netkobietyWszystkie działy
Psychologia

Śmierć męża - jak sobie poradzić?

31 427 odpowiedzi3 633 457 wyświetleńzałożony przez gruba, 20.11.2008

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Strony Poprzednia 1 … 473 474 475 476 477 … 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 30 811 do 30 875 z 31 428 ]

30 811

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Gosiek ściskam bardzo mocno w dzień Twojej miesięcznicy smile:) Trudny poczatek drogi , jeszcze niedowierzanie i czekanie na tą Najukochańszą Osobę , tak jakby zniknęła tylko na moment .....ale życie niestety dyktuje swoje nieubłagalne warunki ...... Bądź silna i daj czas czasowi , bo to bardzo pomocna rada na czas żałoby ...... Na poczatku żałoby liczy się te upływajace miesiące z nadzieją ,że z każdym z nich będzie coraz lepiej i będzie na pewno .....:)
Dziewczyny Drogie na dworze nagle zrobiło się mokro i zimno to na pewno nie nastraja dobrze żadnej z nas ale dajemy radę , bo mamy w sobie moc i siłę ....Jestem całym serduchem z Wami i wspieram Was w tej mozolnej samotnej walce smile:):) ściskam Was bardzo mocno i posylam dobre wibracje zamiast mokrych strug deszczu smile:):)

30 812

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam i dziękuję za pocieszenie i mam nadzieję że z czasem jednak będzie lżej na razie to wszystko jest gdzieś obok

30 813

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie, Misiuka i Aniczka super ,że nas nadal wspieracie - od razu lepiej i lżej na sercu się zrobiło,myślę ,że nie tylko mnie. Gosiek76 -4 miesiąc to dopiero początek drogi..niestety bardzo,bardzo długiej...wyboistej,krętej z bocznymi drużkami.Trzeba się bardzo pilnować i trzymać głównego traktu,żeby się na dobre nie pogubić i nie zabłądzić ..U mnie minął 13 miesiąc i nie raz nadal się potykam,ostatnio nawet  zdarzył mi się wypadek w codziennej mojej egzystencji:upadłam po raz pierwszy w życiu na plecy i nie potrafiłam się samodzielnie podnieść z nierównej ,bardzo grząskiej powierzchni.To było podczas mojego samotnego wypadu,bez telefonu,z dala od ludzkich szlaków...zostałam ,,uwięziona,,w wysokim polu kukurydzy,a dodatkowo w początkowej fazie upadku zahaczyłam o wysokie krzaki dzikich kolczastych jeżyn...Przestraszyłam się tak bardzo,że nawet nie miałam siły płakać .Mojego krzyku czy wołania o pomoc i tak by nikt nie usłyszał .Powoli,mozolnie,sekunda po sekundzie,minuta po minucie usiłowałam zmienić położenie mojego ciała , początkowo na kolanach aby w  końcu z podparciem,,wygramolić ,,się jakoś na wiejską błotnista drogę. Dopiero w domu przy wyciąganiu jeżynowych kolców pozwoliłam sobie na płacz...Piszę o tym ,bo ten incydent najlepiej odzwierciedla  moją długą i powolną  drogę wyjścia z ciężkiej żałoby. W praktyce Wszystkie musimy z naszą tragedią zmierzyć się najpierw same ze sobą.Mimo naszej niezgody na śmierć naszych mężów musimy ten fakt przyjąć do wiadomości i powoli zaakceptować...Nasi mężowie już do Nas nie wrócą ....nikt i nic tego nie zmieni...powoli,powolutku musimy odnajdować w sobie siły na dalsze życie...bez Nich...na szczęście wiele z Nas ma wsparcie bliskich i też Innych kobiet które tę drogę kończą lub do jej końca maja coraz bliżej...to One oglądają się przez ramię patrząc czy dajemy sobie radę....Pozdrawiam

30 814 Ostatnio edytowany przez ANICZKA (2021-09-20 19:42:42)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Hej dziewczyny !
mój post poniżej bo mi wysłało 2 razy i musiałam edytować!

30 815

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Wychodzi na to ,że w najblizszym czasie nie zakończę tutaj swojego watku skoro Jola namawia mnie ,zebym ciągle była tu obecna , choć niezła ze mnie już weteranka (6 lat od śmierci męża) Nie mam już w sobie bólu i jestem w pelni pogodzona ze stratą , dlatego staram się wnosić w Wasze serca nadzieję , wsparcie i otuchę ,że mimo wszystko z kazdym cięzkim dniem będzie lepioej smile:):) Może to truizm ale Nadzieja nie umiera nigdy smile:):) Cieszy mnie bardzo progres w Waszych postawach ( posty Joli maja teraz dużo więcej nadziei i optymizmu) i to jest budujące ......
Droga Gosiek76 porosiłam przez forum o Twój adres email , jeśli masz potrzebę możemy nawiązac kontakt prywatny ! Jakiś czas temu pisałam z dziewczyną z forum w identycznej sytuacji jak Twoja ( samobójstwo ) .Więc jeśli czujesz taką potrzebę oferuję Ci swoje wsparcie smile:):)
Przesyłam uściski i wsparcie także dla Heniutki , Baśki , Janinki i wszystkich samotnych dziewczyn , które tu zaglądają smile:):) Walczcie o swoje tu i teraz , podnoście się jak upadniecie , otrzepcie i idźcie dalej z nadzieją w sercu smile:):) Nasi Mężowie gdzieś tam są w tym innym lepszym bycie i na pewno nas wspierają i chronią ... Mocne uściski dla wszystkich smile:)

