Witaj, na razie czysta sympatia. Czytając Twój post, czytam o sobie. Pokrótce - pracowaliśmy razem od 5 lat. On jest żonaty od 13 lat (ma 38 lat), ja jestem mężatką od 4 lat (w związku 13 lat, mam 32 lata). Oboje mamy córki. Pod koniec 2010 przeżywałam kryzys, on także, i prawdopodobnie ta chwila słabości bardzo, ale to bardzo nas do siebie zbliżyła. Zdaliśmy sobie sprawę, że łącząca nas - pomimo relacji zawodowych - przyjaźń, jest czymś więcej, czego dość długo nie definiowaliśmy. I stało się. Broniliśmy się oboje, unikaliśmy spotkać sam-na-sam, ale okazja zawsze się znalazła. Nasz toksyczny "związek" rozwijał się bardzo powoli, a my coraz głębiej wchodziliśmy w tę niespełnialną od początku relację. W końcu o wszystkim dowiedział się mój mąż i jego żona, zdecydowałam o odejściu z pracy. Odeszłam więc z lubianej przeze mnie pracy i w pewnym sensie od niego. Romans jednak trwał nadal, choć w ograniczonej formie (głównie dłuuugie rozmowy przez telefon i maile). Ja się czułam coraz gorzej psychicznie. Zakochanie w nim i ciągłe wyrzuty, że zdradzam męża (wspaniałego i dobrego człowieka) doprowadziła mnie na jesieni 2011 do początków depresji. Kluczowym i przełomowym momentem była sytuacja, gdy spędziliśmy razem intymne chwile, podczas których on zapewniał o swojej miłości i uzależnieniu ode mnie, po czym przez tydzień się nie odezwał. Nie dociekałam przyczyn, założyłam, że też zżerają go wyrzuty sumienia. Niemniej, coś we mnie pękło. Wiedziałam już, że dłużej tak nie dam rady. Poprosiłam go, żeby już się ze mną nie kontaktował, lecz on nie słuchał. nadal do mnie pisał. A ja się pogrążałam. Doszło do tego, że w grudniu 2011 miałam już głęboką, kliniczną depresję, z której w chwili obecnej zaczęłam wychodzić (3 miesiące na silnych lekach, stan warzywny, niemoc w podjęciu jakichkolwiek obowiązków, długie zwolnienie z pracy......). W końcu w sposób brutalny z nim "zerwałam" - dokładnie w Sylwestra - i rzeczywiście, od tego momentu (na co liczyłam) przestał się odzywać. I teraz najważniejsze. Choć sama zdecydowałam o rozstaniu, cierpiałam strasznie, wręcz fizycznie. Ale!!! Mijają już 3 miesiące, a ja z każdym dniem czuję się coraz lepiej. Zaczęłam nawet pracować na część etatu, uprawiam sport, oglądam filmy. Byłam w takim stanie, że wiedziałam, że MUSZĘ zmienić swoje myślenie (zgodnie z zasadą: chcesz zmienić cały świat, zmień siebie), bo będę tkwić w tej bolesnej przeszłości i życie mi upłynie na rozpamiętywaniu, a TO NIE MA SENSU. Zaczęłam od terapii, leków, poszłam do spowiedzi, zaufałam Bogu i bliskim, że to doświadczenie KIEDYŚ okaże się czymś dobrym. Nie wiem, jeszcze jak miałoby się to stać, ale taki ból musi CZEMUŚ posłużyć. W chwili obecnej, "ćwiczę" swój mózg, skupiając się na samych radosnych wydarzeniach z mojego życia, na planowaniu, na próbie cieszenia się drobiazgami. To jest mega trudne, ale przynosi już owoce. Oczywiście, kocham go, ale uczę się żyć z tym uczuciem, nie wypieram go już. Po prostu jak najrzadziej o nim myślę, a jak już myślę, to przypominam sobie wszystkie chwile, w których mnie zawodził i sprawiał cierpienie. Moja rada - jak najwięcej zajęć, w tym dużo fizycznych. Zmusić się, na siłę, ja się 3 miesiące zmuszam, a teraz przychodzi to już dużo łatwiej. Słuchanie optymistycznej muzyki, czytanie wesołych książek, liczne spotkania z życzliwymi ludźmi i oglądanie radosnych filmów. Zasada jest jedna - TYLKO CZAS to wyleczy. Ale tez czas należy poświecić na pracę nad sobą, która zawsze się opłaci!!!!!!. Jedno już wiem, na bazie mojego doświadczenia i niestety, doświadczenia 2 moich znajomych, związki z żonatymi to 95% szans na takie zakończenie. Poza tym wierzę w zasadę, że każde dobro i zło wraca do człowieka. Więc nawet, jakby próbować "nowego" życia z żonatym, to nie wierzę, że byłby to szczęśliwy (i nie mówię to o problemach z rozwodem, opieką nad dziećmi, a raczej - o świadomości, że rozbiło się rodzinę, jaka by ta rodzina nie była, i że skoro zostawił on 1 żonę, to tym prędzej zostawi drugą, bo będzie już prościej). NIE WARTO. ŻADNA "MIŁOŚĆ" NIE JEST WARTA TAKIEGO CHOREGO UKŁADU!!!!! Wierzę, że Ci się uda. Mnie powoli się udaje. Powoli, ale kiedyś będzie jak dawniej. A może lepiej. Głowa do góry, koniec z użalaniem się, takie jest życie i szkoda go tracić na zbędne rozkminki. Poza tym, jak będziesz nadal tkwić w rozmyślaniach, to tkwisz w miejscu i młode życie umknie Ci, zanim się obejrzysz. Trzymam kciuki!!!!