Witam Was. Dzisiaj jakiś koszmarny czas.Koszmarny bo problemy z zachowaniem córki która powinna wspierać a ...szkoda gadać. CzytaŁam kiedyś że na jakimś etapie żaŁoby może pojawiać się zŁość na zmarŁą osobę, za to że jej nie ma. Nie wierzyŁam . WydawaŁo mi się to abstrakcją. I...przez uŁamek sekundy dzisiaj to poczuŁam...Nie radzę sobie.Nie oglądam zdjęć z naszej cudownej przeszŁości.Bo to może zwiększyć ból a ja nie chcę więcej bólu. I tak go za dużo. I wiecie co ...mam wyrzuty sumienia że nie chcę tego bólu. Bo ten ból to Piotr. Jak mogę go nie chcieć.On umierając myślaŁ i mówiŁ żebym się trzymaŁa, przyzwyczaiŁa, nawet w tak trudnej dla siebie sytuacji myślaŁ o mnie a ja...mam się poddać.Mam wyprzeć żeby nie cierpieć tak bardzo ? Kiedy czuję się taka opuszczona taka skrzywdzona taka oszukana przez okrutny los...zaglądam tutaj.Szukam wsparcia. Znajduję. Pozdrawiam Was serdecznie.
Podobne tematy
Dziś to chyba jakiś fatalny dzień mają wszyscy. Ja też chodzę płacząc co chwilę i zadaję w pustkę pytania dlaczego i jak mam dalej żyć. Bez ustanku myślę o tym co było jeszcze rok temu, jacy byliśmy szczęśliwi, niepodejrzewałam nawet że to nasze ostatnie chwile szczęścia.
Święta mineły ale dla mnie to nie były święta. Nawet o nich nie myślałam, może pomógł mi fakt że oboje z maleństwem się pochorowaliśmy, a może to po prostu zobojętnienie ,dla mnie nie było świąt.
Zbliża się Sylwester i ciągle widzę roześmianą twarz mojego męża, tak mi go brakuje.
Niedługo minie rok a to nadal tak strasznie boli, nawet teraz gdy to pisze łzy same mi płyną.
Każdy mi powtarza trudno stało się musisz żyć dalej, ale ja nie chcę, przeraża mnie życie bez niego.
Ciągle mi się wydaje że to wszystko stało się wczoraj a czas tak szybko leci.
Tak bym chciała żeby przyszedł przytulił mnie i powiedział te swoje" kochanie nie martw się będzie dobrze".
Pozdrawiam Was cieplutko trzymajcie się.
Witaj proy0311,
Ja również mam problem z moją córką, po śmierci męża była jeszcze bardziej nerwowa. Pyskowała, nie chciała mi pomagać. Dużo gorzej jest gdy ja też mam gorszy dzień wtedy i ja jestem nerwowa. Ale obiecałam sobie że postaram się nie denerwować, że pokażę że bez krzyku też można się porozumieć. Dzieci to jakoś inaczej przechodzą. Jak na razie to pomaga. Codziennie rano pomaga mi posprzątać dom,o cokolwiek ją poproszę to zrobi. Nie ma już takich kłótni w domu.
Zobaczymy jak długo.
Ostatnio jak porządkowałam papiery natknęłam się na nasz album ślubny,nawet go nie otworzyłam nie byłam w stanie. Nie powinnaś mieć wyrzutów z tego powodu że nie chcesz już cierpieć. Każda z nas chciałaby żeby to tak nie bolało. Ja też staram się unikać wszystkiego co wiąże się ze wspomnieniami. Przynajmniej na razie. Może później będzie lepiej? Niczego nie planuję po prostu żyję z dnia na dzień.
Pozdrawiam, jakoś to musimy przetrwać sama nie wiem jak. Mamy dzieci mimo wszystko to są owoce naszej miłości i nas potrzebują.
Myślałam że dzisiaj będzie lepiej ,ale się myliłam jest jeszcze gorzej niż wczoraj .....
Ja też mam problemy z dziećmi,na pewno przeżywają śmierć taty na swój sposób a tym bardziej że mąż miał dobry kontakt z dziećmi.Dlaczego to życie jest takie niesprawiedliwe dobrzy ludzie odchodzą a żli zostają!
A jeśli chodzi o zdjęcia to też nie oglądam boje się tego bólu ,nawet nie zrobiłam porządku z ubraniami zostawiłam wszystko tak jak było...
A teraz nowy rok się zbliża i sylwester na pewno byśmy się bawili całą noc jak zawsze ,wziął by mnie w ramiona i do rana nie puścił.Chyba się trochę rozkleiłam bo płaczę jak bóbr .
Trzymajcie się cieplutko w te zimowe dni
Witam
Ja też uważam. że dzisiejszy dzień jest straszny, ból i rozpacz, łzy i ta okropna tęsknota za Mężem, Myślałam. że jak pokonam święta to już jakoś będzie,Synowie starsi już pojechali, był też Męza brat. który od śmierci Teściów spędza u nas święta bo jest samotny. też pojechał, Zostałam znowu w młodszym synem. Znajomi składają życzenia noworoczne ale tak jakoś więcej wspominają mi o moim Mężu i to chyba mnie tak boli.Zamiast wracać do jakiejś równowagi to ja cierpię prawie tak samo jak na początku a to przecież minęło już pół roku. Wydaje się jednak. że to tak niedawno. Ja też jeszcze wszystko mam w szafie tak jak zostawił mój Mąż.Nie mam odwagi ruszać jego rzeczy. mam wrażenie ,że czekam. chociaż wiem. że to niedorzeczne. może już mam coś z psychiką.Jak tylko Mój Mąż odszedł zaraz nałożyłam jego obrączkę na palec i noszę ją koło mojej. twierdzę,że muszę nosić obie za nas obu.
Kochane. jak to dobrze, że jest to forum i można tu sobie ulżyć, wyrzucić z siebie wszystko i nie bać się. że ktoś mnie wyśmieje. czy pomyśli ;chyba jej odbiło"
Są lepsze i gorsze dni, ale te ostatnie to są okropne,
Pozdrawiam Was kochane!
Witam.
U mnie aż tak straszny ten dzień nie był, ale może to dlatego że jeszcze pełno spraw mam do załatwiania i jak robot jeżdżę i załatwiam choć nie mam sił i dziwnie się z tym czuję. Ja sama nie wiem skąd ja mam na to siły... może to On mi ją daję? nie wiem, ale wiem że jakby nie Jego siostry i rodzice to nawet bym nie pomyślała o tym wszystkim że trzeba iść tu i tam... Boże nigdy bym nie pomyślała że kiedyś to mnie spotka zawsze takie obce mi to było śmierć kogoś bliskiego ;-(
Co do ubrań po mężu muszę się przyznać że szafkę sprzątnęłam i dziwnie się z tym czuję, ale jak usłyszałam mojego synka kiedy moja malutka siostrzenica otworzyła jego szafkę z ubraniami to powiedział "...zamknij ją bo to szafka mojego taty i jak wróci to będzie zły że ruszałaś..." czy jakoś tak dokładnie nie pamiętam to coś mnie tknęło... i przy porządkach świątecznych po długiej walce ze sobą otworzyłam ją i wyjęłam rzeczy a synkowi zrobiłam szafkę na zabawki. Pewnie pomyślicie że nie przeżywam tego tak jak Wy bo po dłuższych okresach jeszcze tego nie zrobiliście ale uwierzcie mi że teraz na pewno bym tego nie zrobiła. Nie wiem skąd te siły na to wtedy się wzięły. W szafie nadal wiszą Jego koszule bo na to już brakło mi sił...
Trzymajcie się... i życzę wam wszystkim żebyście z Nowym Rokiem nabrały sił na dalsze życie
...i sobie też tego życzę bo tak bardzo ciężko jest ;-(
Witajcie!
