Moi Drodzy,jestem tutaj nowa. Siedzę na tym wątku już ponad godzinę i czytam... czytam... i czuję się trochę mniej samotna. Tak wiele osób przeżywa podobne rzeczy do mnie!
Opowiem w skrócie moją historię.
Mam nerwicę jak większość tu obecnych. Mam ją pewnie od bardzo dawna, jednak od ponad roku niemal paraliżuje ona moje życie. Została zdiagnozowana w lutym, kiedy poszłam do psychiatry. Od tego czasu chodzę na psychoterapię raz w tygodniu. Bywa lepiej lub gorzej. Bronię się przed lekami, póki co ich nie brałam (tylko ziołowe). Ostatnio od kilku dni mam nowy, poważny kryzys. Zanim przeczytałam to wszystko, co tu piszecie, miałam wrażenie, że stoję w miejscu, a właściwie że to wszystko co dotąd zrobiłam (psychoterapia, relaksacje, przełamywanie się i wychodzenie z domu), nie przyniosło żadnych efektów, i że właściwie to muszę zacząć od początku. Ale czytam, że nie tylko ja mam takie odczucia i że to, iż dolegliwości wracają, jest normalne. I jeszcze że proces powrotu do zdrowia jest o wiele dłuższy niż myślałam.
Moim dużym problemem jest to, że u mnie nerwica objawia się konkretnymi dolegliwościami fizycznymi, które bardzo utrudniają mi wykonywanie mojego zawodu, który jest jednocześnie moją największą pasją. Dolegliwości te wyraźnie obniżają jakość tego co robię. Póki co jest to zamknięte koło, bo kiedy tylko zaczynam czuć się lepiej i wracam do aktywności zawodowej, oprócz pewnej dozy satysfakcji przynosi to frustrację, gdyż nie robię tego tak jak dawniej, ani tak jak bym chciała. Psycholog w moich dolegliwościach widzi książkowe objawy nerwicy. Aż tak bardzo jednak mnie to nie pociesza...
Poza tym specyficznym objawem, mam wiele innych o których tu piszecie. Problem ze snem - budzę się wcześnie, z lękiem, roztrzęsiona, bez chęci robienia czegokolwiek. Poranne biegunki, mdłości, duszności, ucisk w gardle. Lęk przed wyzwaniami, strach przed każdym drobnym problemem.
W każdym razie cieszę się, że znalazłam taki wątek i że jest tu trochę osób, które być może zrozumieją to, czego nie rozumieją ludzie wokół mnie... oprócz mego kochanego męża, który robi co może, żeby mi pomóc.
Czytając to, co piszecie, widzę, że nie jestem sama :-)
Pozdrawiam wszystkich!