Przepraszam, że się wtrącę jako nie-matka, ale z lekkim niepokojem przeczytałam pierwszy post. Dlaczego? Od długiego już czasu obserwuję ten trend: rodzice stają na rzęsach, by ich dziecko było ponad-inteligentne, wyedukowane, no jednym słowem, by nie czuło zagrożenia konkurencją w przyszłości gdy będzie startowało do walki o pracę. Tak, te wszystkie umiejętności są ważne.
Natomiast te same dzieci nie mają pojęcia jak przyszyć guzik, nie rozróżniają rodzajów ptaków, nie wiedzą, co oznacza silny, nadzwyczaj ciepły wiatr (halny), nie mają praktycznego pojęcia o czymś, czym otaczają się na co dzień i dzięki czemu tak naprawdę czerpią życie: dzięki naturze, tlenowi, pożywieniu, zwierzętom. Już o bogu jakimkolwiek nie wspomnę, bo dziś to nie jest raczej modne, by uczyć dziecko głębokiej wiary. Nie religii, ale wiary, a ta z kolei uczy pokory i szerokiego spojrzenia na świat.
Na to wszystko, co Autorka w pierwszym poście wymieniła, dziecko (11 miesięczne!! sic!) będzie miało całe życie. Nauka języka jest fajna, jeśli jest zabawą. Jednak ta cała reszta? Czy naprawdę uważasz Autorko/uważacie inni Rodzice, ze to niezbędne do szczęścia dziecka?