Mi też wcale nie jest lepiej, właśnie Sylwestra spędzaliśmy ostatnio tylko razem.Jeszcze ten dzień będzie trudny do przezycia.Nie wiem jeszcze czy chcę być sama czy pójde do dzieci.
Nareszcie się zmobilizowałam i wywołam zdjęcia w tym jedno jedyne jego z wnusią, które dane mi było zrobić.Nie mogę się napatrzeć.
dlaczego? co do rzeczy męża to przychodzi własnie taki moment że nie wiadomo skąd i dlaczego pozbywamy sie ich rzeczy, to jest chwila na podjecie decyzji nie wiadomo właśnie skąd.Ja podjęłam decyzję dwa razy ale jeszcze tyle zostało.Już prawie osiem miesięcy a taka ogromna pustka ale to tylko Wy jesteście w stanie zrozumieć.
Życzę też dużo sił na Nowy Rok!
Witaj dlaczego?. Moim zdaniem dobrze, że zrobiłaś porządek tak szybko. Tak naprawdę jeszcze jesteś w szoku, chyba większość z nadal jest, ale tak jak napisałaś póżniej czyli dziś już byś tego nie zrobiła. Ja w pierwszej chwili wyrzuciłam resztkę naszych zaproszeń ślubnych i na tym się skończyło. Mineło ponad 5 miesięcy i nic więcej, no może trochę papierów.
Ja osobiście wiem dokładnie dlaczego je trzymam, bo wciąż wierze, że jakimś cudem wróci. Ostatnio ktoś do mnie pomachał przed moim domem, byłam pewna, że to Piotr, ten któś do mnie podbiegł, (nie muszę Wam mówić tliły się we mnie uczucia), a okazało się, że z kimś mnie pomylił.
Porządki musimy zrobić, aby ruszyć dalej, problem z tym, że większość nie chce i ja to rozumiem, sama nie dbam o nic, bo przecież sensu mojego życia już nie ma. Nie mieliśmy dzieci pomimo, że byliśmy ze sobą 8 lat, nie mam dla kogo żyć i starać się.
Mam jednak głęboką nadzieję, że Oni są cały czas przy nas, że są bliżej nas niż kiedykolwiek, że znają naszą każdą myśl i są szczęśliwi, jeżeli my chociaż się uśmiechniemy. Oni wiedzą jakie życie jest ciężki i pomogą nam zawsze, nie możemy się poddać.
Moje Drogie, życzę Wam spokojnego, pełnego nadzieji 2011. Pamiętajcie każdego dnia zbliżamy się do nich, nadejdzie dzień kiedy się z Nimi spotkamy i wtedy napewno usłyszymy, że są z nas dumni, że dałyśmy radę. Trzymam za Was wszystkie kciuki.
witam minelo 2lata od smierci meza ja sie wydaje ze pogodzilam sie z tym staram sie zyc dalej tylko dzieci niepogodzily sie .Syn ma juz 5 lat niemial dobrego kontaktu z ojcem a widze jak teskni chce zdjac pomnik i wyjac tate albo chce umrzec aby trafic do nieba i znim wrocic,ma koszmary juz niewiem jak mam tlumaczyc smierc dziecku .Corka ma 8 lat i bardzo teskni ... W nocy umarla ich babcia a moja tesciowa za zycia mojego meza bardzo je rozpieszczala ,bylam u niej na swieta z dziecmi byla chora i niepoznala ich poszla spac ... Niewiem jak mam im powiedziec o smierci babci skoro tak cierpia po smierci taty...
Zycze Wam lepszego 2011 Roku, zdrowia, sily na dalsza samotna droge, ciepla w sercach i oby kazda z nas znalazla odrobine szczescia i radosci na swojej drodze!!!
Kochane też Wam życzę dużo siły i spokoju!
Widzę Kochane że Sylwester jest o 100 razy gorszy niż Święta były. U mnie przynajmniej tak jest... wspomnienia minionego roku jeszcze z mężem... i refleksja na Nowy Rok już bez Niego ;-( nie wyobrażam sobie nawet
Oj dużo gorszy ten Sylwester niż minione święta. Nawet moja średnia córeczka zaczęła gorączkować.
Ja przede wszystkim życzę wam zdrowia, abyśmy mogły zobaczyć jak nasze dzieci dorastają. Abyśmy mogły wychować je na dobrych ludzi. Aby każdy dzień nadchodzącego roku przyniósł nam coś o czym warto będzie pamiętać.
Widzę Kochane że Sylwester jest o 100 razy gorszy niż Święta były. U mnie przynajmniej tak jest... wspomnienia minionego roku jeszcze z mężem... i refleksja na Nowy Rok już bez Niego ;-( nie wyobrażam sobie nawet
u mnie wlasnie minal ten caly rok bez meza.... mam nadzieje, ze ten 2011 bedzie lepszy... przynamnjei spokojniejszy emocjonalnie.
Ciężki jest ten Sylwester, bo w pamięci same radosne chwile.
Rodzina znajomi gdzieś imprezują a ja wspominam, bo jest co wspominać. Zeszłego Sylwestra spędziliśmy w domu, bo dzieciątko ledwo co się narodziło ale byliśmy tacy szczęśliwi wpadli znajomi i było wesoło.
Mój mąż to taki śmieszek, zawsze pogodny z uśmiechem na twarzy, towarzyski i otwarty na ludzi. Trudno się oprzeć jego urokowi, przy nim człowiek zawsze czuł się dobrze.
Ktoś mi kiedys powiedział że szczęście buduje się z drobiazgów, tak wielu rzeczy niedoceniamy puki ich nie stracimy.....kiedyś złościłam się że siedzi na kanapie z pilotem w dłoni zamiast mi pomóc dziś oddałabym wszystko by znowu tak siedział....
Tak życzę Wam i sobie siły by przetrwać ten kolejny rok, oby przyniósł nam spokój i ukojenie naszych trosk.
Oj ciężko, ciężko.Byłam z synami w kościółku .Po mszy pojechaliśmy na cmentarz.Odśnieżyliśmy grób,robiliśmy to wczoraj ale dzisiaj znów był cały zaśnieżony.Synowie odeszli wcześniej ja zostałam ,złożyłam mężowi życznia ,poprosiłam Go żeby nami się tam z góry opiekował.Jest okropnie.Nie wiem czy zdołam unieść ten ciężar.Mimo wszystko życzę Wam i sobie przetrwania w spokoju tego ostatniego dnia roku i nowego lepszego 2011 .
Jednak okropnie pierwsze chwile Noego Roku przepłakane. Też byłam z synem na cmentarzu czułam taka potrzebę.Czy w tym nowym roku będzie nam lżej?
Jednak okropnie pierwsze chwile Noego Roku przepłakane. Też byłam z synem na cmentarzu czułam taka potrzebę.Czy w tym nowym roku będzie nam lżej?
mi tez smutno... i to nawet bardzo.
279 2011-01-01 02:05:24 Ostatnio edytowany przez kasia77 (2011-01-01 16:31:35)
Witajcie kochane kobietki.
Ja z okazji Nowego Roku 2011 życzę wam duuuuuużo spokoju zdrowia i sił do dalszej naszej walki z życiem.Życzę wam aby ten rok był spokojniejszy od poprzedniego od emocji ale bardziej poświęcony na refleksję nad tym co przed nami.I każdej z was życzę tego aby po odpowiednim dla każdej z nas czasie mimo wszystko ułożyła sobie na nowo życie.A nasi "aniołowie" w postaci naszych mężów aby dalej nas wspierali i opiekowali się nami.
Stary Rok mija, lecz marzenia zostają...
