No, wróciłam z uczelni, posprzątałam, przewietrzyłam, muszę jeszcze kazus zrobić (opinię nam kazał napisać, tylko nie to - nie że trudne, ale długie), chociaż kazus nam dał (dla chętnych) konkretny. Przygotowałam ciuchy na jutro, spakowałam torbę na fitness, drugie śniadanie, torebkę, będę się jakoś trzymać. Cieszę się, że jest ten kazus. Czymś zajmę myśli.
Nie piszę Wam tego dlatego że uważam że jestem taaaaaka za*ebista bo sobie daję radę z podstawowymi rzeczami. Piszę to tylko dlatego żeby sobie właśnie z tymi rzeczami dać radę a nie siedzieć i ryczeć. Bo nie mam komu się wygadać. A jak sie komuś powie, że się zrobiło coś i że coś się jeszcze musi zrobić to jakoś łatwiej się zmobilizować. Także nie zdziwcie się, że będę sie tutaj teraz rozliczać z podstawowych rzeczy, bo dzisiaj dla mnie wyczynem było wzięcie prysznicu, umycie zębów i mojego durnego łba i ubranie się.
Jak ogarnęłam mieszkanie to przynajmniej mogę powiedzieć, jak to kolega z grupy mawia: "jest ch*****, ale stabilnie". Nie wiem czemu, to głupie, ale łatwiej mi z tym. Jakieś głupie złudzenie że skoro poradziłam sobie z porozrzucanymi rzeczami na podłodze i głupim kazusem to poradzę sobie z innymi rzeczami. Głupie, ale lekko budujące złudzenie.
Co do mojego "trybu nocnego" to za to jestem zła przede wszystkim na siebie - w 90 procentach, w 10 procentach na rodziców.
W ogóle mam wrażenie że za moje dzisiejsze funkcjonowanie winę ponoszą w jakichś tam 10% rodzice.
Chodzi o to że ja byłam wychowywana bardzo specyficznie. Z jednej strony dużo ode mnie wymagali więc można stwierdzić że to był jakiś tam rygor, z drugiej strony tego rygoru nie było.
Moi rodzice oceniali po efektach. Miałam bardzo dobre oceny, wykonywałam to co miałam wykonać - dodatkowe lekcje języka, taniec, jazda konna - to były moje obowiązki, nie piłam, nie paliłam, nie ćpałam, na moje zachowanie absolutnie nikt się nie skarżył, nie byłam pyskata (nigdy mnie nie upominali, to i po co miałabym być), ubierałam się przyzwoicie - więc nie czepiali się niczego.
Obce mi było coś takiego co miały inne dziewczyny w gimnazjum - jakieś wpadanie do pokoju, kazanie iść spać o tej i o tej porze, kazanie sprzątać (ja sama miałam porządek, bo lubiłam), kazanie wstawać w weekend bo tak, sprawdzanie zeszytów, grzebanie po rzeczach itd.
Nikt tego nie robił. Jak coś chcieli - pukali do pokoju. Nigdy nie wchodzili bez pukania. Nikt nie sprawdzał mi telefonu, nikt nie interesował się tym z kim rozmawiam, nikt nie sprawdzał mi laptopa, nikt nie nic nie mówił jak chodziłam spać o 3 w nocy i spałam po południu. Mogłam właściwie robić co chcę, dla nich ważne były efekty. I w sumie robiłam. Raz jeden jedyny miało to bardzo negatywny skutek - w wieku 13 lat naoglądałam się "egzorcyzmów Emily Rose" i nie mogłam spać i bałam się wszystkiego. Aż ojciec musiał spać ze mną i prowadzać mnie do kibla i stać pod drzwiami, bo się bałam. Ale mi przeszło. Nikt i tak dalej nie sprawdzał tego co oglądam i co czytam.
Nie wpadłam w złe towarzystwo - w sumie dzisiaj myślę, że to aż dziwne. Ale byłam od dziecka strachliwa - to dlatego. Nie chodziłam po nocach bo się zwyczajnie bałam. Jak musiałam wracać z zajęć i było ciemno to dzwoniłam po ojca albo po taksówkę. Nie wzięłabym nigdy narkotyku - nawet teraz - z jednego prostego powodu: bałabym się reakcji swojego organizmu, tak samo jak nigdy nie wezmę ani trochę alkoholu jeśli biorę leki.
Trochę mam o to do rodziców żal, że mi wtedy nie powiedzieli że mam chodzić spać w normalnych godzinach.