30 816

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Aniczko bardzo chętnie popisze z tobą meilowo może zrozumiem co tak naprawdę się stało i jak sobie z tym poradzić

30 817

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie...Dawno nie pisałam,ale od dwóch tygodni jestem w rozjazdach rodzinnych.Fajny czas wśród bliskich kochanych osób,ale powrót do pustego domu - to już oddzielny temat.Samotność w pustym domu jest spotęgowana i działa negatywnie na nasze codzienne życie.
Podczas mojego wyjazdu miałam możliwość uczestniczenia w wykładzie w Tyńcu u Braci Benedyktynów na temat nagłej śmierci bliskiej osoby.
Pokrótce: osoby wierzące mają lepiej,wierzą w piekło,niebo,zmartwychwstanie...a to co spotyka Ich obecnie,odbierają jak przysłowiowe,,noszenie swojego krzyża,,.
Gorzej z agnostykami i albo: zamienimy się miejscami z naszymi zmarłymi i staniemy za lustrem weneckim i poprzez nie zobaczymy reakcję naszych bliskich po naszej śmierci...Zobaczymy jak różne mogą być zachowania ludzkie...
albo:cofniemy się do wspólnych szczęśliwych czasów i przypomnimy sobie co planowaliśmy dla siebie w przypadku długiej choroby lub śmierci jednego z nas...i co wtedy ustalaliśmy miedzy sobą.
Ja wiem co chciałby a czego nie ,mój mąż dla mnie.Spróbuję podążać tą drogą..jestem Mu to winna.
Ktoś nie tak dawno się mnie spytał: jak to jest w tej żałobie? odpowiedziałam:to tak jak człowiek który jest dobrym pływakiem,nie może dopłynąć do żadnego brzegu...wciąż czuje jakiś niewidoczny wir,który go wciąga pod wodę..Ja spróbuję jeszcze raz,wezmę głęboki wdech i postaram się dopłynąć do jakiegoś stałego lądu nawet jak by to miała być bezludna wyspa..później będzie czas na zastanowienie się co dalej ze sobą zrobić...

30 818 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2021-10-13 12:12:29)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam dziewczyny. Aniczka, Ty jak zawsze wierna i aktywna na tym forum, dziękujemy że jesteś. Podziwiam Was dziewczyny, że mimo upływu czasu waszej żałoby nadal tu zaglądacie i wspieracie nas, te bardzo młode stażem i te już troszeczkę starsze. Jak napisała Misiulka, bardzo trudno jest rozdrapywać swoje rany, szczególnie te już troszeczkę mniej rozjątrzone. Moje rany trwają sobie nadal w najlepsze. Dzisiaj mija 16 miesięcy od tej nagłej traumy, której doświadczam każdego dnia. Jedyne co odrobinę uległo zmianie to stres. Mam wrażenie, że obniżył się ociupinę, chociaż ciągle jest i wraz z napływającymi falami wraca bardzo mocno. Czasami nie mam już sił. W dalszym ciągu dla mnie bardzo trudne są wieczory, teraz znowu coraz dłuższe...sama nie wiem jak przeżyłam poprzednią zimę, tej nadchodzącej boję się również panicznie. Lęk przed dalszym życiem trwa sobie w najlepsze... czy kiedyś minie?
Od zawsze trudne są również poranki, wybudzam się nagle z olbrzymim niepokojem, wręcz lękiem, beznadzieją. Zadaję sobie pytanie...po co mam wstawać...ile jeszcze zniosę tego koszmarnego bólu.. i skrycie marzę o uldze. Anhedonia trwa sobie w najlepsze, nie popuszcza ani troszkę.
Tyle u mnie. Myślę usilnie, co mogło by mi pomóc? Na razie jednak nic takiego nie znajduję.
Pozdrawiam serdecznie wszystkie dziewczyny.