Niech one się Tobie wszystkie pospełniają. I z Nowym rokiem, niech los się odmieni,a ogród życia się zazieleni.
Kasia.
Witajcie kochane kobietki.
Ja z okazji Nowego Roku 2011 życzę wam duuuuuużo spokoju zdrowia i sił do dalszej naszej walki z życiem.Życzę wam aby ten rok był spokojniejszy od poprzedniego od emocji ale bardziej poświęcony na refleksję nad tym co przed nami.I każdej z was życzę tego aby po odpowiednim dla każdej z nas czasie mimo wszystko ułożyła sobie na nowo życie.A nasi "aniołowie" w postaci naszych mężów aby dalej nas wspierali i opiekowali się nami.
Kasia.
przepiekne zyczenia, i Tobie dokladnie tego samego zycze!
281 2011-01-01 07:46:29 Ostatnio edytowany przez Smutna Marysia (2011-01-01 07:47:19)
Pierwsze chwile tego Roku powitane z płaczem. zresztą tak jak każda chyba z nas. wszystko mnie denerwowało. Nie spodziewałam się, że Sylwester będzie trudniejszy do przeżycia niż Swięta.
Też się nie spodziewaŁam że sylwester będzie tak trudny , choć pewnie można byŁo ...Święta w gronie ...a sylwester poprzedni ...pamiętany chwila po chwili oczekiwanie, patrzenie na siebie wśród obcych na balu ludzi,Przed -hotel:) po -hotel:)
(((((((((((((((((((((
I jeszcze ta okropna świadomość że Ten rok trzeba przeżyć bez Niego
((((((((((((((
I ja żaŁuję że już nie siedzi w fotelu i nie czyta telegazety.
Gdybym to ja zmarŁa żaŁowaŁby On. Niestety nie da się nasycić obecnością kochanej osoby na zapas. Chyba nawet odwrotnie. Im bliżej byliśmy tym tęsknota większa.
Mi niestety dziś trudno pŁakać. ZostaŁ ból.
Wszystko się Kochane zgadza. Sylwester przepłakany pierwsze minuty Nowego Roku także. Święta były także smutne ale całkowicie inne. A sylwester... przecież zawsze spędza się z ukochaną osobą czy w rodzinnym gronie czy gdzieś na balu i samemu w domu zawsze z Nim ;-( a wczoraj... nie da się tego opisać jak to bolało.
Ja też bym oddała wszystko żeby teraz leżał i tak cały dzień przed komputerem albo telewizorem
284 2011-01-01 11:21:25 Ostatnio edytowany przez kasia77 (2011-01-01 11:24:44)
Witajcie.
Jak czytam wasze wspomnienia z ostatniego sylwestra to wam zazdroszczę.Bo my już żyliśmy z wyrokiem.I pierwsza myśl to było "ile dni jeszcze mamy dla siebie?"I pamiętam do teraz Maćka wykończonego chemią z grzybicą jamy ustnej który z trudem zjadł sylwestrową kolację a potem osłabiony przysypiał na kanapie.
To w porównaniu z tym sylwestrem ten był lepszy bo spokojniejszy bez nerwów i strachu.Choć tym razem dominowała tęsknota i żal za tym co było....
Ale mimo wszystko staram się patrzeć na ten rok z optymizmem bo kolei losu nie zmienimy a żyć trzeba dalej.I starać się tak żyć aby oni tam na górze mogli być z nas dumni!!!!
A co do porządków w szafach to ja Maćka rzeczy spakowałam po dwóch miesiącach zostawiłam sobie tylko kilka jego ulubionych ubrań na pamiątkę.Resztę rozdałam po rodzinie lub do domów pomocy społecznej bo im te ubrania się przydadzą.Doszłam do wniosku że to pomoże mi łatwiej pogodzić się z tym na co nie mam wpływu a co musiało się stać.
A pamięć po mężu zawsze będzie w moim sercu i żadne ubrania czy będą w szafie czy nie tego nie zmienią.A wiem że porządkując te rzeczy dałam sobie możliwość ułożenia życia dalej po nowemu bo na to co będzie i tak nie mam wpływu.
Ja też zostawiłam parę ulubionych ciuchów po mężu bo nie dałabym rady jakbym kogoś zobaczyła w nich... może później je dam komuś a może już na zawsze zostaną na dnie szafy może kiedyś synek mi podziękuje że ich nie oddałam i sam w nich będzie chodzić. Nie mogę dzisiaj zebrać się i wstać z łóżka i ubrać się... ;-(
Nowy Rok przywitany płaczem ale kiedy wstałam pojawiły się myśli żeby zrobić coś jakieś pozytywne rzeczy miałam gdzieś wyjść ..i wiecie co moje plany spełzły na niczym.Siedzę tak bezczynnie rozmyślam i jestem sama zła na siebie, bo znowu chyba nie wiem czego chcę. To jest naprawdę walka z życiem z sobą.
Też ciągle spoglądam na fotel gdzie lubił drzemac i oglądać sport czasami denerwowało mnie to a teraz wszystko bym oddała żeby tak sobie podrzemał.
"Będę płakać aż zabraknie mi łez a potem jeszcze więcej póki ból minie"
Ja też dzisiaj bezczynnie siedzę i rozmyślam. nic mnie nie cieszy. na nic nie mam ochoty. Niby chciałabym czymś się zająć ale w niczym nie widzę sensu.Próbowałam rozmawiać z synem ale i to mi nie wychodziło. Zyję bo muszę, bo nie ma innego wyjścia. czy już tak zawsze będzie? Też ciągle rozmawiam w myślach z moim mężem. spoglądam na fotografie, jeszcze rok temu składał mi życzenia noworoczne, jeszcze był, chociaż wiedziałam, że mamy wyrok. ale był i zawsze była nadzieja, a dzisiaj już nie ma nic, jest tylko pustka, ból i łzy...
Witajcie, mi też strasznie go dziś brakuje. Ze łzami w oczach oglądałam fajerwerki bo on je uwielbiał i nagle przyszła mi myśl że on jest wśród tych rozbłyskujących gwiazdek na niebie i uśmiechnełam się.
Nowy Rok przywitał mnie wietrznym i ponurym dniem i pomyślałam że właśnie takie pozostanie moje życie. Jakoś brak optymizmu w tych pierwszych godzinach nowego roku. Miałam odwiedzić bliskich ale niepotrafiłam ruszyć się z domu. Naprawdę trudno jest pogodzić się z myślą że muszę sama przejść przez życie. Chyba nie da się w takim dniu ukryć łez.
Mnie też jest trudno pogodzić się z myślą,że resztę życia muszę spędzić bez niego. Dzisiaj od rana przeglądam zdjęcia, wreszcie znalazłam siłe żeby to zrobić. Postanowiłam zrobić albumy dla każdego dziecka będą miały pamiatkę po tacie na całe życie. Dużo zdjęć mam jeszcze na płytach, więc w poniedziałek zaniosę je do fotografa. Najmniej zdjęć z tatą ma nasz synek. Miał zaledwie 5tyg gdy umarł tata. Wiecie w całym tym nieszczęściu na tydzień przed śmiercią zdążyliśmy Go jeszcze ochrzcic. Miałam takie dziwne przeczucie żeby to zrobić jeszcze przed kolejną chemią. Na pierwszym spacerze z małym to właśnie on pchał wózek, co prawda był to tylko kawałek ale on sam to zrobił. Podziwiam Go za to ,że miał siłę.
Dzisiaj 3 letnia córka mi powiedziała że chce tatusia. Gorączkowała więc było jej ciężej niż zwykle.
