Hej! ![]()
Na początek chciałabym prosić tzw. hejterów do nieoceniania mnie z góry po innych wątkach i darowania sobie złośliwych uwag. No, chyba że bardzo lubicie dobijać innych i sprawia Wam to niczym niezastąpioną satysfakcję. Z góry dziękuję.
A bardziej życzliwą resztę chciałabym prosić o zrozumienie i o poradę. Może ktoś był w podobnej sytuacji i jakoś sobie poradził.
Zaznaczę, że korzystam z pomocy psychologa. Czy pomaga? Owszem, pomaga, ale tylko na poziomie logicznego rozumowania - znaczy czasami po dłuższej chwili wbicia sobie do głowy pewnych rzeczy jakoś umiem zapanować nad swoją psychiką. Ale czasem jest ciężko i mi nie wychodzi. Najgorsze jest to, że Z POZORU moje życie wygląda bardzo dobrze, ale w mojej głowie jest zupełnie co innego. Znaczy doceniam wszystko, co mam, ale nie potrafię zapanować nad nerwami bo wiem, że mam dużo do stracenia.
Ok, zacznę od początku i w punktach, bo jest parę rzeczy, które mnie meczą.
1. Zacznę od rzeczy najprostszej do opisania, która w sumie ostatnio zabolała mnie najbardziej. Straciłam przyjaciółki. Nie ze swojej winy - jedna się wyprowadziła bo faceta, który mieszka koło Tatr. Jej nie straciłam w sensie że nie jest już moją przyjaciółką, ale widujemy się bardzo rzadko. Brakuje mi tego cholernie, bo jesteśmy do siebie bardzo podobne i bardzo dobrze się zawsze rozumiałyśmy. Znamy się o ponad 8 lat... Drugą straciłam właściwie na amen, chociaż nie wiem czy jej nie wybaczyć, ale chyba nie jestem w stanie. Była pijana i przystawiała się do mojego faceta. Jestem "podsłuchiwaczką" (we własnym domu mi wolno
) i słyszałam, on jej odmówił, wyszedł, zobaczył mnie pod drzwiami i mi powiedział. Ona się przyznała, powiedziała że to niesprawiedliwe że "ty masz zawsze wszystko lepsze, nawet faceta, to chciałam go sobie zabrać". Jakiś absurd. Ja wiem że ona mi zazdrości studiów - bo sama się nie dostała i od tego momentu było gorzej między nami. Nie wiem, nie potrafiłam nie cieszyć się żę się dostałam, chociaż dużo osób było na jedno miejsce. Nie potrafię wybaczyć, bałabym się ją wpuścić do domu i chociaż chwilę z nim zostawić, ale mimo wszystko odczuwam jakiś tam brak.
2. Moja rodzina, ojciec. Od zawsze był dla mnie idealnym ojcem i mężczyzną. Kocham go, zawsze jest dla mnie dobry, zawsze mogę na niego liczyć, zawsze mogę mu wszystko powiedzieć (matce nie). Ale jest jedna rzecz, która mnie boli cały czas i ja nie mogę sobie z nią poradzić, sama nie wiem czemu. Wiem, że miał kochankę. Nie wiem czy jedną - o jednej wiem na pewno. Długo wiedziałam, nigdy nie powiedziałam matce. Nawet nie chciałam jej mówić, nie miałam nigdy z nią dobrych relacji, wręcz kryłam ojca. Nie przekupował mnie - po prostu był dla mnie dobry. Jak się dowiedziałam miałam 17 lat, ta dziewczyna 19, była na pierwszym roku studiów i była na praktykach. Ja często odwiedzałam ojca w pracy, już wtedy wiedziałam na jakie studia pójdę i lubiłam przyglądać się pracy w kancelarii. No i raz skończyłam lekcje wcześniej, przyszłam bez zapowiedzi i zobaczyłam to co zobaczyłam. Ojciec mnie przeprosił za to że to zobaczyłam. Nie za to że pieprzy obcą dziewczynę która mogłaby być moją siostrą. No ale w sumie dlaczego miałby mnie przepraszać za to? Nie potrafiłam i dalej nie potrafię obwiniać mojego ojca, bo za bardzo go kocham. Obwiniam ją. I podświadomie czuję niechęć do kobiet, zwłaszcza młodych. Przyjaźniłam się z osobami poznanymi na długo przed poznaniem tego niefortunnego faktu. I podświadomie boję się, że mój facet też kiedyś sobie weźmie jakąś praktykantkę... Mimo że nie mam żadnych powodów. A przecież moja matka jest piękną kobietą, bez wątpienia. Ma 57 lat a dają jej 42. Nie pisałam tu o tym nigdy bo to dla mnie ciężkie, ale chyba muszę się wygadać. Wygadywanie się przynosi mi ulgę. Zawsze tak było. Może dlatego że w dzieciństwie nie miałam z kim szczerze pogadać.
