netkobietyWszystkie działy
Stres, lęk, nerwica, depresja

Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

2 983 odpowiedzi750 499 wyświetleńzałożony przez Stokrotka84, 27.09.2012

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!

Jeśli przeżywasz kryzys, porozmawiaj z kimś od razu: Telefon zaufania dla dorosłych 116 123, w nagłym zagrożeniu 112. Wypowiedzi na forum nie zastępują pomocy specjalisty.


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Strony Poprzednia 1 … 23 24 25 26 27 … 46 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 561 do 1 625 z 2 984 ]

1 561

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hello, Sluuu, agresja o dziwo powodowała, że nie pojawiały się lęki. Kiedy zaś nie było adrenaliny, przychodziły lęki. Organizm prawdopodobnie przyzwyczaił się do wysokiego poziomu stresu, a kiedy go nie było w pracy - a przez jakiś czas żyłam w dużym stresie - pojawiała się agresja. Na mojej pierwszej terapii nauczyłam się jak kontrolować poziom stresu i im było go mniej, tym mniej było agresji, jednak pojawiały się bardzo często lęki, więc musiałam się nauczyć radzić z nimi. Po 2,5 roku intensywnej terapii początkowo indywidualnej a później grupowej ( 3 godziny w tygodniu) udało mi się znaleźć równowagę.  Po 10 latach sytuacja się powtórzyła, tylko tym razem okazało się, że całą agresję kieruję przeciwko sobie, nie pozwalam sobie na jej ujście, a mam jej tak dużo, że sama się zatrułam. I teraz znowu uczę się z nią radzić, bo okazuje się że to jedna z głównych przyczyn mojej choroby. To tak w skrócie ...
Fajnie, że zdecydowałaś się na zrobienie tego oddzielnego wejścia. Zazwyczaj sami wiemy co dla nas dobre tylko nie zawsze jesteśmy w stanie sobie zaufać! Nie znalazłam lusterka, więc kupiłam nowe, ale znalazłam taniego lakiernika który mi je pomaluje, zawsze coś, a przynajmniej próbowałam... pozdrawiam ciepło

1 562

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej wszystkim jestem strasznie zestresowane   idę we wtorek na badanie do proktologa ehh co za życie

1 563

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Cześć...pozdrawiam.

1 564

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

8888- No tak, jak sobie przypominam czas sprzed wybuchu nerwicy to miałam takie stany złości. Wtedy zazwyczaj miałam pretensję do partnera, o rzeczy które gdzieś tam leżały na serduchu, no ale nie agresywnie na niego siadałam tylko raczej objawiało się moim grymasem. Najgorsze zawsze były niedziele- ;-P. Pierwszy raz agresję zaczęłam czuć na lekach i nie wiem bardzo jak sobie z nią radzić, choć wiem że nie wynika ona z mojej złości tylko z jakiś dziwnych atrakcji neuroprzekaźników.
Bożenko- moja koleżanka była ostatnio na kolanoskopii i powiedziała ze więcej stresu niż to warte, wiec będzie dobrze. Najważniejsze by wyniki wyszły dobre.

Ja całkiem nieźle sobie radzę ostatnio, ale to pewnie zasługa zejścia o kolejne 5mg z paro, jak ja bym chciała żeby stany odstawienie utrzymywały się w nieskończoność.

1 565

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

hejka...cieplutko pozdrawiam.Wypogadza się,to dobrze.Buziaki....

1 566

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

cześć dziewczynki.
Ja dzięki Bogu nigdy nie miałam napadów agresji, nie wyżywałam się na nikim. W moich atakach strachu, paniki towarzyszył mi lęk, osłabienie.Od paru dni czuję się troszkę lepiej jeżeli chodzi o poranne wstawanie. Nie mam takiego łomotania serducha. Cieszę się i mam nadzieję,że dam radę wytrzymać dłużej taki stan. Słońce świeci, dzień piękny i prawie weekend. Pozdrawiam Was wszystkie.

1 567

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Nerwica lękowa - kiedy lekarz postawił diagnozę nie dotarła ona do mnie. Minęło 5 lat i mogę powiedzieć, Ze ją pokonałam - sama. Tak sama. Gdy padła diagnoza szybko poszłam ns psychoterapię. Brałam leki i obserwowałam siebie. doszłam do odkrywczego wniosku, że mogę zapanować nad moimi zachowaniami. Na trzeciej wizycie powiedziałam to lekarzowi, a on stwierdził, że jestem prawie zdrowa.Jaka to była radość. pamiętam ten słoneczny dzień i moją radość. A to tak naprawdę był początek. Długie 4 lata przeżywałam lęki: nie mogłam stać w kolejce bo bałam się że upadnę, budziłam sie rano i dopadał mnie On. do południa z nim walczyłam. Ale cały czas obserwowałam siebie i uczyłam się jak go okiełznać. Nie brałam żadnych leków. Duże wsparcie dała mi koleżanka, która tez przez to przechodzi. Jak dobrze, że Ją mam. Ona mówi to samo o mnie. Podsuwałyśmy sobie ksiązki, ktore pozwoliły nam zrozumieć skad wzieła się nerwica, razem chodzimy, aby rozchodzić nasze leki i pomagamy w trudnych chwilach. Wiem jedno, ze człowiek sam tworzy je w swojej głowie i jest w stanie sam je pokonać. Jestem tego przykładem.Życzę wszystkim osobom, które walczą z nerwicami zwycięstwa. Życie może być takie piękne!

1 568

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej dziewczyny jak wasze zdrówka ja mam grype masakra Zosia -ja mam lęk mimo brania tabletek nie zawsze ale mam czasem nie daję rady co najlepiej robic może cos poradzisz pozdrawiam

1 569 Ostatnio edytowany przez michifu (2014-03-22 23:32:35)

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Nic mi się nie chcę. Jestem przerażona zmianą czasu - jak ja zwlekę się z łóżka tak wcześnie?! Po dniu zakupów padam z nóg.
I tak myślę... Mam się uczyć, powinnam się uczyć. Niby mam czas, ale nie umiem się za to porządnie zabrać. W pracy jestem 3 razy w tygodniu, ale od rana do wieczora. Pozostają 4 dni, w tym 2 to weekend. W ciągu tygodnia muszę iść na zakupy, poprać, poprasować, posprzątać i pogotować, a dopiero potem siadam do nauki, o ile czasu mi starczy. W weekend chcemy posiedzieć razem z chłopakiem, bo on jest zawsze zajęty i to jedyna okazja (mimo że mieszkamy razem). I jak zawalę ten egzamin, utknę na cały kolejny rok. A jak nie będę pracować to będę miała mniej na życie, lekcje i przyjemności. Co powinnam zrobić? Ostatnio nawet nie jest tak źle, aż tak bardzo się nie stresuję i krzywda mi się nie dzieje (poza robotami, które nie są do końca lekkie i wszystko mnie potem boli), głupich komentarzy nie doświadczam. Zostać, nie mieć czasu, nie uczyć się wystarczająco dużo i ryzykować oblaniem egzaminu czy odejść, narazić się na gniew szefa, nie mieć tyle pieniędzy, ale mieć czas na siebie, dom i naukę? Co by było lepsze? Może któraś mi poradzi? Ja nie potrafię podejmować takich decyzji. Pewnie sama być została, nie zdała egzaminu i żałowała, że nie odeszłam... Nie wiem, co robić.
Czuję się winna, że się nie uczę. Jak zrezygnuję, będę czuć się winna,że zrezygnowałam. Czy to moja wina, że nie potrafię robić tych dwóch rzeczy na raz?

1 570

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam po przerwie smile od dwoch dni chcialam napisac i przylapalam sie na mysleniu 'odpiszesz, jak zjesz/wrocisz/dokonczysz rozdzial/pomedytujesz/zrobisz to czy tamto' wiec pisze odtracsjac wymowki, a latwo nie jest, bo wczoraj znow wpalam w panike, zadzwonilam do mojego taty, zebym nie byla sama i teraz czue sie beznadziejnie. Mam do siebie zal, zlosc, ze nie poradzilam sobie sama albo nie znalazlam kogos,komu moglabym zaufac - moj tata chyba nie jest do konca odpowiednia osoba, bo nie czulabym teraz wstydu orzed nim (jak siebie znam)

Michifu, decyzje i tak podejmiesz Ty, ale ja bym chyba zrezygnowala. Odnosze wrazenie (moze mylne) xe praca to Twoj najwiekszy stresor..

Sluu, trzymam kciuki za oddzielne wejscie smile kibicuje Twojemu aktualnemu stanowi!

Bozenka, bede o Tobie myslala we wtorek, tyz trzymam kciuki wink

8888, pytalas o moje ubezpieczenie. Slyszalam o tym, sprawdzalam, ale podobno musialabym nie byc nigdzie zameldowana (a jestem w domu rodzinnym) i to i tak nie gwarantowaloby powodzenia. Ale powiem Wam tak: pomoc fundamentalna musze zapewnic sobie sama, a ubezpieczenie w koncu dostane. Teraz nie chce sie tym przejmowac, spokojnie szukam stalej pracy, bo w tej chwili to jedyne co moge najlepszego dla siebie zrobic.

Dumna, ze dzielnie wrocilam, przynajmniej tu sie nie wsydze tongue

1 571

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Buziaczki dla wszystkich...Pozdrawiam.

1 572

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

michifu- Bardzo często jest tak, że wszystkie decyzje zdają się mieć jakieś drugie dno. Myślę, że oba wyjścia są dobre. Chodzi tu raczej o Twoje nastawienie, (mam tak samo), za dużo od siebie wymagasz. Jak popracujesz nad samooceną to żadne gadki Twojego szefa nie wyprowadzą Cię z równowagi, ale jeśli Tobie ta praca nie pasuje to warto podejść do egzaminu. Nie kalkuluj swojej przyszłości o reakcje innych (złość szefa), tylko o to czy praca Ci odpowiada (lubię to robić, czy nie?)

Ja od dwóch dni trochę gorzej, oczywiście spadek nastroju. Siostra jest na tym samym leku, a ma cały czas lajcik, a mnie tak kręci raz w górę raz w dół. Zazdroszczę jej trochę, ale wiem że w tej chorobie, nie ma żadnych zasad. Ja mam swój plan i tego będę się trzymać, a inne rzeczy z czasem też rozplanuje, jak to mówią nie od razu Rzym zbudowano.

Mój plan- oddzielne wejście, hydraulika, kupno pralki, zmiana samochodu, rozwój mojej tanecznej pasji. To jest osiągalny plan krótkookresowy.

Mój wstępny plan długookresowy: posprzątanie moich emocji (ex partner), przerobienie choroby na psychoterapii, odstawienie leków.

Moje marzenia: stworzyć zdrowy związek, gdzie ja będę szanować i będę szanowana, później jedno pocieszne maleństwo może dwa ;-)))

Jakie WY macie plany?

1 573

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

I mam zmartwienia. Przy tej mojej chorobie jeszcze i to.........
Moja córcia jechała samochodem powyżej 3,5 ton włączyła wiaToll, który naliczył tylko za parę bramek a za resztę nie. Przyszło z transportu drogowego że musi zgłosić kierowcę który kierował samochodem. Okazuje się że każda bramka nie zapłacona to kara 3 tys. za jedną bramkę.Suma do zapłacenia horrendalna, bo to jest 17 bramek.A ponoć Inspektorat drogowy nie przyjmuje do wiadomości , że mogło nawalić urządzenie,np. zawiesić się. Piszemy odwołanie i wyjaśnienie, zobaczymy czy da się to jakoś wyjaśnić i wyprostować. Chcesz być uczciwym, to mimo to i tak dostajesz po dupie.
Druga sprawa, która mnie zupełnie doprowadziła do złego samopoczucia to mój mąż. On nie pije , tylko okazjonalnie, a w sobotę stało się coś co mnie zdruzgotało. Wypił parę kieliszków i to rozłożonych w czasie, przyszedł wesoły i tak pijany jakby wypił co najmniej pół litra sam i to od razu. Pożartował , rozbrykał się. Nagle położył się na podłodze i zastygł. Oczy wpatrzone w sufit , nieruchoma twarz , brak reakcji źrenic. Córka nasza wpadła w histerię, ja zaczęłam wołać go po imieniu i bić po twarzy, zero reakcji. Dopiero opryskanie go wodą przywróciło mu świadomość. Dziewczyny i co się stało.Bywały takie imprezy typu wesela że wypił naprawdę dużo i wszystko było ok, Pytałam tych którzy z nim wypili , ile było tego alkoholu i obaj panowie potwierdzili, że to było niewiele i faktycznie im nic nie było, widziałam ich i rozmawiałam.Ledwie podniosłyśmy go z córką z tej podłogi, nie mógł się utrzymać na nogach.Do dziś nie mogę dojść do siebie. Widzę te jego znieruchomiałe oczy i sztywną twarz. Potem gdy doszedł do siebie czuł się dobrze i mówił że może to dlatego że był głodny a pomiędzy kieliszkami zjadł trochę chałwy ( bo tak mu się zachciało ). Zmierzyłam mu ciśnienie , było prawidłowe , nic go nie bolało, jedynie co po tym oprzytomnieniu zrobił to zwymiotował, właśnie chałwą. Boję się o niego, jesteśmy razem tyle lat, kochamy się bardzo. Nie chce iść do lekarza , a ja zastanawiam się co to mogło być?. Czy aby jakieś nie udarowe rzeczy. Zbyt długo znam mojego męża , aby to zlekceważyć. Może znacie jakieś przypadki o podobnych objawach?Chciałabym się uspokoić że to tylko zatrucie było.