Cieszę się,że znalazłam to forum. Tutaj mogę się wyżalić, popłakać a Wy to zrozumiecie. Dziękuję.
martlak27 ja też się cieszę że mamy tu na forum siebie nawzajem bo tak naprawdę tylko my tu nawzajem rozumiemy siebie i każda z nas wie co czujemy bez słów czasami. Trudną masz sytuację z tak malutkim dzieckiem zostałaś... naprawdę łzy same cisną się do oczu. Mój synek też ma 3 latka ale jak na razie przestał pytać o tatę. Nie wiem czy zdołał ułożyć to sobie w główce, czy czeka nadal na Niego czy boi się spytać żeby nie uzyskać odpowiedzi której nie chce słyszeć...?
wyszlam wczoraj wieczorem na spacer z psem i strasznie plakalam... prosilam meza aby m i sie przysnil... i przysnil mi sie dzisiejszej nocy, tak jakos mi sie lepiej zrobilo na sercu!
Ja też ciągle proszę o to żeby mi się przyśnił, ale nie śni mi się. Też chciałabym chociaż we śnie go zobaczyć. tak mi go brakuje. nie wiem jak dalej żyć. nie widzę żadnego sensu. żadnego celu,,, tak pusto i smutno. Trzymajcie się kochane.
Andia74 wiesz co jestem przerazona momentami bo to już tyle czasu a ja mam wrazenie ze tkwię w miejscu a nawet jakby to wszystko wracało.Dużo staram się czytać " to też podobno normalny objaw okresu żałoby" ale to wszystko pomaga tylko na chwilę.
Trzymaj się przecież to Ty kiedyś potrafiłas mnie wesprzeć w trudnych chwilach!
Andia74 wiesz co jestem przerazona momentami bo to już tyle czasu a ja mam wrazenie ze tkwię w miejscu a nawet jakby to wszystko wracało.Dużo staram się czytać " to też podobno normalny objaw okresu żałoby" ale to wszystko pomaga tylko na chwilę.
Trzymaj się przecież to Ty kiedyś potrafiłas mnie wesprzeć w trudnych chwilach!
dzieki Milenko..... smutno mi... czuje sie samotna i to bardzo!
Ja też dużo czytam ale tak jak mówisz MILEN09 tylko na trochę to pomaga. Ze snami u mnie ostatnio jest tak że wydaje mi się że mi się śnił ale jak chcę sobie przypomnieć co to nie pamiętam. Ale za to wczorajszy doskonale pamiętam... że był z nami że to wszystko to tylko zły sen był ale dziwnie się czułam i tak jakby z dala go widziałam jakby w innym pokoju i chodził ze spuszczoną głową a ja nawet nie podeszłam do niego nie przytuliłam...naprawdę dziwnie się dzisiaj z tym czułam. Chciałabym jeszcze tylko raz żeby mi się przyśnił i mnie przytulił i powiedział że mu tam dobrze i że czeka na mnie a puki co że będzie wszystko ok.
martlak27 ja swojego synka musiałam ochrzcić sama i to był jeden z najgorszych dni żałoby, było naprawdę ciężko kiedy musiałam głośno powiedzieć że męża już nie ma a ksiądz w księdze postawił krzyżyk obok taty,nie umiałam powstrzymać łez, chyba dopiero wtedy to do mnie naprawdę dotarło, a później patrzyłam w kościele na szczęśliwych rodziców myślałam że niedotrwam do końca mszy.
Bardzo szybko wywołałam wszystkie zdjęcia jakie miałam z mężem, niestety mój synek też ma ich tak niewiele z tatusiem i do tego kiepskiej jakości bo przeważnie robione z komórki ale cieszę się że chociaż tyle.
Nie wiem dlaczego ale ja lubię oglądać zdjęcia, wspominam ,tęskinie i często płaczę ale to moje życie i cieszę się że zostało mi choć te kilka zdjęć. Mam też w domu porozstawiane zdjęcia męża, choć niektórzy dziwili się że nie chcę ich schować, ja poprostu niemogłam, bo to dla mnie było by tak jakbym chciała wymazać go ze swojego życia, a ja lubię brać je w dłonie, pogadać sobie i tłumaczę mojemu szkrabowi że to jest tatuś, bo on przecież jest za maleńki by pamiętał. Ale teraz jak pytam gdzie jest tatuś to pokaże zdjęcie, zrobi przed snem tatusiowi papa i przesle buziaka.
Na razie nic więcej nie mogę zrobić, jak będzie większy to będę mu opowiadać o mężu. Wiem że będzie mu go w życiu brakowało i boję się tych chwil.
Lidzia30
Podziwiam Cię,że dałaś radę. Ja teraz bym nie potrafiła.
My chrzciliśmy osobno w sobotę wieczorem,myśleliśmy że będzie krócej ze względu na męża. Niestety msza trwała dłużej prawie półtorej godziny. Było to naprawdę ciężkie dla niego,dlatego podziwiam że wytrzymał. Ledwo doszedł do konfesjonału i się wyspowiadał. Po przyjściu z kościoła poszedł od razu do łóżka.
Ja również polubiłam oglądanie zdjęć, na początku nie potrafiłam, a teraz gdy widzę jego uśmiechniętą twarz to sobie mówię,że on teraz jest właśnie taki szczęśliwy. Nieraz z oczu płyną łzy ale jak tak sobie popłaczę to trochę mi lżej.
Zastanawiałam się czy nie zacząć pisać coś w rodzaju pamiętnika,właśnie dla dzieci. Nie boję się śmierci ale boję się że jak mnie zabraknie to nie będzie miał kto opowiedzieć im jakim był wspaniałym tatusiem. Jak bardzo ich kochał.
dlaczego?
Też mnie zastanawia co siedzi w główce mojej 3letniej córeczki. Jak to się odbije na jej przyszłym życiu.Często wspomina co robili razem,gdzie byli. Byli bardzo ze sobą związani.Mąż zajmował się nią gdy ja byłam w pracy.Ja miałam pierwszą a on zamieniał się z kolegami z pracy żeby mieć cały czas drugą zmianę. Nie przerażał go fakt że mała była wcześniakiem i ważyła zaledwie 1600g. Mała chodziła z nim wszędzie, wszystko robili razem. Widziała też jak mąż się zmienia, jak cierpiał. Dlatego jak umarł zaczęłam jej tłumaczyć,że tatuś jest teraz szczęśliwy w niebie,że już go teraz nic nie boli. Że cały czas nas obserwuje. Mamy bardzo blisko na cmentarz więc prawie codziennie go odwiedzamy. Wczoraj poszłam sama,bo mała miała gorączkę ale jak się zorientowała że poszłam bez niej to tak strasznie płakała. Codziennie wieczorem sama się pyta czy pomodlimy się za tatę.
Teraz muszę być i mamą i tatą w jednym. Mam nadzieję,że mi się to uda.
Wierzę że dla Was to pewnie było też bardzo trudne. Martwiłaś się o męża a dla niego to był duży wysiłek ale jestem pewna że, pomimo wszystko był szczęśliwy że może w tym uczestniczyć,być przy Was w tak ważnym dniu.
Ja też myślę sobie że jest teraz szczęśliwy, choć on prawie zawsze się uśmiechał. Mam jednak nadzieję, że teraz robi wszystko na co wcześniej nie miał czasu.
My też przegraliśmy walkę z chorobą ale ona niedała nam szans, nawet odrobiny nadziei. Tak właściwie straciłam Go jednego dnia.
Ja na począdku też pisałam coś na kształt pamiętnika, listów do męża. Były to raczej moje uczucia wspomienia tęsknoty o których z nikim nie umiałam poroznawiać, i wszystko to co pragnełam mu jeszcze powiedzieć. Nawet się nad tym niezastanawiałam, czułam taką potrzebę siadałam pisała i płakałam ale robiło mi się lżej.
