żanetka napisał/a:Stokrotko pewnie myślisz,że znów nie potrzebnie mieszam niektórym osobą w głowach.Ale wiesz tak sobie pomyślałam,że gdybym nie wiedziała,że mam boreliozę i że coś takiego istnieje,leczyła bym się dalej na nerwice,bez żadnej poprawy,więc ''mieszając''niektórym tutaj w głowach może jednak komuś pomogę.
Może tak, a może nie. Odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo chorób, które chodzą po ludziach jest tyle, co gwiazd na niebie. Miej jednak świadomość, że Twoje słowa mogą być, jak miecz obosieczny: możesz bardzo pomóc, ale możesz też bardzo zaszkodzić. Czemu? Wyjaśniłam poprzednio, ale najwyraźniej trudno Ci to zrozumieć. I ? jak już wcześniej wspomniałam ? nie chodzi o to, żeby się nie badać. Chodzi bardziej o to, że ludzie z nerwicą mają często zaburzony obraz rzeczywistości. Trudno im zachować balans między emocjami, a zdrowym rozsądkiem. Są przeczuleni na punkcie swojego zdrowia. W tym kontekście Twoje słowa o boreliozie wywołują silny niepokój.
żanetka napisał/a:Niedawno jedna pani doktór powiedziała mi,że jest bardzo dużo osób,które leczą się na nerwicę a mają zupełnie coś innego.A pani zakaźnik u której byłam 2 tyg temu powiedziała,że nerwica powinna być stwierdzana na samym końcu,po wykluczeniu wszystkich innych chorób,i do tego nie wystarczy zrobienie morfologi,czy tomograf.
Nie wiem czemu, ale mam nieodparte wrażenie, że słuchasz ludzi (tudzież autorytetów), którzy powiedzą Ci dokładnie to, co chcesz usłyszeć. Jeśli mówią coś innego ? to są konowałami. Poza tym jesteś bardzo skupiona na sobie i swojej dolegliwości. Rozumiem, że szukasz tutaj zrozumienia, albo osoby, która byłaby po podobnych przejściach. Czemu więc nie założysz osobnego wątku? Na pewno odkryłoby go wielu chorych na boreliozę.
Jakkolwiek nie zrobisz to chcę, żebyś wiedziała jedno: rozumiem Twoje cierpienie. Poczytałam trochę o boreliozie i opowieści ludzi są naprawdę wstrząsające. Taka choroba nie leczy się łatwo i po drodze rujnuje wszystko, łącznie z psychiką. Moje rady w tym wątku są dla każdego, nie tylko dla ludzi z nerwicą. Treningi relaksacji, czy autoterapii są pomocne w zmaganiach z różnymi dolegliwościami. Nawet ludzie zupełnie zdrowi, ale np. zestresowani pracą lub w chwilowych ?dołkach psychicznych? mogą sobie pomóc tymi sposobami.
Żanetko: na koniec chciałam zacytować tu dość długi, ale bardzo wymowny fragment kobiety, która podobnie jak Ty przeszła piekło boreliozy i w jaki sposób nauczyła się z nią żyć. Uważam, że Nerwusy też mogą odnaleźć w tej historii część siebie.
?Pamiętam, jak pewnego dnia mąż zaproponował, byśmy poszli wieczorem ze znajomymi na piwo. Ot, tak, żeby posiedzieć i pogadać po prostu. Miałam wtedy dość ciężki dzień w pracy. Czułam się źle - obolała i zmęczona... Marzyłam tylko o tym, by położyć się do łóżka i spać. Pamiętam doskonale, jak stracił wtedy cierpliwość i powiedział mi, że ma dość.
"Wczoraj nie, dzisiaj nie, jutro też nie... W takim razie, KIEDY? Kiedy zamierzasz się poczuć lepiej? Od tylu lat codziennie słyszę tylko to, że Ty się źle czujesz. Czy my nie możemy mieć NORMALNEGO życia? Takiego, jak inni ludzie w naszym wieku? Nie możemy czasem pójść do kina, na spacer, pojechać gdzieś, zrobić cokolwiek poza siedzeniem w domu i jęczeniem? Mam już serdecznie dość patrzenia na Twoją skrzywioną minę. Nie chcę już dłużej słuchać tego, że Cię wiecznie wszystko boli. Chcę mieć normalne życie, słyszysz? NORMALNE!" I wyszedł wściekły, trzaskając drzwiami.
To był dzień, w którym zrozumiałam, że świat nie jest zainteresowany tym, co się ze mną dzieje. Nie obchodzi go to, przez co przechodzę, co czuję. Moje samopoczucie i to, co z nim zrobię, to nie jest problem świata, a mój problem. Świat (i mąż też) chce mnie widzieć zdrową, uśmiechniętą, zadowoloną z życia, szczęśliwą. Kto by chciał żyć z wieczną cierpiętnicą, która nic nie robi, tylko ciągle jęczy i narzeka? Można to wytrzymać tydzień, miesiąc, rok. Ale to trwało prawie dziesięć lat! Nawet anioły (a mój mąż jest aniołem) mają granice swojej cierpliwości. Tego dnia zrozumiałam, że świat mi nie pomoże, i że muszę poradzić sobie sama.
Czułam, że go tracę. Czułam, że on ma dość życia z kaleką. Że jest u kresu wytrzymałości. Musiałam zrobić coś, by odkręcić jakoś to wszystko. Ale nie bardzo wiedziałam, co? Wiedziałam natomiast, że jeśli nie zrobię niczego, to pewnego dnia on po prostu odejdzie. Tak bardzo go kochałam. Nie chciałam go stracić.
Co zrobiłam? Przede wszystkim, przestałam się sama nad sobą rozczulać. Powiedziałam sobie: "Trudno. Jest jak jest i lepiej nie będzie. Dość tego biadolenia. To przecież niczego nie zmieni. Do roboty!"
Nauczyłam się żyć z uśmiechem na ustach ignorując ten ciągły ból i zmęczenie. Wylazłam ze swojej skorupy i zaczęłam się skupiać na innych ludziach i sprawach, a nie tylko na sobie samej i swoim żałosnym losie. Nauczyłam się widzieć piękno tam, gdzie wcześniej niczego pięknego nie udawało mi się zobaczyć. Nauczyłam się widzieć pozytywy tam, gdzie wcześniej widziałam tylko negatywy. Pokonywałam kolejne granice swoich słabości, ułomności. Stawiałam sobie konkretne cele i starałam się je realizować.
Zaczęłam od naprawdę małych rzeczy. Każdy umyty talerz, odstawiony na suszarkę, to był sukces. Nastawione pranie - sukces. Ugotowany obiad - sukces. Wyprasowana koszula - sukces. Seks wieczorem - sukces.
Stawałam się "kobietą sukcesu". Robiłam wszystko, żeby nie myśleć ani o swoim bólu, ani o zmęczeniu. Zaczęłam żyć pełną piersią i, o dziwo, choroba, w żaden sposób nie leczona farmakologicznie, zaczęła się powoli sama wycofywać. Ustępowały kolejno wszystkie objawy. Wróciłam z do świata żywych. To było jak powrót z piekła. Znów mogłam robić wszystko to, co zdrowi ludzie - biegać, skakać, tańczyć, pracować, zajmować się domem. Czułam się trochę tak, jakbym zmartwychwstała. Niewiarygodne, jak wtedy smakuje życie...?
Pozdrawiam