1 574

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

berenika51- spokojnie, to pewnie był alkohol. Zjadł mało to go położyła mniejsza ilość alkoholu. Jak na trzeźwo będzie się coś działo to wtedy lekarz.
co do bramek, myślę że dacie radę im to wyjaśnić, trzymam za to kciuki.

1 575

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

sluuu- dziękuję Ci bardzo , mam nadzieję że te wszystkie sprawy jakoś poukładają się i wyjaśnią, bo jak to w naszej chorobie , my nie potrzebujemy żadnych sensacji. Wszystko musi być poukładane, bo inaczej trudno jest się poskładać samemu,
Dobrze Sluuu ,, że zdecydowałaś się na oddzielne wejście, to lepsze rozwiązanie dla Ciebie, być samodzielną to jest to.

1 576

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

trochę indywidualności w końcu będzie, choć wciąż dom przy rodzinie. Tak czy siak już sporo zainwestowane, wiec szkoda to tak zostawić i znowu od początku.

1 577

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

michifu-  ja tak jak  ewcia i sluuu uważam że to praca jest dla Ciebie dużym stresem. Obecnie mam pracę z której jestem bardzo zadowolona, ale był czas kiedy już w niedzielę rano płakałam że muszę iść do pracy w poniedziałek. Nie ma nic gorszego jak wredny szef i tacy sami współpracownicy. Tak więc radziłabym Ci zmienić pracę i wtedy zobaczysz inny świat, bo dobra atmosfera w pracy to podstawa zdrowia psychicznego. Ja to wiem. Teraz chcę i lubię przychodzić do pracy.

1 578

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

No atmosfera w pracy jest bardzo ważna, a to w szczególności dla nas. Ja też mam spoko, wiadomo czasami jest jakaś wymiana zdań, ale na zasadzie konstruktywnej krytyki a nie emocjonalnych docinek.

1 579

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Dziękuję Wam wszystkim za odpowiedzi! Ja się tak strasznie martwię, ale na szczęście jest ktoś tam po drugiej stronie. Dziękuję!

ewa118 - zgadza się, praca to mój największy stresor. Zawsze o tym myślę, zawsze, zawsze zawsze. Dzień przed już się boję, noc przed nie umiem spać. Zależy co mam do zrobienia, to martwię się mniej lub bardziej. Ostatnio jest lepiej, ale to nie oznacza, że zawsze lepiej zostanie...

sluuu - moje nastawienie pozostawia wiele do życzenia... Tylko czasem już nie wiem, czy ja się boję, bo mam powód, czy to tylko jest w mojej głowie. Do egzaminu podejść muszę. Tak naprawdę, jeśli chcę tu zostać i "wyjść na ludzi", muszę się uczyć, znać język doskonale, zdać egzamin, podjąć studia czy lepszą pracę. Co do Twoich leków... Z doświadczenia wiem, że niektóre leki powodują takie huśtawki, jeśli masz niedobór witamin itd. Mi pomogło branie tranu (ale takiego z wyższej półki) i bardzo mi się poprawiło. Może czegoś Ci brakuje, typu magnez, cynk? Bardzo się cieszę, że budujesz oddzielne wejście. Samodzielność jest konieczna. I gratuluję planu! Jakikolwiek plan z jakimkolwiek poglądem na przyszłość jest lepszy niż dryfowanie i bierne czekanie.

berenika51 - cieszę się, że u Ciebie z pracą wyszło. A jak przeszłaś zmianę? Miałaś dodatkowe dolegliwości z powodu odejścia, stresu, szukania nowej pracy? Co do viaToll. Piszcie odwołania, pewnie przyda się jakaś opinia eksperta, że urządzenie rzeczywiście nawaliło. I wydaje mi się, że to nie pierwszy raz w historii tego systemu, że coś się psuje... Twój mąż pewnie nie zjadł wystarczająco i dlatego tak szybko go "uderzyło". A jak leżał na podłodze i nie reagował, to być może był to po prostu duży "odlot". A czego absolutnie nie życzę, jest możliwość, że to schorzenie neurologiczne. Warto zapytać lekarza, wszystko opisać niż zgadywać.

A ja siedzę i myślę, czy zrezygnować, czy nie. Egzamin zdać muszę, uczyć się muszę. Chciałam zrobić sobie dzisiaj próbny test, ile umiem i ile mi brakuje, ale oczywiście nie miałam kiedy. Planuję wycieczkę na Kretę, chłopak zrzucił wszystko na mnie i godzinami wyszukuję informacji, hoteli, samochodów... Mam górę prasowania, górę nauki, a czasu za mało. I dlatego się martwię, bo nauka zawsze jest ostatnia na liście zadań - najpierw robię zakupy, gotuję, piorę i prasuję (mam tu dodatkową "pracę" na pół etatu), a potem się uczę jak mi starczy czasu. Zazwyczaj nie starcza... Zaraz lecę do sklepu kupić książkę o wyborze drogi zawodowej i kupić chłopakowi ogromne Lego na urodziny.

1 580

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

michifu- zmianę pracy zniosłam bardzo dobrze.Nie miałam jakichś szczególnych dolegliwości.Normalny stres jak to przed czymś nowym. Gdy poszłam pierwszy dzień do pracy to byłam trochę spięta, ale dosyć szybko zżyłam się z moimi koleżankami i tak jest do tej pory, żyjemy jak w rodzinie. Pewnie,że czasem są jakieś krótkie spięcia , ale szybko dochodzimy do porozumienia, pomagamy sobie wzajemnie,opowiadamy różne rzeczy o dość osobistych sprawach, wspieramy się.  Jest dobrze i jak powiedziałam :lubię swoją pracę i nie mam stresów aby codziennie do niej iść.
Dziękuję Wam Dziewczynki za słowa otuchy. Mam nadzieję , że wszystko się poukłada.

1 581

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej dziewczyny ewuniu dziękuje no strasznie się jutro boje tego badania a w dodatku mam grype buziaczki

1 582

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam serdecznie wszystkich,
Takie sytuacje po alkoholu i z pustym żołądkiem się zdarzają, jeśli nic się nie dzieje do tej pory to raczej wszystko jest ok, gdyby to się powtórzyło to wtedy niezwłocznie  trzeba udać się do lekarza. Michifu ja już pisałam o zmianie przeze mnie pracy. Osobiście nie buduję związków przyjacielskich w pracy, jednak miła atmosfera i bez tego jest możliwa. Jestem zadowolona ze swojej pracy, chociaż zawsze zdarzają się sytuacje konfliktowe i stresujące - to normalne bo to jest składowa naszego życia. W pracy jak w życiu bywa różnie. Całe życie poszukujemy ciągle nowych rozwiązań i to jest dobre, ważne abyśmy uświadomili sobie czego tak naprawdę chcemy i czy to jest realne. Co jest dla nas ważne i co nas uszczęśliwi. Tylko szczęśliwy i spełniony człowiek potrafi się dzielić naprawdę. Jeśli mamy deficyty u Siebie to tak naprawdę dzieląc się oczekujemy, że ktoś lub coś uzupełni nasze braki: miłości, akceptacji...itp. tak to widzę
Sluuu pytasz o plany...
Moje są takie: solidnie i rzetelnie stosować się do wskazówek terapeuty - widzę że to działa, ale tylko wtedy kiedy przyswajam i pracuję nad tym.
Przygotować się do wyjazdu: za miesiąc wyjeżdżam na objazdówkę po kilku krajach ( głównie odwiedzam znajomych i rodzinę)
Porozmawiać z szefową o wydłużeniu urlopu - zamierzam poszukać pracy w miejscu gdzie mieszkam z mężem - teraz pracuję w weekendy jeżdżąc 450 km w jedną stronę.
rozwijać swoje zainteresowania i pasje - to moja wisienka na torcie z której nie zrezygnuję
a zapomniałam - uczę się relaksacji - sama w domu wg. wskazówek z książki "wyciszyć strach"
Ja tak właściwie to planuję teraz życie dzień po dniu, bez zbędnych oczekiwań i planów - dla mnie tak lepiej, czuję że to działa teraz widzę to czego wcześniej nie widziałam, widzę ile mam i mogę się tym cieszyć.
Pozdrawiam bardzo serdecznie i życzę wszystkim miłego dnia.

1 583

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Bozenko, daj znac jak badanie, myslami jestem z Toba! smile

Ostry dzien sie zapowiada...

1 584

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Wita wszystkich!!!
Pisałam tu jakiś czas temu o swoich dolegliwościach, tzn bardziej fizycznych, z psychicznych tylko często towarzyszący lęk. Chodziłam po lekarzach, neurolog, ginekolog, nawet onkolog ( bo powiększyły mi się węzły chłonne). Rodzinny i neurolog stwierdzili że to nerwica, miałam robione podstawowe badania, typu morfologia, ob, crp, tsh, ekg serca- wszystkie dobrze. Zrobiłam nawet badanie na boreliozę, ponieważ onkolog mi podradził, bo jak to stwierdził od nerwicy węzły chłonne się nie powiększają. Wyszedł ujemny. Poddałam się, w końcu myślę pora chyba udać się do psychiatry, udałam się. Powiedziałam o wszystkich moich dolegliwościach, o badaniach, o problemach z niedalekiej przeszłości, pani doktor porozmawiała ze mną, zadawała dużo pytań i na koniec stwierdziła że ona tu żadnej nerwicy nie widzi i nie widzi absolutnie żadnych powodów żeby włączyć jakiekolwiek leki! zgłupiałam! mówię jak to?! to skąd to wszystko?, kazała mi drążyć w kierunku medycznym, eehh tylko w która stronę... przypomniałam sobie o badaniach na lamblie jakie robiłam na początku roku jak to wszystko sie zaczęło, wtedy wynik wątpliwy ale lekarz i tak dał antybiotyk żeby przeleczyć, oczywiście dolegliwości nie odpuściły. Postanowiłam powtórzyć badanie i eurekaa wynik pozytywny! 3 tydzień leczę lamblie i objawy minęły! sporadycznie pobolewa mnie brzuch i to wszystko, nie  mam napadów osłabienia, otępienia i tych innych wstrętnych dolegliwośći, aha i dodam że odkąd czuję się dobrze fizycznie nie mam też lęków smile Pozdrawiam wszystkich i śmiało stwierdzam, ze przeczucie mnie nie zawidoło, że jednak coś  dzieje się innego.

1 585

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

mala1986- super, bardzo się cieszę że poszłaś do psychiatry i wykluczyli Ci nerwicę. Oj jak ja bym chciała by to nie była ona, ale mój psychiatra ją potwierdził i rodzina chorowała, więc nie ma szans ze to pomyłka.
8888- jejuś, 450 km to przecież cały świat. Trzymam kciuki za znalezienie nowej posadki. Widać że skupiłaś się na walce z tą mendą bardzo przykładnie. Ja u siebie bardziej zwracam uwagę na jej powody niż walczę z nią samą w sobie.

1 586

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no witam dziewczyny dzięki ewuniu za wsparcie jakos przeżyłam nie było tak zle no wyszło zapalenie jelita grubego noi trzeba leczyc buziaczki

1 587

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Bożenko- trzymam kciuki za leczenie.