Choć wiem że nigdy niewiadomo za którym rogiem czeka śmierć zawsze proszę męża i Boga że jeśli mogą niech nas mają w swojej opiece i dadzą mi jak najwięcej sił bo przecież małemu tylko ja już zostałam, co on by zrobił gdyby i mnie zabrakło. Ale skrupulatnie odkładam wszystkie pamiątki po mężu dla niego i dla siebie.
Nawet trzylatka będzie pamiętała te wszystkie wspaniałe chwile z tatusiem jeśli będziecie o tym rozmawiać i będzie je pielęgnować w sercu. Wiem bo tak było kilka lat temu w mojej rodzinie, niektórzy mówili mały jeszcze nic nie rozumie a on rozumiał na swój dziecięcy sposób. Dziś ma już dziewięć lat wspomina tatę jak grali w piłkę jaki dostał prezent i mówi jak bardzo by chciał by tata był zwłaszcza w święta czy uroczystości w szkole.
Wiedziałam że to musi być dla nich straszne ale nie myślałam że i mnie kiedyś to spotka. Tak teraz musimy być i mamą i tatą. Ale mi jest chyba łatwiej bo mój mały tak naprawdę nie będzie wiedział jakby to było gdyby tata był z nim. Niedozna takiego wstrząsu jak starsze dzieci, które w jednej chwili miały ukochanego tatusi a za chwilę już nie. Przecież to dla nich takie trudne i nam tak trudno im wytłumaczyć ich śmierć.
Za parę dni minie 10 rocznica jak mój m.ąż przeszedł na drugą stronę tęczy-0 .Tyle świąt i sywestrów bez Niego ??? tytle lat a pusta jest nadal bol także .Choc jaby mniej doskwierający .
Tak - czas leczy rany , wyglusza emocje .
Przez pare lat w samochodzie w ktorym woziłam go na chemie czułam jej zapach . On byl gdzies w zakamarkach mej podświadomości , nasilał sie gdy grozilo jakieś niebezpieczeństwo
Czar ?mary ??????????? może ale mnie bylo dobrze z ta zzagrobowa opielunczością .
Kiedys wam więcej napiszę .
Mileno9
nie rozpaczaj , wiem ze to trudne .
Jemu TAM jest zle gdy czuje że ty bardzo Go opłakujesz i szukasz w każdym zakamartku domu .
Uwierz mi - mam spore doświadczenie - mnie także ktos obcy kiedys pomogł przejśc przez jakże cięzkie piuerwsze miesiące po stracuie męża .
niu7nia,
Z tego co piszesz jestes "weteranką" tzn. najdłuzej żyjesz ze strata, jezeli mozesz prosze Cie bardzo o kilka słów, skąd pewność, że Oni są napewno szczęśliwi, że śmierć to nie koniec.
Ja ogólnie jestem osoba wierzaca, ale czesto ostatnio mam watpliwosci....
Dobija mnie myśl, że to koniec.
302 2011-01-04 06:14:12 Ostatnio edytowany przez Smutna Marysia (2011-01-04 06:15:21)
niu7nia,
Prosimy napisz nam coś więcej
we mnie wiary jest co raz mniej.....
No właśnie. też jestem wierząca i bardzo chcę być potem razem z moim mężem, dużo się modlę, czytam. szukam co będzie potem i gdzie oni są,Same pytania a nie ma odpowiedzi...
Witam radośnie i slonecznie
Moje opowiadania a przez to samo i porady po stracie bliskiej osoby w naszym konkretnym przypadku męzów rozpocznę od podsumowania mojego udanego małzeństwa co w przypadku kojenia bólu jest o wiele trudniejsze .
Tworzylismy bardzo udany związek , oparty na mlodzieńczej milości , .Uzupełnialismy sie .On bardziej spokojny , wywazony w slowach i okazywaniu uczuc ja , pistolet maszynowy ,działający blyskawicznie aczkolwiek w sposób przemyślany .
Ja zywiolowa , spontaniczna - on coraz bardziej "dystyngowany" d jak przystalo na dlugi staz małzenski .
Piekny obszerny dom budowany dla nas byl spełnieniem marzeń ze na jesien zycia "zaludnimy " go wnukami i najbliższą rodziną./dlatego taaaaaaaaki metraż buuuu/.
Firma męza rozrastała sie idąc w bardzo dobrym kierunku , a my bylismy zdrowi .Wojaze zagraniczne , dobre samochody , dobre hotele , restauracje .Wykwintne perfumy , doborowe, nobilitujące towarzystwo .
Az do momentu .......pieknego letniego dnia gdy dowiedziałam sie iz mąz jest nieodwracalnie chory .
Grom z jasnego nieba .
Co będzie z firmą ?? z ludzmi ??/ogromne "odprawy"/
Jak sobie poradzę bez Niego - przepastna pustka pozostanie
Co z naszymi planami ???
Miotałam sie bardzo - a przeciez nie mogłam okazyweać ani łez , ani
smutku który mnie z dnia na dzień coraz bardziej przytłaczał .
Od lekarzy wiedziałam że każdy przezyty dzień przybliżał nAS DO TRAGICZNEGO FINAŁU ./
Poniewaz z natury jestem silna postanowiłam wziąć sie jeszcze bardziej w garsć i poprzez moją postawę wzmacniać, wspierać . najbliższą rodzinę - syna , wnusię oraz wspaniałych rodziców .
Pomagali mi w tym bardzo najbliższi męża /szwagrowie , bratowe - wszyscy lekarze/.
W trudnych momemntach myslałam ze gdyby byl dla mnie niedobry to o wiele łatwiej byloby znosic jego cierpienie i mój bół .
Ale bylo odwrotnie .
Szpitale , chemia . chemia . szpitale ," wizyty" w bankach , wydatki ,
topnierjące konta to wszystko osłabialo moje działania ale nie na tyle by się poddać .
Cd pózniej bo przytszła sąsiadka na proszoną kawę .
Pozdrawiam Was serdecznie .
LATA 5 10 lat. Ludzie.To moje zmartwienie. Jak przeżyc dni (no powiedzmy że to juz jakoś w 130 dniu idzie) ale jak ciagnąć tygodnie miesiące ??? A lata ?????
Radzą o tym nie mysleć. Staram się tych dobrych rad ludzi w żałobie słuchać i mysleć tylko na dziś. No moż ciut dalej -na najbliższy wolny dzień bo nawarstwiło mi sie dużo spraw do załatwienia i mszę sobie prawie zadawać prace domowe...w sobote zrobie zaległe x w niedziele zaległe y.
Przeżyć.Doczekać do spotkania.... a może unicestwienia....odpowiedzi brak czy tam coś jest. Tylko nadzieja. Pozdrawiam Was moje drogie cierpiące .
Dzisiaj płakałam. I ciesze sie z tego. Bo o płacz u mnie juz coraz trudniej....a suchy ból jest chyba jeszcze gorszy.
Witajcie kobietki.
O tym że jest "tam" im dobrze wiem po rozmowie z osobą która dwukrotnie przeżyła śmierć kliniczną.Opowiadała mi że tak jak wielu ludzi po takim doświadczeniu widziała światło i blask w stronę którego szła.Czuła w sobie ogromny spokój wręcz błogość.Z drugiej strony widziała też swoje ciało leżące na stole operacyjnym i lekarzy walczących o jej życie.Słyszała ich rozmowy i wykonywane przez nich czynności ( co później zostało potwierdzone przez lekarzy którzy ją operowali ).Szła tam z ulgą i widziała swoich bliskich gdy została nagle wręcz brutalnie cofnięta.To lekarzom udało się przywrócić ją do życia.Mówiła że była wręcz wściekła że nie pozwolili jej tam dojść!!!Choć była bardzo blisko.
