Witajcie. Kurcze, nie myślałem, że mój temat tak jeszcze ożyje. Cóż, przeczytałem teraz dwie zgoła odmienne diagnozy na swój temat. Prawda, jak to często bywa, jest pewnie pośrodku. Zgadzam się, że dodatkowe zaangażowanie się emocjonalne poza Domem, może skutkować niezadowoleniem żony. Dopowiem tylko, o ile to w ogóle istotne dla End-aluzji, która czuję ma już swoją tezę, że tak naprawdę moja żona nie zna skali mojego zaangażowania, na pewno ani razu nie była świadkiem mojego wyjścia z domu w celach bebikowo-pieluchowych itp. (w ogóle to chyba tylko ze 2 razy, kiedy była w szpitalu, podrzuciłem jej coś w godzinach pracy na jej prośbę) i co pragnę podkreślić - nie mogła zauważyć zmniejszenia się mojego zaangażowania w Domu, ponieważ było wręcz odwrotnie. W moim odczuciu właśnie stałem się zdecydowanie bardziej oddany sprawie i uwszechstronniłem się po kilku wspólnych latach, niż na początku małżeństwa (zresztą żona zawsze twierdziła, że ja w domu rodzinnym to nic nie robiłem, bo wszystko za mnie robiła mamusia). Bardzo dbałem o to, żeby nic, co sprawia mi przyjemność, a kontakt i wspieranie do takowych zaliczałem, nie odbywało się kosztem mojej Rodziny. Zdecydowaną większość rozmów z koleżanką odbywałem w trakcie pracy, która zresztą jest oddalona od mojej o 0,5 km. Nigdy też nie przesadzałem z jakimiś prezentami itd, żeby jakoś znacząco uszczuplać domowy budżet. Oczywiście, każdy może powiedzieć, że i tak kobieta, żona, czuje takie rzeczy, ale w tym wypadku będę wyjątkowo nieprzejednany i pewny tego, że do oczu i uszu mojej żony nie docierały żadne sygnały, które mogłaby odebrać jako ponadstandardowe, niezobowiązujące relacje przyjacielskie.
Przykro mi również, że moje wypowiedzi wykreowały ciężki do przyjęcia dla większości, bo nierealny i wymykający się standardom mój obraz, ale naprawdę starałem się obiektywnie opisywać sytuacje. Nigdy nie przyświecał mi cel przeinaczania rzeczywistości, bo zależało mi na praktycznych, prawdziwych i skutecznych podpowiedziach Was wszystkich. Nigdy nie miałem też zamiaru omotywać nikogo jakąś wyidealizowaną wizją siebie samego, żeby złowić w tą sieć jakąś kolejną "przyjaciółkę", bo z automatu wyłączyłem i nie zamierzam włączać opcji mailowych. I co najważniejsze chyba - uczciwie przyznałem, że nie dążę za wszelką cenę do zgłębiania i w ogóle kontynuowania na starej stopie kontaktu z koleżanką. I jeszcze do End-aluzji. Nie wiem, jak złe są Twoje doświadczenia i jak bardzo spaczony masz obraz mężczyzn, ale wydaje mi się, że nie doczytałaś dobrze wszystkiego w moim wątku. Za dużo "fizyczności" przewija się w Twoich wypowiedziach, a te jednostronne zresztą relacje miały wyłącznie wyraźny platoniczny charakter. Nie pamiętam, żebym rozmawiał też z nią jakoś dogłębnie i zapewniał ze swojej strony o akceptacji jej dzieci, raz chyba ona wspomniała, że to dla niej ważne jeśli kogoś pozna. Naprawdę stałem obok niej i doradzałem najlepiej jak umiałem, a "to" rozwinęło się tylko we mnie i to mimowolnie. Nie chcę też ustawicznego utwierdzania mnie w przekonaniu, że mam złą żonę, której działania podszyte są ewidentnie złą wolą. Zakładając ten wątek chciałem się po prostu wygadać, a nie zyskać Wasze przyzwolenie na "skok w bok". Potrzebowałem po prostu zrozumieć i dziękuję za wszystkie wypowiedzi.
Teraz czuję się winny i przegrany, nie mam już sił wtaczać znów pod górę tego kamienia...
Podobne tematy
ale o to chodzi behappy
o ten nieszczęsny kamień
bo po co go wtaczać?
bo mnie to boli i denerwuje
wtaczanie pod górę kamienia, który staje się coraz bardziej cięzki a góra coraz bardziej stroma
to mnie tak personalnie boli i upokarza- jako partnerkę i jako zonę
nie chce być dla nikogo górą, rozumiesz?
uważam, że mój mąż/partner/towarzysz powinien uszanować moje prawo do prawdy, szczerości i dobra w związku
a jakie dobro jest w tym, że ty się meczysz, ona się meczy, ty się dostosowujesz, ona walczy?
nie chce być kamieniem, ani górą
nie wierzę, że jakikolwiek człowiek chce
w imię czego? dobra dziecka?
a jakie to dobro dla dziedcka jest?
jak widzi, że na siebie warczycie i tatuś nie je z nimi obioadu, bo mamusia ma w dupie potrzeby tatusia??
narpawde robicie to dla dobra dziecka?
ile mozna tkwić w żalu, pustce, złych emocjach?
wiem! tak długo, az pojawi się "emocjonalne zaangażowanie" gdzie indziej
i to jest nieuczciwe behappy
bo tak jak ty masz prawo do szczęscia
tak twoja zona ma
obydwoje macie
i gdzie odwaga by szczęsliwym być??
najpierw próbowac we dwoje
a jak się nie da -to osobno
ale z szacunkiem dla drugiej strony, a nie udawaniem...
na to liczę:
że jak mój mąz będzie ze mną nieszczęsliwy to odejdzie...
że nie będzie tworzył sobie emocjonalne protezy poza nasza relacją
licze na uczciwość małżeńską
i moje prawo do tego - aby codziennie przy mnie budził się człowiek z jedną twarzą, a nie wiodący dwa zycia i "grający" przede mną
albo chcesz albo nie chcesz
innej opcji nie ma
trzeba ponieść konsekwencje swoich czynów, nawet, jesli te czyny, to zaangazowanie, któego nie planowałeś
stało się, mleko się wylało
End_aluzja. Szanuję Twoje zaangażowanie w mój wątek, ale jeśli dokładnie nie doczytasz, w tym wypadku, że ja już podjąłem decyzję o potrzebie rozstania, tylko pracuję nad uniezależnieniem się, żeby nie wyrywać nic Rodzinie, kończę "przygodę" z koleżanką itd. - to nie będę się już więcej ustosunkowywał do Twoich wypowiedzi i będziesz mogła sobie pisać co tylko chcesz w przeświadczeniu posiadaniu monopolu do wystawiania recept na wszelkie choroby świata.
I jeszcze jedno. Znajdź i wskaż mi chociaż w połowie tak ambitnego, cierpliwego i zaangażowanego w dom faceta, który przez tyle lat odpychany był na jakiejkolwiek fizyczności, od wielu lat nie usłyszał, że jest kochanym, nie czuł się docenianym, mimo tego zwiększał zaangażowanie w dom, poświęcił na kilka lat relacje z rodzicami dla ratowania honoru żony i trwał - wówczas będziesz ironizować o "nieszczęsnym kamieniu" i jego wtaczaniu, które odpuściłem, jak mniemam bez powodu i za szybko. Nie znajdziesz nikogo takiego, bo wiem i widzę wokoło, że jestem jednym z niewielu, którzy w ogóle chcieli się zmierzyć z ciężarem takiego kamienia!
Przepraszam za emocje, ale bez przygotowania zagrałaś na bardzo wrażliwej strunie.
ale ja nie ironizowałam behappy
ja naprawdę szczerze pisałam o tym kamieniu i tej wielkiej górze
ja rozumiem to co piszesz
rozumiem, że od wielu lat dajesz
\a i tak jest za mało
próbujesz - a i tak nie ma komunikacji i nie możecie się porozumieć i znaleźc receptę na wspólne szczęście
rozumiem, że koleżanka była fajną odskocznią, aż uświadomiłes sobie, że stała ci si,ę bliższa niż ta orka na ugorze - twoje małżeństwo
ja to wszystko rozumiem
i naprawdę uważam, że nie mozna traktowac zycia z kimś jak kamienia i góry
i jesli tak jest - to nieprawda, że ma sens minimalizowanie tego, co rodzinie dzisiaj odbierzesz... bo już wszystko odebrane zostało
i nie mówię, że to twoja wina
ale że jest moment na walke, staranie się, komunikację
i jest moment na decyzje
i ta decyzja powinna zapaśc niezależnie od tego, czy mamy "odwody" czy ich nie mamy
o to mi chodzi. o taką uczciwość.
Znajdź i wskaż mi chociaż w połowie tak ambitnego, cierpliwego i zaangażowanego w dom faceta, który przez tyle lat odpychany był na jakiejkolwiek fizyczności, od wielu lat nie usłyszał, że jest kochanym, nie czuł się docenianym, mimo tego zwiększał zaangażowanie w dom, poświęcił na kilka lat relacje z rodzicami dla ratowania honoru żony i trwał
i powiedz mi jedno - kto wbił ci do głowy, że takie zaangazowanie, cierpliwość i ambicja NIE ZASŁUGUJĄ na kochanie, docenianie, fizyczność??
bo jesli w tym tkwiłeś, to znaczy, że akceptowałeś to, jakie to zycie jest.
ja pisze o tym, że bym nie akceptowała
i może tak być, że jakbys to wszystko powiedział zonie - to ona powie - przeciez to ja się angazowałam i ja sie poświęcałam
może być tak, że każde z was podążało swoją trajektornią poświęcenia i samotności.. a teraz jesteście na dwóch odrębnych planetach
myslisz, że zona cię kocha?
no bo jak jej zależy, coś sygnalizuje.. to kocha, nie?
