Hej. Jestem tu nowa. Postanowiłam poszukać forum dla kobiet, bo mam problem, którym nie mam się z kim podzielić...
Otóż od prawie roku jestem w związku. On jest ode mnie trochę starszy (ja 26 lat, on 29). Poznaliśmy się w pracy, ale w tej chwili już nie pracujemy w jednej firmie, bo on zmienił pracę. Długo byłam sama, mocno przeżyłam rozstanie z poprzednim facetem (zdradził mnie i zostawił), więc cieszyłam się, jak w końcu udało mi się znaleźć faceta (latka lecą, nie ma czasu do stracenia;). Z Marcinem układa nam się ogólnie dobrze, rzadko się kłócimy. Nie mieszkamy jeszcze razem, a ze względu na nadmiar pracy i innych zajęć, widujemy się raz, max 2 razy w tygodniu. Problem polega na tym, że jestem w związku od kilku miesięcy, a czuję się jak...... po 30 latach małżeństwa!! Największą "pasją" mojego faceta jest siedzenie w kapciach przed tv. A szczerze mówiąc, to on chyba w ogólnie nie ma żadnej pasji, żadnego hobby. Ja mam sporo zainteresowań, ale on niestety ich nie podziela. Nie mogę go namówić, byśmy np. pojechali na wycieczkę rowerową itp. On jest po prostu strasznie przeciętny, wręcz.... nudny... Przeraża mnie to, bo mam dopiero 26 lat i chciałabym w życiu jeszcze coś przeżyć, za wcześnie na gnicie przed telewizorem!! Boję się umrzeć z nudów... On jest tak mało romantyczny.. Nie kupuje mi kwiatów, nigdy nie mówi do mnie słodko, typu "Kochanie". Przez ten prawie rok związku nigdy, przenigdy nie powiedział mi, że mnie kocha!! Wiem, że kocha, bo to pokazuje, ale brakuje mi tej czułości, słodkości.. Jak gdzieś wychodzimy, to bardzo staram się zrobić się na bóstwo, by mu się podobać, a on tymczasem nigdy tego nie zauważa, nie mówi mi w ogóle komplementów. Nie warto się dla niego starać ładnie wyglądać... W łóżku niestety też jest mało spontaniczny, wszelką inicjatywę pozostawia mnie. I nie tylko w łóżku - 99% tego, co wspólnie robimy, to są moje pomysły, moja inicjatywa. Gdybym zdała się na niego - siedzielibyśmy tylko przed tv... Nie przedstawił mnie jeszcze swoim rodzicom... Męczy mnie to, chciałabym, żeby był bardziej romantyczny, spontaniczny, kreatywny... Żal mi się robi, jak porównuję go z moimi kolegami i widzę jak oni traktują swoje dziewczyny, albo jak go porównuję ze swoim byłym chłopakiem... On się po prostu w ogóle nie stara. Uważa, że skoro już ma dziewczynę, to nie musi (szczerze mówiąc to zanim byliśmy razem też się nie starał, to ja mu się "pchałam w ramiona"). Nie zrozumcie mnie źle. Możecie pomyśleć, że on wcale nie chce ze mną być i dlatego mu nie zależy. Wiem, że mu zależy, chce spędzać wspólnie ze mną czas, jak się nie widzimy, to pisze mi smsy, że tęskni itp. Bardzo mnie też szanuje, jest dobrze wychowany. Jest dżentelmenem - gdziekolwiek byśmy nie poszli, zawsze nalega, żeby zapłacić (aż się nieraz muszę z nim kłócić, że tym razem ja zapłacę). Chciałby się ze mną spotykać, ale niestety nie podejmie żadnego wysiłku, by te spotkania były ciekawe. Oglądanie filmu na kapanie i przytulanie się, a potem seks mu w zupełności wystarczą. Jakiś czas temu mieliśmy poważną rozmowę na ten temat, wylałam mu wszystkie żale, te co teraz tutaj na forum, ale podziałało tylko w niewielkim stopniu i tylko na krótko... Czuję, że mój związek jest strasznie nudny, a spodziewam się, że niestety z upływem czasu będzie się to tylko pogarszało... Z zazdrością patrzę na pary, które są ze sobą od kilku lat, a ich miłość kwitnie... No i właśnie ponieważ ten związek jest taki przyziemny i nudny, pojawia się drugi problem... A mianowicie:
U mnie w pracy jest jeden chłopak, który mi się bardzo bardzo podoba. W sumie, to podoba mi się chyba wyłącznie z powodu wyglądu, no i tego, że mnie w jakiś sposób wyróżnia - nigdy nie przejdzie obok mnie obojętnie, zawsze zagada itp., nie tak jak wobec innych dziewczyn. Wiem, że te dwie "zalety", to za mało, ale mimo wszystko nie potrafię przestać o nim myśleć i się coraz bardziej nakręcam. Kręcę się po korytarzu, żeby przechodzić częściej koło jego biurka i na niego spojrzeć, szukam możliwości pogadania z nim na jakikolwiek temat, nawet o pogodzie itp. Nie mogę się doczekać imprezy firmowej, aby móc z nim zatańczyć, ciągle wspominam, jak na poprzedniej imprezie natapiałam się w tańcu w jego ramionach... Wiem, że to głupie i dziecinne. Zdaję sobie sprawę, że ta cała sytuacja jest bez sensu - ja mam chłopaka, który daje mi jakieś szanse na ułożenie sobie życia, a nie tylko życie od imprezy to imprezy, jestem w stabilnym związku. On ma dziewczynę. Narażanie swojego ustabilizowanego związku po to, by przeżyć coś z kolegą z pracy byłoby bez sensu - ja bym mogła stracić chłopaka, a on by pewnie od dziewczyny i tak nie odszedł. Nie wiem w ogóle, czy on by chciał cokolwiek ze mną, pewnie jego zachowanie wobec mnie to tylko flirt i nic więcej. Poza tym wszyscy moim znajomi znają mojego faceta, więc zabiliby mnie, gdybym go skrzywdziła... Nie warto ryzykować utraty związku, którego przez tyle lat mi brakowało.. Wiem, że należy sobie odpuścić, skupić się na swoim związku, a nie fantazjować o koledze z pracy, śnić o nim po nocach i się coraz bardziej nakręcać. Ale nie potrafię...
Macie dla mnie jakąś radę? Jak mam sobie poradzić z beznadziejną fascynacją wobec kolegi z pracy? Jak "zintensyfikować" działania mojego faceta?...