Dzięki jej opowieści wiem że tam jest "drugie" życie jeszcze lepsze bo bez bólu i zmartwień jest tam jasno i ciepło.Dlatego wierzę w to że nasi mężowie opiekują się nami z "góry" na tyle na ile jest to możliwe i wspierają nas w codziennym życiu.
I jest tak jak w tej kolędzie że" będą tym razem żyć wiecznie".
Pozdrawiam was Kasia.
Witam,
Dawno tu nie zaglądałam. Od śmierci mojego męża minęło prawie 10 miesięcy a ja wciąż nie mogę się z tym pogodzić i przyjąć tego do wiadomości. Mam bardzo silną depresję i jestem ciągle na jakichś prochach, nie potrafię funkcjonować sama. Nie raz chciałam wziąć garść tabletek i popić je alkoholem ale nigdy rodzina mnie nie odstępuje na krok. Nie potrafię sobie radzić bez Niego, nawet nie otworzyłam jego szafki z ubraniami, nie dotykam jego rzeczy, tuchcie nadal stoją w przedpokoju i czekają aż wróci i je założy. Nie jestem osobą silną psychicznie i tu nawet żaden psycholog, psychiatra czy inny lekarz nie pomoże. Uwierzcie próbowali wszystkiego (moi rodzice i teściowa) a ja najchętniej zasnęłabym i się nie obudziła. Płaczę codziennie. Nie pojmuję tego jak może Go nie być, dlaczego Bóg zabiera takich dobrych ludzi. On był wspaniały pojechał tylko pomóc koledze i co zginął. Wiecie co mi jest może jeszcze ciężej z tego powodu że ja mam w sercu nienawiść, nienawiść właśnie do jego przyjaciela, któremu mój mąż chciał pomóc a on go zabił. Nigdy mu tego nie wybaczę. Zostałam sama z bólem, cierpieniem i strachem.
Pozdrawiam
Sądzę, że dopuki nie wybaczysz koledze, który przyczynił się do tej tragedii (na pewno nieświadomie, nikt nie mógł tego przewidzieć), nie pogodzisz się ze stratą męża. Zacznij od tego, że wyrzucisz z serca całą nienawiść, którą żywisz do tego gościa a zobaczysz, że poczujesz się lepiej. Nie możesz wiecznie się zadręczać tym co się stało, to jeszcze nie koniec Twojego życia, możesz je jeszcze wykorzystać, być dla kogoś innego podporą. Zapewniam Cię, że ten kolega też cierpi niemiłosienie, napewno ma wyrzuty sumienia, ale to niczego już nie zmieni.
Mąz umierał na moich rękach doslownie a nie w przenośni .
Byl w szpitalu . bardzo mrózny dzień styczniowy- żle się czuł ale wziął prysznic ,potem wszystko bardzo szybko sie potoczylo , słabł z minuty na minute , brakowalo mu powietrz chocoaz byl podłaczony do urządzeń wspom agających ..
W pewnym momencie widziałam jak wyjechaly pielegniarki z łózkiem wsółpacjeta z tego pokoju .
Mąż rozmawiała ze mna , nie przeczuwając ze to kres jego zycia ziemskiego .
Chwycił mnie zA RĘKE , POCALOWAŁ , WYDYSZAŁ TAK BARDZO cIĘ KOCHAM , CHYBA NIE UMIERAM ????
Zaprzeczyłam
.Cierpiał , prosił o powietrze oczy miał zamkniete
BYl ze mną syn - wyszedł płącząć .ja pozostałąm ....to był ułamki sekundy jak wyszeptał słabym glosem . umieram .
Oczy zrobiły sie ogromne , czarne , wilgotne , radosne . usmiechnął sie i bardzo spokojnie "normalnym" glosem powiedział "odchodzę " do rodizców.
Jestem wierząca osobą ale nie dewotką . czułam ze zobaczył cos pieknego , radosnego , może rodziców którzy pomarli lata temu ???
Jestem więcej niz przekonana ze po tamtej stronie jest życie .
Podobne przeświadczenie mam ze ONI czuwaja nad nami .
Jak mam doła to zapalam świeczke w intencjii spokojnego bytowania taM raz plomioen jest jakby wesoły innym razem prawioe wcale nie chce sie palic
Wiem ze rozpamiętywanie , rozpacz to utradnianie przechodzenia po szczeblach tam,,bytu .- nie moze oderwac się dusza od ziemskich problemó .
Nie powinno sie absolutnie plakać nad grobem bo dusza bardzo cierpi .
Dlugo czułam obecność męża w domu , miałam wręcz "naoczne" dowody .
Swiadkami pewnych zdarzeń byli rodzice moi oraz sasiedzi .
Witajcie!
Też wierzę w życie po tamtej stronie.Wiem że nie powinno się ich niepokoić ale poprostu narazie mówię przepraszam i sobie popłaczę.Też mam poczucie jakbym czuła jego pomoc w niektórych sutuacjach.Czytałam że jest im tam dobrze ale jakoś nie bardzo jeszcze jest to mnie w stanie zadowolic kiedy ja tu sama zostałam z problemami.Brakuje chyba naprawdę takiej solidnej wiary w to wszystko i pogodzenia sie z tym co nam pisane tu na ziemi.Ja też okres załoby liczyłam na miesiące myślałam ze będzie łatwiej.Nie mówię że siedzę i ciągle płaczę ale zdarzają się złe dni.
Dokucza po prostu samotność kazdy powrócił do normalnego życia do swoich problemów.
Narazie dopóki zimno szukam odpowiednich książek i czytam czytam, potrafię przeczytać całą książkę w jeden wieczór.
No i zaglądam na forum, fajnie że jesteście!Dzisiaj chyba lepszy dzień!
313 2011-01-04 20:15:42 Ostatnio edytowany przez DrugaJa (2011-01-04 20:21:25)
Sądzę, że dopuki nie wybaczysz koledze, który przyczynił się do tej tragedii (na pewno nieświadomie, nikt nie mógł tego przewidzieć), nie pogodzisz się ze stratą męża. Zacznij od tego, że wyrzucisz z serca całą nienawiść, którą żywisz do tego gościa a zobaczysz, że poczujesz się lepiej. Nie możesz wiecznie się zadręczać tym co się stało, to jeszcze nie koniec Twojego życia, możesz je jeszcze wykorzystać, być dla kogoś innego podporą. Zapewniam Cię, że ten kolega też cierpi niemiłosienie, napewno ma wyrzuty sumienia, ale to niczego już nie zmieni.
Tak się składa, że kolega którego nazywasz gościem zabił nie tylko męża Magdy, ale i mojego męża a swojego rodzonego brata, za którego oddałby życie, co się stało w tym tragicznym dniu. Zgineli wszyscy trzej w jednym momencie. Może własnie dlatego, że wszyscy trzej mogli na siebie liczyć...ale ja nigdy nie zrozumiem, za co taka kara dla nas, tych, które zostałyśmy.
Nie czuję do niego nienawiści. Jest mi poprostu bardzo źle i ciężko na sercu, że los dodatkowo wplątał w to wszystko zupełnie przypadkową osobę, bo Twojego męża nie powinno być w tym aucie.
Nie raz w myślach obwiniałam siebie, że to nie ja pojechałam po mojego męża. Ale to on wtedy zadecydował, że mam zostać w domu z dziećmi, a on zadzwoni po brata. Obwiniałam i jego za tę decyzję. Nie raz obwiniałam mojego szwagra, że przecenił swoje możliwości. I uwierz , że jego żona ma również do siebie ogromny żal, za to co się stało. A co powiedzieć o ich matce, która 7 lat temu straciła męża, a teraz jedyne swoje dzieci?-straciła wszystkich których tak bardzo kochała.... A moje dzieci...straciły swojego tatę, który kochał je nad życie.
