Moze zle sie wyrazilam: ja ogolnie JESTEM SZCZESLIWA. Nawet bardzo. Chcialabym sie tylko mniej stresowac i rozwiazac pare kwestii, dlatego szukam porady.
Luzne dni? Trafilas - wczoraj i dzisiaj. Jutro bedzie gorzej, bo mam ginekologa, wiec niezbyt mily dzien. Chociaz ja tam nie przezywam tak jak inne dziewczyny. W piatek napisalam ostatni egzamin. Wiecie, ja funkcjonuje troche inaczej niz normalnie typowo studenci. Mam indywidualny tok, wiec nie funkcjonuje w trybie semestr-sesja-poprawki. Zdaje sobie juz od poczatku semestru czy tam od listopada. To jest fajne i to lubie. Ja bardzo lubie swoje studia i lubie sie uczyc. Lubie i prawo i ekonomie. To takie mile uczyc sie rzeczy realnych i przydatnych, ktore juz mi sie nie raz przydaly nawet w zyciu (nawet ostatnio jak mnie taksiarz nie chcial zabrac uswiadomilam go ze musi bo jest zwiazany oferta, uratowalam swoj tylek
) niz rzeczy calkiem abstrakcyjnych np.pierdol o pisarzach. Bylam dobra z polskiego i historii bo uczylam sie ich na chama, nienawidzac. Tutaj wiekszosc przedmiotow po prostu lubie i mnie ciekawia. Sa dla mnie po prostu realne, a ja bardzo lubie sie uczyc takich rzeczy. tak samo jak lubilam chemie i biologie, bo w moich oczach byla bardziej przydatna niz polski (nie mowie o zasadach pisowni, ale o tych wszystkich za przeproszeniem duperelach). Takze nie nauka jest problemem. Tylko jakies moje nerwy. Moze zostalo mi po liceum - mialam porabane nauczycielki ktore lubily sie wyzywac jak ktos nie umial. Dla mnie cale liceum bylo zbedna trauma, naprawde. Jakies absurdy jak stanie przed klasa i odpowiadanie. Ciekawe po co ta parodia. Nie mam problemow z wystapieniami publicznymi i mnie nie stresuja ale to dla mnie byla groteska - tutaj samo zdawanie nie jest dla mnie stresujace, bo wykladowca WIE NA CO MOZE SOBIE POZWOLIC. Zadnych komentarzy i spokoj. Stresuje mnie jakies moje glupie przeswiadczenie o tym ze moge sobie nie poradzic chociaz sobie radze. Mam problem z uwierzeniem w siebie. Co ciekawe sam egzamin nie jest dla mnie powodem do nerwow. Jak siadam i zaczynam mowic to w ogole po mnie tego nie widac. Totalnie nic. Usmiechnieta i przygotowana. Tylko moj opiekun wie ze sie denerwuje... Ale to dobry czlowiek, bardzo lagodnie do mnie podchodzi. Ostatnio powiedzial "pani jest madra dziewczyna, tylko powinna pani nabrac pewnosci ze jak pani cos wie to pani zda". Najgorsze jest to ze na prawde jak na studentke w polowie 3 roku daleko zaszlam, bo publikuje artykuly na tematy prawnicze, a to sie zdarza glownie minimum doktorantom. Chociaz ja twierdze ze to zasluga mojego opiekuna - ja tylko pisze, on zalatwia publikacje...
Nie wiem czemu za cholere nie potrafie uwierzyc w siebie. Nie wiem, moze to przez matke. Ona nigdy mi nie wierzyla ze umiem i zawsze kazala mi powtarzac milion razy w kazdej wolnej chwili.
Strasznie sie ciesze ze mam przy sobie swojego faceta. Ostatnio mialam 2 dni na wykucie 300 stron, material szczegolowy (u nas to nie jest tak ze wystarczy wiedziec o co chodzi, za wiedze ogolna dostaje sie 2), przedmiot roczny wiec teraz tylko kolokwium. Szybciej nie moglam bo bylam chora i czulam sie naprawde zle i spalam. Byoam zalamana, ale on powiedzial krotko: dasz rade. Przynosil mi kawe i podnosil na duchu. Dostalam 4,5.
Chcialabym wlasnie popatrzec na siebie tak samo i zamiast "nie zdam tego!" powiedziec sobie "dam rade".ALE musze dodac ze nie ja jedna taka jestem. Ostatnio kolezanka rok nizej mowila ze o 4 nad ranem nad ksiazka miala kryzys - po prostu wpadla w histerie, zaczela plakac i nie mogla uspokoic wysokiego tetna. No ja takich akcji nie mialam. Panika ok, ale nie taka histeria. Wiem ze kuzynka na medycynie rzygala z nerwow przed egzaminem. Wiem ze u nas ludzie mocno sie denerwuja. I wiem ze dla innych wydzialow to abstrakcyjne. Ale mam przyklas - na naukach spolecznych zdaja wszyscy, u nas potrafia uwalac 70% niektorzy nawet wiecej.