No teraz jest to już dla mnie czytelniejsze i bardziej przystające do rzeczywistości, End-aluzja. Co do "odwodu", to wydaje mi się, że robię to tylko z troski o nich, nie o siebie. Pewnie jakbym chciał, to dostałbym z firmy jakąś kawalerkę, ale nie chcę nikogo obarczać swoimi problemami. Poza tym - i to chyba najważniejsze - ciągle myślę o wpływie tego wszystkiego na syna. Boje się też, że żona nie da sobie sama z nim rady, bo on ma bardzo trudny charakter, podszyty lekkim lenistwem i bardzo często potrafi nas zmęczyć psychicznie, a w szczególności żonę. Wtedy ja wkraczam do akcji już nieco ostrzej (nie biję nikogo, zaznaczam, może ze 2x w roku jakiegoś strzała w pupę Młody zaliczy na opamiętanie, zwykle wystarcza stanowczo i ostro mu coś powiedzieć). Oczywiście jestem wtedy najgorszym ojcem na świecie i później z boku obserwuję "tulanki" żony z synem, jak już sytuacja względnie opanowana
. W zamkniętej domowej przestrzeni ciężko rozładowuje się takie sytuacje, generalnie jestem zwolennikiem używania do tego sportu, który w nim zaszczepiłem i często wykorzystuję, żeby go nim zmordować (ale Młody niezniszczalny jest
, ale i miło spędzić czas. Żona mu tego nie zapewni, to wiem. Oczywiście, powiecie, że przecież zawsze będę mógł go brać, ale przyznacie też, że jest to trochę utrudnione i staje się trochę nienaturalne. Cóż, takie mam również obawy. To wszystko sprawia, że chcę zrobić to wszystko małymi krokami, a nie przeciąć linę jak najbliżsi są 4m nad ziemią. Za bardzo by się potłukli.
Co do uczuć mej żony i słów je opisujących. W sumie nie pamiętam (naprawdę!), żebym usłyszał kiedykolwiek od żony bezinteresowne "kocham Cię". Zwykle było to coś w rodzaju odzewu na moje hasło w stylu: "kocham Cię" - "ja Ciebie też". Jakieś 5 lat temu na moje pytanie czy mnie kocha, słyszałem "troszkę", później "nie pytaj", następnie z uśmieszkiem - "chyba nie", a od 2 lat gdzieś zdecydowane "nie" i parcie jak czołg do rozstania w imię niezgodności charakterów i rzekomych straconych szans. Jakby ktoś spojrzał już wtedy na to z boku, to pomyślałby pewnie, że ja jestem nienormalny, zachowuję się irracjonalnie, bo dostaję jasny sygnał, a ja nadal zwiększam zaangażowanie, starając się chyba to zagłuszyć i nie dopuszczać nawet takich myśli o rozpadzie związku. Aż do niedawna.
Heh, ciekawa sytuacja u tej koleżanki. Ja, jak wspominałem realizuję wygaszanie relacji, od jakiegoś nie inicjuję kontaktu, odpowiadam zdawkowo. Dzisiaj dostałem smsa czy wszystko w porządku. Odpisałem, że w jak najlepszym, wyrażając nadzieję, że u niej także i że dostała moje życzenia. Okazało się, że nic nie dostała, jak zresztą i świątecznych, a zawsze o to dbałem. Tak więc jej mąż pewnie wszystko przechwytuje
. Co za egzemplarz... Mam to już gdzieś, mam czyste sumienie i łudzę się czasami, że kiedyś się z nim spotkam i podziękuje mi za moje czyste intencje i za to, że utrzymałem mu żonę w dobrej psychicznej kondycji, nie wykorzystując skutków jego łajdactwa. Niech im się ułoży, tego im szczerze życzę, a jeśli do rozpałki ognia nowego uczucia potrzebuje papieru z moich okolicznościowych kartek, to niech i tak będzie
.
behappy81 - ale Ty nie dostałeś ŻADNEJ szansy. Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie dostałeś i nie dostaniesz. Jesteś spisany na straty. Nie myśl, że jej się coś zmieni - może jak straci zrozumie. PODZIWIAM Cię za determinację.
smallangel. Jak Kobieta zrobi herbatę Mężowi to jest COŚ, jak Maż zrobi kobiecie herbatę, to przecież NIC ... spójrzmy realnie...
Spłycanie problemu.
Nie spłycenie tematu. Pokazania w prosty sposób postrzeganie siebie, a nie innych. Należy DOCENIAĆ wszystko. Tego nauczył mnie Mój Mąż - niezmiernie Mu za to dziękuje. Widzę więcej niż widziałam.
Ale sam mówi, że kocha inną kobietę. Że ma obiekt westchnień.
Jeżeli mnie pamięć nie myli, nigdzie nie napisał, że kocha tamtą Kobietę. Jeżeli by kochał przyjaciółkę - już ich małżeństwa by nie było. Nie byłoby prób ratowania tylko sam złożyłby wniosek o rozwód.
End_aluzja. Szanuję Twoje zaangażowanie w mój wątek, ale jeśli dokładnie nie doczytasz, w tym wypadku, że ja już podjąłem decyzję o potrzebie rozstania, tylko pracuję nad uniezależnieniem się, żeby nie wyrywać nic Rodzinie, kończę "przygodę" z koleżanką itd. - to nie będę się już więcej ustosunkowywał do Twoich wypowiedzi i będziesz mogła sobie pisać co tylko chcesz w przeświadczeniu posiadaniu monopolu do wystawiania recept na wszelkie choroby świata.
I jeszcze jedno. Znajdź i wskaż mi chociaż w połowie tak ambitnego, cierpliwego i zaangażowanego w dom faceta, który przez tyle lat odpychany był na jakiejkolwiek fizyczności, od wielu lat nie usłyszał, że jest kochanym, nie czuł się docenianym, mimo tego zwiększał zaangażowanie w dom, poświęcił na kilka lat relacje z rodzicami dla ratowania honoru żony i trwał - wówczas będziesz ironizować o "nieszczęsnym kamieniu" i jego wtaczaniu, które odpuściłem, jak mniemam bez powodu i za szybko. Nie znajdziesz nikogo takiego, bo wiem i widzę wokoło, że jestem jednym z niewielu, którzy w ogóle chcieli się zmierzyć z ciężarem takiego kamienia!
Przepraszam za emocje, ale bez przygotowania zagrałaś na bardzo wrażliwej strunie.
Amen
. Teraz chyba wiesz skąd u mnie zdanie, że należy Ci się OSCAR
. Gdyby kochała, gdyby zależało Jej na naprawie. ZROBIŁABY wszystko byście znów byli kochająca Rodziną. Jej wygodnie jest mówić "miałeś szansę", podcinać skrzydła, krytykować niż zakasać rękawy i dać coś od siebie. Tak jest prościej- wymagać od innych, nie od siebie.
Bzdurą jest to, że przyjaciółce pomagał żonie nie. Żonie chciał, ale żona nie bardzo miała ochotę by Jego ważną potrzebę uszanować. Przecież nie trzeba tak wiele by facet czuł się potrzebny. A jak jest potrzebny - jest szczęśliwy. Dlatego wcale się nie dziwie, że szukał tego gdzie indziej. Nie tylko u przyjaciółki. Autor wątku pisał, że POMAGAŁ wielu osobom, by choć przez chwilę czuć, że robi coś dobrze, że ktoś to docenia, że ktoś chciałby by czuł się szczęśliwy. Wyobrażenia nasze sięgają zenitu chociażby - "realizuje swoje potrzeby". A potrzeby mogą być banalne, mężczyźni wtedy czują się kochani, czują się MĘŻCZYZNAMI.
A kobiety kiedy sie czuja kobietami???
Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że ją kocham i chciałbym spędzić z nią resztę życia, ale nie mając odwagi powiedzieć tego wprost i nie chcąc dodatkowo jej kłopotać, wiązać, mieszać w trwających jednak nadal związkach, chciałem uciec, wyciszyć to wszystko co czuję.
Jeżeli mnie pamięć nie myli, nigdzie nie napisał, że kocha tamtą Kobietę. Jeżeli by kochał przyjaciółkę - już ich małżeństwa by nie było. Nie byłoby prób ratowania tylko sam złożyłby wniosek o rozwód.
Gwoli ścisłości. Oczywiście wiem tylko tyle, ile napisał sam autor.
A kobiety kiedy sie czuja kobietami???
Jesteś Kobietą - powinnaś wiedzieć
.
behappy81 napisał/a:Ostatnio zdałem sobie sprawę z tego, że ją kocham i chciałbym spędzić z nią resztę życia, ale nie mając odwagi powiedzieć tego wprost i nie chcąc dodatkowo jej kłopotać, wiązać, mieszać w trwających jednak nadal związkach, chciałem uciec, wyciszyć to wszystko co czuję.
smallangel napisał/a:Jeżeli mnie pamięć nie myli, nigdzie nie napisał, że kocha tamtą Kobietę. Jeżeli by kochał przyjaciółkę - już ich małżeństwa by nie było. Nie byłoby prób ratowania tylko sam złożyłby wniosek o rozwód.
Gwoli ścisłości. Oczywiście wiem tylko tyle, ile napisał sam autor.
Widocznie myliłam się, z lenistwa i bólu głowy nie chciało mi się ponownie przeglądać szczegółowo wypowiedzi miałam w planie zrobić to jutro rano przed pracą. Cóż ubiegłaś mnie.
Zwracam honor z tym, że autor napisał. Tylko ciekawym jest stwierdzeniem czemu kocha, a rezygnuje.
behappy81 proszę wyjaśnij, żeby był jaśniejszy obraz sytuacji.
Kobieta--- dwa duże k poproszę smallangel. I pare truizmow o braniu i dawaniu i czuciu sie Prawdziwa Kkobieta...
Dziękuję Ci, smallangel, za wsparcie! Dziękuję też pozostałym Paniom za inne spojrzenie i zgłębianie tematu, bo to pozwala mi nieco krytyczniej spojrzeć na całą tą sytuację i zrozumieć swoje błędy. Przyznaję rację stwierdzeniu, że mężczyzna bardzo potrzebuje być docenianym i podświadomie do tego dąży, jednak uczciwie trzeba przyznać, że my - mężczyźni - nie do końca doceniamy Kobiety za to, za co sami oczekiwalibyśmy poklasku, tłumacząc sobie stereotypowo, że to w sumie taki Wasz "obowiązek". Świat się jednak zmienia i potrzeba coraz częściej kompromisu i pogodzenia się z przenikaniem się różnych ról w związku.
Zaś co do przesłanek moich decyzji, to mimo wszystko bardzo chciałbym, żeby żona jednak nie żałowała swojej determinacji i była po tym wszystkim szczęśliwa. Natomiast nie podejmowanie konfrontacji i walki o przyjaciółkę jako przyszłą partnerkę wynika z tego, że za bardzo szanuję instytucję małżeństwa i jeżeli widzę choć cień szansy na pojednanie u nich, to jest to dla mnie wystarczający argument, żeby schować sobie swoje uczucia głęboko do kieszeni. Każdy ma prawo dostać szansę, a ja nie byłbym prawdziwym i oddanym przyjacielem, za jakiego byłem uważany, gdybym zaczął tam jątrzyć. Jestem też pewien, że nie byłbym teraz obiektywnym przyjacielem, dlatego też po cichu złożę "dymisję" i z tej funkcji. Wychodzę z założenia, że skoro organizm ma wreszcie szansę na samowyleczenie i powrót do równowagi, to i lekarstwo w postaci mojej dotychczasowej obecności mogłoby zacząć szkodzić, jest po prostu zbędne.