Jeśli byłabym w stanie wzięłabym cały Twój ból na siebie, niestety...nie mogę, bo każda z nasz musi to przeżyć. Wiedz jednak, że jeśli tylko mogłabym Ci pomóc to tej pomocy nie odmówię Ci nigdy.
A z tym wybaczeniem-niestety...Milka99 ma rację. Dopóki będziesz pielęgnować swoją nienawiść, dopóty będzie Ci towarzyszły ból, cierpienie i strach.
Pozdrawiam Cię i mocno przytulam, łącząc się w bólu...
A jeśli chodzi o życie po śmierci, to ja w to nie wierzę. Nie mam żadnych dowodów na to, że gdzieś coś jest. Co dziwne, byłam wychowana w katolickiej mocno konserwatywnej rodzinie. To wydarzenie oddaliło mnie mocno od Boga i wszystkiego co związane jest z wiarą.
314 2011-01-04 20:31:14 Ostatnio edytowany przez dlaczego? (2011-01-04 20:51:17)
MILEN09
...a czytałaś "Wędrówka dusz" ja jestem w trakcie czytania. Chciałabym w to wszystko uwierzyć ale jakoś tak do końca nie jestem w stanie
Wierzę (tzn chyba wierzę, albo chciałabym wierzyć) w życie materialne i niematerialne. Że tu na ziemi jest to tylko mały odcinek naszej długiej drogi i jest to życie materialne. A po śmierci zaczyna się wieczność-niematerialne, tylko teraz jak TAM naprawdę jest? Czytałam to wszystko co się dzieje po śmierci z duszą z punktu widzenia wiary katolickiej a także ludzi którzy nie wyznają tej wiary ale np przeżyli śmierć kliniczną, czy właśnie ta książka "Wędrówka dusz". Różnie to ludzie opisują ale jedno we wszystkim się zgadza: wszyscy czują ulgę, spokój, brak cierpienia... jednym słowem jest lepiej i to jest dobre...
nam tu trudno się pogodzić ze stratą tak bliskiej nam osoby i tak naprawdę nigdy chyba już nie będziemy w stanie normalnie żyć, ale dobrze jest uwierzyć w to że kiedyś się spotkamy i będziemy już razem na wieki i wtedy już nic nas nie rozłączy!!!
Ja przyznam się szczerze, że raz wierze jak szalona, mogłabym góry przenosić, a zaraz myślę, że to wszystko nie ma sensu.
Duzo czytam, różnych książek i mam też koleżankę, która przeżyła śmierć kliniczną i przekonuje mnie, że nie może doczekac, aż skończy swoje doczesne życie. W internecie jest duzy opis ateisty który przeżył śmierć kliniczną.
Polecam lekture w google śmierć kliniczna Howard Storm.
Moja połówka zginął tragicznie ratując inną osobę, niestety nie udało się, obaj zgineli. Napoczątku jak się dowiedziałam byłam wściekła, ale ta moja koleżanka powiedziała, że może ten kolega wcale nie chciał być ratowany, Piotr chciał go uratować bo taki był ... był dobrym człowiekiem, a teraz jest dobrą duszą.
Wiem, że dopóki nie wybaczymy im, że nas opuścili, że nie wybaczymy sobie, że nie byłyśmy doskonałe, że będziemy się obwiniac, że mogłam zrobić to czy tamto to nie zaznamy spokoju.
A teraz kwestia najważniejsza: moja koleżanka, która przeżyła śmierć powiedziała, że przed narodzeniem wiemy co nas w życiu spotka, jakie są opcje zgadzamy się na nie wraz z nasyzmi najbliższymi, ma to dla nas dużą wartość (nasze lekcje), które musimy przerobić. Może to być dla nas głupie, ale mi to pomogło, przechodziłam przez próby samobójcze, psychologów, psychiatrów i silne leki, przez które prawie nie miałam kontaktu z rzeczywistościa a nawet hipnoze. A tu nagle się dowiedziałam, że razem z moją połówką wiedzieliśmy co się stanie, że on sie zgodził podarować mi swoje życie (sprawdzić przy okazji siebie), abym mogła sie czegoś nauczyć, jeżeli zmarnuje szanse, będę musiała przeżyć to jeszcze raz.
Wszystko pięknie i łatwe w teori, wiem. A my jesteśmy tylko ludzmi i popełniamy błędy nie wiemy co Bóg dla nas szykuje, musimy mu zaufac i jak mawia o. Pio, wszystko co musimy robić to kochać.
Trzymam za Was kciuki, kochane.
Ja przeczytałam "Odważne dusze" czytam książki Szymona Hołowni.Też dowiedziałam sie tego samego co Ty lilii i też nie mogę tego sobie poukładac to takie wprost niemożliwe.A wcześniej gdy czułam jego pomoc też czułam w sobie taką lekkość i pomyślałam że gdybym uwierzyła w to wszystko to może zawsze czułabym się tak lekko.A może to wszystko musiało się zdarzyć żebyśmy poszukiwały tych dróg?
Wierzyć w istnienie duszy a nie wierzyć że zgodziłyśmy się to wszystko przeżyć co zdarzyło się w naszym życiu nieprawdopodobne?
Ja również wierzę, że po tej drugiej stronie coś jest. Wierzę, że on na mnie będzie tam czekał. Że tam znowu będziemy szczęśliwi. Mnie ta wiara pomaga, choć muszę przyznać,że byłam zła na Boga gdy lekarz powiedział że nie ma już szans na wyleczenie. Ja byłam z mężem do końca, umarł w moich objęciach w domu. Zabrałam Go do domu, lekarz się tylko zapytał czy zdaję sobie sprawę, że biorę czwarte dziecko do domu. Wtedy jeszcze nie przypuszczałam,że został nam jeden dzień. Na drugi dzień rano było trochę lepiej zjadł śniadanie,poprzytulał dzieci nawet nasz 5 tyg.synek po raz pierwszy się uśmiechnął. W tym naszym małym nieszczęściu byliśmy szczęśliwi. Stan zaczął się pogarszać około południa. W pewnym momencie zauważyłam,że to naprawdę zbliża się koniec. Cały czas trzymał mnie za rękę i ściskał.To on mnie pocieszał. Mówił,że nie boi się śmierci. Był taki spokojny,nawet już Go tak bardzo nie bolało. Odszedł w spokoju. Cieszę się,że byłam z nim do końca ,że się nie przestraszyłam. Że trzymałam Go za rękę. Dzieci również zdążyły się z nim pożegnać. Mnie wtedy ogarnął wyjątkowy spokój, wiedziałam że jest mu teraz lepiej.
Powiem Wam że od tamtej pory moja wiara jest jeszcze bardziej mocniejsza.
Lepiej jest wierzyć,wtedy nasze życie ma sens, jesteśmy dobrzy dla siebie dla innych. Najgorsza jest nienawiść bo ona niszczy nas od środka.
Ja przeczytałam "odwązne dusze", "wedrówka dusz", "życie po życiu", książki Hołowni, "o smierci, antychryście i końcu świata", i wiele innych w tym temacie, troche biblii, ale jest bardzo ciężka, i oczywiście wszystkie artykuły na temat śmierci klinicznej. Kobietki powiem Wam, że nie wiem i nie będę sie zdobywać na wielkie wywody. Wydaje mi się, że jak tak dużo piszą, są światkowie, cuda to coś musi być. Wierze, bądź może mam nadzieję, że coś jest, ale wiem, że jezeli jest to jest jeden Bóg a każdy zna Go pod innym imieniem. Mam nadzieję, że kiedyś jednak słońce zagości w naszych domach i że nadejdzie dzień spotkania z naszymi ukochanymi, moja koleżanka mówiła mi, że tam nie odczuwa sie czasu, że dla niego to chwila beze mnie, tylko tu na ziemi czas jest nie dozniesienia. Mówiła, że jest szczęśliwy, gdy ja jestrem a smutny, gdy cierpie. Polecam Wam na you-tobu: miłosny list od Boga, oraz rozmowa z Panem Bogiem - Trochę lżej się robi na duszy. Nie możemy się poddać, musimy spróbować dla nich.