Co do luzu: sa takie dni. Dzisiaj to juz byl luz totalny
pizza, godzina lezenia w wannie, wino, spanie dokladnie do 12:48
ogladanie filmow itd. Ale przeciez codziennie tak sie nie da. Sa rzeczy ktore kocham i ktore robie czesto. Na przyklad step. Fajnie to opisal moj facet "tylko ty potrafisz przez 2 godziny wchodzic na jakis schodek w zabojczym tempie i sie z tego cieszyc". Ale po tym stepie w rytm tej moze nie najwyzszych lotow ale energicznej muzyki jestem tak naladowana pozytywna energia ze moglabym gory przenosic.
Bardzo mnie cieszy i relaksuje wszelki kontakt ze zwierzetami.
Studia lubie, jak juz mowilam. Liceum stresowalo mnie na co dzien. Nienawidzilam naprawde nienawidzilam chodzic do szkoly. Niby bylam madrym dzieckiem a zajezdzali mi poczucie wlasnej wartosci kazdego dnia. Bardziej niz matka. Do dzis mam traume. Na studiach czuje sie psychicznie dobrze, nikt sie mnie nie czepia, nikt nikogo nue poniza, nikt nie wymaga podporzadkowania.Co do ojca - oczywiscie ze nie powiem matce o jego kochance. I Ludmila, nie zamierzam jej niszczyc. Sorry, ale nie jestem taka. A moja matke swietnie opisuje taka sytuacja. Mialam jakos 18 lat, dowiedzialam sie ze facet z ktorym sie spotykalam spotyka sie z 3 na raz. Przezywalam. Rano wstalam z rozmazanym wczorajszym makijazem i zapuchnietymi oczami. I komentarz mojej matki: "ogarnij sie, bo wygladasz jak kocmoluch". Super, nie? Mam jej bronic? Ojca traktowala podobnie. Na jego miejscu tez ogladalabym sie za innymi.
Z nim moglabym porozmawiac ale nie wiem nawet jak mialoby to wygladac.Co do ojca i bycia sojusznikiem. Ja na plaszczyznie zdrowej oceny sytuacji wiem jaki jest ojciec. Ze dla innych potrafi byc, co tu duzo mowic, typowym "biznesmenem-skur*****". Ale wiem tez ze on mnie BEZWARUNKOWO kocha. wymagal zawsze rzeczy mozliwych i takich dla mojwgo dobra. Kochal mnie mimo popelnianych bledow. Nawet jak WYDAWALO mi sie ze jestem w ciazy to nie ponizal mnie, nie krzyczal, nie pouczal - obiecal ze pomoze (wiem ze wiele osob na mnie najedzie ale dla mnie wtedy jedyna opcja byla "wycieczka" do naszego zachodniego sasiada) i nie powie nic matce. Na szczescie to byla moja chora panika, ale jestem mu wdzieczna za to co dla mnie robil. Ja wiem po prostu ze on by dla mnie zrobil wszystko. Jak bylam mala i lezalam w szpitalu to pytal lekarzy czy nie trzeba czegos "oddac" (watroby itp), na szczescie to byl "glupi" wyrostek. To byl jest i na zawsze bedzie moj "tatus". A ja na zawsze bede jego "jedyna coreczka". Brzmi infantylnie ale obrazuje moje uczucia wobec ojca. Wiem ze nawet jakbym popelnila najwiekszy blad to moge do niego przyjsc o kazdej porze.
Ja od matki pod wzgledem charakteru bardzo sie roznie. Ja jestem emocjonalna, i to za bardzo. Ona zimna i kalkulujaca. Ja nie wyobrazam sobie traktowania faceta z dystansem tak jak ona ojca. Ja po prostu okazuje ludziom swoje uczucia a juz zwlaszcza facetowi, zrobilam sie ostatnio taka wylewna przylepa, ale on mowi ze to fajne
Co do opcji zawalonego egzaminu - wiesz, ja planuje doktorat, a srednia bardzo sie liczy. Takze rozumiesz... Poza tym nigdy nie dostalam mniej niz 4
Z tego co ja tutaj widzę, to masz piękne, pozornie szczęśliwe życie. A tak naprawdę żyjesz w zakłamanym świecie (piszę tylko to co widzę). Ja tutaj widzę z pozoru idealnego ojca, który ideałem przecież nie jest, skoro nawet nie potrafi zachować się przyzwoicie i dziewczynę niewierzącą w siebie, która próbuje za wszelką cenę udowodnić całemu światu że jest inaczej, w taki sposób jaki potrafi. Przy stawianiu sobie celów nie bierzesz zupełnie pod uwagę swoich ograniczeń - czyli nadmiernej emocjonalności oraz pewnej neurotyczności. Ponadto, żyjesz w przeświadczeniu, że wszyscy naokoło obserwują Twoje poczynania, a zapewniam Cię że tak nie jest; ludzie mają własne sprawy, rzadko kto ma tyle czasu na obserwowanie wszystkich dookoła. Najgorsze, że takie piekiełko serwujesz sobie na własne życzenie i nie dziw się, że organizm daje o sobie znać, a to pewnie dopiero wstęp.
Co do Twojej matki to nie przyszło Ci nigdy do głowy, że wie o zdradach ojca i o tym, że Ty też to wiesz, w związku z czym nie potrafi być dla Ciebie taką matką, jakiej potrzebujesz?
PS. a propo doktoratu - naprawdę, dawno minęły już czasy, w których zdobycie doktoratu to jakiś specjalny prestiż lub wyczyn. i znów się spinasz niepotrzebnie.