Powyższe, z Wasza pomocą, przetrawiłem i zrozumiałem jako najlepsze wyjście z tej sytuacji dla wszystkich dorosłych. Martwi mnie tylko ten syn...
O kurcze, ja też myślałąm że watek ucichł a tu proszę burza mózgów. Ale to chyba dobrze, prawda behappy81? Sam widzisz teraz co może siedzieć w głowie Twojej żony. End_aluzja pojechała ostro aż iskrami sypnęło ale nie bierz tego AŻ tak bardzo do siebie. Każdy z nas ma własne doświadczenia. Tylko Ty wiesz jak jest naprawdę w Twoim życiu. I tak sam sobie będziesz musiał te puzzle poukładać.
Szkoda że Twoja żona nie da się sprowokować do ostrej ale rzeczowej rozmowy. Obraz rozjaśniłby się znacząco...a czas sobie płynie banalnym tik-tak..
O kurcze, ja też myślałąm że watek ucichł a tu proszę burza mózgów. Ale to chyba dobrze, prawda behappy81? Sam widzisz teraz co może siedzieć w głowie Twojej żony. End_aluzja pojechała ostro aż iskrami sypnęło ale nie bierz tego AŻ tak bardzo do siebie. Każdy z nas ma własne doświadczenia. Tylko Ty wiesz jak jest naprawdę w Twoim życiu. I tak sam sobie będziesz musiał te puzzle poukładać.
Szkoda że Twoja żona nie da się sprowokować do ostrej ale rzeczowej rozmowy. Obraz rozjaśniłby się znacząco...a czas sobie płynie banalnym tik-tak..
Ano sypnęło iskrami, aż mi rzęsy nadpaliło! Mam nadzieję, że End-aluzja ma OC od swojej działalności, bo ich skutki mogą okazać się kiedyś niebezpieczne
Ale spokojnie, DobraKOBIETO, jest dobrze, zrozumiałem dzięki Wam to i owo. Cieszę się, ze zrozumienia i wsparcia sporej ilości życzliwych głosów ze strony Kobiet, na co akurat za bardzo nie liczyłem, ale rozumiem i ogrom krytyki. Wszystko to było konstruktywne, wyłapałem wspólne części, wydawać by się mogło odmiennych, wypowiedzi i podjąłem w oparciu o nie jakieś decyzje - w myśl zasady, że "miliony się nie mylą"
Mam nadzieję, że mój ścisły umysł właściwie to wszystko zaanalizował i skutki różnych decyzji nie będą opłakane. Pozdrawiam!
Dziękuję Ci, smallangel, za wsparcie! Dziękuję też pozostałym Paniom za inne spojrzenie i zgłębianie tematu, bo to pozwala mi nieco krytyczniej spojrzeć na całą tą sytuację i zrozumieć swoje błędy. Przyznaję rację stwierdzeniu, że mężczyzna bardzo potrzebuje być docenianym i podświadomie do tego dąży, jednak uczciwie trzeba przyznać, że my - mężczyźni - nie do końca doceniamy Kobiety za to, za co sami oczekiwalibyśmy poklasku, tłumacząc sobie stereotypowo, że to w sumie taki Wasz "obowiązek". Świat się jednak zmienia i potrzeba coraz częściej kompromisu i pogodzenia się z przenikaniem się różnych ról w związku.
Jeżeli umie się związkiem pokierować to i docenianie będzie przez jedną i drugą stronę, tylko trzeba umieć docenić kogoś by ktoś docenił nas. Stereotypu - myślę, że My same Kobiety zabieramy spod rąk mężczyzn obowiązki, bo albo My lepiej, albo szybciej, albo wy nie umiecie. A potem płacz, że my wszystko robić musimy ![]()
Najczęściej chcemy kogoś zmienić - zmieńmy siebie, zmiany u innych nastąpi samą. I nie są to puste słowa. Zastosowałam to we własnym życiu. Kiedyś chciałam zmienić Męża na siłę, pod siebie. Zastosowałam odwrotność - zmieniłam siebie i diametralnie zmienił się Mąż. Tylko wiem, że to nie łatwo przychodzi. Bo nie raz, nie dwa - musiałam sama walczyć ze sobą i swoimi przyzwyczajeniami. Ale zrobiłam do dla Nas. Dla chcącego NIC trudnego.
81 2014-01-25 13:11:28 Ostatnio edytowany przez behappy81 (2014-01-25 13:11:58)
Miło posłuchać kogoś, kto chciał czegoś i dokonał tego bez "siłowych rozwiązań", szczególnie w relacjach małżeńskich. Gdzieś tu na forum wyczytałem inną odmianę hasła "dla chcącego nic trudnego", mianowicie - "kto chce, ten znajdzie sposób, kto nie chcę - znajdzie powód", która jakże jest prawdziwa.
Ja już chyba niewiele na lepsze mogłem się zmienić, a zresztą każda poprawa i zwiększanie zaangażowania, wywoływało w jakiejś perspektywie upływającego czas skutek wręcz odwrotny od oczekiwanego. Musiałbym więc chyba zmienić się na gorsze - zacząć stosować używki, totalne olewactwo, wychodzić bez informowania o miejscu i celu, a po powrocie z pracy otwierać piwo i gazetę, nie zapominając, żeby wygodnie oprzeć przy tym nogi na blacie
. Może to wywołałoby oczekiwany skutek, kto wie... ![]()
Cóż, teraz już pozamiatane. Mam głęboką potrzebę zresetowania się, wyzerowania wszelkich relacji, zrobienia dużego kroku wstecz.
Z ostatnich dni mego życia: syn wyjechał na narty, wczoraj żona zakomunikowała mi, że idzie się pobawić do klubu, no to ja na to wszystko prosto po pracy poszedłem do kina, żeby nie siedzieć i myśleć w domu. Niestety, jak wróciłem, to żonka dopiero szykowała się do wyjścia. Miałem ochotę się czegoś napić, ale wolałem się wstrzymać, zakładając, że mogłaby zadzwonić w związku z jakimiś problemami z dotarciem czy czymś innym i przesiedziałem (nie)spokojnie wieczór przed tv.
A wracając do tego co Ty, smallangel, zrobiłaś, to wyraz największej miłości z Twojej strony, nic tylko pogratulować takiej żony Twojemu mężowi! Trwajcie w tym stanie i cieszcie się życiem ![]()
behappy81 - oj tak łatwo czasami jeszcze nie ma
. Przyzwyczajenia robią swoje, ale do perfekcji niewiele mi brakuje, zważywszy, że dokonałam tego wszystko pomimo zdrady Męża. Rok się wściekałam, potem zrozumiałam na szczęście, że każdy ma granicę wytrzymałości i zaczęłam inaczej myśleć. Myślę, że z Wami jest prościej to zastosować - w odwrotności zdecydowanie gorzej. Trudne egzemplarze, trudno przekonać.
smallangel, ja mam do Ciebie pytanie, poza tematem
mam nadzieje ze behappy nie bedzie mial nic przeciwko temu ![]()
Powiedz smallangel, czy przed zdrada Twoj maz zaspokajal wszystkie Twoje potrzeby ?
A przynajmniej wiekszosc ?
Bez winy byl ?
Nie naruszal Twoich granic wytrzymalosci ?
Staral sie, rozumial, a jak nie - szukal drogi, trafial do Ciebie ? zanim poszedl na latwizne - lewizne ???
Wiesz pytam, bo nurtuje mnie bardzo w swietle tego co piszesz niemalze w kazdym swoim poscie,
czy to mozliwe aby jedna strona byla taka cala cudowna, bez skazy i bledow
a druga calkiem do... wymiany ?
smallangel, ja mam do Ciebie pytanie, poza tematem
mam nadzieje ze behappy nie bedzie mial nic przeciwko temuPowiedz smallangel, czy przed zdrada Twoj maz zaspokajal wszystkie Twoje potrzeby ?
A przynajmniej wiekszosc ?
Bez winy byl ?
Nie naruszal Twoich granic wytrzymalosci ?
Staral sie, rozumial, a jak nie - szukal drogi, trafial do Ciebie ? zanim poszedl na latwizne - lewizne ???
Eine - zawsze od zawsze mówiłam, że mam wspaniałego Męża. Nigdy (przed zdradą) nie dał mi odczuć, że ktoś, czy coś było ważniejsze ode mnie. Mój Mąż jest bardzo podobny do Behappy. W życiu domowym postępował niemal identycznie. A ja byłam chyba na tyle "głupia", że wiedziałam, że mogę sobie na wiele pozwolić - i pozwalałam.
Nawet teraz po zdradzie - mówię, że Mąż jest bardzo dobrym człowiekiem, zdrada nie przekreśliła tego KIM zawsze był. Pomimo tego co mi zrobił - szanuje Go jako człowieka, za to kim był, kim jest.
Wiesz pytam, bo nurtuje mnie bardzo w swietle tego co piszesz niemalze w kazdym swoim poscie,
czy to mozliwe aby jedna strona byla taka cala cudowna, bez skazy i bledow
a druga calkiem do... wymiany ?
Może nie całkiem do wymiany, ale do poprawy w wielu płaszczyznach, nieznanych mi wtedy. Bo jeżeli dobrze zrozumiałam miałaś na myśli mnie?
85 2014-01-25 22:12:41 Ostatnio edytowany przez behappy81 (2014-01-25 22:20:41)
smallangel, ja mam do Ciebie pytanie, poza tematem
mam nadzieje ze behappy nie bedzie mial nic przeciwko temu
Nie, nie mam nic przeciwko, a i związek z tematem też widzę - sam chciałbym dobrze ogarnąć swój problem, być może właśnie poprzez poszukanie analogii, poznanie błędów, doświadczeń innych i jeśli historia oraz zapatrywania smallangel mogą w tym pomóc, to ok.
Napisz, smallangel, co Ty konkretnie zmieniłaś, żeby poprawić relacje z mężem po zdradzie. Skoro tak do tego podeszłaś, to z czego to wynikało - z Twojej bezgranicznej miłości i świadomości, że na kompromis stać tylko Ciebie, czy też z tego, że jednak wcześniej nie dawałaś mężowi tego czego on oczekiwał i stąd zdecydował się na szukanie pocieszenia i zrozumienia poza domem?
