witam was, czytam i czytam ten wątek i uznałam, że też napiszę jak wyglądało to u mnie.... Rozstałam się po 3 latach związku, narzeczeństwa... nie dawałam sobie już rady... nie rozumiałam jak można wymagać nic nie dając od siebie...starałam się, robiłam wszystko by mu dogodzić, by był zadowolony.. a tak naprawdę w zamian nie miałam nic... jedynie litry wylanych łez i rożne stany emocjonalne... nie rozumiał, że przeszkadzały mi:
- ciągłe flirty z innymi kobietami,
- naście kont na stronach randkowych, erotycznych...
- dziesiątki niestosownych wiadomości... to było takie normalne dla niego, bo to nic nie znaczy, bo to wirtualne...
- nocne spotkania z koleżanką z tłumaczeniem, że był sobie z nią pojeździć po mieście.. normalne przecież...
- wyznanie koleżance, że go kręci i ma ochotę ją pocałować.. a po chwili pisał do mnie, że mnie kocha...
- wyzywał mnie przy wspólnych znajomych, że jestem poj***na bo chciałam mu pomóc krzesło zanieść do domku bo był tak pijany...
- okłamywał na każdym kroku, po 2 latach okazało się, że mimo iż mówił, że studiował, nawet jednego semestru nie ma zaliczonego... były to studia dzienne, co zatem robił? bo nawet nie pracował...
- dziesiątki smsów dziennie z "koleżanką" o dziwo tylko raz mu się numery pomyliły z moim...
- od samego początku coś się "działo".. w czasie pierwszych 6 miesięcy znajomości wysyłał sobie z jakąś prostytutką zdjęcia i się chciał umawiać na sex spotkanie...
- zabronił mi mieć kontakt z moim przyjacielem, głupia się posłuchałam, ale na szczęście przyjaźń wszystko przetrwa 
(tego było tyle, że to temat na oddzielny wątek, w sumie podobny już kiedyś tu pisałam... )
on potrzebował non stop takich bodźców jak flirty przekraczające granice smaku, filmy porno.. dzień w dzień, nic po za tym, zero obowiązków, zero jakiegokolwiek zaangażowania w cokolwiek... moja samoocena była na poziomie 0... myślałam, że do niczego się nie nadaję, że nic lepszego i tak mnie w życiu nie spotka...
odchodziłam wiele razy od niego, ale byłam za słaba i sama wracałam, nawet gdy się w sumie nie starał.. przyzwyczaił się, że co nie zrobi zawsze będę... w końcu zebrałam w sobie siły, długo rozmyślałam nad tym jak chcę by wyglądała moja przyszłość i czy na pewno to z nim chcę budować i tworzyć moją resztę życia.. nie wiem skąd zebrałam na to siły, byłam już chyba wykończona i powiedziałam sobie, jeden najmniejszy incydent i nie ma odwrotu, kończę to, długo nie czekałam... zaczął się przymilać do byłej... nawet głupi ustawiał dla niej opisy myśląc, że nie zauważę.. no niestety biedny się pomylił...
było mi tragicznie ciężko bo mimo wszystko kochałam... czasem spałam, jak nie to płakałam i pracowałam, nic więcej, jak robot... po kilku dniach poznałam kogoś w podobnej sytuacji,tkwił tak samo jak ja w chorym związku... wspólne wymienianie się naszymi przykrościami i długie rozmowy o naszych ideałach i wartościach uświadomiły mi, że istnieją ludzie ze zdrowym spojrzeniem na związek i życie... znajomość nasza pomogła nam wzajemnie zakończyć toksyczne związki. Mija już 5 miesięcy jak zerwałam, ostatnio wracają myśli z momentami kiedy było dobrze, czasem nawet za tym zatęsknię ale wystarczy moment i trzeźwieje na całe szczęście. W życiu czeka na nas wiele przeszkód po to by je omijać razem, wspólnie, umacniając każdego dnia związek i uczucie więc nie zamierzam tkwić w związku gdzie w dodatku muszę walczyć z wybrankiem po to by móc poczuć się szanowaną i kochaną, nie po to tworzy się związek by prosić się (niejednokrotnie tak naprawdę upokarzając się w pewnym stopniu) o to co jest i być powinno jego fundamentem.
Dziś już wiem, że postąpiłam słusznie, odżyłam, znów się uśmiecham, cieszę się każdym dniem, jest mi lżej, mimo, że tak naprawdę te wszystkie przykrości odbiły się na mojej psychice i jak na razie zaufać w ogóle nie potrafię, jeszcze za wcześnie bym uwierzyła, że dla kogoś mogę być tą najważniejszą i że ktoś mnie nie zrani, że ktoś może mieć dobre intencje wobec mnie... panicznie boję się, że ta sytuacja się powtórzy po raz kolejny.. Ale tak jak potrzebowałam czasu by dojrzeć do decyzji o rozstaniu tak teraz mam nadzieję, potrzeba mi czasu by uwierzyć w czyjeś dobre serce 
Wybaczcie, że się tak rozpisałam, ale szczerze zrobiło mi się lżej gdy to napisałam i wyrzuciłam z siebie 