Witajcie dziewczyny i te "nowe" i te "stare" na tym wątku jakimś przedziwnym, ciągnącym się od dawna....Miło jak ktoś tu zagląda i pomaga dobrym, obiektywnym słowem. Nie miałam ostatnio możliwości tu za dużo pisać-za dużo pracy zwaliło mi się na głowę no i domowe obowiązki i moje zadania domowe z pracy. Ale póki co jestem:)
Dziękuję TYLKOmnieKOchaj za ciepłe słowa kilka postów wstecz, miło to czytać. Pisz jak u Ciebie?!
Mery Lu-nikt się tu nie obrazi, przynajmniej ja. Masz wiele racji w tym co piszesz o związkach małżeńskich. Piszesz o mnie i o moim mężu prawdę. Wszystko się zgadza. On ma taki charakter a nie inny i to się już nigdy nie zmieni. Piszesz, że u Ciebie kolejny kryzys wkradł się w życie, myślę, że u mnie w małżeństwie będzie bardzo podobnie. Teraz akurat od jakiś 3 tygodni wszystko u nas gra. Powiedziałabym, że jest nawet sielankowo. Mąż nie pracuje, ale zajmuje się domem, kiedy ja chodzę do pracy:sprząta, gotuje, odprowadza córkę do szkoły, jest miły i taki jak kiedyś.Co mnie nadal niepokoi to wieczorne popijanie-to piwa, to drinka...
Czasem myślę nad tym, że ludzie na bank dobierają się na zasadzie przeciwieństw. U mnie jak zauważyłaś Mery Lu-ja jestem raczej jak Twój mąż, a Ty jak mój mąż. Nie neguję tego w żaden sposób, bo tak jak piszesz -są różni ludzie i różne charaktery. Ja zaczęłam pracować nad sobą, staram się w każdym razie pokazywać co do męża czuję i widzę, że on to widzi i czuje. Myślałam wiele razy, żeby to urwać-jak piszesz, skończyć raz na zawsze, ale myślę, że to byłoby najłatwiejsze. Nie miałam dotąd tyle siły (no może raz, gdy go spakowałam), żeby znów przerwać ten związek. Widziałam jak córka się cieszy, że on tu jest, że jest dobrym tatą i jak nie popada w swój egocentryzm to jest na prawdę ok. Wiem także, że nie dopuszczę do tego, aby córka cierpiała przez nas. Ona zawsze widziała nas w dobrych relacjach (póki nie rozstaliśmy się na te 1,5 roku). Dopiero teraz jak wrócił do domu, przeżyła stres związany z naszymi kłótniami i nie tylko. Wiem, że nie chcę już nigdy dopuścić do tego co widziała, bo to jest na prawdę straszne przeżycie dla dziecka, które jeszcze nie pojmuje pewnych spraw. A Ty Mery Lu- będziesz się starać, będziesz ratować to wszystko? Myślę, że mąż powinien w tej sytuacji podjąć może jakieś radykalne zmiany w sobie. Choć nie jest to łatwe dla realisty.
U mnie póki co będzie pewnie raz na wozie raz pod nim.
Pozdrawiam Was Kochane:-)