Trochę się spóźniłem, nieco mnie ubiegłaś, smallangel
. I jeszcze jedno - czy uważasz, że to właśnie zdrada była dla Ciebie swoistym wstrząsem, po którym doszłaś do wniosku, że należy zluzować, doceniać, poprawić siebie?
Jeśli tak i jeżeli to miałaby być droga do otrzeźwienia mojej żony, to mnie niestety nie stać na taki ruch.
Sądzę, że jednak w dużej mierze musiało to wynikać z Twojego charakteru, kompromisowości i naturalnego dążenia do tego, żeby było dobrze, a tego z kolei ja u swojej żony już nie widzę.
Hmm, reasumując swoje powyższe rozważania, decyzja podjęta przeze mnie wydaje się zatem słuszna
.
Tak smallangel, Ciebie:)
wszedzie przeciez podkreslasz Twoja przemiane.
Obarczylas takze tylko i wylacznie siebie wina za zdrade meza.
I nigdy nie napisalas ze jego "zaslugi" w tym jest chociazby 1%
Dla mnie to brzmi troche niewiarygodnie,
choc szczerze doceniam Twoja zdolnosc obiektywnego spojrzenia na siebie i swoje bledy
zwazywszy na okolicznosci w ktorych tego dokonalas
87 2014-01-25 22:58:01 Ostatnio edytowany przez smallangel (2014-01-25 23:03:40)
Napisz, smallangel, co Ty konkretnie zmieniłaś, żeby poprawić relacje z mężem po zdradzie. Skoro tak do tego podeszłaś, to z czego to wynikało - z Twojej bezgranicznej miłości i świadomości, że na kompromis stać tylko Ciebie, czy też z tego, że jednak wcześniej nie dawałaś mężowi tego czego on oczekiwał i stąd zdecydował się na szukanie pocieszenia i zrozumienia poza domem?
Ha, chwile po zdradzie Behappy81 to ja nie widziałam swoich błędów, wręcz przeciwnie przemawiała przeze mnie nienawiść połączona z miłością. Te emocje nie dawały mi spokoju. Nie obwiniałam Męża za życie jakie mieliśmy, ale nie mogłam pogodzić się z tym, że mnie oszukiwał, że uczucia ulokował gdzie indziej (mówił o zakochaniu) i to, że byliśmy dla siebie pierwszymi, właśnie byliśmy... Nie mogłam się z tym pogodzić. Ja bardzo szybko wyłapałam zdradę ( po dwóch tygodniach) - właśnie po tym, że Mąż zachowywał się wobec mnie inaczej niż dotychczas. Zapytałam- przyznał się.
Behappy81 - Długo mi zeszło (prawie rok cierpienia) i podjęcie decyzji, że damy radę. Że nie mogę postępować tak jak postępuje. Byłam świadkiem tego kiedy Mój Mąż już nie raz pakował walizki z bezradności (spowodowanej moją niestabilnością emocjonalną), nie umiał mi pomóc, a bardzo chciał. Żyłam w gniewie, żalu - nie dopuszczając do siebie niczego, ani nikogo. Przeczytałam jedną książkę, która ukazała mi obraz siebie i tego jak postępowałam. Nie uwierzyłam, że może być to prawda, choć wiele się zgadzało. Sceptycznie do tego podeszłam, ale postanowiłam zastosować. Ku mojemu zdziwieniu - dość szybko zadziałało i zobaczyłam reakcje Męża - był zaskoczony
. To dawało mi motywację - a moje postępowanie dawało motywację Jemu i jesteśmy 4 lata po zdradzie razem. Wolni od wszelakich emocji z tym związanych
.
Ale wracając do tego o co zapytałeś - bezgranicznie kochałam, ale głównym powodem dlaczego Mój Mąż mnie zdradził było to, że nie dawałam ( bardziej z mojej niewiedzy), tego czego oczekiwał i poszukał tego poza domem. Mąż bardzo często dawał mi do zrozumienia to, że chciałby żebym postępowała inaczej. Dawał wskazówki, które jednym uchem wpuszczałam, drugim wypuszczałam. Mówił, mówił, aż przestał... a potem, stało się to co się stało.
I jeszcze jedno - czy uważasz, że to właśnie zdrada była dla Ciebie swoistym wstrząsem, po którym doszłaś do wniosku, że należy zluzować, doceniać, poprawić siebie?
Jakbyś normalni czytał w moich myślach
. Zdrada była dla mnie swoistym wstrząsem (jak dla wielu Kobiet). Dlatego nie mam żalu już do Męża o to. Wiem, że to absurdalne, ale dzięki (jak do brzmi!) zdradzie zrozumiałam, nauczyłam się partnerstwa. Nie mniej uważam, że nauka była zbyt bolesna.
Jeśli tak i jeżeli to miałaby być droga do otrzeźwienia mojej żony, to mnie niestety nie stać na taki ruch.
Sądzę, że jednak w dużej mierze musiało to wynikać z Twojego charakteru, kompromisowości i naturalnego dążenia do tego, żeby było dobrze, a tego z kolei ja u swojej żony już nie widzę.
Hmm, reasumując swoje powyższe rozważania, decyzja podjęta przeze mnie wydaje się zatem słuszna.
Może jak straci - zrozumie. Inaczej obawiam się, że nie zrozumie tak jak pisałam na początku.
A pomyśl co by było gdybyś to ty zdradziła pewnie wyrzuciłby ciebie na zbity pysk tak samo behappy81 gdyby żona miała przyjaciela to by ją na 100% zostawił nawet gdyby była miła dla niego.
Przeczytałam jedną książkę
jaka smallangel ?
behappy
zdrada to zbyt duza "kara"
uwierz mi, nikt na to nie zasluguje bo nie ma takich przewinien w malzenstwie ktore by ja usprawiedliwialy.
Natomiast uwazam, ze wyprowadzka to b.dobry pomysl.
Przerwiesz ten pat miedzy wami, ten marazm i trwanie.
jesli nie potrzasnie to Twoja zona - bedziesz mial jasnosc ze nie ma czego a przede wszystkim z kim ratowac.
A jesli zechce odbudowywac z Toba na nowo, bedziecie wolni od tej traumy jaka jest ZDRADA
Bedziecie mogli zaczac z czysta karta, z pozytywna energia i emocjami.
Poza tym jak pomieszkasz sam nabierzesz dystansu
poczujesz na czym Tobie tak naprawde zalezy, czego chcesz
bo sam tez masz za uszami
90 2014-01-26 00:47:27 Ostatnio edytowany przez behappy81 (2014-01-26 00:53:46)
Eine. To nie tak. Nigdy w czasie trwania małżeństwa nie miałem w planie żadnej fizycznej zdrady, poruszyłem tą kwestię jako formę na otrzeźwienie małżonki wyłącznie jako analogię (historia smallangel) , tak ironizując trochę z beznadziejności mojej sytuacji. W ogóle kwestia jakiejkolwiek "kary" dla żony nie wchodziła i nie wchodzi z mojej strony w grę.
A sprawa wyprowadzki, do której się powoli przygotowuję (psychicznie i finansowo) to z kolei forma całkowitego rozwiązania problemu, zgodnie z sugestiami żony, do czego dzięki Wam wszystkim również dojrzałem i zrozumiałem jako najlepsze wyjście dla wszystkich. Prawie. Nie zamierzam czynić z wyprowadzki papierka lakmusowego uczuć mej żony, ani zakładać powrotu jak "kurz osiądzie". To była dla mnie baaaardzo trudna decyzja, spowodowana w moim odczuciu wyczerpaniem się jakichkolwiek innych sposobów wpłynięcia na żonę i poprawy stosunków. Zbyt długo angażowałem się konwencjonalnymi środkami w naprawę sytuacji i w przy odrobinie dobrej woli ze strony żony, to tylko 20% tych wszystkich zabiegów powinno już odnieść skutek. Skoro jednak tak się nie stało, to muszę dać jej to, czego oczekuje czyli całkowitą wolność i spokój od siebie. Nie dopuszczam też po wszystkim nawet myśli, że żonie mogłoby się odwidzieć, bo świadczyłoby o totalnym braku empatii i racjonalizmu z jej strony, przez co latami skazywała mnie na zbywanie i upokorzenia. W zakresie tego na czym mi zależy nie doznam żadnego olśnienia, bo zawsze zależało mi na Rodzinie i tak już zostanie. To wszystko co robiłem przez lata, jednocześnie będąc sukcesywnie pozbawianym nadziei i utwierdzanym przez żonę w bezsensie moich zabiegów - o tym chyba świadczy. A to, że mam też coś za uszami, to nigdy tego nie kwestionowałem, jak już pisałem prawdą jest, że ukradłem ten 1 grosz, a za kradzież idzie się do więzienia... No to idę.
Jenka. Uczciwie przyznam, że chyba tak. W sytuacji zdrady żony, gdybym starał się w małżeństwie tak jak w ostatnich latach, to nie potrafiłbym znaleźć w sobie zrozumienia i siły na utrzymanie związku. Samo istnienie przyjaciela, z takimi czystymi intencjami jak moje wobec tej koleżanki, nie przeszkadzałoby mi w ogóle. I piszę to szczerze. Poza tym kwestia najważniejsza - zaufanie. Mam wrażenie, że nie było wcześniej powodów, dla jakich mielibyśmy je wobec siebie stracić.
Smallangel. Strasznie pokręcona jesteś
. To znaczy zadziałałaś niezwykle niekonwencjonalnie
. To znaczy Twoja opóźniona, ale jednak, reakcja - na zdradę i wyciągnięte wnioski, nieważne, że z pomocą autorów jakiejś książki, są krótko mówiąc niecodzienne.
I piszę to nie po to, żeby Cię urazić, ale wręcz przeciwnie ? jesteś Rzadkością w pozytywnym tego słowa brzmieniu, że udało Ci się to wszystko przetrawić i naprawić małżeństwo usprawiedliwiając postępek męża przez doszukanie się również własnych błędów.
Pozdrawiam całą Trójkę! ![]()
No własnie ja tu miałam na myśli natchnienie i przyjaciela czyli zdradę emocjonalną a nie fizyczną.
Eine. To nie tak. Nigdy w czasie trwania małżeństwa nie miałem w planie żadnej fizycznej zdrady, poruszyłem tą kwestię jako formę na otrzeźwienie małżonki wyłącznie jako analogię (historia smallangel) , tak ironizując trochę z beznadziejności mojej sytuacji. W ogóle kwestia jakiejkolwiek "kary" dla żony nie wchodziła i nie wchodzi z mojej strony w grę.
