Witajcie,
zacznę od tego, że każdy ma swoje problemy i niektórzy mają ich nawet sporo, najważniejsze, to mieć komu się z nich wypłakać. Ale od początku. Mając 19 lat byłam wulkanem energii, wesoła, uśmiechnięta, energiczna i...stop... kompleks, miałam kompleks na punkcie nosa, niby nic takiego, ale wtedy nie było jeszcze internetu ani kultu piękna, nie miałam gdzie szukać pomocy, a to przeszkadzało mi być w pełni sobą. Zabieg zrobiłam, okazało się, że fatalnie - 2,5 tys zlotych przepadło, a jednoczesnie 2 wyjazdy zagraniczne, bo tłumaczyłam sobie: "jak ja taka brzydka tam pojadę"
w międzyczasie znalazł się chłopak, który akceptował mnie w 100%, bo nie powiem ciało miałam ładne, ogólnie też, tylko ten nos... brak samooakceptacji potęgowały konflikty w domu, mama niebyła osobą łatwą w kontaktach, wszystko wtedy zwalałam na nos, a przyczyna tkwiła wlaśnie w tych relacjach, niską samoocenę i niskie poczucie wartości wynosi się z domu. Dziewczyny, kobiety, doceńcie to co macie!!! Bo jeśli wy się nie docenicie to nikt was nie doceni. Moje niskie poczucie wartości sprawiło, że nie pojechałam do pracy za granicę, nie robiłam tego co chciałam, bo mimo, że byłam inteligentna i zdolna, to nie chciałam iść na studia. Chciałam zarabiać pieniądze, na to, żeby być atrakcyjną, fajną babką, na wyjazdy zagraniczne, samochód i spełnianie marzeń
pieniążki na operację nosa zarabiałam w Polsce przez 2 lata i...znowu nieudana operacja, konflikty w domu i poronienie. Z miłej sympatycznej dziewczyny stałam się kłębkiem nerwów. Wydawało mi się, że jestem beznadziejna, nic mi w życiu nie wychodzi i a nic nie zasługuję, jednak przyszedł dzień trzezciej operacji i wreszcie zyskałam wygląd o jaki mi chodziło, uporałam się z kompleksem, stałam się otwarta, pewna siebie i uśmiechnieta, ale nie na tyle zeby zmienić swoje życie. Nie opusiłam rodzinnego domu, ani chłopaka, który wiecznie nie miał pracy. Przyzwyczajenie do beznadziejnego stanu rzeczy było tak silne, że zdecydowałam się wyjść za tego faceta, a mało tego zamieszkałam z nim w moim rodzinnym domu, pełnym konfliktów, smutku i przemocy. Zdecydowałam się urodzić meżowi dzieci, choć tak na prawdę w głębi duszy nie chciałam tego, nie chciałam z nim żyć, tylko wreszcie zrealizować siebie. Samotność, brak możliwości porozmawiania z kimś sprawił, że dokonałam samych złych wyborów, gdybym wtedy miała dostęp on-line do takiej kobiecej samopomocy niepopelniłabym tych błędów. Z boku wszystko wygląda ok, dwoje dzieci, mąż, budowa, sielanka....ale ja jestem w rozsypce, bo niezrealizowałam siebie! Zróbcie to na co macie ochotę, cokolwiek miało by to oznaczać. Ja niechcę robić krzywdy dzieciom, bo cóź im powiem po latach, mama pojechała zwiedzać świat, bawić się zamiast być przy was??? Nie opamiętałam się w porę i teraz jestem totalnie skłócona z życiem, bo nie wzięłam go od początku w swoje ręce. Robiłam wszystko tak jak trzeba robić, a nie tak jak ja chce! To jest totalnie złe i demotywujące, otwarły mi się oczy, niestety troszkę za późno.Myślę że z zewnątrz jestem piękna, faceci proszą mnie o spotkanie, bo ja zaakceptowałam siebie, ale jednocześnie mam dom, rodzinę, męża. Wszystko jest nie tak jak chciałam, niektorzy marzą o dzieciach, a ja poprostu niechciałam ich mieć, chciałam być wolna, bo to najpiękniejszy stan, na który ja przez mój kompleks nie pozwoliłam sobie. Jest jak jest, a jedyne co mogę zrobić, to wszystkim paniom z forum przekazać, aby ceniły się najbardziej na świecie wtedy szczęście samo przychodzi. Realizujcie się dziewczyny, nie myślcie o tym, co powiedzą inni, bądźcie sobą, bo może później taka okazja już się niewydarzy!