U mnie dziś rewelacja jeśli chodzi o samopoczucie. Co jakiś czas dopadają mnie złe dni, ale liczę się z tym że będą się pojawiać, tylko mam nadzieję że rzadziej. Aż w końcu któregoś dnia w ogóle przestanę na nie zwracać uwagę.

Za oknem piękne słońce, aż chce się żyć. Cieszę się że jestem zdrowa z wyjątkiem tej nerwicy, że mam swój taniec który jest moim małym światem bez zmartwień. Fajnie, ze mam pracę która pozwala mi na spełnianie mniejszych i większych marzeń. Mam też siostrę, która walczy z tą samą chorobą i zawsze mogę z nią o tym porozmawiać. Oczywiście cieszę się, że są moi rodzice. Dużo im brakuje do bycie normalnymi, ale to moi rodzice i starają się.
Uwielbiam też ludzi, ich uśmiech daje mi siłę do życia. Na koniec WY, moje bratnie dusze, moi towarzysze broni ;-P , jesteście tu na dobre i złe.

1 588

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących
sluuu napisał/a:

Bożenko- trzymam kciuki za leczenie.

U mnie dziś rewelacja jeśli chodzi o samopoczucie. Co jakiś czas dopadają mnie złe dni, ale liczę się z tym że będą się pojawiać, tylko mam nadzieję że rzadziej. Aż w końcu któregoś dnia w ogóle przestanę na nie zwracać uwagę.

Za oknem piękne słońce, aż chce się żyć. Cieszę się że jestem zdrowa z wyjątkiem tej nerwicy, że mam swój taniec który jest moim małym światem bez zmartwień. Fajnie, ze mam pracę która pozwala mi na spełnianie mniejszych i większych marzeń. Mam też siostrę, która walczy z tą samą chorobą i zawsze mogę z nią o tym porozmawiać. Oczywiście cieszę się, że są moi rodzice. Dużo im brakuje do bycie normalnymi, ale to moi rodzice i starają się.
Uwielbiam też ludzi, ich uśmiech daje mi siłę do życia. Na koniec WY, moje bratnie dusze, moi towarzysze broni ;-P , jesteście tu na dobre i złe.

Amen.

1 589

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej sluu dziękuje u mnie bez zmian mam grype i czuje się żle pozdrawiam

1 590

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hejka wszystkim. W zeszłym tygodniu zrobiłem sobie badanie EMG na próbę tężyczkową,bardzo podobne objawy co do depresji/nerwicy okazało się że mam tężyczkę tylko nie wiem jeszcze jaką czy jawną czy utajoną, czekam na wynik parothormonu;/ u mnie wynik dodatni:)

1 591

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hej Marcin moja ciocia też ma dodatni na tężyczkę i ma nerwicę.

1 592

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hejka Sluuu napisz czy możliwe jest biorąc 10 dni antydepresanty- samopoczucie złe, objawy uboczne- biegunki. Możliwe jest po odstawieniu w 12 dniu czuć się super- zespół odstawienia serotoniny tak szybko? po 10 dniach przyjmowania?

1 593

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Tak Kasiu, a czemu nie poczekałaś aż lek zaskoczy?

1 594

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Powiem wam, że ostatnie moje dni wyglądają zadziwiająco. Zacząłem aktywne życie, tz zaczęłem chodzić na piłke nożną:)

1 595

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Przez biegunki lekarz odstawił i czekamy do następnego NAWROTU wtedy pójdziemy z innej beczki. Jak ja pragnę tego stanu już zawsze. Jest bosko.

1 596

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Słuchajcie, może w końcu wiosna działa na nas tak jak powinna. Ja też mam trochę bardziej pozytywne podejście do życia, zaczęłam sobie zapisywać wszystkie rzeczy i uczucia, za które jestem wdzięczna i w ciągu trzech dni lista zrobiła się naprawdę pokaźna O.O Wróciłam do treningów i jogi, zrobiło się naprawdę inaczej smile Oby tak jak najdłużej, zarówno u mnie jak i u Was! :*

Miłego dnia ^^

1 597

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hej jestem...sorki nic więcej nie napiszę.Pozdrawiam.

1 598

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Kasiu to znowu dali Ci sertralinkę?, po niej miałam właśnie biegunki i te chudnięcie nawet mi się podobało, ale niestety lek ten zadziałał na mnie źle jeśli chodzi o lęki, więc nie było bata na przetrzymanie. Mam nadzieje, że stan się utrzyma, zawsze jest na to szansa, ale nie panikuj jak jeden dzień będzie słabszy.

1 599

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Tak dokładnie, dziękuję za wsparcie.

1 600

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Co oni tacy wszyscy ta sertraliną zafascynowani, oczywiście wiem że u tych co im pisana jest udowodnione, że ma najmniej skutków ubocznych, ale na niektórych działa źle i wtedy niech nie pchają na siłe durne pałki.

1 601

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Opowieść
Postanowiłem opisać historię swojego zmagania się i wyjścia z nerwicy lękowej. Wiele osób cierpi na tę straszną chorobę przez lata. Dla wielu szansa na wyjście z niej wydaje się beznadziejna. Mnie udało się ją pokonać i chcę się podzielić tym doświadczeniem. Wiem jak bardzo osobom chorym na nerwicę potrzebna jest nadzieja. Będę się cieszył jeśli komuś moja opowieść pomoże w drodze do zdrowia. A może kogoś po prostu zaciekawi. Dla mnie jest to również okazja utrwalenia pamięci zdarzeń i uczuć, która coraz bardziej się zaciera.



***



Zawsze taki byłem. Z wyobraźnią, zdolnością do empatii, raczej mniej niż bardziej odważny. Za to zawsze pełen różnych wyobrażeń, przemyśleń, wątpliwości, pytań. To chyba dobrze. Życie pełniejsze i ciekawsze.

Zresztą ci pozbawieni wyobraźni i poczucia konsekwencji może żyją łatwiej, ale nieraz giną młodo, bankrutują lub doznają innych niepowodzeń.

W młodości odkryłem, że mam lęk wysokości. Kiedyś jeszcze jako trochę starsze dziecko nie dałem rady wejść na Świnicę w Tatrach i musiałem zaczekać na grupę przed samym szczytem. Nieraz też odczuwałem pewien niepokój przed jakimś wyjazdem. Nic wielkiego.

Pierwszy raz dopadło mnie na prawdę gdy napaliliśmy się trawy na studiach. Wcześniej też podpalaliśmy, ale to było jeszcze inne czasy. Towar był polski ? słaby. Paliliśmy tę trawę i każdy kiwał głową, że daje kopa, ale w sumie to gówno prawda była. Trochę człowiek się czuł dziwnie. Gadać się chciało.

Na początku lat dziewięćdziesiątych pojawiła się prawdziwa trawka z Pakistanu. Ktoś przyniósł do akademika i zapaliliśmy tak jak tę polską. Dużo zaciągania raz za razem. Trawa działa z pewnym opóźnieniem?Potem poniewiera.

To było chyba najgorsze doświadczenie w moim życiu. Pełny atak paniki. Trwał pewnie z godzinę. Przejście przez piekło. Zwinąłem się w sobie i łkałem w pozycji embrionalnej. Ktoś mnie starał się uspokoić. Potem przeszło. Tylko koledzy się trochę dziwili, że mnie tak napadło, ale ogólnie podeszli ze zrozumieniem bo inni też mieli ciekawe narkotyczne przeżycia. Jednemu wydawało się, że wpełza pod płytki PCV. Drugi chciał się obnażać. W każdym coś siedzi.

Oczywiste było dla mnie, że to trawa spowodowała atak paniki i po prostu nie będę jej więcej palił. Jeszcze w ciągu kilku kolejnych dni miałem dwa może trzy mikro-sekundowe ataki, ale wytłumaczyłem sobie, że jeszcze jest to świństwo we mnie. Może to zresztą była prawda.

Potem zapomniałem.

Udało mi się za to przezwyciężać mój lęk wysokości. Przeszedłem Zawrat. Byłem na Rysach i w kilku innych miejscach. To było duże wyzwanie. Drżące nogi, zawroty w głowie. Wtedy, po przejściu trasy, czułem po prostu satysfakcję, ale z dzisiejszej perspektywy myślę, że dało mi to podstawę do przekonania, że strach można pokonywać. To znaczy ignorować go i działać dalej. I że odwaga polega na przełamywaniu strachu, a nie na braku strachu w ogóle. Mam taką plakietkę w swoim pokoju z cytatem z Johna Wayne?a: ?Courage is being scared to death ? but saddling up anyway?. Nic dodać, nic ująć. Do pewnych granic oczywiście ? Kozim Wierchom nie dałem rady wink .

Niestety historia nie kończy się tym optymistycznym akcentem. Kolejny akt rozegrał się parę lat później za granicą.



***



Planowaliśmy emigrację od dłuższego czasu. Wszystko załatwiliśmy, wizy, transport sprzętów, nową pracę nawet zdalnie. Wszystko w maksymalnym tempie. Nie wziąłem ani jednego dnia urlopu. Jednego dnia skończyłem pracę w Polsce, kilka dni później zacząłem na drugim końcu świata.

Zetknięcie z nową rzeczywistością też nie było łatwe. Inna kultura, inne zwyczaje. Setki możliwości wyjścia na frajera, setki okazji do stresu. Nowy język, nowe wyzwania. Tempo było bardzo duże, ale powoli zaczęliśmy sobie życie układać i korzystać z uroków życia.

Ze dwa, trzy miesiące po przyjeździe do nowego kraju wybraliśmy się na niestrzeżoną plażę. Nie pierwszy raz zresztą. Tego dnia były wyjątkowo duże fale. Setki kilometrów dalej dogorywał huragan. Fale były jego odległym echem. Poszedłem popływać. Fale mnie turbowały więc pomyślałem, że wypłynę poza miejsce gdzie fale się załamują to sobie spokojnie popływam. Jakieś sto metrów od brzegu. Bardzo lubię pływać i jestem dobrym pływakiem. Przez jakiś czas było fajnie, ale po chwili nadeszły jeszcze większe fale i zgodnie z naturą zaczęły się załamywać dalej od brzegu. Nad moją głową. Dwumetrowa fala to niesamowity żywioł. Ocean to nie Bałtyk. Mało kto u nas wie, że surferzy pływający na dużych falach ryzykują życiem. Fala poniewiera, wciska do dna. Zanim zdąży się wypłynąć i odetchnąć przychodzi następna, po kilku cyklach brakuje tchu.

To jest tak. Świat się robi mroczniejszy. Obraz się niesamowicie zawęża. Uwaga skupia. Panika przeszywa na wskroś. Całe ciało daje sygnał do ucieczki, ale nie ma gdzie uciekać. Trzeba walczyć. Kipiel, walka na powierzchnię, oddech, kipiel, walka na powierzchnię, oddech. Trochę do brzegu. Ta adrenalina, to ona zawęża obraz, musiała mnie uratować. Dała siłę mięśniom. Nie wiem ile to trwało, pewnie około pięciu minut. Mnie wydawało się, że całe życie. Drżący wyszedłem na brzeg.

Nieświadoma niczego żona spokojnie się opalała.

Od tego czasu minęło dziesięć lat, ale kiedy sobie to przypominam to mam wrażenie, że jestem trupem.

Myślę, że to był stres ponad moje siły. Zaraz po tym wydarzeniu szybko wróciłem do siebie, ale z miesiąc potem miałem niczym nie sprowokowany atak paniki. W kościele w niedzielny poranek. Trwał może kilka sekund. Znów ten sam mrok i przerażenie. To jest znane w psychologi. Odreagowanie traumy przychodzi po jakimś czasie. Wietnam, Irak, cała literatura jest na ten temat.

Jeszcze i ten atak w kościele minął jak zły sen.