Wiem behappy:) dokladnie tak odczytalam to co napisales, rowniez poszlam analogia w strone smallangel;)
co nie zmniejsza faktu iz wydalo mi sie wazne aby Ci to napisac, tak na wszelki wypadek,
gdyby glupota zaczela Ci sie zagniezdzac w glowce;)
Przykre ze ludzie rozstaja sie tak w zasadzie bez wiekszego powodu,
tylko dlatego ze gdzies tam po drodze zaczelo im sie rozjezdzac i odpuscili.
Tak latwo dzisiaj Rodziny odchodza w niebyt...
Nie bede Cie pocieszac jakimis frazesami.
Rozumiem jak ciezka to jest dla Ciebie decyzja.
Mimo wszystko jestem bardzo ciekawa reakcji Twojej zony kiedy postawisz ja przed tym faktem...
jaka smallangel ?
Dostałam od znajomej nie jedną, a cztery książki. Nigdy nie lubiłam czytać, ale wtedy mnie zmusiła, bo powiedziała, że nie będzie ze mną rozmawiała póki nie przeczytam
.
Dostałam książki:
- "Mężczyzna od A do Z" znana już pewnie Tobie;
- "Tajemnice męskiego umysłu";
- "Zdrowie psychiczne mężczyzny";
- "Taktyka sprytnej kobiety"
Po przeczytaniu początku pierwszej, zobaczyłam już wiele moich błędów w postępowaniu. Reszta była dopełnieniem. Nie jest tego aż tak strasznie dużo, ale bardzo istotne.
Smallangel. Strasznie pokręcona jesteś
. To znaczy zadziałałaś niezwykle niekonwencjonalnie
. To znaczy Twoja opóźniona, ale jednak, reakcja - na zdradę i wyciągnięte wnioski, nieważne, że z pomocą autorów jakiejś książki, są krótko mówiąc niecodzienne.
I piszę to nie po to, żeby Cię urazić, ale wręcz przeciwnie ? jesteś Rzadkością w pozytywnym tego słowa brzmieniu, że udało Ci się to wszystko przetrawić i naprawić małżeństwo usprawiedliwiając postępek męża przez doszukanie się również własnych błędów.
Zeszło mi długo zrozumienie tego, bo długo po zdradzie czeka się na racjonalne myślenie. Emocje nie pozwalają na to (przynajmniej u mnie tak było). Nie mogłam przeskoczyć tego bólu, a ból oczywiście był wyznacznikiem tego, że cierpię, że trzeba dać nauczkę temu, kto pozwolił na to bym cierpiała, który doprowadził świadomie do mojego cierpienia. Kiedy już te najgorsze emocje opadły - wtedy zaczęłam myśleć, podpytywać (znajomego) i poszło. Chociaż i nie było łatwo. Bo trudno mi było przetłumaczyć sobie - czemu coś ja mam teraz robić, kiedy to nie ja zdradziłam. Ale i nad tym zapanowałam, ale chyba dlatego, że próby realizacji pomysłów przynosiły efekty. No i miłość ... to był główny bodziec. Dzięki niej przetrwaliśmy. Rozejście było bardzo proste - nie mamy dzieci, podział majątku i każdy rozpoczyna życie od nowa. Tym bardziej, że wtedy staż małżeński wynosił 3 lata. Mój Mąż nie chciał rozwodu, a ja rano chciałam by za 5 minut nie chcieć. Myślałam o rozpoczęciu nowego życia, chęć bycia szczęśliwą. Dziś jestem ogromne szczęśliwa z Mężem. Nauczyliśmy się wiele od siebie. I nie popełniam już kardynalnych błędów.
Pozdrawiam
Rozejście było bardzo proste - nie mamy dzieci, podział majątku i każdy rozpoczyna życie od nowa. Tym bardziej, że wtedy staż małżeński wynosił 3 lata. Mój Mąż nie chciał rozwodu, a ja rano chciałam by za 5 minut nie chcieć. Myślałam o rozpoczęciu nowego życia, chęć bycia szczęśliwą. Dziś jestem ogromne szczęśliwa z Mężem. Nauczyliśmy się wiele od siebie. I nie popełniam już kardynalnych błędów.
Tym bardziej jestem pod wrażeniem Twojego głębokiego uczucia i poświęcenia, Smallangel!
Dzieki smallangel za tytuly.
Wiesz, tak sobie mysle ze paradoksalnie bylo Ci latwiej.
Kiedy emocje juz opadaja zaczynamy dostrzegac istote problemu
i wowczas refleksje moga byc zgola odmienne od Twoich.
Wtedy latwo juz nie jest - uniesc ciezar "kary" za nie swoje winy
dodatkowo ponoszac ja w poczuciu ze tak bardzo zostalo sie skrzywdzonym...
Pisalas ze maz nie umial Ci pomoc.
A robil cos aby umiec ???
Nigdzie o tym nie wspominasz nawet.
To jest oznaka głupoty a nie czegoś co trzeba promować, behappy81 gdyby to facet tak się zachował traktowałbyś go jak śmiecia więc lepiej nie komentuj nas kobiet.
To jest oznaka głupoty a nie czegoś co trzeba promować, behappy81 gdyby to facet tak się zachował traktowałbyś go jak śmiecia więc lepiej nie komentuj nas kobiet.
Doceniłem tylko jej walkę o związek w sytuacji, gdy suche fakty i logika jej do tego nie upoważniały, Jenka. Wzniosła się ponad horyzont bólu, upokorzenia i cierpienia, by z perspektywy inaczej na to spojrzeć. Nie zrobiła tego z egoizmu, tylko z miłości. I jak na razie widać z powodzeniem. Dlatego uważam, że jej gest był i piękny, i skuteczny - stąd moje ciepłe słowa pod jej adresem.
Każdy człowiek jest inny, więc Twoje uogólnienie "nas", jak widać nie pasuje, chociażby do Smallangel.
Mysle ze powinienes porozmawiac ze swoja przyjaciolka, spruboj przezwyciezyc ten strach co w Tobie siedzi nie boj sie niczego w koncu to jest Twoje zycie i ty decydujesz z kim chcesz byc szczesliwy na reszte Twojego zycia, z tego co czytalam to Twoja zona to jakas Baba bez serca wykorzystuje Twoja dobroc i poniewiera Ciebie tylko jestes idealnym wzorem faceta, ktorego niejedna kobieta chcialaby miec przy sobie, uwierz mi wiem co pisze bo jestem w podobnej sytuacji i nie wiem tak samo jak bedzie dalej, meczy mnie taki tryb zycia.Zycze powodzenia i wiecej odwagi.:)
Mysle ze powinienes porozmawiac ze swoja przyjaciolka, spruboj przezwyciezyc ten strach co w Tobie siedzi nie boj sie niczego w koncu to jest Twoje zycie i ty decydujesz z kim chcesz byc szczesliwy na reszte Twojego zycia, z tego co czytalam to Twoja zona to jakas Baba bez serca wykorzystuje Twoja dobroc i poniewiera Ciebie tylko jestes idealnym wzorem faceta, ktorego niejedna kobieta chcialaby miec przy sobie, uwierz mi wiem co pisze bo jestem w podobnej sytuacji i nie wiem tak samo jak bedzie dalej, meczy mnie taki tryb zycia.Zycze powodzenia i wiecej odwagi.:)
Mysle ze powinienes porozmawiac ze swoja przyjaciolka, spruboj przezwyciezyc ten strach co w Tobie siedzi nie boj sie niczego w koncu to jest Twoje zycie i ty decydujesz z kim chcesz byc szczesliwy na reszte Twojego zycia, z tego co czytalam to Twoja zona to jakas Baba bez serca wykorzystuje Twoja dobroc i poniewiera Ciebie tylko jestes idealnym wzorem faceta, ktorego niejedna kobieta chcialaby miec przy sobie, uwierz mi wiem co pisze bo jestem w podobnej sytuacji i nie wiem tak samo jak bedzie dalej, meczy mnie taki tryb zycia.Zycze powodzenia i wiecej odwagi.:)
ale jestes w podobnej sytuacji, ponieważ:
jesteś przyjaciólką, w której ktoś się zakochał?
jesteś babą bez serca, któa wykorzystuje czyjąś dobroć i poniewiera kimś?
jestes idealnym wzorem faceta, którego niejedna kobieta chciałaby mieć przy sobie??
i sprostujmy - postawa: "w końcu to jest twoje zycie i ty decydujesz z kim chcesz być szczęsliwy na resztę życia" z góry wyklucza bycie "idealnym wzorem faceta, którego niejedna kobieta chciałaby mieć przy sobie" - bo jednak egoista nastawiony tylko i wyłącznie na swoje potrzeby ideałem nie jest prawda??
Gosiu. Nigdy nie należałem do ludzi bojaźliwych, co najwyżej wstrzemięźliwych, jeśli o wrażliwe rodzinne relacje chodzi. Nigdy nie będę dążył do szczęścia czyimś kosztem. Tam są dzieci, jest żona, jest mąż, są oczywiście problemy, ale to nie powód, żeby obca osoba niecnie je wykorzystywała dla swoich potrzeb. Jest tam coś jeszcze istotnego - wola znalezienia rozwiązania tych problemów. Jakim wrednym musiałbym być człowiekiem, żeby próbować to wszystko niszczyć. Nie różniłbym się wtedy od innych egoistycznych łajdaków, którym chuć odbiera empatię i zdrowy rozsądek, i jakimi się brzydzę. Tak, planuję w najbliższym czasie porozmawiać z przyjaciółką, Gosiu, ale tylko w kierunku przyspieszenia uświadomienia i przygotowania jej do zakończenia naszych relacji. Z każdym dniem jestem bowiem coraz bardziej nerwowy, staję się przy tym opryskliwy, chamski, niedobry. Nie radzę sobie z takimi sytuacjami, jak np. wczoraj, kiedy zrobiłem obiad, zjedliśmy i później przy próbie dotknięcia i przytulenia żony, usłyszałem, żebym "zszedł jej z drogi i z życia". W tym stanie, przedłużając wszelkie relacje z ważnymi dla mnie ludźmi, skazuję ich na przykrości ze swojej strony. Nienawidzę takiego siebie!
Edn_aluzja. Zgadzam się w Twoją końcową oceną.
mozna dostać na głowę behappy
ale z tego wniosek, że najwyższy czas zejść jej z głowy i zycia
A dlaczego ona tego nie zrobila do tej pory ???
Skoro tak cierpi biedactwo...
End_aluzja. Pracuję nad tym i na to.
