mandatu - dostał pijany pieszy. Ale przecież nigdy nie mógł być pewny co policja powie. A jednak chciał wziąć na siebie MOJĄ WYŁĄCZNĄ WINĘ. Ja dostałam mandat za małą naklejkę na tablicy rejestracyjnej. Ha ha ha. Ale dobra.
No i po wszystkim - pogotowie zabrało gościa (ma tylko złamaną rękę), policja pojechała.
A ja rozmyślam - a co by było jakby tak upadł że bym go zabiła? Nawet nie ze swojej winy? Może to moja wina że słuchałam muzyki i śpiewałam i nie byłam w pełni skupiona? Że zapomniałam tych pieprzonych okularów? A jakby sie wszystko tak dobrze nie skończyło?
Facet kazał mi dalej jechać. Ja nie chciałam, chciałam żeby on prowadził dalej. Ale on powiedział że mam prowadzić bo potem będę to odwlekać i będę się bała jeździć. No to pojechałam. Wszystko było ok, aż do momentu parkowania. Nogi mi się trzęsły na sprzęgle, ręce na kierownicy. Pech chciał że było mało miejsca - parkowałam obok auta swojego faceta. Urwałam mu lusterko i porysowałam auto. Nic nie powiedział. Słyszałam tylko jak głośniej wciąga powietrze. Uznaję że to odruch bezwarunkowy. Powiedział tylko "idź do domu, ja go zaparkuje". Podziwiam jego wyrozumiałość. Zwłaszcza że to jego oczko w głowie i rzecz którą kocha chyba najbardziej na świecie. Nie ma nawet roku... Zaparkował i wrócił do domu. Przepraszałam go, powiedziałam mu że mu odlakieruje to auto i pojade z tym lusterkiem. Powiedział że nie ma sprawy i że sam to załatwi (i tak odlakieruje razem ze swoim, muszę ojca poprosić żeby pokrył koszty obu aut....). Przecież to moja wina i nie mogę tak tego auta zostawić.
Potem pojechał do sklepu żeby kupić jedzenie i ugotować nam obiad/kolację. Ja się poryczałam. O nic konkretnego - emocje puściły. Nie zdążyłam się ogarnąć zanim wrócił (chociaż chciałam). Powiedział żebym nie płakała bo tamtemu facetowi nic nie będzie i równie dobrze mógł sam sobie te rękę złamać w takim stanie. I że "to tylko głupie auto" ( o swoim samochodzie).
Potem ugotował taki pyyyszny obiad że aż szok. I wepchał we mnie 3 pączki 
Jestem pod wrażeniem że on czekał cierpiliwie i leżał ze mną aż zasnę - nawet się nie przebrał tylko krawat ściągnął. Żebym się uspokoiła. I dopiero jak po 2 godzinach gadania i kręcenia się zasnęłam to on wrocił do papierów i siedział nad nimi do 3. I właśnie wtedy jak się obudziłam o tej 3 to pomyślałam że on mnie może jednak kocha.
W sumie dzień się skończył humorystycznie. Jakoś 5 nad ranem dzisiaj - dzwonek do drzwi. Ja się przestraszyłam, bo ja strachliwa jestem poza tym kogo może nieść o tej porze do mnie? I zaraz potem: łup łup łup w drzwi. Chciałam dzwonić na policję nie pozwalałam facetowi otworzyć. I zaraz głos jego jednego kumpla (wolny strzelec): "mecenaaaas, chodź się naje*ać!". Nie przestał walić dopóki mu nie otworzył. Odwiózł kumpla do domu i wrócił. Trzeźwiuteńki, zajęło mu to z pół godziny.
Jeszcze wlazł ten kumpel do środka, mówi do mnie: hej, a ty czemu nie śpisz?
i mówi do mojego faceta: "a tobie kto tak auto urządził? urwałbym mu jaja!". mój facet mówi że miałby problem bo sprawca nie ma jaj. pijany kumpel: "to rozwaliłbym ryj pedałowi" 
Mimo wszystko lubię tego kolegę, pozytywny taki jest, mimo że dużo pije.