Hej, od dawna śledzę wątki tutaj na forum, jednak dopiero odważyłam się opisać swoją historię i poprosić o pomoc.
Moja historia będzie podobna do wielu innych tutaj- odszedł ode mnie mąż. Ponad miesiąc temu. Zostawił mnie i córeczkę- 5 letnią. Powód? Wypalił się, nie kocha, nie chce już się męczyć. Jestesmy małżeństwem 6 lat, a parą 9 lat. Błagałam na początku, prosiłam żeby nie robił tego, żebyśmy dali sobie czas.. Ale to nic nie dało. Mąż twierdzi, że nikogo nie ma, ale poprostu nie kocha mnie i nie jest szczęśliwy.
Poddał się tak bez walki... A ja płacze każdego dnia w poduszkę i nie rozumiem tego.. Jeszcze niedawno cieszyliśmy się sobą, a tutaj taka decyzja.. Córeczka na początku nie rozumiała, co się dzieje, ale teraz coraz częściej pyta o tatusia. I pyta też tatusia, dlaczego już z nami nie mieszka (bo mąz wyprowadził się tydzień po tym jak mi powiedział, że to koniec- ten tydzien był nie do zniesienia dla mnie, dla niego chyba też, bo widział jak cierpię).
Minął miesiąc, myśłałam że coś się zkieni, że on zatęskni, że będzie żałował. A tutaj nic. Wisuje się z małą codziennie prawie, ze mną też ma więc kontakt, ale tylko w sprawie dziecka.
Serce mi się wyrywa, to moja pierwsza wielka miłość, trwałam przy nim pomimo że nie było zawsze dobrze.. Ale przez myśł mi nie przeszło żeby rozbić nasza rodzinę.
Cały czas zadaję sobie pytanie: dlaczego poddał się bez próby ratowania tego związku? Tej rodziny? Tak poprostu- nie kocham, nie chcę cię, odchodzę. Te zimne słowa.. i zimne spojrzenie.. Nigdy tego nie zapomnę.
Wiem, że moja historia jest podobna do wielu innych, może wydac Wam się nudna, podpolita.
Prosze o pomoc..
jak znaleźć siłę
jak sobie z tym poradzić
rozum mi mówi "on ciebie nie kocha i nie chce", a serce co innego
help ![]()