Endi. Trudno powiedzieć. Pewnie PR-owsko dla rodziny i znajomych lepiej wygląda żona pozostawiona przez męża, który uciekł do "kochanki", niż porzucenie męża bez wyraźnego powodu. A być może liczy na sprowokowanie mnie i jakieś moje potknięcie, żeby rzucić mi się do gardła
. Robię swoje. Mimo wszystko staram się nie przejmować za bardzo rzeczami, na jakie straciłem już wpływ i poukładać to sobie wg wcześniejszych założeń.
Endi. Trudno powiedzieć. Pewnie PR-owsko dla rodziny i znajomych lepiej wygląda żona pozostawiona przez męża, który uciekł do "kochanki", niż porzucenie męża bez wyraźnego powodu. A być może liczy na sprowokowanie mnie i jakieś moje potknięcie, żeby rzucić mi się do gardła
. Robię swoje. Mimo wszystko staram się nie przejmować za bardzo rzeczami, na jakie straciłem już wpływ i poukładać to sobie wg wcześniejszych założeń.
A moze Twoja zona to ten typ, ktory zeby samemu moc zyc musi kogos deptac ??
Dla mnie to nie jest normalne rzucac tyloma obelgami w druga osobe, tak jawnie wyrazac nienawisc i sprzeciw
i trwac, i byc....
i nic nie robic aby sie uwolnic.
A spytales ja kiedys wprost - czemu sie nie wyprowadzisz skoro tak ci ze mna zle ???????????
A moze Twoja zona to ten typ, ktory zeby samemu moc zyc musi kogos deptac ??
Dla mnie to nie jest normalne rzucac tyloma obelgami w druga osobe, tak jawnie wyrazac nienawisc i sprzeciw
i trwac, i byc....
i nic nie robic aby sie uwolnic.A spytales ja kiedys wprost - czemu sie nie wyprowadzisz skoro tak ci ze mna zle ???????????
Nie chcę już więcej nadawać na żonę, źle się z tym czuję, a nic to do sprawy nie wnosi.
Wprost nie zapytałem i nie chcę, bo wiem, że uważa, że ona jest w porządku, a ja nie, stąd oczekiwanie mojego odejścia.
Masz racje,
tylko wiesz co, taki obraz mi sie tu troszke wylonil jakby Twoja zona za nic odpowiedzialnosci nie chciala wziac.
Nawet w jakims tam minimalnym procencie - za kryzys, za odbudowe, a nawet za ostateczne rozwiazanie problemu.
Nawet za wlasne samopoczucie.
Wszystko TY
No chyba ze Twoj opis jest az tak subiektywny ze tworzy taki Bild.
behappy, poczytaj coś o neurotykach.
Tak mi wygląda, że zona ma dużo z neurotycznej osobowości.
Może zrozumienie jej zachowań, w czymś Ci pomoże....
Masz racje,
tylko wiesz co, taki obraz mi sie tu troszke wylonil jakby Twoja zona za nic odpowiedzialnosci nie chciala wziac.
Nawet w jakims tam minimalnym procencie - za kryzys, za odbudowe, a nawet za ostateczne rozwiazanie problemu.Nawet za wlasne samopoczucie.
Wszystko TYNo chyba ze Twoj opis jest az tak subiektywny ze tworzy taki Bild.
Nie byłbym do końca obiektywny, chcąc z całą mocą zapewniać o braku subiektywności swych wypowiedzi
.
Heh, wyszło jak Panu Ciastkowi ze Shreka
.
Moja żona jest niewinna i tej wersji się będzie(my) trzymać, Eine! ![]()
behappy, poczytaj coś o neurotykach.
Tak mi wygląda, że zona ma dużo z neurotycznej osobowości.
Może zrozumienie jej zachowań, w czymś Ci pomoże....
Ok, dzięki! Zapoznam się z tym typem, Secondo
.
Moja żona jest niewinna i tej wersji się będzie(my) trzymać, Eine!
To nic tu juz po dyskusji.
Trza walichy pakowac ![]()
Witaj behappy81,
chciałabym się podzielić swoją refleksją dotyczącą Twoich zwierzeń. Nie ukrywam, że miałam ciekawą lekturę tego wątku i zagłębiłam się w niego bardzo wnikliwie.
Wolałabym jednak poza forum, gdyż jest to osobiste i nie chciałabym komentarzy osób w stosunku do mojej osoby i moich poglądów.
Czy to jest możliwe?
Witaj, Foczko. Słuchaj, bardzo doceniam chęć wsparcia z Twojej strony, jednak już wcześniej założyłem, że do kontaktu oraz wszelkich refleksji, udostępniam wyłącznie łamy tego wątku/forum i jak na razie zrobiłem tylko jeden wyjątek w sytuacji zagrożenia życia. Każdy ma prawo mieć tutaj swoje zdanie, Ty także. I nikt nie ma prawa tego nie uszanować. Może polemizować, ale dopilnuję, żeby nie spotkała Cię tu żadna przykrość. Widzisz, ja nie szukałem już rady poza tym forum, ponieważ obawiałem się braku obiektywizmu w ocenie sytuacji, zresztą, jak widzisz, decyzja podjęta, a ja sam najchętniej schowałbym się teraz do jakiejś nory, przezimował i zaniechał jakichkolwiek kontaktów. Poza tym wiem, co chcesz mi powiedzieć, K. Myślę, że ktoś inny potrzebuje teraz Twojej pomocy bardziej. Pozdrawiam Cię.
Hmm bynajmniej, nie mam zamiaru nikogo pocieszać. Nie miałam zamiaru także wpływać na Twoje decyzje, nie wiedziałam że ostateczne. Chciałam Ci opowiedzieć swoją historię i jak ona wpływa na moje postępowanie. Sama nie wiem czemu, chciałam się tym podzielić z Tobą, może dlatego że jest to zbliżone do tego co przeczytałam? Czytając wpisy tutaj, od bardzo obiektywnych po powiem mogących namieszać w głowie, obawiam się że to ja będę miała mętlik w głowie...
Foczko. Wszyscy jesteśmy istotami myślącymi, chociaż często bywa, że dar ten uaktywnia nam się zbyt późno, mimo, że wcześniej docierają do nas różne sygnały; sytuacja zaczyna nas przerastać i potrzebujemy pomocy z zewnątrz. Ja podszedłem do tego w taki sposób, że nie traktowałem porad tutaj jak wyroczni, ale zdania innych ludzi, co do obiektywności których - z racji anonimowości - nie mogłem mieć raczej wątpliwości, pomogło mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy i przez pryzmat innych rzeczy. Doceniałem wszelkie wpisy, ale nie wszystkie brałem sobie do serca, filtrując je sobie najpierw własnym rozumem. We wszystkim zawsze trzeba znajdywać odpowiedni balans i aurea mediocritas.
Opowiedz swoją historię, nie masz się czego obawiać. Nawet jeśli Twoje poglądy i postępowanie okazałyby się niepopularne i niestandardowe, to na pewno tłumaczą się jakimś uczuciem, a to jest już wystarczający powód do tego, żeby np. ?założyć przeciwsłoneczne okulary nawet kiedy pada deszcz? i nikomu nic do tego. Decyzja należy do Ciebie.
behappy81: jestem w toksycznym związku, gdzie pojawiały się osoby trzecie.
Zanim poznałam męża, wdałam się w romans w pracy. Zaczęło się niewinnie jak typowi koledzy z pracy. Dobrze nam się rozmawiało, gdy wychodziliśmy na imprezy firmowe razem się bawiliśmy, a ponieważ razem współpracowaliśmy codziennie mieliśmy ze sobą kontakt. Ja byłam po przejściach, bardzo trudnych w moim życiu, które mnie bardzo odmieniły. Ojciec miał silny charakter, a i ja ulokowałam uczucia w dziwnym związku, który mnie zniszczył. Zbliżyliśmy się do siebie, pomógł mi się pozbierać po tym wszystkim. Zaczęło się coś więcej, ale poza pracą nigdy nie spotykaliśmy się tylko we dwoje. On miał żonę i córkę, zawsze powtarzał że nigdy ich nie zostawi. Wiedziałam, że to nie ma przyszłości...
Poznałam męża, jesteśmy ze sobą 6,5 lat, 4,5 jako małżeństwo. Byłam lojalna, wiedział że mnie coś z tą osobą łączyło. Kolega
zrozumiał, że zaczęłam coś nowego. Mimo to nie potrafiłam definitywnie tego przerwać. Fakt przestaliśmy ze sobą współżyć, ale nadal były szczere rozmowy. W końcu zdecydowałam się na krok, czyli zmiana pracy - można to nazwać ucieczką. Kontakty stały się rzadsze, czasem telefon, czasem impreza firmowa na których się pojawiałam. Nie naciskał... był jako przyjaciel. Zdziwił się, kiedy zaprosiłam go na swój ślub. Uważałam, że dzięki niemu stanęłam znowu na nogi, pokazał mi że nie każdy facet jest dupkiem. Byłam gotowa na poważny związek, założenie rodziny. Sielanka trwała krótko. Na tydzień przed odwołałam ślub, jakbym miała przeczucie jakieś że to nie wyjdzie. Naciski rodziny i mój przyszły mąż namówili w sumie do powiedzenia tak. Coś co kiedyś było moim atutem, czyli szczerość i własne zdanie stało się moim przekleństwem. Nieporozumienia przy remoncie mieszkania, wtrącanie się teściów do naszego związku, spowodowały że mieszkaliśmy oddzielnie, ja u swoich on u swoich. Gdybym mogła cofnąć czas, najpierw bym z nim zamieszkała, ale podobnie jak w przypadku kolegi, ślub był ucieczką tyle że od ojca.
Jest różnie, związek opiera się na seksie, po nim jest kilka dni dobrze, a potem wracają te same nierozwiązane problemy. Powiedzmy by zmienić coś w tym stanie zdecydowaliśmy się na dziecko. Po części na tę decyzję miała wpływ sytuacja w mojej pracy. Chciałam dziecko ale troszkę później, może wtedy bym się już z nim nie zdecydowała. Niestandardowa ciąża, spowodowała że cały ten czas byłam w domu. Wykorzystał to bardzo... stałam się służąca, typową kurą domową obsługującą swojego pana. Po porodzie nic się nie zmieniło, chyba tylko to, że było coraz gorzej. Nie mogę powiedzieć złego słowa, jako ojciec się sprawdza świetnie, jako partner już nie.