30 819

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie ! Czytałam wpis Koli i dołączam się do Jej słów...Po 14 miesiącach mojej żałoby nadal gości przeogromny smutek i brak radości z życia, nadal też niczego powyżej kilku najbliższych dni nie planuję..Kiedyś pisałam: ,,gości u mnie rozpacz i przeogromne cierpienie,,- to tylko nazwy towarzyszących mi uczuć i przeżyć się pozmieniały.Nic ponad to....
To też kwestia zwyczajnego przyzwyczajenia do zaistniałej sytuacji- czyli codzienna nasza adaptacja do samotności i towarzyszących nam warunków życiowych. Dopiero teraz tak naprawdę zaakceptowałam swój status społeczny jako wdowa, wiem też że co bym nie zrobiła nic tamtego życia /bezpiecznego i b.szczęśliwego/ mi nie wróci .Czeka mnie wiele samotnych,smutnych dni - ale tak to już jest w życiu,nic ode mnie tak naprawdę nie zależy.
Mogę wybrać film który chcę obejrzeć,książkę do przeczytania,buty do kupienia czy to ..co będę jadła...Nigdy natomiast nie będę miała wpływu na to co mnie spotka za dzień,tydzień ,m-c,rok. ..Jest takie przysłowie:,,jak bym wiedział,że upadnę lub się przewrócę - to bym zawczasu usiadł..,,.Teraz dopiero zaczynam wydawać ubrania męża,porządkować jego ,,papiery,,prywatne i zawodowe,przeglądać wspólne zdjęcia. Zaczęłam też spotykać się z ludźmi,przestałam się ich bać.Mogę bez lęku patrzeć na uśmiechnięte pary w różnym wieku,sporadycznie słuchać muzyki w samochodzie podczas jazdy,robić zakupy w wielkich galeriach handlowych. To i tak u mnie wielki postęp....Zaczęłam dbać o swoje zdrowie,bo do tej pory było mi wszystko jedno co będzie ze mną. Ostatnio nawet kupiłam wrzosy i dynie na ogrodową dekorację...jeżeli jest to częściowy powrót do życia....to i tak sporo jak na mnie.Kolia pisze ,że ciężkie są wieczory i poranki.....ale o wiele ciężej mają te kobiety -które już nie pracują,mają ,,odchowane,,daleko mieszkające dzieci,mieszkają na tzw:głębokiej prowincji...czyli na wsi oddalonej znacznie od ...wielkiego życia.Praca i codzienny kontakt z koleżankami i kolegami z pracy - to jest wielkie dobro dodane. To konieczność wstania z łóżka,codziennej toalety,wyjścia z domu ....do ludzi.To okazja do zrobienia zakupów,obserwacji otaczającego nas świata,okazjonalnych rozmów czy spotkań...Tak to całkowicie dwa różne światy: te kobiety pozostające w swoich domach i te aktywne zawodowo.
   Również dzieci - to olbrzymia motywacja do codziennego działania i możliwość odłożenia smutku i rozpaczy na  na czas kiedy dzieci nas nie widzą- szczególnie te młodsze. Moje mają już swoje rodziny, i choć bardzo,bardzo przeżyły śmierć ukochanego Taty,to pamiętając swój smutek po nagłej -kilkugodzinnej śmierci mojego Taty-to ból po stracie męża jest niewyobrażalnie większy,głębszy i przynajmniej w moim przypadku o wiele bardziej przygniatający. Po śmierci mamy,taty i brata zawsze wspomagał mnie mój mąż,był przy mnie :pocieszał,przytulał,wspierał każdego dnia.Pomagał mi przejść przez kolejne etapy żałoby.Po Jego śmierci zostałam sama....z olbrzymim bólem i nie dającym się opisać żadnymi słowami tragizmem dnia codziennego...Teraz jest trochę inaczej,co nie oznacza ,ze lepiej....mniej boli,rana przyschła,ale nie zabliźniła się na dobre...jeszcze nie.Pozdrawiam

30 820

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie! Nie widać nowych wpisów,to chyba dobry znak - że nie przybywa kobiet targanych rozpaczą po śmierci męża,lub jest to pozytywny sygnał,że te które pisały już sobie poradziły same lub z pomocą uczestniczek innych Forów. Zbliża się powoli smutny/przynajmniej dla mnie/i nostalgiczny Dzień Wszystkich Świętych.
Choć w życiu moim mało ode mnie zależy,to przynajmniej moje myśli tak...Dlatego też ,tego dnia będę myślami z kobietami,które kiedyś tu- na tym Forum zagościły i podzieliły się swoimi problemami,swoją tęsknotą i przeżywaną rozpaczą. Wierzę,że kiedyś wszystkie zaadaptujemy się do nowej sytuacji w jakiej przyszło nam żyć,zaakceptujemy samotność i pogodzimy się z tym co przyniósł nam los....
Może część z nas odnajdzie inną osobę do dalszego życia i dalej razem będzie pokonywać przeciwności ...a inne do końca wybiorą samotność..
    Każda z nas ma inny bagaż życiowy,inne marzenia ,inne oczekiwania od życia,ale każdej z nas należy się szczęście i radość chociaż najmniejsza...z każdego przeżywanego dnia. Tego nam wszystkim życzę ....dobrego dalszego życia,niech każda z nas odnajdzie swoje miejsce na ziemi,bez fizycznej obecności tych którzy odeszli,ale z przekonaniem- że zawsze będą w naszym sercu i w naszej pamięci.Na koniec polecam książkę ,,Zawsze mówi,że wróci,,- to zbiór rozmów dziennikarki Katarzyny Zdanowicz z żonami i matkami polskich alpinistów i himalaistów którzy zostali na zawsze w górach.
    To bardzo osobiste wypowiedzi kobiet,które zostały same,często z małymi dziećmi,nie odnajdujące się w nagłym samotnym,wdowim życiu. Nie potrafiły korzystać z bankomatu,zatankować auta,wymienić przepalonego korka...Dodatkowym atutem tej książki -jest piękny język i niezwykłe słowa dotyczące Ich zmarłych mężów.
Jedna z żon napisała:,,gdybym dziś wiedziała,że moje życie z mężem będzie takie krótkie,to i tak nie wahałabym się ani przez chwilę aby się na nie zdecydować.Za ten nasz wspólny czas-oddałabym zawsze, w każdej chwili resztę mojego samotnego życia.On był tego wart - i nigdy bym tego czasu na inny nie zamieniła.Dziękuję mu,że właśnie mnie wybrał i tyle pięknych wspólnych lat mam dzięki niemu w swojej pamięci..,,Pozdrawiam

30 821

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu bywa, ale jeśli tak, to błagam Was na wszystko, odezwijcie się do mnie.
Mój mąż zmarł nagle kilka godzin temu, a ja jestem w 18 tygodniu ciąży.
Siedzę sama w domu i dygoczę z szoku. Jeszcze to do mnie w pełni nie dotarło, a leków na uspokojenie w tym stanie oczywiście nikt mi nie da. Mam w tej chwili tylko jedną myśl w głowie - panicznie boję się, że to zaszkodzi dziecku.
Czy któraś przeżyła coś podobnego i może mi opowiedzieć, czy dziecko jest zdrowe?