Ostatnio szłam do taty do pracy i wychodziły z jego firmy jakieś dwie babki i usłyszałam "tego (nazwisko nasze) to od świni przy korycie nie odróżnisz". Powiem szczerze, że zabolało mnie to bardzo.
3. Mój stres. To już chyba psychoza. I to jest jakiś paradoks - im lepiej sobie radzę, im lepsze mam wyniki, tym większą presję czuję. Ostatnio, egzamin z prawa pracy, stres przed egzaminem - wiadomo, ale taki do zapanowania. To jest w ogóle specyficzny rodzaj stresu. On mnie nie paraliżuje w ten sposób że nie mogę się przygotować czy odpowiadać. Ale jak jestem sama. I właśnie teraz po ostatnim egzaminie nie wiem czemu zwariowałam. Obudziłam się o 5 nad ranem i zaczęłam wertować kodeks pracy, sprawdzałam czy się przypadkiem nie pomyliłam. Ja WIEM że to chore, ale nie potrafiłam w tej chwili nad tym zapanować, aż mi facet nie schował tego kodeksu. Czuję jakąś idiotyczną presję - wiem, że obserwują moje "poczynania" rodzice, facet, mój opiekun naukowy (mam indywidualny tok), inni studenci - jedni uważają mnie za wyrocznię jeśli chodzi o wiedzę, inni nienawidzą za wyniki. Najgorsze jest to że nigdy nie dostałam mniej niż 4 i nie wyobrażam sobie tej sytuacji i tego że pewne osoby miałyby się o tym dowiedzieć i jak byłoby mi wstyd. Wiem, absurd.
Najśmieszniejsze/najgorsze jest to że ludzie myślą że u mnie wszystko jest idealnie, ale nie wiedzą ile pracy i stresu mnie to kosztuje. I często traktują mnie jak robota. A matka najbardziej. Boli mnie też czasami zawiść. A ja bardzo dużo pracy włożyłam w to żeby było jak jest - jako dziecko męczyłam się aparatami na zęby i miałam operację na uszy bo miałam odstające, teraz ćwiczę i mało jem, całe życie zakuwam na swoje wyniki i ciągle pracuję. W dodatku choruję często, a to mi życie skutecznie uprzykrza. Zazdroszczę dziewczynie - sąsiadce w moim wieku, jej rodzice w sumie zarabiali podobnie do moich, ale nie mieli presji. Ale z drugiej strony ona wyrosła na typowego plastika, więc już nie wiem co gorsze. Nikt nigdy od niej NICZEGO nie wymagał. Wiem, bo chodziłyśmy do jednej pracy. No i było też inne podejście - jej ojciec założył piekarnię i na tym się dorobił, nie ma wykształcenia, a mój ma doktorat i bardzo rodzice kładli nacisk na to żebym była w nauce jak najlepsza + szereg zajęć dodatkowych. Paradoksalnie teraz mam więcej czasu dla siebie niż w dzieciństwie, mimo że studiuję dwa kierunki...