Kolorowych snów
A ja mimo wszystko nie wierzę, że jest coś po śmierci, że jest Bóg. Gdyby był, to nie pozwoliłby na tyle cierpienia wokół.
Wierzę natomiast, w jakąś niewidzialną energię, bo przecież, aby coś się skądś wzięło musi mieć swój początek, musi być jakoś zainicjowane. Tak samo wierzę w to, że doświadczenie, które nas wszystkie dotyka ma głębszy sens, że śmierć naszych mężów ma coś na celu. Może dzięki temu nasze spojrzenie na różne rzeczy będzie lepsze, pełniejsze, głębiej "przeżyte" Gdybym w to niewierzyła odeszłabym chyba od zmysłów....
Wierzę też, że On jest w naszych dzieciach-tam jedynie odczuwam jego obecność, w gestach, spojrzeniu, mimice moich kochanych dzieciaczków.
DrugaJa, nie chce abys mnie źle nie zrozumiała, ale to co napisałaś to właśnie Twoje wyznanie wiary w Boga, nikt nie każe Ci wierzyć, że Bóg wygląda tak i tak, może to właśnie ta energia, która wszystko wypełnia i wszystko sie wokół niej kreci to Bóg, tylko my chcemy Mu nadać ludzkie kształty, chcemy aby był bliższy nam. Najważniejsze aby być dobrym człowiekiem. Ja uważam, ze oni teraz wypełniają również nasze dusze.
To ma sens. Jak pytałam się syna co sądzi o życiu po śmierci. też powiedział mi. że uważa że jest Stwórca. ktoś kto zapoczątkował to wszystko. nie nazwał go Bogiem tak jak my myślimy. uważa. że dusza po śmierci przechodzi pewne etapy, Myślę .że każda religia ma tego samego Boga - Stwórce. tylko my inaczej go nazywamy. ale jeżeli będziemy dobrymi ludżmi. kochali się nawzajem to wszyscy kiedyś będziemy szczęśliwi. bez względu na wyznanie, Jak mam wątpliwości nieraz. a ostatnio nieraz mam, to popatrzę na obraz Naszego Papieża Polaka i zaraz jest mi lżej, On dla mnie jest wielkim autorytetem i skoro On wierzył to i ja wierzę, Papież nie mógł się mylić!
Myślę, że to jest dobry pomysł znaleźć sobie osobę, która pomimo cierpienia i ciężkich chwil można przyjąć za swój autorytet, ja też mam taką osobę to nie jest papież, ale ojciej Pio, który mi pomaga w ciężkich chwilach.
Kochane po smierci jest zycie - inne- ale jest. W dniu smierci w godzinie smierci przechodzisz przez piekna brame, kamienna wysadzana perlami, zlotem, srebrem. Brama jest tak wielka, ze nie widac jej konca... przed brama stoi maly kamienny stolik, bardzo skromny w porownaniu do bramy i jest na nim ksiega... cos w rodzaju kalendarza w ktorej sa zapisane inienia i nazwiska osob pod datami smierci. W godzinie smierci wedlug tej ksiegi jestes wpuszczana za brama lub nie... Jest zycie poza naszym zyciem... tam za brama... tego jestem w 100% pewna, raz w zyciu mialam doswiadczenie... cos w rodzaju snu i wlasnie to zobaczylam..... i wiem, ze to bylo przejscie do tamtego swiata..... ale ktos mi powiedzial tam przy bramie, ze to jeszcze nie moj czas, ale czas mojego Ojca, widzialam Jego imie widniejace pod data 11 kwietnia 2003.... Nie wiem, snilo mi sie to na 2 miesiace przed Taty smiercia, moj Tata dlugo chorowal... zmarl 11 kwietnia 2003. W godzine Jego smierci rowniez w moim snie, widzialam jak przechodzi przez ta brame... za pol godziny zadzwonila do mnie Mama na Floryde, ze Tata zmarl pol godziny temu...... Ja wierze w zycie po smierci, i wierze, ze moze nie zawsze zmarli moga sie nami opiekowac w zaleznosci od tego co tutaj pozostawili np. musza odkupic swoje winy, ale Cio co moga opiekuja sie. Ja moze tak bardzo meza przy sobie nie czuje jak wlasnie Ojca.... czasami mam wrazenie ze oni oboje sa przy mnie, ale czesciej moj Tata - najukochanszy przyjaciel jakiego Mialam.... Meza tez mialam kochanego i dobrego... ale moj maz pozostawil wiele spraw niezalatwionyc i musi pomoc innym..... To takie moje zyciowe doswiadczenie... Moj SP Maz wiedzial o tym snie, On byl swiadkiem tego... i jak przyszedl 11 kwietnia to powiedzialam mu ze moj Tata umrze... ale On powiedzial, zebym nawet tak nie mowila... umarl.....
Wzruszające te Wasze historie o zmarłych mężach .Każda niby ma inne doświadczenie , inne spojrzenie na zycie po tamtej stronie ,inne odczucia a nasz wpólny mianownik to bół i cierpienie .
Niewatpliwie zrozumienie jest wówczas gdy ktos inny doświadczył tego samego , jest łatwiejsze porozumienie się .
Cieszę sie ze trafiłam na tem wątek .
POzdrawiam serdecznie
325 2011-01-06 11:28:08 Ostatnio edytowany przez dlaczego? (2011-01-06 11:36:52)
Witam Was wszystkie...
Nareszcie po miesiącu czasu przyśnił mi się Mąż tak jak tego chciałam ;-) Był zadowolony bawił się z synkiem i dużo po tym śnie zrozumiałam....
Zrozumiałam np to że ten wcześniejszy sen był po to żeby mi uświadomić że już się stało czasu nie da się cofnąć a jemu jest smutno z tego powodu (dlatego miał spuszczoną głowę). Zrozumiałam też że te sny nie będą tak wyglądać jak sobie myślałam że to nie będzie prosta rozmowa w której mi wszystko będzie mówić czy też wyjaśniać tylko będą to jakieś sceny z których trzeba będzie wywnioskować coś. Dzisiaj śnił mi się w takiej sytuacji że weszłam do domu i okazało się że jest jakaś impreza (np urodziny kogoś czy coś bo słyszałam dużo głosów jak siedzieli przy stole i dobrze się bawili) i na przedpokój wyleciał synek tak jak to zawsze jak wracam zadowolony a za nim Arek też zadowolony uśmiechnięty a ja pomyślałam że znów mi się śni że jest jakby nic się nie wydarzyło on mi na to w myślach odpowiedział że nie że to sen i będzie przychodzić stopniowo do Patryka żeby zrozumiał a nie tak nagle i przez ten cały czas razem na tym przedpokoju wygłupiali się jak ja się rozbierałam z kurki butów... i się obudziłam. I od razu wiedziałam że jest tam szczęśliwy i że jest mu dobrze i teraz wiem że będzie do mnie przychodził jak to sam określił stopniowo. Cały ranek mu dziękuje za ten sen
Nie wiem po co to opisuje ale musiałam to wyrzucić z siebie podzielić się z kimś tym.
I teraz już wierzę w stu procentach w życie po życiu w wieczność i to że czuwają nad nami i w jakiś sposób kontaktują się z nami. Pewnie te komunikaty są różne w zależności od człowieka ale na pewno są
Trzymajcie się Kochane i napiszcie jeśli mieliście podobne sny czy też jakieś odczucia że z nimi tak naprawdę się komunikujecie