30 822

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Droga ”metronomio”, ogromnie Ci współczuję! Wiem, co to za straszny ból i szok zarazem. Niedawno znalazłam się w podobnej, choć nie takiej samej sytuacji.  Mój mąż zmarł nagle, nic nie zapowiadało tej tragedii, nie zdążyłam go nawet pożegnać. Był największą, najwspanialszą Miłością mojego życia. Ale nie tylko moją… Niezwykła więź łączyła go z naszą córką, mieli podobne poczucie humoru, spojrzenie na świat, był dla niej życiowym autorytetem, prawdziwym guru, rozumieli się bez słów. Kiedy zmarł, córka była właśnie w  18 tygodniu ciąży… Świat runął nagle dla mnie i dla niej.  Mój ból po stracie męża oraz strach o córkę i dziecko były równie wielkie. Nie mogła spać, jeść, ciągle była roztrzęsiona,  rozdrażniona, smutna, rozgoryczona. Żaden lekarz nie chciał dać jej środków uspokajających, a neurolog skierował ją do psychiatry. Nic nie pomogło, tak po prostu wygląda żałoba, trzeba zmierzyć się z własnymi demonami, bólem i beznadzieją. Starałyśmy  się  więc poradzić sobie  same, z ogromnym wsparciem jej męża. Twoja sytuacja jest znacznie trudniejsza, ale postaraj się zaufać najbliższym, oni naprawdę mają moc uzdrawiania, choć początkowo nie przyjmujemy tego do wiadomości. Nam paradoksalnie pomogła pandemia i praca zdalna. Pracując z domu, mogłam  wspierać  córkę każdego dnia, poświęcać  jej więcej czasu, być na miejscu, tulić, rozmawiać, wspominać, płakać, poić melisą, karmić jakimiś dobrotami, piec ciasteczka, zajmować czymkolwiek głowę i ręce.  I przede wszystkim planować: poród (który szpital, jaka położna, szkoła rodzenia itp.) oraz czas po pojawieniu się dzidziusia. Kupowałyśmy niezbędne meble (łóżeczko, komody, kojec, wózek) i ciuszki, co odrywało ją na pewien czas od tego niewyobrażalnego bólu. Do tego doszły skomplikowane sprawy spadkowe i problemy urzędowe, biegałyśmy po urzędach po kilka godzin dziennie. Oczywiście, wizyty u lekarza były częstsze, córka poinformowała go o sytuacji, zlecił dodatkowe badania ze względu na jej stan zdrowia. Ale dziecko rozwijało się prawidłowo, choć ciąża nie była łatwa. Niezwykle trudny i bolesny był to czas, ale udało się przetrwać. Mam pięknego i zdrowego wnusia, jest  trochę płaczliwy i może odrobinę bardziej nerwowy niż inne dzieci, ale daje nam niesłychanie dużo radości. Musisz, kochana, znaleźć w sobie choć trochę siły, która pozwoli Ci przetrwać. I nie odrzucaj pomocy bliskich i przyjaciół. Początkowo wydaje się ona irytująca, każde słowo drażni i rani, ale oni naprawdę chcą pomóc. I wreszcie przychodzi taki moment, że czujesz, jak bardzo ta pomoc była potrzebna. A dziecko wynagradza wszystko: pierwszy uśmiech, pierwsze „mama” (w moim przypadku ”baba”). Zaczniesz pomalutku, kroczek po kroczku zauważać świat i ludzi wokół. Ale nie śpiesz się. Ten ból trzeba wykrzyczeć, wypłakać i przeżyć.  Jestem całym sercem z Tobą i twoim maleństwem.