Gdzie w tym wszystkim jest kolega? Był przy mnie, był gdy się pokłóciliśmy z mężem i potrzebowałam pogadać, wypłakać się. Zawsze mówi mi jak na to patrzy facet, nawet jeśli nie spodobałoby mi się to. Był przy mnie w ciąży, to on masował mi stopy, spełniał zachcianki, na co nigdy nie miał czasu mój mąż. Nigdy przed mężem nie ukrywałam, że się widujemy, nie był zachwycony, ale też nie mówił nie. Wróciłam do pracy, odżyłam wychodząc do ludzi. Wróciłam do swoich pasji, mąż nie stał na przeszkodzie. Poza pracą w domu miałam drugi etat i dwoje dzieci licząc też męża. Przestał zupełnie pomagać w obowiązkach domowych.Też byłam zmęczona po pracy, potrzebowałam odpocząć a wiedziałam że muszę pobawić się z dzieckiem, ugotować, posprzątać itd. Przestaliśmy rozmawiać ze sobą, przestaliśmy razem spędzać czas, co przełożyło się na to że przestaliśmy i sypiać ze sobą. Wiem kobiety zmieniają się po ciąży, ale to nie powód by zrezygnować ze seksu w ogóle. To ja dążyłam do zbliżeń, a jeśli do nich dochodziło był to typowy obowiązek małżeński. On zadowalał tylko siebie, nie patrząc na moje potrzeby. Nie sypialiśmy z rok... skutek taki...zdradziłam męża. Miało być tylko zaspokojenie potrzeby, pojawiło się uczucie. Nie przetrwało, on był młodszy, wolny, zaczął naciskać bym zostawiła męża. Nie byłam na to gotowa, potrzebowałam czasu. Leczyłam rany przy wiadomym koledze, on wysłuchał, zrozumiał. O ile zdrady nie żałuję, to to że chcąc zapomnieć o tamtym przespałam się z nim. I wszystko się zmieniło. Wróciło to co było wcześniej, nim poznałam męża. Przyznaliśmy się do tego, że oboje byliśmy sobą zauroczeni wtedy, może zakochani. Ja się przyznałam, że zwiałam przed nim. Jednak oboje stwierdziliśmy, że za dużo osób byśmy skrzywdzili, decydując się na bycie razem. Zaczęłam go unikać... dla swojego dobra. Wiedziałam, że jest że mogę na niego liczyć.
W małżeństwie było coraz gorzej, powiedziałam mojemu mężowi o zdradzie. Chciałam być fer wobec niego, kiedyś przyrzekliśmy sobie to wyznać, jeśli to zrobimy. To była najgorsza decyzja jaką podjęłam. Mąż stracił do mnie szacunek, codziennie słyszałam że jestem tą, co się puściła. Było coraz gorzej... Mieszkaliśmy jak współlokatorzy, zwracając się do siebie jedynie w temacie dziecko. Potrzebowałam pogadać z kimkolwiek, chciałam bezstronności. Tak trafiłam na kolegę, nazwijmy go numer dwa. Wtedy był samotnym facetem rozstał się ze swoją kobietą po 12 latach. Zaczęliśmy rozmawiać... ustalone zasady były z góry. Nigdy się nie zobaczymy, nigdy nie będziemy rozmawiali nawet telefonicznie. Znamy się jak łyse konie, rozmawiamy codziennie, czasem na tematy bardzo osobiste, a czasem po prostu o dupie maryni. Nigdy nie brakło nam tematu do dyskusji, nie było tematu pt. pogoda by pogadać o czymkolwiek. Był moment, że wydawało nam się że mogłoby z tego coś być... ale wybraliśmy świadomie przyjaźń, której oboje potrzebujemy. W między czasie on zszedł się z byłą, urodziło mu się dziecko, ożenił się. Jego kobieta jest strasznie zazdrosna o tę znajomość, której ani ja ani on nie ukrywamy.
Ja szukałam u kolegi numer jeden zrozumienia faceta, kolega numer dwa dzięki mnie poznaje spojrzenie kobiety na pewne sprawy.
Dałam szansę swojemu małżeństwu. Mój mąż chciał być ze mną, niestety wracał do przeszłości tj. do zdrady, pomimo tego że mieliśmy zacząć wszystko od nowa. Zdecydowaliśmy się na drugie dziecko... i sytuacja jest analogiczna jak po pierwszej ciąży. Euforia dzieckiem minęła, a ja znowu jestem zamknięta w czterech ścianach ze swoimi problemami. Mąż twierdzi, że skoro ciągle jest źle, to ani nie chce ze mną rozmawiać, ani nigdzie wychodzić... Nie ma seksu, więc nie potrafimy się porozumieć. Oczywiście to ja jestem wszystkiemu winna, a on jest tym dobrym bez jakiejkolwiek skazy.
To tak w kilku słowach o mnie...
Pytania nasuwające się, czy jej sens trwać w małżeństwie... stale myślę o rozwodzie. Ani ja ani mąż się nie zmienimy... jest coraz gorzej. Oboje jesteśmy świadomi, że tego nie da się uratować, ale to właśnie on się nie chce zgodzić na rozstanie. Pytanie czy jest jeszcze miłość, czy tylko przywiązanie, przyzwyczajenie do tej drugiej osoby. Czy być szczęśliwą samotną mamą, czy być nieszczęśliwą mężatką. Po drugie brakuje kontaktów z kolegą numer jeden, jak z przyjacielem. Czy walczyć o przyjaźń po tym jak było coś więcej? Nie da się zrobić resetu i wrócić do tego co było wcześniej. Brakuje mi go strasznie... Po trzecie, czy ciągnąć wirtualną znajomość z kolegą numer dwa? Jest fajnie, ale czy nie pogubię się żyjąc w wirtualnym świecie.
Pozdrawiam.
Dziękuję, Foczko. Wyobrażam sobie, jak trudno było Ci się przełamać i opowiedzieć swoją historię, która trwa w sumie do nadal. Doceniam Twoją szczerość, tym bardziej, że nie musiałaś tego robić, ponieważ masz wokół siebie ludzi, którym możesz się zwierzyć, nie narażając się na niepotrzebną krytykę. Zdrada jest czymś strasznym i nie jest żadnym usprawiedliwieniem fakt, że w związku się nie układa. Zrozumiałem w ostatnim czasie jedno, że nie ma też istotnej różnicy między rodzajem zdrady ? fizycznej, jak u Ciebie, czy emocjonalnej ? jak w moim przypadku, jedna i druga strasznie orze sumienie i wymaga sprzężenia zwrotnego w postaci jakiejś kary. W Twoim wypadku ewidentnym błędem, który zaważył na całym późniejszym, jak domino, splocie zdarzeń, o jakich opowiedziałaś, była decyzja o nowym związku, w sytuacji, kiedy nie wypaliły się emocje i uczucia wobec przyjaciela. Chęć zagłuszenia ich małżeństwem i dzieckiem okazały się nieskuteczne i krótkotrwałe. Na pierwszy rzut oka dziwi nieco postawa Twojego męża, który łatwo puścił w niepamięć powód odwołanego ślubu i przeszedł nad tym wszystkim do porządku dziennego. Albo bezgranicznie kochał, albo... no właśnie ? utkał sobie ciepły płaszczyk z Twojego poczucia winy i ceniąc sobie wygodnictwo ? trwa sobie w tym związku, czując się przy okazji i w ?nagrodę? zwolniony z kilku domowych obowiązków. To tylko moja teoria, nie znam człowieka i nie chcę go ostatecznie osądzać. Widzisz, ja nie chcę popełnić błędu Twoich kolegów/przyjaciół, jeśli o moje kontakty z tą koleżanką chodzi. Czuję, że przekroczyłem granicę przyjacielskich relacji i boję się, że podświadomie mógłbym dążyć do bycia z nią za wszelką cenę. Za zbyt dużą cenę - cenę jej rodziny. Nie chcę się też samemu oszukiwać i sztucznie ?przesuwać? tej granicy, tłumacząc sobie, że to kontroluję, nie robię nadal nic złego i w ogóle to mogę być ?wiecznym przyjacielem?, wszak jestem panem swej woli. Później niestety sprawy wymykają się spod jakiejkolwiek kontroli, wystarczy iskra zatracenia, trochę podpałki w postaci chwilowej (bez)nadziei sytuacji i pożar gotowy. Taki ogień potrafi naruszyć nawet stalową konstrukcję każdych rodzinnych więzów, a belkami po głowie najmocniej dostają niewiele rozumiejące to wszystko dzieci. Poza tym nigdy nie chciałbym rywalizować z przyjacielem nr 4 czy nerwowo wyczekiwać zza węgła kolegi nr 1 ? każdy zasługuje, aby mieć komfort pewności wypalenia się starych uczuć, by móc się w pełni zaangażować. To są bardzo poważne dylematy dla kogoś, kto ma czyste intencje, chce szczęścia dla kogoś - większego nawet, niż dla siebie, jak również widzi, że osiągnięcie tego możliwe jest wyłącznie czyimś kosztem. Tak jest akurat w mojej sytuacji, stąd pewne decyzje.
Twoja zaś sytuacja jest na razie patowa. Czuję, że jesteś w stanie wziąć nawet całą winę na siebie, ale łatwiej byłoby Ci gdyby to mąż złożył pozew o rozwód. A on nie wiadomo, w jaką pogrywa grę, skoro woli pasować, mając w ręku atutowe karty, w postaci Twojej zdrady...
Dzieci pewnie i tak zostaną przy Tobie, więc w tym zakresie decyzja o rozstaniu nie przyprawia Cię o ból głowy. Zastanów się jednak co dalej. Czy dasz przyjacielowi nr 1 wszystkiego czego on potrzebuje i oczekuje oraz czy w zamian otrzymasz tyle, by nie szukać już więcej? Wówczas dopiero masz szansę odzyskać spokój ducha i szczęście. Nie wierzę bowiem, że istnieje ktoś taki jak ?szczęśliwa samotna mama?. Człowiek dopiero w pełni doznaje szczęścia mogąc się nim dzielić z drugą osobą, ale każda zdrowa relacja z innym człowiekiem musi karmić się wzajemnością. I miłość, i przyjaźń ? nie ważne co. Na koniec jeszcze taka mała dygresja o ?przyjaciołach?, którzy nas wszystkich otaczają. Oni, w tym również i ja, mają bardzo ułatwione zadanie. Wspierają potrzebujących, którzy lgną do nich najczęściej w sytuacjach kryzysowych, poświęcając im tylko ułamek swojego czasu, nie znoszą trudów codziennych i bezpośrednich batalii w rodzinach o miłość, szczęście, szacunek. Ilu z nich potrafiłoby się poświęcić później w pełni w roli partnera w nowym związku, w którym trzeba się wzajemnie wspierać przez 24h/dobę? Na pewno łatwiej robić to okazjonalnie i powierzchownie. Wspominam o tym po to, żeby wszyscy, którzy decydują się na ostateczne rozwiązanie jakichkolwiek związków w nadziei, że za rogiem "czai się Anioł", przemyśleli swoją decyzję trzy razy. Ja sam, oprócz tego, że na pewno bardzo bym się starał, nie miałbym 100% pewności co do powodzenia ?misji ratunkowej?, więc żadna ingerencja przyjacielska w doprowadzanie do rozpadów w związkach, szczególnie takich, w których są dzieci - nie jest wskazana. Przemyśl to również, Foczko.