A ja głupia byłam. Nie myślałam o skutkach.
Cslady - z tym zamykaniem to chodzi o ostatnie dni, jak doła miałam. Wcześniej czegoś takiego nigdy nie było. Zawsze "rzucałam się mu na szyję" jak wracał do domu.
Z tym rzecz - ja mu nie mam tego za złe - ale moja kuzynka powiedziała (możecie oceniać czy ma rację czy nie, ja nie mam dzisiaj do tego głowy), nawet ją zacytuję "on się nie urwał z choinki, nie studiował politologii, nie spadł z kosmosu, tylko kończył te same studia i tą samą aplikację na którą ty chcesz iść. i wie jakie mają wymagania, bo między innymi sam je ma". On jest świadomy tego że u nas z wielu przedmiotów nawet na 3 wiele osób musi się naprawdę bardzo napracować. Znam osoby, które rzuciły te studia - miałam w grupie dziewczynę - na naszym 1 roku prawa była jeszcze na 3 na socjologii. i rzuciła, bo jak to powiedziała "to mordownia, a nie studiowanie" - taka jej opinia była wtedy, to nie jest moja opinia. Ja mam w sumie dobrą pamięć i się uczę szybko i dokładnie, nie czuję żebym miała z tymi studiami problemy. Ale wie, jacy są nasi wykładowcy. U nas nie ma czegoś takiego jak jest np. na filologii polskiej (moja przyjaciołka studiuje) że można mieć ogólne pojęcie i się zda. Nasze "ogólne pojęcie" ich za przeproszeniem g**no obchodzi. Masz umieć niby nie słowo w słowo cytaty z ustawy, ale i tak zapyta Cię tak, że masz użyć określenia użytego w ustawie. Nie wysilają się żeby coś tłumaczyć. Najlepiej postawił sprawę pan z prawa pracy - jasno. "I tak nie przerobimy nawet 1/4 na zajęciach. Musicie kodeks wykuć" i "jak ktoś tego nie rozumie to jest jego problem. może się nauczyć na pamięć do egzaminu, bo pytanie z tego na pewno będzie".
Dobrze wie że 60% wykładowców tego wydziału ma co roku stały pułap - uwalam 70 procent i koniec. Dobrze wie, że są ludzie którzy kilka lat po studiach co roku męczą się z KPA. Są w jego wieku
Wszystko mają zdane oprócz jednego przedmiotu. Bo babka chce, żeby nawet przypisy jej cytować słowo w słowo. Sławna się zrobiła przez to 
Ja nie uważam że są to studia wybitnie trudne, bo nie są. Ale wykładowcy na naszym wydziale mają inne podejście niż np. na filologicznym czy nauk społecznych, bo chcą być "elitarni".
Cytuję wykładowcę: "to nie jest wydział dla intelektualistów, to wydział dla kujonów, jedziemy".
Eh, narzekałam że nie jestem atrakcyjna.
Dzisiaj się wspięłam na wyżyny nieatrakcyjności. Profesor od cywila, półtora roku zajęć, półtora roku mnie facet lubił najbardziej z całego mojego roku i nie poznał mnie w windzie. Powiedziałam mu dzień dobry, odpowiedział i po minucie patrzy: "o, pani kamila, nie poznałem, przepraszam". Szczerze mówiąc wyglądam gorzej niz najbrzydsza dziewczyna w naszej grupie. No, poza tym że nie mam 30 kilo nadwagi, ale reszta jest gorsza. Zero makijażu, okulary zamiast soczewek, włosy związane w nieporadny kucyk, szeroka bluza, dżinsy, buty emo. Nie ma co, nie dziwię się, że mnie nie chce i chce odpoczywać. A, z nerwów obgryzłam sobie akryle. to jest dopiero masakra. Opiekun koła się spytał czy wszystko w porządku z moim zdrowiem i czy u rodziców wszystko ok (tatę miał okazję poznać). Powiedziałam że jestem zmęczona "bo wie pan profesor, tyle nauki, a studia najważniejsze i to dlatego kiepsko wyglądam". Nie uwierzył, ale nie drążył tematu.
Macie rację. Spieprzyłam wszystko. Nie komentuję, bo się zgadzam z Wami. No i nie chcę się rozklejać,
Dobra. Idę robić ten kazus. Miał mi pożyczyć laptopa, bo ma na nim i lexa i legalisa, no ale trudno, dam sobie radę sama. Ewentualnie poproszę tatę żeby mi poszukał orzecznictwa.