30 823

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam ! rzeczywiście wpisów na naszym Forum jest coraz mniej,może to i dobrze- można mniemać ,że te kobiety które nie tak dawno często pisały- są już na etapie samodzielnego wychodzenia z ciemnego,smutnego dla  nas czasu-żałoby. Patrzę na Nie z podziwem wielkim,bo ja po ponad roku nadal nie mogę się pogodzić z samotnością tęsknota jest nie do opisania,a rozpacz zagościła się u mnie na dobre....
metronomio- nie pomogę tak jak bym chciała, dużo więcej lat mam - ale słowa Baśki są bardzo mądre i z całą pewnością oddają meritum sprawy.
Nie piszesz nic o swoich bliskich,z całą pewnością nikt nie zostawi Cię samej w tak ciężkim dla Ciebie czasie...wiem,każdy będzie powtarzał,że masz dla kogo żyć/nie każdy może to powiedzieć/,ale to Twoje ,,wybawienie,, .Czas oczekiwania na dziecko - jest sam w sobie tak piękny ,że w jakimś stopniu Cię ,,uskrzydli,,doda sił,przyniesie nadzieję ,że nie będziesz sama.Mała Istota żyje pod Twoim sercem, jest i będzie już na zawsze łącznikiem między Tobą a Twoim mężem. Postaraj się wykorzystać ten czas na ,,wspólne,,z dzieckiem wspominanie męża,a Jego Taty.Mów głośno o Nim,opowiadaj jakim był człowiekiem,jak się poznaliście,gdzie razem byliście,co takiego było w Nim wyjątkowego,że właśnie Jego wybrałaś?
    Pomyśl co by chciał zrobić dla Ciebie i dziecka Twój mąż:jakie by wybrał imię,jak by chciał do spółki z Tobą urządzić pokój maluszka,może miał coś zmienić w Waszym otoczeniu.Nie wahaj się poprosić innych o pomoc,pomyśl powoli o przygotowaniu się do porodu.Z całą pewnością łzy będą płynąć,rozpacz powita Cię każdego kolejnego dnia,ale nie jesteś sama - i już nigdy nie będziesz.
    Wierz mi,da się przeżyć żałobę bez leków uspakajających - ja jestem tego najlepszym przykładem...nie dlatego,że nie mogłam ze względów zdrowotnych,ale dlatego ,że po prostu nie chciałam.Postanowiłam przeżyć wszystkie targające mnie emocje - tak na żywo bez pomocy farmakologicznej. Zupełnie świadomie,krok po kroku,dzień po dniu...padałam i podnosiłam się ....najpierw na kolana,dopiero po dłuższym czasie całkowicie. Trwało to i jeszcze trwa- z mniejszą siłą,ale jednak...ale ja byłam i jestem z tym sama,a Ty masz dziecko,a dziecko Ciebie i razem pokonacie ten smutny czas i doczekacie się tego lepszego,mam nadzieję mimo wszystko bardzo radosnego dla tych co będą z Wami - bardzo Wam tego życzę ...
   Pisz kiedy będziesz smutna,kiedy Cię już rzeczywistość tak przygniecie,że sama nie dasz rady..Wsparcie innych i świadomość,że ktoś o Was myśli i się o Was martwi bardzo dużo daje...tak jak pisała Baśka - ludzie - dobrzy ludzie Ci pomogą - uwierz w to,a będzie dobrze ...Dbaj o siebie i maluszka.

30 824

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
gruba napisał/a:

Witam 8 miesięcy zginął mój mąż ja zostałam sama z synem bardzo za nim tęsknie każdego dnia myślę o nim i czekam kiedy mnie się przyśni a śni się często moje dziecko jest chyba mądrzejsze ode mnie  dużo z nim rozmawiałam wie że tata jest w niebie naszym aniołem i nie musi już rano wstawać do pracy . myślałam że z każdym miesiącem będzie lepiej ale jest gorzej nie chce mi się nic sprzątać,gotować malować kiedyś byłam optymistką teraz wszystko widzę na czarno nie spotykam się z nikim moje wyjście z domu to tylko do szkoły sklep i z powrotem chce znowu być tą dawną dziewczyną ale nie mam pojęcia jak z tego stanu wyjść bo najbardziej cierpi mój syn

30 825

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
gruba napisał/a:

Witam 8 miesięcy zginął mój mąż ja zostałam sama z synem bardzo za nim tęsknie każdego dnia myślę o nim i czekam kiedy mnie się przyśni a śni się często moje dziecko jest chyba mądrzejsze ode mnie  dużo z nim rozmawiałam wie że tata jest w niebie naszym aniołem i nie musi już rano wstawać do pracy . myślałam że z każdym miesiącem będzie lepiej ale jest gorzej nie chce mi się nic sprzątać,gotować malować kiedyś byłam optymistką teraz wszystko widzę na czarno nie spotykam się z nikim moje wyjście z domu to tylko do szkoły sklep i z powrotem chce znowu być tą dawną dziewczyną ale nie mam pojęcia jak z tego stanu wyjść bo najbardziej cierpi mój syn