Parę dni później dostałem służbowe zlecenie wyjazdu w odległe od świata miejsce z wizytą u klienta. Miałem lecieć samolotem, ale ponieważ zbliżał się weekend postanowiłem wziąć dzień wolnego i pojechać autem z żoną, oglądając świat po drodze. Tysiąc dwieście kilometrów do nikąd. Ten nastrój odludzia, porzuconych miasteczek musiał dołożyć się do całości. Pamiętam jak dzisiaj niesamowity porzucony cmentarz. Wiatr hulał miedzy grobami z przed wieku. Wieczorem w restauracji poczułem się źle. Strach, mrok, złe myśli, nierealność. Pot na czole. Niesamowita potrzeba ucieczki. To nie był przejściowy atak. To było jak mroczna chmura, która zasłoniła moje życie. Wróciliśmy do hotelu. Skulony leżałem w tej grozie. Po pewnym czasie zasnąłem. Gdy rano obudziłem się wstałem normalnie jak gdyby nigdy nic. Dopiero po kilku chwilach przyszły wydarzenia z poprzedniego dnia i mrok znowu zalał mój świat. Tak zresztą miałem przez całą chorobę. Przez mikrosekundę po obudzeniu czułem się normalnie. Potem przychodziła pamięć. To siedziało w moich myślach. Nerwica jest na prawdę chorobą umysłową. To nasza pamięć i myślenie zaburza chemię mózgu. Nie odwrotnie jak przy schizofrenii. Sami się nakręcamy własnymi myślami. Ta mikrosekunda normalności po obudzeniu zawsze była dla mnie na to dowodem i nadzieją jednocześnie.



***



Droga powrotna zajęła dwa dni i była koszmarem. Napady duszności. Kołatanie serca. Potrzeba ucieczki, powrotu do domu. To niesamowite uczucie nierealności, iluzji, bycia poza swoim ciałem. Jakby każdy dotyk, każde słowo musiało się przebić przez watę. Jednocześnie horyzont jakby się podniósł i zmroczniał. Jakby wszędzie było pod górę i groźnie. To pilne wyczekiwanie, kiedy poczuję się normalnie. Nieliczne chwile ulgi i zaraz potem powrót tego ekstremalnego napięcia.

Nocowaliśmy po drodze w jakiejś mieścinie. Zbadała mnie przygodna lekarka, stwierdziła, że fizycznie jestem ok. Była całkiem bystra bo nie bardzo uwierzyła w somatyczne podłoże i jej podejrzenia trochę kierowały się w stronę schizofrenii (wypytywała  czy słyszę głosy etc), choć tego nie powiedziała.

W motelu jakość udało mi się zasnąć, choć mój deficyt snu narastał. Dotarliśmy z powrotem do domu, ale nie zmieniło to mojego samopoczucia. Przez kolejny tydzień, dwa pogrążałem się w chorobie. Byłem u dwóch lekarzy, każdy stwierdził, że jestem fizycznie zdrowy, tylko wyczerpany. Bałem się wyjść z łóżka, schudłem kilka kilogramów. Miałem złe myśli, że duszę się jedzeniem. Potem jak wyraźnie schudłem zacząłem się bać, że zagłodzę się na śmierć. Natrętne myśli zresztą towarzyszyły mi bardzo długo: że zrobię sobie coś głupiego, albo krzywdę swoim najbliższym, rozbiję witrynę bez powodu, wskoczę pod auto etc.  Niesamowita łatwość wyobrażania sobie negatywnych konsekwencji była częścią mojego stanu maksymalnego napięcia. Podobnie jak mikro wizje strachu ? skłonność do identyfikowania obrazów w aspekcie zagrożenia. Kilka razy miałem pogłębione ataki paniki w stylu jak ?po trawce?. Jeden pamiętam szczególnie, gdy moja żona pojechała na zajęcia i zostałem wieczorem sam. Wydawało mi się, że serce mi stanęło i że umieram. Pot, groza. Zasnąłem, czy raczej omdlałem w sen z wycieńczenia. Problem ze snem to kolejny temat. Nie mogłem spać. Mój brak snu narósł do katastrofalnych rozmiarów. Wpadałem w krótkie drzemki w ciągu dnia z wycieńczenia. W nocy nie mogłem spać, zasypiałem na godzinę, dwie nad ranem. Jeszcze miesiące później gdy czułem się dużo lepiej musiałem czasem w przerwie w pracy zamiast na lunch iść do auta, żeby choć trochę się zdrzemnąć po przeleżanej bezsennie nocy.

Były momenty, gdy wydawało mi się, że nigdy z tego nie wyjdę i całkiem zwariuję. Gdzieś wewnątrz była jednak we mnie nadzieja. Depresja była jednak wtórna i jakby obiektywna w związku ze stanem napięcia w którym byłem.

Przetrwanie tego okresu zawdzięczam mojej żonie, która bardzo mnie wspierała. Kładło to na nią ogromny ciężar co raczyłem zauważyć dopiero po jakimś czasie. Ta choroba jest jak alkoholizm, dotyka całej rodziny. Cierpliwe wsparcie kogoś bliskiego jest niezastąpione. Wsparcie, nie dobre rady. Kiedyś zadzwonił do mnie mój brat, gdy wieść się rozeszła, że słabo sobie radzę. Myślę, że chciał dobrze, ale ostatecznie miał mi tylko do powiedzenia, żebym ?wziął się w garść?. Chciałem mu odpowiedzieć, żeby wsadził sobie tę radę w dupę. Nie zrobiłem tego tylko dlatego, że nie byłem zdolny do takiej reakcji.

Trudno powiedzieć, kiedy wszedłem na drogę poprawy. Na początku w ogóle jej nie czułem, ale z perspektywy czasu widzę kilka ważnych punktów i pewien zestaw sprzyjających okoliczności.



***



Po pierwsze mimo, że kilka razy ?umierałem? to nigdy nie umarłem. Trochę to ironiczne z perspektywy czasu. Wtedy zupełnie tak tego nie odbierałem, ale to ziarno prawdy zostało we mnie zasiane.

Po drugie fakt, że byliśmy na obczyźnie, a moja żona nie pracowała. Nie mogłem zamknąć się przed światem. Na szczęście moja praca była dość elastyczna. Mogłem pracować z domu, jednocześnie musiałem jeździć na wizyty do klientów. Pod tym względem mężczyznom jest łatwiej. Kobieta ma większą możliwość ustąpienia pola i zamknięcia się w domu. Dla mężczyzny jest to w zasadzie społecznie nieakceptowalne. To mi pomogło choć bardzo bolało.

Wreszcie może najważniejsze ustawiczne wsparcie ze strony żony, o którym już pisałem i jeszcze pewnie będę pisał, jak również innych ludzi dobrej woli.

Przez kilka dni leżałem w łóżku, bałem się wyjść z domu. Agorafobia w pełnej postaci. Byłem tylko u lekarzy i na badaniach, a i to tylko dzięki samochodowi w którym czułem się bezpieczniej ? pewnie dzięki tej dwudniowej podróży powrotnej na początku choroby. Miałem zwolnienie lekarskie, potem jeszcze kilka dni urlopu. W sumie nie byłem w pracy około dwóch tygodni. Ciągle podejrzewałem, że to może rodzaj choroby zakaźnej, zapalenia opon mózgowych etc. Wszystkie te hipotezy odpadły w badaniach i ze wszystkich wychodziło, że jestem ogólnie fizycznie zdrowy. Żona zaczęła mnie ?wyciągać? na powietrze, na spacer, na pobliski basen. Trudno mi było nawet przed sobą przyznać, że się boję, więc z oporami, ale się godziłem na krótkie wyjścia.

Na basen pojechaliśmy te kilkaset metrów samochodem. Stałem w wodzie i myślałem tylko o tym, kiedy wrócimy.

Kluczem, było przyznanie przed sobą, że tak naprawdę chodzi o lęk. Że po prostu boję się wyjść z domu ( z obawy przed kolejnym atakiem paniki) i nie jestem w stanie tego strachu przezwyciężyć. Że jestem w destrukcyjnej pętli strachu przed strachem.

Zacząłem szukać informacji. W (bardzo) pobliskiej bibliotece do której oczywiście pojechałem samochodem (ten samochód był moją ostoją, aż się dziwię jak to piszę, że teraz wolę jechać gdzieś dalej pociągiem niż samochodem) znalazłem książkę o terapii antylękowej przy pomocy witamin i dodatków żywieniowych. To było pierwsze miejsce, gdzie znalazłem opisane moje objawy. Przeczytałem i zacząłem żreć te witaminy, wyciągi roślinne itp. garściami,  co oczywiście niewiele pomogło, jedynie rujnowało mój budżet, ale naprowadziło mnie na trop wiedzy o atakach paniki i nerwicy lękowej. Moja żona do tej pory śmieje się z mojego okresu witaminowego. Swoją drogą ludzi, którzy wykorzystują bezradność i tę niesamowitą wolę powrotu do zdrowia za wszelką cenę, do marketingowych celów koncernów farmaceutycznych powinno się wysyłać na krótkie wakacje do Abu Ghraib albo Guantanamo. Doktor medycyny z dobrą praktyką podobno, jak pisało na okładce! Może trochę przesadzam ostatecznie ta książka była pierwszym krokiem na drodze zrozumienia tej choroby. Kolejne informacje znalazłem w internecie. Tu nie ma trudności, po wpisaniu ?panic attack? lub ?panic disorder? wyskakują tysiące stron.



***



Wahałem się, ale ostatecznie z tą wiedzą udałem się do lekarza rodzinnego, u którego byłem wcześniej i który zrobił na mnie wrażenie człowieka kompetentnego i zdolnego do zrozumienia pacjenta. Zaproponował mi zrobienie szerszych badań: EKG inne dla pewności i jednocześnie wizytę u psychiatry.

Pamiętam,  że gdy zrobiłem EKG, pielęgniarka, gdy zaraz dopytałem się o wynik powiedziała ironicznie: ?you won?t die yet?. To było całkiem grubiańskie z jej strony, ale dotarło do mnie, że jest jakaś fundamentalna rozbieżność między moimi uczuciami, a stanem postrzeganym przez otoczenie. Fizycznie choć znacznie schudłem, to jednak byłem w dość dobrej formie. To był chyba moment, kiedy ostatecznie zdecydowałem się walczyć. Nie wiem jak to napisać, ale zaakceptowałem własną śmierć. Gdzieś w warstwie rozumowej było to ziarno prawdy, że nie umrę bo obiektywnie fizycznie jestem zdrowy co potwierdziły wszystkie badania. To w niczym nie zmieniało faktu stanu uczuciowego i dramatyczności tego postanowienia. To zupełnie nie da się opisać bo to nie rozgrywało się w warstwie logicznej, ale racjonalizowałem sobie to mniej więcej tak: Wszyscy muszą umrzeć. Śmierć jest nieodłącznym elementem życia. Tylu ludzi umarło przede mną i ja też umrę i to bez względu na to czy wyzdrowieje czy nie. Kwestia tylko kiedy. Wierzę w Boga więc jest on moją nadzieją. Może w ogóle nie ma czego się bać. Może to tylko brama do lepszego życia). Jeśli jednak Boga nie ma (jak widać zabezpieczałem się na wszystkie okazje) to niech będzie mi bliską myśl Epikura: ?Póki żyjemy śmierci nie ma. Gdyśmy umarli nas nie ma? ? śmierć jest więc iluzją, naszym wyobrażeniem. Bez względu na religijność ta myśl była niezwykle ważna w mojej terapii bo uświadomiła mi, że moja choroba rozgrywa się tylko w sferze uczuć. Że strach, oszołomienie, nierealność, mroczność, wrażenie przebudzenia i cała gama innych to moje uczucia, które sam produkuję. Nie jakiś stan zewnętrzny, obiektywny. Te uczucia dopiero wtórnie produkują zmiany somatyczne: bicie serca, pot, rozszerzenie źrenic, odpływ krwi z kończyn (wszystkie te akurat typowe dla działania adrenaliny, którą nasz autonomiczny układ nerwowy uwalnia z nadnerczy).

Jakkolwiek to teraz brzmi to zaakceptowałem swoją śmierć. W tym sensie umarłem i urodziłem się na nowo.



***



Z panią psychiatrą niestety nie nawiązałem dobrego kontaktu. Zapisała mi oxazepam na wypadek ataku paniki i zaproponowała jakąś formę psychoterapii, ale ponieważ nie czułem nici zrozumienia więc nie kontynuowałem spotkań z nią. Niemniej oxazepam okazał się bardzo przydatny. Nie dlatego, że zacząłem go regularnie jeść (wierzyłem jeszcze w witaminy, a poza tym wyczytałem, że psychotropy uzależniają co oczywiście mnie poraziło), ale dlatego że uzyskałem jakieś zabezpieczenie na wypadek ataku lęku. Tym bardziej, że przy pierwszej próbie coś musiałem źle odczytać i zamiast zalecanej dawki pół tabletki zjadłem całą (15mg). Wyczekiwałem, oczywiście nieufnie, czy aby nie będzie gorzej. Prawie miałem z tego powodu atak paniki, ale oxazepam zadziałał na mnie bardzo dobrze, pewnie też dzięki powiększonej dawce. Poczułem się prawie normalnie. Pamiętam ten moment jakiś kwadrans po wzięciu tabletki, gdy nagle lekko rozluźniły mi się mięśnie twarzy i karku. Nie zdawałem sobie sprawy, że były cały czas napięte! Działało całe popołudnie, udało nam się pójść na dłuższy spacer, nawet przejechać kawałek kolejką (właśnie tak!), o ile dobrze pamiętam. Spokojnie zasnąłem. Jeszcze z samego rana było nie najgorzej, potem choroba wróciła. To był duży krok naprzód. Miałem zabezpieczenie!