Dzięki raz jeszcze za Twój głos. Bądź świadoma konsekwencji swoich dotychczasowych słabości, dobrze przeanalizuj też skutki możliwych scenariuszy w najbliższej przyszłości i ich wpływu na ważne dla Ciebie osoby, ponieważ nie ma już czasu i miejsca na kolejne błędy. Szkoda życia Twojego i innych. I pamiętaj, że każdy, Ty również, ma prawo do zmian na lepsze, więc życzę Ci powodzenia w Twej walce o to i... be happy
.
Drogi behappy widzę, że cierpisz na bezsenność ![]()
To co przedstawiłam to powiedzmy wierzchołek góry lodowej, ale jest to zbyt osobiste by pisać to tutaj. Trwam w związku tylko i wyłącznie przez dzieci. Jak napisałam, mąż jest dobrym ojcem...
Wydarzenia przed poznaniem męża bardzo odmieniło mój stosunek do facetów. Potem potrzebowałam spokoju, a nie chciałam rozbijać czyjejś rodziny. Ja byłam wolna, kolega nie...
Odwołałam ślub, gdyż mój mąż stanął po stronie mamusi, przeczuwałam że to właśnie rodzice będą dla niego najważniejsi a nie ja. Tak też się stało...
Małżeństwo było ucieczką, ale uciekłam z jednego bagna w drugie, zmieniłam tylko kata. Wcześniej nie miałam na to wpływu, teraz mam bo sama sobie takie życie wybrałam. Boję się, że moje dzieci będą patrzyły na taki obraz rodziny na jaki ja patrzyłam tyle lat. Przez co mogą mieć problemy ze znalezieniem szczęścia w dorosłym życiu jak ja.
Ile jestem jeszcze w stanie znieść? Gdzie jest granica?
To ja chcę rozwodu, ja chcę złożyć pozew, ale potrzebuję jego zgody. Nie chcę nic z tego co razem się dorobiliśmy, chcę tylko i wyłącznie dzieci. A niestety on będzie o nie walczył... Straszy mnie, mówi że odejść mogę w każdej chwili ale dzieci zostają. Ostatnio przez przypadek odkryłam co mi szykuję, gdybym tak postąpiła. Teściowa chce wychowywać moje dzieci, za wszelką cenę dąży do tego by starsze dziecko już u niej było, bo przecież to ja jestem złą mamą. Sama popełniła wiele błędów wychowawczych, do których nie potrafi się przyznać swojemu synowi po tylu latach. Zmarłoby przy niej moje dziecko, gdybym nie udzieliła mu pomocy na czas. Zero zaufania do tej osoby jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, ale mąż oczywiście wymazał to już z pamięci, bo to jego mamusia. Znasz jakąś mamę co zostawi własne dzieci by jej było lepiej? Bo ja nie... Po prostu obawiam się to ruszyć sama bez jego akceptacji, skoro on nie chce się rozejść. Mówi, że wykorzysta wszystkie moje słabości, gdy tylko zacznę z nim walkę o dzieci. Sam natomiast nie jest święty, ale ja nie z tych co szukają dowodów winy.
Czy szczęśliwa samotna mama istnieje? Myślę, że tak. Jedno jest pewne drugi raz nie wyjdę za mąż. Nie będę szukała nowego tatusia dla swoich dzieci, one mają ojca zawsze go będą mieć.
Witaj, Foczka. Tak, dla mnie również dziecko jest esencją życia i trwanie w związku od pewnego momentu wynikało już tylko z troski o nie. Niestety, nie potrafiłem jednak i nie wiem czy to w ogóle możliwe, żeby całkowicie odseparować dziecko od walki pomiędzy małżonkami. Pewnie dla jego oczu i uszy po części, i do pewnego czasu to możliwe, ale na pewno nie da się wpłynąć na to co odczuwa i jak nasiąka niczym gąbka wszystkimi złymi emocjami, jakie płyną ze strony dorosłych. Każdy chyba musi przejść ten proces samemu, żeby zrozumieć, że trwanie w takich toksycznych relacjach w imię dobra dziecka jest ułudą, jest niczym rysowanie nożem po tafli szkła ? niby przeciąć się nie da, ale rysy zostaną już do końca. Rysy niczym wydrążone szlaki, którymi dziecko, jak woda, będzie nieświadomie podążać. I nawet jeśli dostrzeże swoje błędy w przyszłości, to zawsze znajdzie ich usprawiedliwienie w postępowaniu rodziców. Cóż, o rozwodach wiem niewiele, tyle tylko, że w ustalaniu docelowego miejsca dzieci, sąd zawsze kieruje się ich dobrem. Mąż musiałby zatem wykazać ponad wszelką wątpliwość, że Twoje słabości czy też inne błędy, jakie popełniłaś i w zakresie których ?recydywy? wykluczyć nie można ? stanowić mogą zagrożenie dla zdrowia fizycznego i psychicznego dziecka. Domyślam się, że udowodnienie tego jest mało realne, więc na Twoim miejscu nie przeceniałbym pewności męża w tym zakresie. Niestety, przy dążeniu do takiej konfrontacji, trzeba też mimo wszystko dbać o wykazanie się jakimiś wiarygodnymi dowodami, więc oprócz kompletowania swoich ?dupochronów?, pomimo, że to pewnie bardzo niewdzięczna praca, uważaj na wszelkiego rodzaju prowokacje. Reszty i szczegółów w tym zakresie pewnie dowiesz się z innych tematycznych wątków, których tutaj nie brakuje lub poszukaj blisko siebie jakiejś wstępnej prawnej pomocy.
Nigdy nie mów też ?nigdy?. W życiu wszystko jest możliwe, nawet powielenie 10x tego samego błędu. Widzę, że jesteś osobą która musi kogoś przy sobie mieć, czuć wsparcie i nie sądzę, żebyś była w stanie wytrwać długo w samotności. Nie widzę też większej różnicy dla psychiki dzieci w tym czy zdecydujesz się na kolejne małżeństwo czy też na inną, niesformalizowaną formułę związku. Najważniejsze to z kim, bo nie warto narażać dzieci na kolejne traumy związane z poszukiwaniem szczęścia przez mamę. Najpierw nabierz pewności, potem działaj. Daję Ci też pod rozwagę pewną kwestię ? zastanów się co wart jest facet, który świadom trudnych relacji rodzinnych, upatruje w nich łatwej szansy dla siebie; jest jak wirus, który wykorzystuje chwilowy brak odporności. W drugą stronę to samo. Jeśli czujesz, że dałaś z siebie wszystko w małżeństwie i mimo to nie rokuje to poprawy, to w porządku. W przeciwnym razie pomyśl co może pomyśleć o Tobie facet, który widzi, że mimo szansy na pojednanie w Domu, nie doprowadzasz spraw do końca i angażujesz się w coś nowego. Takie pytania i wątpliwości będą się tliły w nowym związku jak już kurz osiądzie, a nie daj boże pojawi się w nim jakiś kryzys. On nie będzie pewien kobiety, bo ?kurcze, w sumie nie robiłem tak wiele, a szansę dostałem?, kobieta ? ?hmm, skoro mnie omamił, kiedy byłam jeszcze w związku, to pewnie stać go na kolejny taki wyskok?... Dużo zdrowszym jest być i trwać z boku, dbać o dobry stan psychiczny współprzyjaciela, a nie ingerować w mające jakiekolwiek szanse na odbudowę związki (przy okazji, bo nie pamiętam czy wspominałaś o tym ? czy przyjaciel jest w jakimś związku?). A w sytuacji, kiedy w małżeństwie ostatecznie nie wyjdzie i wypalą się już wszelkie dobre emocje, bo obojgu zabraknie już drew do podsycania domowego ogniska, to wtedy można spróbować kogoś uszczęśliwiać swoją osobą. Ja wychodzę właśnie z takiego założenia, a Tobie życzę cierpliwości i bacznej obserwacji wszystkiego wokoło oraz sugeruję ? jak gdzieś tu na forum ktoś kiedyś pisał ? daj czasowi czas, Foczko. Na cokolwiek, co ma się wydarzyć w Waszym życiu. Trzymaj się!
Pisalas ze maz nie umial Ci pomoc.
A robil cos aby umiec ???
Nigdzie o tym nie wspominasz nawet.
Miałam w sobie tyle negatywnych emocji, że każdą pomoc odrzucałam już na początku - nie argumentując inaczej niż
"nie, bo nie".
Proponował terapię dla Nas, dla mnie - załatwił jedną i drugą, nie poszłam.
Chciał rozmawiać - chciałam i ja wszystko przegadać, mimo mojego chcenia wiedza o zdradzie doprowadzała mnie do szewskiej pasji.
Odpowiadaj na wszystkie pytania - gwóźdź do trumny, dosłownie...
Potrzebowałam czasu na poukładanie sobie.
Dziś już nawet rozmawiać mi się o tym nie chce
.
Miałam w sobie tyle negatywnych emocji, że każdą pomoc odrzucałam już na początku - nie argumentując inaczej niż
"nie, bo nie".
Proponował terapię dla Nas, dla mnie - załatwił jedną i drugą, nie poszłam.
Chciał rozmawiać - chciałam i ja wszystko przegadać, mimo mojego chcenia wiedza o zdradzie doprowadzała mnie do szewskiej pasji.
Odpowiadaj na wszystkie pytania - gwóźdź do trumny, dosłownie...Potrzebowałam czasu na poukładanie sobie.
Dziś już nawet rozmawiać mi się o tym nie chce.
No proszę, jesteś idealnym uosobieniem powiedzenia, że "kobieta zmienną jest". Zwrot totalny - o 180 stopni, no, może 179
.
Mam nadzieję, że nie każda z Was potrafi zafundować taką huśtawkę, no chyba, że w dobrą stronę... Pozdrawiam, Smallangel!
Wszystkim współautorkom i bohaterkom, jakie przewinęły się przy okazji redagowania mojego wątku ? z okazji Dnia Kobiet, życzę zdrowia oraz powodzenia w relacjach z partnerami od zaraz, żebyście nie musiały tracić energii i życia, jak ja, na realizację marzeń o nowych, szczęśliwych związkach... ![]()