30 826

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Droga jolam 1, rozumiem Cię doskonale, myślę, że jesteśmy na tym samym etapie żałoby. Mimo, że minęło już ponad półtora roku, pokonanie każdego kolejnego dnia nadal stanowi dla mnie wyzwanie. I chociaż  życie wciąga mnie wciąż mocniej w swój wir, tęsknota jest równie silna, jak na początku. Staram się zaakceptować  tę nową mnie i czasami nawet ją lubię, wtedy budzi się we mnie nadzieja, że może jednak  uda mi się ruszyć do przodu. Tyle wspaniałych i mądrych kobiet, które pisały na tym forum (Roma ,Misiulka, Aniczka i wiele innych) daje mi właśnie tę nadzieję. Ale przychodzą chwile, kiedy nie daję rady, poddaję się, a upiorny ból i niewyobrażalna tęsknota zalewają mnie olbrzymią falą. Wtedy przypomina mi się tekst , który kilka lat temu zamieściła Roma: „Żałoba przychodzi falami. Kiedy statek staje się wrakiem, toniesz razem ze wszystkim wokół. Wszystko dryfuje i przypomina o świetności  i pięknie tego statku, którym kiedyś był dzisiejszy wrak. I wszystko, co możesz zrobić, to dryfować. Znajdujesz jakiś szczątek wraku i trzymasz się go przez chwilę. Może to jakieś wspomnienie albo fotografia. Może inna osoba, która też dryfuje. Przez jakiś czas możesz tylko dryfować. Żeby przeżyć.  Na  początku fale mają 30 metrów i rozbijają się o Ciebie bezlitośnie. Nadchodzą co 10 sekund i nie dają nawet czasu, by złapać oddech. Możesz tylko próbować przetrwać utrzymując się na wodzie. Po jakimś czasie, może po kilku tygodniach, może miesiącach, wciąż musisz radzić sobie z falami, równie wysokimi, ale już rzadszymi i mniej groźnymi. Będą się o Ciebie rozbijać, ale pomiędzy nimi, będziesz mogła oddychać, funkcjonować. Nigdy nie wiesz, co wywoła smutek. To może być piosenka, zdjęcie, ulica, zapach kawy. I znów fala nadejdzie. Ale pomiędzy falami jest życie. Fale będą miały 20 m wysokości, potem 10 m. Będą coraz rzadsze. Będziesz widzieć, jak nadchodzą z daleka. W rocznicę, w urodziny, w Święta. Zobaczysz, że nadchodzą i będziesz mogła się przygotować. I kiedy znów Cię obmyją, będziesz wiedziała, że dasz radę z nich wyjść. Przemoczona, wykończona, wciąż trzymająca się malutkiego kawałka wraku, ale wyjdziesz na brzeg. Fale nigdy nie przestaną przychodzić i wcale nie będziesz chciała, żeby przestały. Nauczysz się je pokonywać. Nadejdą kolejne fale. I te również przetrwasz.”

30 827

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
metronomia napisał/a:

Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu bywa, ale jeśli tak, to błagam Was na wszystko, odezwijcie się do mnie.
Mój mąż zmarł nagle kilka godzin temu, a ja jestem w 18 tygodniu ciąży.
Siedzę sama w domu i dygoczę z szoku. Jeszcze to do mnie w pełni nie dotarło, a leków na uspokojenie w tym stanie oczywiście nikt mi nie da. Mam w tej chwili tylko jedną myśl w głowie - panicznie boję się, że to zaszkodzi dziecku.
Czy któraś przeżyła coś podobnego i może mi opowiedzieć, czy dziecko jest zdrowe?

30 828

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Hej smile cos zle nacisnelam i sie cala tresc skopiowala.
Ja bylam na poczatku 7 miesiaca w ciazy jak zmarl mąż.
Powiem tyle: da sie to przeżyć.
Koszmar niesamowity. Steres, szok.
Parę dni temu syn skonczyl 2 lata. Bylo strasznie. Myslalam ze trafie do psychiatryka. Dziecko krzyczalo i plakalo ciagle. Po ponad roku okazalo sie dlaczego. Ma niedokonany zwrot jelit, wyrostek byl za dlugi i nie w tym miejscu. Musial go caly czas brzuszek bolec sad
Mial operacje, usuniety wyrostek. Pozniej bylo juz lepiej. Ale dobrze nie jest i nie wiem czy kiedys bedzie. Padam nieraz na przyslowiowy pysk sad Jest bardzo chorowity i niestety nadpobudliwy. Nie wiem, na ile smierc meza sie do tego przyczynila. Ale jestem z tym mentalnie sama. Rodzice juz starsi i schorowani, tesciowie rowniez. Pomaga mi brat i znajomy. Bez nich nie dalabym rady.

Jesli ma ci kto pomóc, to dasz rade. Optymistycznie chyba nie zabrzmialo. Ale jak mi sie udalo przetrwac 2 lata, to znaczy ze sie da smile

30 829

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?
olaora napisał/a:
metronomia napisał/a:

Nie wiem, czy jeszcze ktoś tu bywa, ale jeśli tak, to błagam Was na wszystko, odezwijcie się do mnie.
Mój mąż zmarł nagle kilka godzin temu, a ja jestem w 18 tygodniu ciąży.
Siedzę sama w domu i dygoczę z szoku. Jeszcze to do mnie w pełni nie dotarło, a leków na uspokojenie w tym stanie oczywiście nikt mi nie da. Mam w tej chwili tylko jedną myśl w głowie - panicznie boję się, że to zaszkodzi dziecku.
Czy któraś przeżyła coś podobnego i może mi opowiedzieć, czy dziecko jest zdrowe?

Dziecku nie powinno zaszkodzić, odsuwaj te myśli od siebie, pierwsza faza żałoby to wypieranie i dobrze, tak organizm się broni, żeby nie zwariować, więc spokojnie mów sobie, że to nieprawda. Dużo rozmawiaj z rodziną, nie przebywaj sama.

A mąż zmarł przez chorobę czy wypadek?