Potem dość regularnie co jakieś dwa tygodnie robiłem sobie ?wakacje od nerwicy?. Zacząłem powolutku znajdować chwilę radości z życia.

Postęp o którym pisze wyżej nie zmieniał faktu, że żyło mi się fatalnie. Cały czas w ekstremalnym napięciu, jakby poza sobą ? zresztą już starałem się opisać stan moich uczuć. Mogłem sporo pracować z domu, ale musiałem regularnie jeździć na wizyty do klientów lub do biura. Z początku żona jeździła ze mną i czekała w aucie! Ja byłem tylko tak długo jak absolutnie musiałem, z palącą potrzebą wyjścia. Miałem na prawdę wyrozumiałego szefa. Widział, że coś jest źle, proponował pomoc, ale nie nachalnie. Dał mi szansę. Stopniowo zacząłem jeździć sam coraz dalej. Dopiero po jakimś miesiącu od powrotu do pracy zacząłem jeździć samochodem w zasadzie wszędzie sam w ramach miasta z paczką tabletek zawsze przy sobie.

Po pewnym czasie miałem kryzys gdy mimo, że jakoś funkcjonowałem to wydawało mi się, że nie dam rady, że muszę gdzieś uciec od tego. Zażądałem od żony żebyśmy wrócili do domu do Polski. To był ten moment gdy zdałem sobie sprawę w jakim napięciu ona żyła. Powiedziała, że nie mogę tak miotać jej życiem, że ona stara się to jakoś ułożyć. Ugruntować nowe znajomości. Dokończyć studia. Że muszę brać ją pod uwagę. Że ona nie może żyć tylko moją chorobą.

Czułem się jak w matni. Nie miałem wyboru musiałem walczyć dalej. Zostaliśmy i to była dobra decyzja

W internecie wyszukałem kilka książek i zamówiłem je z Amazona. Pamiętam, że jedną napisała dziewczyna, która przekonywała, że odzyskała zdrowie dzięki nawróceniu w ramach jakiejś nowej sekty. Dopiera na końcu książeczki wspomniała, że ciągle bierze xanax. Szkoda mi jej. Niestety w stanie nerwicy ludzie są podatni na sugestie i inni to wykorzystują.

Szczęściem wśród zamówionych książek było ?Peace from nervous suffering? napisane przez Claire Weekes?lekarkę, która sama pokonała nerwicę. Zdroworozsądkowa psychoterapia ? mieszanka zrozumienia istoty nerwicy, zajęć zmierzających do zmniejszenia napięcia i terapii behawioralnej. Tej książce wiele zawdzięczam. Nie tyle poprawę bo to już i tak następowało, ile późniejsze całkowite wyzdrowienie. Gdy piszę całkowite to nie mam na myśli tylko braku objawów. Raczej to, że nie muszę się bać, że choroba kiedyś wróci, bo wiem, że w istocie nie jest to w ogóle choroba (w sensie biologicznym), tylko stan w którym się znalazłem z powodu pewnych okoliczności (oraz wrodzonych skłonności) i który sam podsycałem.

Później kupiłem jeszcze jedną książkę tej samej autorki: ?Hope and help for your nerves?. Te książki niestety nie są dostępne po polsku. Chciałem jedną kiedyś nawet przetłumaczyć, ale wrócił wir codziennych zajęć i zabrakło czasu. Trochę żałuję. Może jeszcze kiedyś to zrobię.

Postaram się opisać w skrócie terapię, którą na podstawie książeczek dr Weekes zastosowałem sam do siebie i jak mi ona pomogła. W zasadzie to ciągle pomaga bo przecież moja osobowość i konstrukcja emocjonalna się nie zmieniła.



***



            Po pierwsze poznaj swoją chorobę. Poniżej trochę o informacji na temat nerwicy. Większość z nich odnosi się również do ?zwykłego? stresu i można je łatwo znaleźć w rozległej literaturze na ten temat. Zrozumienie jak nasz organizm reaguje w sytuacjach stresowych jest ważne,  bo pozwala zaakceptować, że z osobę znerwicowaną (zestresowaną) nie dzieje się nic szczególnie niezwykłego. Wręcz przeciwnie, organizm realizuje strategię wykształconą przez miliony lat ewolucji. Ta strategia to uruchomienie w chwili zagrożenia mechanizmu ?walcz lub uciekaj? i polega na przestawieniu organizmu w tryb właśnie do walki lub ucieczki przystosowany. Jest to realizowane poprzez zestaw hormonów ? adrenaliny, kortyzolu i innych?uruchamianych automatycznie przez mózg w odpowiedzi na postrzegane zagrożenie. A więc w chwili wyczekiwania na zagrożenie?opróżnienie organizmu z niekoniecznych substancji (kału, moczu) i powstrzymanie od przyjmowania pokarmu ? organizm będzie sprawniejszy, w przypadku odniesienia ciężkich ran lepiej się będą goiły.

(Często w filmach wojennych pojawia się przekaz że chłopcy przed akcją mają nie jeść śniadania. Rozkaz w dużym stopniu zbyteczny. Nie sądzę, żeby żołnierz przed śmiertelnie ryzykownym zadaniem  w ogóle był w stanie cokolwiek zjeść. Rutyniarz jakiś chyba z wyciętymi nadnerczami.)

W momencie zagrożenia przede wszystkim dochodzi do podniesienie tętna serca (przez co więcej tlenu dochodzi do mięśni), obniżenie temperatury ciała przez pocenie (chłodzenie mięśni przy wysiłku, zagęszczenie krwi), odpływ krwi do istotnych organów wewnętrznych i mięśni ? odczuwane jako chłód kończyn, przy okazji rozszerzenie źrenic ? zmiana kontrastowości widzenia. Wszystkie te zmiany zwiększają szanse przeżycia. Nie jestem lekarzem i nie roszczę pretensji do absolutnej ścisłości powyższego, ale tak to mniej więcej działa. Zmianom podlega również nasza psychika. Jakość i kreatywność przetwarzania informacji ustępuje miejsca szybkości i koncentracji. Powód jest oczywisty ? rozpoznanie czy tygrys jest bardziej, czy mniej cętkowany nie ma takiego znaczenia jak te parę milisekund, o które rozpoznamy go wcześniej. W momencie stresu nasz umysł koncentruje się na błyskawicznym rozpoznawaniu zagrożenia (mikro-wizje), podsuwaniu scenariuszy zagrożenia (natrętne myśli). Tego, że w czasie zagrożenia organizm rezygnuje ze snu, chyba nie trzeba dodawać. Ten mechanizm uratował życie wielu naszym przodkom i powinniśmy się cieszyć, że go mamy.

Najprawdopodobniej uratował mnie przed utonięciem.

Jest z nim jednak pewien problem. Strategia ta średnio pasuje do stresu cywilizacyjnego ? presji w pracy, egzaminów, szefa choleryka, korków ulicznych itp. Nie widać tygrysa. W efekcie nasz mózg usilnie szuka tygrysa zastępczego. To jest prosta droga do nerwicy.  Nieszczęście zaczyna się gdy mózg identyfikuje objawy napięcia, jako zagrożenie. Pojawia się wtedy sprzężenie zwrotne. Im więcej się boimy tym więcej jest objawów ? im więcej objawów tym więcej się boimy. Atak paniki gotowy, aż do wyczerpania hormonalnej amunicji.

Z powyższego wynikają przydatne informacje terapeutyczne. Po pierwsze znerwicowany organizm ?tylko? realizuje zaprogramowaną strategię, a z fizycznego punktu widzenia nie dzieją się w nim rzeczy niezwykłe czy groźne. Po drugie aby wyjść z nerwicy trzeba przerwać morderczą pętle strachu przed strachem.

Bardzo konkretnie oznacza to, że w przypadku nadchodzącego ataku paniki, bez względu na to jak porażające są twoje myśli, MUSISZ mówić i uświadamiać sobie, że są to normalne fizyczne symptomy wynikające z biochemii naszego organizmu, które w dodatku sami podsycamy przejmując się nimi. Że te objawy wkrótce miną. Zawsze mijają bo tak czy siak możliwości reakcji mózgu na hormony strachu są skończone. Jak się przesteruje wejście tego wzmacniacza to będzie charczeć, ale nie będzie już głośniej. Co najwyżej wpadniemy w stan poczucia nierealności. To nasz mózg buntuje się  przeciw logicznie bezzasadnemu pobudzaniu hormonami strachu i mówi swojej autonomicznej połówce ?hej to chyba przesada, jakaś pomyłka, spróbuję to zignorować?. Jesteśmy w takim stanie nierealności znacznie spokojniejsi nieprawdaż? To jest dodatkowa pomoc ze strony naszej psyche.

Zresztą po prawdzie kiedy ostatnio miałeś taki naprawdę potworny atak paniki? Chyba już dość dawno temu. Raczej na początku choroby. Teraz tylko czekasz w napięciu, że wróci, prawda?

Jeśli podejrzewasz rzeczywistą fizyczną chorobę to zrób sobie kompleksowe badania: EKG, zakaźne, pasożyty, markery nowotworowe i co tam jeszcze medycyna proponuje. Zrób je tak czy siak dla pewności. Ale jeśli wszystkie badania wychodzą dobrze to powiedz w pewnym momencie stop i zawierz swojemu rozumowi, że fizycznie jesteś zdrowy. Walcz z pokusą ciągłego monitorowania swojego ciała! To nakręca pętlę strachu. Ono samo świetnie się ureguluje! (Jeśli jesteś chory na przewlekła chorobę np. nadciśnienie, czy alergię to oczywiście lecz TĘ KONKRETNĄ chorobę zgodnie z zaleceniami lekarza.)

No dobrze skoro to takie proste to czemu tak trudno z nerwicy wyjść? Czemu po zrozumieniu przyczyn nerwicy nie mija ona od ręki? Przecież nie chcemy się bać. Nawet rozumowo wiemy, że nie powinniśmy.

Dzieje się tak dlatego, że nasz organizm w skutek ciągłego napięcia uwrażliwił się  i przyzwyczaił do pewnych reakcji. Wąska ścieżka pomiędzy postrzeganiem zagrożenia, a układem ?walcz ? uciekaj? zmieniła się w autostradę. Nasze myśli ciągle biegną w jednym kierunku. Koncentrujemy się na zagrożeniu. Ciągle pobudzane neurony w autonomicznym układzie nerwowym iskrzą nieustannie. Nawet jeśli przerwiemy pętlę strachu to zajmie nam miesiące, zanim je uspokoimy. Zanim autostrada opustoszeje i zarośnie krzakami. Mózg ma genialną funkcję zapominania, trzeba jednak na to trochę czasu. Nawyki zmieniają się powoli. (Zwłaszcza jeśli trochę zżyliśmy się z chorobą i czasem nam z nią wygodnie? Jak w tym kawale o niedosłyszącym dziadku, który nigdy nie słyszy próśb o pomoc przy pracach domowych, szybko jednak reaguje gdy ktoś szepnie o nim per ?stary głuchy piernik?.)

Przy zmniejszaniu napięcia pomocna jest terapia behawioralna (zmieniająca wyuczone przez strach zachowanie) i różne techniki. Będę je stopniowo opisywał.



Zmiana wyuczonego przez strach zachowania.



            Tak silny negatywny bodziec jak atak paniki kształtuje nasze zachowanie i tworzy odruchy. Taka jest nasza konstrukcja. Tak jak u psa Pawłowa dzwonek wywołuje ślinienie choć pokarmu nie ma.