30 830

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie piszące czy tylko czytające...Dziękuję Baśka za piękny tekst Romy o żałobie...przepisałam do swojego Dziennika - który jest jedynym moim powiernikiem od śmierci męża.  Tylko tam są moje prawdziwe myśli i doznania jakie mi towarzyszą w tej samotnej walce o przeżycie każdego dnia w pustym domu.
   Wszystkie poprzednie wspomnienia- moja świadomość wyparła z mojego umysłu i serca- po prostu, były za bardzo szczęśliwe,nie byłam w stanie ich czytać - bo były  z ,,poprzedniego,, mojego życia,do którego już nigdy nie będę miała dostępu. Trudno jest zaakceptować ,,Tsunami,, naszego życia ,a co dopiero się z tym pogodzić. Ja oswoiłam swoją samotność na tyle aby nie stanowić problemu dzieciom,które bardzo się o mnie martwią,a niestety mieszkają w znacznej odległości ode mnie.
    Nauczyłam się nie płakać w trakcie rozmów telefonicznych- tylko po, trochę naginać fakty,przeinaczać słowa- wszystko po to aby sprawić wrażenie silniejszej niż jestem w rzeczywistości. Jest to potrzebne przede wszystkim mnie-żebym ja sama uwierzyła choć po części w swoją moc i możliwość przetrwania - jak śpiewa moja 4 letnia wnuczka piosenkę z ,,Anny i Elzy:,,mam tę moc,mam tę moc.....i wszystko mogę zrobić...,,
    Babciu,ja tą różdżką czarodziejską zaczaruję i Dziadek wróci do nas....tylko nie płacz już i nie bądź wciąż taka smutna...proszę Cię....
   Każda z Nas ma swoją własną historię,inną codzienną rzeczywistość,i pomysł jak sobie poradzić ze swoimi smutkami,tęsknotą i wciąż nie malejąca rozpaczą...Korzystamy z pomocy psychologów,psychiatrów  rodziny,przyjaciół..Inne wolą być same,unikają ludzi,muszą ,,oswoić,,się i odnaleźć w zupełne innym świecie...ale łączy nas jedno:olbrzymi ból po stracie najbliższego,ukochanego człowieka.
Mnie psycholog wciąż powtarzał:,, już nigdy nie będzie pani tą samą osobą co kiedyś,ale to nie znaczy ,że straciła pani sens życia,teraz musi pani kontynuować to co oboje z mężem zaczęliście...staram się,różnie z tym bywa.  U mnie jest różnica po ponad rocznej żałobie,pojawiła się motywacja o zawalczenie o swoje dalsze życie,wcześniej tego nie było,na niczym mi nie zależało,teraz zależy -żebym mogła kiedyś powiedzieć światu:zrobiłam wszystko co mogłam,na co mnie było stać w danym momencie i w danej chwili....niczego nie przegapiłam,niczego nie zmarnowałam...Pozdrawiam serdecznie.

30 831

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Nie mogąc się doczekać usunięcia mojego konta, postanowiłam napisać moje przemyślenia na temat jak jeszcze można
motywowować do przeczekania tego dramatycznego czasu.
Kiedyś jedna z koleżanek co tydzień wklejała fragmenty książek filozoficznych ku przemyśleniu i pokrzepieniu.
Co by nie powiedzieć wątek ten to jednak grupa osób poranionych i przy ogromnie smutnych wypowiedziach, są sytuacje,
które ... jakby to nazwać...  takie wskazówki jak dalej patrzeć na swoje życie.
Ostatnio przeczytałam taką opowieść:

Tabletka na życie
" Do drzwi pewnej apteki zapukała kobieta. Miała około 40 lat, podkrążone oczy, przygarbione plecy i ciężki chód.
To był środek nocy i stary aptekarz wyjątkowo wziął dyżur. Mógł tego nie robić, ale z jakiegoś powodu tutaj był.
- W czym mogę pani pomóc?
Tej nocy nie padał deszcz, a mimo to twarz kobiety była mokra.
- Czy coś się stało? - zaniepokoił się mężczyzna.
Kobieta otarła dłonią policzki i wzięła oddech.
Westchnęła.
- Czy ma pan tabletkę na życie?
Zapadła cisza.
Mężczyzna zakasłał. Zastanawiał się, czy może powiedzieć kobiecie to, co usłyszał pewnej nocy kilkadziesiąt lat wcześniej. Nie wiedział, czy mu uwierzy.
- Oczywiście, że mam. Proszę poczekać.
Przez chwilę go nie było, a gdy wrócił, szedł bardzo powoli, niosąc coś ostrożnie.
To był kubek z parującym płynem. Podał go kobiecie.
- Proszę  napić się tej herbaty.
Kobieta upiła kilka łyków, badając smak napoju.
-Rozumiem, że w środku jest tabletka?
-Tak.
Aptekarz przyglądał się jej twarzy. Cienie pod oczami znikały, a nawet pojawiły się rumieńce.
Usiadł obok kobiety i nic nie mówił.
Nie spieszył się. Nie pytał.
Po prostu był przy niej.
Lek działał.
W końcu kobieta się odezwała.
- Czy mogę o coś zapytać?
Aptekarz uśmiechnął się.
- To była zwykła herbata, prawda?
- Prawda.
- Co jest w takim razie tabletką na życie?
- Mogę to pani powiedzieć, ale pani powie to komuś, kto spyta panią o to samo. Obiecuje pani?
- Jasne.
- Tabletką na życie jest uwaga, czas i życzliwość.
- To zbyt proste. I takie zwykłe.
- Takie jest życie. Proste i zwykłe. I nie trzeba go komplikować.
- A co jeśli lek nie zadziała?
- Proszę wziąć tych tabletek więcej.
Noc była wyjątkowo długa.
A tabletka zadziałała.
Dziś Ty możesz przekazać ją dalej. " - autor nieznany.