Dom jest naszą bezpieczną przystanią. To jest całkiem naturalne. Opuszczenie domu zawsze powoduje pewne napięcie. Tym bardziej w nerwicy z uwagi na strach przed atakiem paniki i wszystkie, wyobrażane, osobiste i społeczne konsekwencje.  Ilekroć chcemy wyjść z domu (opuścić naszą bezpieczną bazę, bo nie musi to być zawsze nasz dom, strefa bezpieczeństwa jest płynna i może być bardzo dziwaczna) napięcie gwałtownie rośnie i kara nas za tę zuchwałą próbę, choć  patrząc obiektywnie nie ma specjalnego powodu, dlaczego atak paniki miałby być bardziej prawdopodobny w podróży, czy w pracy niż w domu.

Taka lekcja nie zostaje niezapamiętana. Wkrótce już choćby myśl o wyjściu powoduje uczucie zagrożenia.

Trzeba się tego cierpliwie oduczyć. Da się to zrobić bo nasza sieć neuronowa ma ze swej natury nieograniczone możliwości adaptacyjne i ciągle uzupełnia stare doświadczenia nowymi.

Konkretnie oznacza to, że powinieneś ustawicznie testować i rozszerzać swoją strefę bezpieczeństwa. Jeśli jesteś przykuty do mieszkania, spróbuj wyjść na klatkę schodową, potem na podwórko, na spacer, zrobić zakupy, przejechać przystanek autobusem, wybrać się w podróż pociągiem, samolotem  itp.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić!

Gdy tylko zbliżasz się do granicy swojej strefy bezpieczeństwa napięcie rośnie, serce wali jak młot, pot, drżenie nóg, pojawia się ta przeszywająca potrzeba ucieczki, może zawroty głowy i co tam jeszcze zostało w arsenale uczuć. Myśli krążą tylko wokół strachu i tego co będzie?umrę, zemdleję, zbiegną się ludzie, ośmieszę się itd.

Jeśli takie ćwiczenia mają przynieść jakiś skutek, a nie tylko traumę to MUSI im towarzyszyć odpowiednie nastawienie psychiczne. NIE CHODZI O TO ŻEBY PRZEŁAMAĆ STRACH! Tego nie da się zrobić. Im więcej starasz się czuć normalnie, tym bardziej skupiasz się na  napięciu i towarzyszących mu objawach, tym większe te objawy są. Pętla strachu narasta. Polegniesz! Nie walcz ze strachem i jego objawami! To twoja psychika szuka wroga do walki! Rób coś dokładnie odwrotnego. AKCEPTUJ STRACH I JEGO OBJAWY!  Racjonalizuj  tak: Podlegam tym wszystkim uczuciom i objawom. Czuję potrzebę ucieczki, drżą mi nogi, wali serce, pocę się itd.. Nic na to nie mogę świadomie poradzić. Mój organizm jest uwrażliwiony na zagrożenie i tak po prostu reaguje. Nic złego się z tego powodu nie stanie, nawet jeśli czuję się fatalnie. Postaram się ignorować te objawy tak długo jak będę mógł. Pójdę jeszcze parę kroków dalej, poczekam dłużej, pojadę jeszcze jeden przystanek itp. Jak już nie będę mógł tego znosić to SAM ZDECYDUJE, że wracam do mojej strefy bezpieczeństwa (ewentualnie zażyje lek jak to było w moim przypadku).

Tu mamy szansę na pozytywną tym razem pętlę sprzężenia. Im dłużej/dalej wytrzymamy z tymi naszymi objawami i uczuciami tym większą będziemy mieli satysfakcję z siebie i poprawę samopoczucia na koniec. To daje siłę by iść do przodu. Akceptuj uczucia strachu, a z czasem będą one coraz słabsze (szybciej niż myślisz). Ignorując je przerywasz pętlę strachu!

Pomoc i wsparcie kogoś bliskiego kto zrozumie i doceni nasz wysiłek, nawet jeśli to był tylko krok na klatkę schodową, też potrafi czynić cuda! Warto cieszyć się takim sukcesem z kimś.



Poniżej kluczowe punkty terapii która mi pomogła?

Nie walcz ze swoimi uczuciami.

Akceptuj je i ignoruj.

Programuj się pozytywnie argumentami rozsądku

Walcz za to ze swoją słabością.

Spróbuj.



Zmniejszanie ciągłego napięcia.



            No dobrze. Rozumiesz na czym ta twoja nerwica polega, akceptujesz uczucia i objawy, które jej towarzyszą i starasz się je ignorować. Zacząłeś poszerzać swoją strefę bezpieczeństwa. Może masz pierwsze sukcesy. Nie zmienia to faktu, że ciągle jeszcze czujesz się fatalnie. Nawet w mieszkaniu czujesz ciągłe napięcie, czasem masz wrażenie, jakby stu kilowy ciężar siadł ci na piersiach, czasem czujesz się odrealniony, czasem bezsilny albo rozżalony.

Możesz zmniejszyć napięcie które jest w tobie poprzez różne działania i techniki. Zmierzają one do tego samego celu ? przerwania pętli strachu: napięcie powoduje złe myśli, objawy fizyczne i emocjonalne, te z kolei utrzymują napięcie itd.

Idea zmniejszenia napięcia jest dość prosta, a realizacja niekoniecznie nieprzyjemna: ZAJMIJ CZYMŚ SWOJE MYŚLI. Przekieruj je na inny temat niż ciągłe rozważanie zagrożenia, analizę uczuć i objawów. NAJGORSZE CO MOŻESZ ROBIĆ TO BEZCZYNNY WYPOCZYNEK! Często życzliwi krewni, pełni dobrych intencji proponują ci coś w stylu: pojedziesz do wujka do leśniczówki, tam sobie poleżysz na leżaczku, bez dzieci, wypoczniesz, nabierzesz sił. To nie jest dobry pomysł. Taki wyjazd może całkowicie zrujnować już poczynione postępy! W chwili ciszy nie dasz rady opanować swoich myśli i będą się one natrętnie kierować w stronę zagrożenia. Pętla strachu zacznie narastać.

Staraj się mieć swoją uwagę cały czas zajętą! Najlepiej czymś co wymaga skupienia i zaangażowania ale samo w sobie nie tworzy zbyt dużego napięcia.

Bardzo pokrótce.



Filmy i telewizja



            Mnie najlepiej pomagały niezbyt sensacyjne sympatyczne kryminały (Frost, Colombo etc.) . Miałem swój rytuał oglądania ich wieczorem. Zawsze na koniec czułem się znacznie lepiej. Często miałem po obejrzeniu filmu takie wrażenie przebudzenia ? powrotu z podróży. To potrafiło dość długo trwać. Możesz też zauważyć, że po ciekawym filmie przez kilka sekund czujesz się całkowicie normalnie. Ciągle jeszcze żyjesz wątkiem filmowym. Dopiero po chwili wraca pamięć i ciężar.



Książki



            Ta sama sytuacja. Wyczytałem całą półkę sympatycznych kryminałów, pewnie mogą być też romanse smile byle wciągały w wątek i odciągały myśli.



Zajęcia domowe i majsterkowanie



            Cokolwiek co lubimy i co nas zajmuje. Mnie na przykład techniczne majsterkowanie i ulepszanie domu, samochodu etc.

Chciałem nawet kupić stary zabytkowy samochód do remontu, ale mi się poprawiło i ostatecznie zrezygnowałem.(Tak wiem. Dla kobiet to pewnie nie brzmi fascynująco, ale mężczyźni mają takie potrzeby? wink )



Znajomi, spotkania, dyskusje, wycieczki



            Mają angażować i wciągać w wątki.



Sport



            Oprócz angażowania w grę, poprawia zdrowie fizyczne i samopoczucie. Same zalety. Ja zacząłem dużo biegać w pewnym momencie i bardzo mi to pomogło. Rozładowuje napięcie. Poza tym w każdym sporcie są gadżety, które trzeba mieć i całe halo dookoła. Jest o czym myśleć smile



Wiara, medytacja



            Rozsądna  wiara poszerza horyzont i ułatwia relatywizowanie problemu choroby. Daje nadzieje i siłę. Nie każdy jest wierzący, ale jeśli jesteś to masz o jeden filar do podparcia więcej. Traktuj ją jako źródło energii. W połączeniu z medytacją chrześcijańską czy buddyjską (i pewnie islamską również) pozwala wyjść ponad swój bieżący stan emocjanalny. Czymże innym jak nie ignorowaniem emocji, wyobrażeń i postrzeganiem rzeczy ?takimi jakie są? jest oświecenie w Zen!?



Relaksacja, yoga



            Pozwala się wyciszyć. Jest sporo literatury na ten temat. Uważaj tylko, żeby w czasie takich ćwiczeń twoje myśli w momencie wyciszenia nie uzyskały wolności do harcowania wokół tematu choroby i zagrożenia. Nie medytuj na ten temat! Jeśli ciągnie cię w tę stronę za bardzo to lepiej nie relaksuj się wcale.





Nie będę więcej wymieniał, chyba już wiadomo o co chodzi. Zajmij swój umysł czymś innym niż ciągłe myślenie o swojej chorobie. Potrzebujesz do tego zewnętrznych bodźców bo ciążenie myśli ku problemowi jest zbyt wielkie, żeby je opanować.

Jeszcze tylko kilka istotnych elementów.





Leki



            Pętlę strachu można też przerwać chemicznie wpływając na receptory w mózgu odpowiedzialne za pobudzanie lękowe przy pomocy leków (tak samo działa alkohol). Można wrócić do normalnego życie i zacząć zapominać. W mojej opinii takie nieświadome zapominanie musi potrwać dość długo. Może kilka lat. Wtedy wydarzenia zamazują się, a złe doświadczenia pokrywają nowymi. To się raczej nie uda przy użyciu psychotropów, bo dość szybko uzależniają i wkrótce  trzeba zwiększać dawkę, a potem odstawić jeszcze zanim zbudujemy nowe pozytywne doświadczenia. Może się za to udać z lekami antydepresyjnymi, które nie uzależniają i można je brać latami. Pozostaje jeden problem. Wyjście z choroby będziesz zawdzięczał lekom, a nie sobie. Nie budujesz odporności. Jeśli w przyszłości pojawi się nowa sytuacja bardzo stresująca to choroba może wrócić niespodzianie i znowu jedynym wyjściem będą leki. Ale podobno można je brać nawet całe życie. Mnie pomogło podpieranie się psychotropami sporadycznie w bardzo trudnych sytuacjach (w zasadzie to raz się tak zdarzyło, choć zawsze je miałem przy sobie) i jako ulga raz na jakiś rzadki czas w okresie gdy choroba była jeszcze nasilona.



Sen



            Bezsenność jes jednym z objawów nerwicy. Podobnie jak w przypadku innych objawów walka z nią przynosi odwrotne efekty. Częstym paradoksem jest, że po zażyciu lekkiej tabletki nasennej, zasypiamy jeszcze trudniej niż bez niej. Tak bardzo wyczekujemy na działanie leku, tak bardzo chcemy spać, że napięcie rośnie i sen nie przychodzi. Im więcej się staramy spać tym trudniej zasnąć. Oczywiście są leki które uśpią słonia, ale trudno mówić wtedy o zdrowym śnie.

Zgodnie z piramidą potrzeb Maslowa, sen jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych organizmu (jak oddychanie i woda). Potrzeba bezpieczeństwa jest dopiero na wyższym poziomie. Wynika z tego prosty fakt, że bez względu na to jak bardzo się boisz i tak w końcu zaśniesz. Moje doświadczenie jest takie, że mogłem nie przespać lub prawie nie przespać co najwyżej dwóch kolejnych nocy. W czasie trzeciej spałem. Warto ustalić w miarę regularne godziny spoczynku i się ich trzymać. Nie dosypiać w ciągu dnia, chyba, że jest to absolutnie konieczne! W miarę postępu terapii i opadania napięcia i sen się poprawia.

Gdy masz duży brak snu to sen przyjdzie jak tylko przestaniesz (go) w napięciu wyczekiwać!



Inne techniki



Zawężanie horyzontu



            Czasem nachodzi kryzys i myślisz, że nie dasz rady. Że nie wiadomo ile jeszcze to potrwa. Czy wytrzymasz jeszcze kolejne miesiące. Twoja wyobraźnia buduje szerokie scenariusze. Staraj się wtedy zmniejszyć horyzont wyobraźni. Myśl sobie: ?Być może jest przede mną długa droga terapii. Wyobraźnia podpowiada mi różne złe scenariusze. Zamiast je rozważać skupię się tylko na najbliższych działaniach. Wypiję tę wielką czarę łyżeczką. Łyczek po łyczku. Krok po kroku. Dam radę zrobić mały krok, następnymi będę się martwił później.? To jest bardzo skuteczna technika również na zwykły stres spowodowany nadmiarem obowiązków i osobiście stosuję ją bardzo często. Nie raz jestem tak zawalony obowiązkami, że wydaje mi się, że nie dam rady przebrnąć przez ten miesiąc czy kwartał. Ostatnio zaangażowałem się w kredyt i kapitalny remont mieszkania i jak sobie pomyślę ile jest pracy do końca to mi się robi słabo. Dlatego staram się o tym nie myśleć. Robię go kroczek po kroczku?



Poszerzanie horyzontu



            Gdy przyjdzie na ciebie żal i depresja nad straconym czasem, nad twoją sytuacją albo przypadkowy okres nasilonego lęku  staraj się poszerzać horyzont i relatywizować swoją sytuację. Myśl: teraz się fatalnie czuję, ale wkrótce to minie bo zawsze mija. Z perspektywy mojej całej terapii to tylko epizod, który trzeba przeczekać.

Pomyśl również, że mimo dramatycznych trudności masz powody do małych radości. Z bliskich, dzieci. Może jesteś komuś potrzebny. Jesteś zdrowy fizycznie itp.





Co wymaga ostrożności



Wypoczynek



            Pisałem już wyżej. Unikaj nudy i bezczynności! Twoje myśli zyskują wtedy swobodę i kierują się do choroby i objawów napięcia, czasem dość niespodziewanie. Taki niebezpieczny moment pojawia się na przykład w kościele! Wielu ludzi ma wtedy atak niepokoju. Jeśli msza jest nudna, a kazanie beznadziejne zajmij swoje myśli czymś innym na przykład planowaniem prac domowych itp. Nie daj im krążyć bezpańsko.



Zabobonna religia, magia, okultyzm,etc.



            Wszystko co wciąga cię w jakieś mroczne nieracjonalne rozważania jest niebezpieczne. Jesteś zbyt słaby, aby sobie poradzić z wyobraźnią, która może zostać uwolniona przez tego typu impulsy. Unikaj za wszelką cenę!



Psychoanaliza



            Myślę, że psychoanaliza była pomocna i odkrywcza na początku dwudziestego wieku, gdy znaczna cześć ludzi żyła w przytłaczającym gorsecie obyczaju.  Teraz to już coraz większa rzadkość. Jeśli byłeś skrzywdzony w dzieciństwie, masz poważnie nieuregulowane stosunek emocjonalny do swoich rodziców, wypierasz swoje instynkty i potrzeby przede wszystkim seksualne to psychoanaliza może ci pomóc. Jeśli jednak nie widzisz takich problemów w swoim życiu to wciągnie cię tylko w bezcelowe rozważania o dzieciństwie, czy też mroczne dywagacje o tym czy to dobrze, czy źle, że śniła ci się kiedyś (lub właśnie akurat  nigdy nie śniła) kopulacja z własną matką (kompleks Edypa jest kluczowy w psychoanalizie). To może przynieść odwrotny efekt, budując napięcie. Powinieneś starać się wychodzić na powierzchnię do światła, a nie w mrok często wydumanych instynktów. Można spróbować, ale jeśli czujesz, że przynosi odwrotny efekt lub po prosu brak efektów i wałkujesz tylko kolejny raz jakiś mało istotny temat z dzieciństwa lub kolejny raz opowiadasz swoje uczucia, to nie wahaj się zrezygnować.





W czasie powyższych opisów używałem określenia przerwać pętlę strachu. Choć było ono przydatne, żeby zobrazować istotę to jednak nie jest do końca precyzyjne i chciałbym je uzupełnić. Nie chodzi o bowiem o przerwanie w sensie: stop, przerwane i już. Może to i jest możliwe, ale w każdym razie nie było moim udziałem. Chodzi raczej o stopniowe poluzowanie. Tak jak z rozwiązywaniem supła z wielu niteczek. Trzeba najpierw poluzować jedna, żeby z kolei popuścić drugą i trzecią, żeby znów z móc poluzować tę pierwszą jeszcze bardziej, itd aż węzeł się rozwiązuje.. Akceptując i ignorując uczucia lęku, zmniejszamy napięcie wyczekiwania, to powoduje, że mamy mniej złych, natrętnych  myśli i wizji, i przez to mniej okazji do wytworzenia lęku. Jeśli do tego dołożymy aktywność umysłu w innych w innych obszarach, zmniejszając czas jaki mamy na złe wyobrażenia to nasz mózg stopniowo zacznie się uspokajać.



***



No więc taką terapię zastosowałem do swojej choroby. Bardzo sprzyjał mi fakt, że pracowałem co znacznie ograniczało czas jaki miałem na analizowanie swojego stanu. Miałem wsparcie ze strony najbliższej osoby. Pomagała pewnie również wrodzona skłonność do racjonalizowania i pragmatycznych rozwiązań.

Efekty przyszły dość szybko. Praktycznie ostra faza nerwicy zakończyła się w ciągu dwóch miesięcy, umiarkowana w ciągu około 6-9 miesięcy. Powiedzmy, że jeszcze przez rok, dwa, może trzy odczuwałem jakieś łagodne i coraz bardziej sporadyczne objawy, ale one w niewielkim stopniu zakłócały mi życie i samopoczucie. Od tego czasu minęło około dziesięć lat. Swoje uczucia i objawy z fazy ostrej pamiętam dość dobrze. Nic dziwnego, były dramatyczne. Te z późniejszych faz słabiej i trudno mi całkiem precyzyjnie odtworzyć chronologię. Pamiętam, że jednym z ostatnich objawów, które miewałem jeszcze ze dwa lata po chorobie było uczucie lekkiego zamieszania w głowie, w bardzo jasny, ale pochmurny dzień. Dużo światła bez kontrastu. I jeszcze podwyższona wrażliwość na duży hałas. Nauczyłem się używać stoperów ? polecam. To utrzymywało się jeszcze długo może nawet kilka lat. Ale po kolei.

Do końca ostrej fazy choroby rozepchnąłem swoją strefę bezpieczeństwa tak, że mogłem swobodnie poruszać się po mieście samochodem. Starałem się być zajętym, albo coś oglądać, albo czytać, albo obmyśliwać. Stopniowo zacząłem wybierać się na dalsze wycieczki również bez samochodu. Pamiętam przejście 10 kilometrowej trasy spacerowej na obrzeżach miasta. Trzeba było przejść trasę i wrócić do samochodu trzeba było autobusem? To oznaczało oczywiście konieczność akceptowania uczuć lęku powodowanych ciągłymi wyzwaniami. Kosztowało mnie sporo energii. Nagrodą było to, że czułem się coraz pewniej w moich bardziej wewnętrznych kręgach bezpieczeństwa. Takim dużym przełomem, było gdy moja żona zaproponowała, żebyśmy polecieli samolotem na tygodniowe wakacje w cieplejsze okolice. To było około 6-7 miesięcy od rozpoczęcia choroby. Zgodziłem, się bo w sumie chciałem mieć takie wyzwanie, ale z drugiej strony w miarę jak termin się zbliżał nachodziły mnie coraz dramatyczniejsze myśli. Jakby wisiała nade mną czarna chmura. Ilekroć sobie o tym przypominałem, lekko mnie to porażało. Na kilka dni przed wylotem, nie wierzyłem, że to się w ogóle zdarzy. Wydawało mi się jakąś iluzją. Nie poddałem się jednak i wsiadłem do samolotu. Oczywiście paczka oxazepamu była głównym elementem mojego podręcznego bagażu. Póki co nie potrzebnym. Byłem lekko zlany potem, ale pamiętam, że jak już wystartowaliśmy to mi przeszło i poczułem się nawet dość fajnie ??wniebowzięty? wink . Wylądowaliśmy i też było ok, pojeździliśmy trochę po okolicy wynajętym autem, pozwiedzaliśmy. To nie koniec wyzwań. Zafundowaliśmy sobie wycieczkę morską. Tak się rozochociłem, że jak za dawnych lat wybraliśmy rozwiązanie traperskie. Nie dużym statkiem do najbliższej laguny, tylko małą rybacką łodzią trzy godziny w morze w jedną stronę. To było trochę za dużo. Z tej łodzi żywcem nie był gdzie uciec ani na niej się schować! W dodatku wszyscy nawzajem się na siebie patrzyli. Rozważałem już różne scenariusze. Wyskoczenie za burtę, żeby wezwali straż przybrzeżna etc. Natrętne myśli i wizje przewalały sie jak sztormowe fale, które kiedyś chciały mnie utopić. Chciałbym, ale nie mogę powiedzieć, że je akceptowałem i ignorowałem! Nie, ja po prostu tam trwałem! To było wszystko na co mnie było stać. To musiało wystarczyć i ostatecznie wystarczyło. Na szczęście moja żona była cały czas przy mnie i jakoś dodawała otuchy. Poza tym choć musiałem wyglądać fatalnie ? oblewały mnie poty, to nie zrobiłem na nikim wyjątkowego wrażenia bo łódź mocno się kiwała i parę osób dostało choroby morskiej. Reszta patrzyła na nas ze współczuciem. Tylko, że ja byłem blady i zlany potem z lęku?

Po dopłynięciu na wyspę byłem tak wycieńczony, że nie mogłem wyjść z kabiny. Pamiętam, że goście, którzy kierowali łódką patrzyły na mnie z politowaniem. Tu na szczęście zaczyna się lepsza część opowieści. Bardzo zmartwiona małżonka zaproponowała, prawie z płaczem w głosie ? musiało ją to kosztować prawie tyle co mnie?żebym spróbował może tabletki. To był jedyny raz kiedy użyłem jej w kryzysowej sytuacji. Warto było. Poczułem się o tyle lepiej, że skusiłem się nawet na płetwy i pływanie! Oprócz leku na pewno zadziałało jakieś pozytywne sprzężenie związane z poczuciem zwycięstwa.

Podróż powrotna była również niezwykle trudna? Tym razem na szczęście z uwagi na fale, od których robiło mi się niedobrze. Fantastyczne uczucie. To była najbardziej cudowna obrzydliwa choroba morska w moim życiu!

Tak zrobiłem kolejny krok do przodu. Wiedziałem, że daje radę. Coraz mniej się przejmowałem chorobą, a coraz bardziej zajmowały mnie inne sprawy co oczywiście z kolei wpływało na poprawę samopoczucia.



***



Jakiś czas później poprzez grupę przyjaciół z pewnej międzynarodowej organizacji dobrej woli, z którą czasem byliśmy w kontakcie poznałem George?a. Osiemdziesięcioletni sympatyczny starszy pan okazał się być byłym amfetaministą i alkoholikiem. Brał od czasu studiów medycznych. Amfetamina była wtedy łatwo dostępna i traktowana jako rodzaj dopalacza. Po siedemnastu latach przerzucił się na alkohol i pił wraz z żoną jeszcze lat kilkadziesiąt. Nie chcę wchodzić w jego historię. Ważny jest fakt, że wyszedł z tego nałogu! George ze zrozumieniem przyjął wysłuchał moich problemów, dzieląc się przy okazji swoją historią. Zaproponował bym spotkał się z jego zaufanym psychiatrą ? może uda się przyspieszyć wyzdrowienie. To było około 9 miesięcy od rozpoczęcia choroby. Czułem się już dość dobrze, ale chyba naszedł mnie kolejny lekki kryzys zmęczenia. Tyle walki, tyle czasu i ciągle jeszcze nie jest tak całkiem normalnie. Spróbowałem. Psychiatra okazał się także psychoanalitykiem. Zaproponował kozetkę i zwierzenia z historii dzieciństwa. Coś opowiadałem, ale ostatecznie uznałem to za stratę czasu. Nie widziałem w dzieciństwie żadnego klucza. Wszystkie problemy jakie mogłem sobie skojarzyć wynikały raczej z nadmiernej skłonności do niepokoju, a nie odwrotnie. Nie nalegał. Zaproponował tylko, żebym spróbował leków antydepresyjnych. Nazwy szczerze mówiąc nie pamiętam. Więcej się u niego nie pojawiłem, ale leku i owszem spróbowałem. Brałem kilkanaście dni. Oczywiście napięcie związane z braniem leku wzrosło i czułem się trochę niepewnie. Po kilku dniach miałem wrażenie, że rzeczywiście mniej jestem skłonny do niepokoju, ale jakby to było sztuczne ograniczenie, jakby coś trzymało mnie na postronku. To śmieszne ale wydawało mi się że moje uczucia były wbite na pal od którego nie mogą się oddalić. Trudno powiedzieć, czy były to związane działaniem leku, czy tylko moja wyobraźnia uczuciowa związana ze zwiększonym napięciem. Dość, że uznałem, że to nie ma sensu i lek odstawiłem. To był już w zasadzie koniec choroby. Jeszcze jakiś czas ? rok, dwa musiałem poszerzać swoją strefę bezpieczeństwa, żeby móc podróżować samemu pociągiem na dłuższe trasy, później samolotem. Było to o tyle trudne, że okazji było mniej. W końcu nie co chwilę lata się samolotem na inny kontynent. To zadziwiające jak bardzo byłem przywiązany do takich kręgów, wyjście poza które ciągle powodowało niepokój. Stopniowo to jednak zanikło. Mogło pewnie szybciej, gdyby częściej nadarzały się odpowiednie wyzwania.

Wróciliśmy do Polski, urodziły się dzieci, wybudowałem dom. Mówiąc krótko wrócił wir zajęć, to był ostateczny krok do zdrowia. Nie wiem kiedy poczułem się ostatecznie normalnie, pewnie jakieś rok, półtora po rozpoczęciu choroby.

Czy jestem całkowicie wolny od niepokoju? Oczywiście nie. Zdarzają mi się momenty zwiększonego napięcia. Raz na kilka miesięcy zdarza mi się, że nawet pot mnie obleje gdy jestem w jakiejś trudnej sytuacji, zwłaszcza gdy się zapakuje w jakieś duże wyzwania w pracy, czy przegnę pałę ze zobowiązaniami. Ale każdy tak przecież ma od czasu do czasu. Może nie jestem stworzony to bycia spadochroniarzem czy grotołazem. Ten poziom adrenaliny byłby dla mnie za duży. Choć kto wie. Bardzo się uodporniłem. Mam swoje techniki i wiem, że uczucia lęku przechodzą, gdy się na nich człowiek nie skupia. Z tym doświadczeniem taką naprawdę traumatyczną sytuację mógłbym przetrwać lepiej niż niejeden nieświadomy siebie ?kark?!

Póki co jednak takich sytuacji nie szukam wink .

Na koniec jeszcze powiem coś co może wydać się trudne do zrozumienia gdy się jest po uszy w tej chorobie. Otóż jestem w sumie zadowolony, że było to moim udziałem i że przez to przeszedłem. To mi dało wgląd w siebie i także wgląd w innych ludzi. Zrozumienie życia. W jakiś sposób zakłóciło moją karierę zawodową, zaburzyło pewne plany. Ale pozwoliło zrozumieć, że nie to jest najważniejsze?



IN ENGLISH
In English
POLECAM KSIĄŻKĘ
Polecam książkę
W odpowiedzi na liczne zachęty czytelników strony udało mi się znaleźć wydawcę i zamieszczone tu treści, w wersji poprawionej i trochę rozszerzonej, ukazały się nakładem wydawnictwa WAM w formie publikacji książkowej. Jest ona do nabycia w księgarni internetowej WAM (kliknij na obrazek). Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy dobrym słowem, wsparciem albo nakładem własnej pracy przyczynili się do tego, że publikacja tej książeczki stała się faktem!

1 602

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Długie to ale nie mogłam się oprzeć coś wspaniałego dla Nas.

1 603

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Już to czytałam gdzieś ;-) Fajna ta historia. Mam nadzieje, że sami taką napiszemy.
Ja cóż z lekami, ale odstawie draństwo i popracuje z psychologiem.

1 604 Ostatnio edytowany przez alek94 (2014-03-28 06:40:26)

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam,
Jestem młodym mężczyzną, mam 20 lat i cierpię od niecałych 10 lat na nerwicę lękową. Wszystko zaczęło się od ataku paniki spowodowanym wybuchającymi fajerwerkami w noc sylwestrową gdy miałem 10 lat. Tak bardzo się przestraszyłem, że na tydzień trafiłem do szpitala (kiedy mnie przyjmowali na ostrym dyżurze miałem bardzo wysokie ciśnienie, dokładnie nie pamiętam ale było powyżej 155). Po serii badań nic nie wskazano, byłem zdrowy fizycznie. A psychicznie no cóż, załamałem się ponieważ myślałem że świat dla mnie się kończy i w każdej chwili mogę umrzeć. Nie chodziłem 2 miesiące do szkoły. Słabo pamiętam, ale leczyłem się trochę u psychiatry dziecięcego, przepisywał mi jakieś leki. Leki tak mnie tłumiły, że zasypiałem na lekcjach. Jako że byłem dobrym uczniem przestałem je brać, myślałem że wszystko się skończyło. Pod koniec 5 klasy podstawowej ubzdurało mi się że stracę grawitację i polecę w kosmos. (tak wiem śmieszne to, ale prawdziwe sad ) Lęk ten łączył się z lękiem wysokości (do 10 roku życia nie miałem lęku żadnego, lubiłem jeździć na najwyższe piętro Pałacu Kultury i Nauki i oglądać panoramę Warszawy). Wrażenie tracenia grawitacji mam do dziś, to właśnie przez nie straciłem cały sens życia. Np. idąc polną ścieżką przez łąkę włącza mi się ten lęk i z głowie wyobraża mi się ta ogromna odległość między ziemią a kosmosem i robi mi się słabo. Dlatego omijam tego typu rzeczy. Przestałem jeździć przez to nad morze, bo plaża to otwarty teren, na którym ten lęk mnie łapie. Moim celem życiowym było dostanie się do jednostki wojskowej, czy policji. Lęk wszystko zepsuł (poligony, obszary ćwiczeń to duże otwarte rpzestrzenie). Chciałbym być normalny, chciałbym w końcu móc pojechać nad morze. Czy ktoś z Was doświadczył takiego lęku? Jak sobie z nim radzić, jak walczyć. Czy nie jest za późno? Mieszkam obecnie na wsi, z dala od dużych miast. Nie mam prawa jazdy bo oczywiście nerwica lękowa również i tu działa na mój umysł. Do tego mam nerwicę natręctw, a także bałem się kiedyś wychodzić do ludzi, przebywać w dużym zbiorowisku osób.
Walczę również z kompleksem niższości, ponieważ nie pochodzę z majętnej rodziny. Cały czas boję się, że ludzie będą mnie wyśmiewać za to jak sie ubieram, że często chodzę w tych samych rzeczach itd... Jak mam dalej żyć? Chyba popadam w depresję, ostatnio zacząłem myśleć o śmierci, czy nie pomoże mi z tym życiem nieudacznika. Chodziłem na studia, po I semestrze zrezygnowałem. Bo wszystko straciło sens. Moi znajomi nie wiedzą na co choruję, tylko najbliższa rodzina (ale i tak myślą że jest bardzo dobrze). Przy kolegach zachowuję się raczej normalnie, bo chciałbym mieć szczęśliwe życie jak oni.
Wiem, że to forum kobiet, za co przepraszam ale potrzebuję jakiejś pomocy.

1 605

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

alek94- Witaj wśród nas, z kobietami na takie tematy można zawsze pogadać, z resztą jest już z nami jeden chłopak Marcin. Nasza wyobraźnia płata nam figle i zdaja się nam rzeczy naprawdę dziwne. Nie jesteś w tym odosobniony, a sądząc po składni Twojej wypowiedzi nie masz powodów by czuć się gorszy. Oczywiście, ze nie jest za późno, a korzystasz obecnie z pomocy psychologa lub psychiatry?
Twoje marzenia są możliwe do spełnienia tylko czas zacząć się przełamywać. Mam znajomą stuardessę która ma nerwicę lękową, więc nie do końca jest tak że wyklucza nas to z pewnych dziedzin życia.

1 606

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hej....dziś wieczorem wychodzimy,ja i mąż heh..do ludzi..na koncert,w miarę mam stabilne odczucia.I na pewno będzie dobrze.
Pozdrawiam wszystkich...
Witaj alek..94..dobrze trafiłeś,znajdziesz tu oparcie i poczucie bezpieczeństwa....tak jak ja....oraz zrozumienie.

1 607

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hej...dałam jako tako radę.Ale dziś fatalne samopoczucie.Nocne koszmary zmęczyły mnie...lęki w śnie ...i znowu dżwięki wydawałam straszne.Mąż mnie wyrwał w nocy ze snu strasznego.

1 608

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej wszystkim witam nowego kolege -słuchaj to że nie jestes majetny to dobrze wiesz że niektórym ludziom się przewraca z nadmiaru pieniędzy przeciez pieniądze to nie wszystko ty jestes jeszcze młody także wez się za siebie szkoda się mordowac ja cię rozumiem bo przechodziłam lęk bałam się wszystkiego teraz jest lepiej ale czasami też mnie dopada a czy chodzisz do psychiatry bieżesz jakies leki napisz cos wiecej ja tez pochodzę ze wsi noi co  bardzo się z tego powodu ciesze

1 609

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

u mnie dzis jakos dziwnie a wy jak nerwuski hi hi

1 610

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam wszystkich  bardzo cieplutko :-)

U  mnie  okej-czuję się bardzo dobrze.

Pozdrawiam was cieplutko:-) :-***

1 611

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

no hej wszystkim piękna pogoda dzisiaj więc na spacerek buziaczki

1 612

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Alez to byl piękny wknd????

1 613

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Cudownie spędziłam weekend.Spacer był wspaniały,odprężyłam się,i co jeszcze zauważyłam ,nie muszę się odwracać nie boję się że czycha niebezpieczeństwo za plecami od kilku dni...Cudowne uczucie nie bać się..Na koncercie nie odwracałam się spokojna...i w lesie tak samo...co pozwoliło mi się nacieszyć sobą i wszystkim co mnie otacza.Pozytywne myślenie przynosi efekty...Dobrego pozytywnego dnia życzę...

1 614

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam serdecznie, miłych chwil dla Wszystkich - ja leżę z grypą, a koty budziły mnie w nocy liżąc mnie po twarzy. Głowa mi pęka i takie tam sensacje, ale mam zamiar dzielnie stawiać temu czoła...idę spać.....pozdrawiam

1 615

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

8888- zdrowiej więc prędko. ;-)

1 616

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Jest naprawdę dobrze. Buziole

1 617

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

kasiuniunia- ;-) bardzo mnie cieszy Twój stan.

Ja dziś psycholożkę idę katować wywodami ;-P

1 618 Ostatnio edytowany przez nowa18 (2014-03-31 15:37:08)

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

8888 ...........kochana zdrowiej....
Ksiunia............ to tak samo jak i u mnie...
Sluuu...........dobrego dialogu z psycholożką...
Bożenka..........spacer na prawdę pomaga...
nerwuska...........i tak trzymaj
alek94....samego dobrego,jak i dla wszystkich nie wymienionych osób,pozdrawiam.

1 619

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

nowa18- ;-)

1 620

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

witajcie mnie strasznie boli głowa dzisiaj 8888.......trzymaj sie ja ostatnio też przechodziłam to powodzenia buziaczki dla wszystkich

1 621

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Bożenka mnie też głowa ciśnie, obstawiam zły biometr.

1 622

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

sluuu-ja też tak mysle jutro będzie lepiej

1 623

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Hejka buuuziaczek ...łapcie...Miłego dnia....

1 624

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Witam, dziękuję wszystkim za miłe słowa. Głowa nadal boli, ale ciut lepiej jest.. Na szczęście mam wypracowany mechanizm zasypiania kiedy cierpię fizycznie to dla mnie dar od losu, bo pamiętam okresy bezsennej męczarni z lękiem w tle... A teraz jest dobrze, znowu idę na drzemkę, po zjedzonym rosole... Trzymam kciuki za piękne dni w Waszym życiu, w moim też oczywiście, pa

1 625

Odp: Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

8888-trzymaj się kochana i wygrzej się pod pierzynką miłego snu   witajcie wszyscy  buziaczki dla was

Posty [ 1 561 do 1 625 z 2 984 ]

Strony Poprzednia 1 … 23 24 25 26 27 … 46 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Walka z nerwicą, kroki do wolności - moje rady dla cierpiących

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026