       Obrazek dodany przez użytkowniczkę

Trzymajcie się cieplutko smile

30 832

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam,
miesiąc temu zmarł mój mąż. A ja razem z nim. Był, jest i będzie zawsze moją największą miłością, najlepszym partnerem, przyjacielem, wszystkim. Zmarł na raka żołądka, po pięciu tygodniach od diagnozy. A tak bardzo chciał jeszcze żyć, wiedział, że szans na wyleczenie nie ma, miał przerzuty do wątroby, ale bardzo wierzył, że zostało mu jeszcze trochę czasu.

Jeszcze na początku września czuł się dobrze, jedynym objawem była senność i zmęczenie w ciągu dnia, ale mąż był naukowcem, dużo pracował w domu, często do późnych godzin nocnych i na początku go to nie niepokoiło. Mąż nigdy na nic nie chorował, żadnych chorób, zdrowy i silny całe życie, wszystkie wyniki zawsze książkowe, nawet się nie przeziębiał, okaz zdrowia, a kiedy po dwóch tygodniach poszliśmy do lekarza usłyszeliśmy wyrok.
Pod koniec września mieliśmy zaplanowany urlop i już nie pojechaliśmy. NIGDY już nie pojedziemy.

Boli mnie całe ciało, dosłownie, fizycznie, każdy jego kawałek. Przeraża mnie to, że nigdy się nie przytulę do jego kochanego ciałka.
Po jego śmierci przez kilka tygodni nie mogłam wrócić do domu, mieszkałam u siostry, od kilku dni jestem w domu i wyję. Nie mogę rozpakować jego rzeczy, które mu zawiozłam do szpitala, a z którego już nie wrócił. W domu wszystko zostało, tak jak było, nie mogę schować jego koszuli, spodni, w przedpokoju stoją jego buty, w łazience kosmetyki, w pokoju jego laptop, tak jak go zostawił, nie mam siły tego ruszyć, a jednocześnie, jak to wszystko widzę to ból jest jeszcze większy.
Od ponad miesiąca śpię w tej samej pidżamie, w której spałam z moim ukochanym, nie zmieniam pościeli, w której spaliśmy, na poduszce kładę t-shirt, na którym został jego zapach, tulę się do jego kurtki i wyję. Tak bardzo, bardzo tęsknię.

Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nie wiem, jak mam żyć bez Mojego Szczęścia.
Wszystkie piszecie, że kiedyś będzie trochę lepiej, wierzę, że tak będzie, ale jak przetrwać TERAZ.
Każdy dzień jest gorszy.
Mam 53 lata, byliśmy ze sobą ponad 30 lat, cudownych lat, nie chcę być wdową. Chcę być z Nim. Chcę móc znowu mu ponarzekać na pracę, na sąsiadów, na polityków, chcę cieszyć się wspólnymi spacerami, podróżami, które były naszą pasją, chcę razem oglądać TV, napić się wina w romantyczny wieczór, razem pielęgnować ogród, a czasami posprzeczać. Chcę żeby On był, jak był przez całe moje dorosłe życie.
Cały czas ryczę. Nie mogę jeść, pić, spać, pracować, schudłam prawie 10 kg w dwa miesiące, a i tak byłam dość szczupła, wyglądam, jak wiór. Duszę się z rozpaczy, rodzina i przyjaciele się o mnie martwią, a ja bym chciała zasnąć i się nie obudzić.
Nie wiem, jak to przetrwać.

30 833 Ostatnio edytowany przez kolia1 (2021-11-26 15:51:16)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikaria, wiem co czujesz i jak się czujesz. U mnie od nagłej, niespodziewanej śmierci śmierci męża minęło 17 miesięcy. Zmarł przy mnie, nie leczył się na nic, cały czas pracował.  Nie bardzo pamiętam tych pierwszych miesięcy i nie wiem jak je przetrwałam. Po prostu żyłam z minuty na minutę, trochę później z godziny na godzinę i nie wierzyłam że przetrwam. A jednak...Ból jest okropny, nie ma takich słów żeby o tym opowiedzieć...
Moje życie bardzo się zmieniło, ja chyba również. Czuję w sobie dużo złości do losu, świata, czasami ludzi. Nie mam planów, nic mnie nie cieszy, niczego nie potrzebuję. Żyję bo żyję i nic więcej.
Po tym czasie mogę stwierdzić, że zmalał odrobinę ten koszmarny stres, który rozsadzał od wewnątrz. Mogę skupić się już na książce, na filmie. Nauczyłam się również normalnie rozmawiać, nawet czasami z uśmiechem.  Zaczyna również wracać pamięć, z którą miałam długo problem. Znam jednak kobiety, które radzą sobie dużo lepiej i szybciej z żałobą. Wszystko zależy od siły psychicznej, osobowości i pomocy otoczenia. Ja na początku bardzo potrzebowałam kontaktów z ludźmi, nie potrafiłam być sama w pustym mieszkaniu, a niestety tak mi się złożyło. Szukałam ludzi za wszelką cenę żeby nie oszaleć bądź nie dołączyć do męża. Teraz już potrafię, mimo że nadal trudno. Wszystko podlega zmianom i jedyna pewność w naszym życiu to właśnie zmiany. Wiem, to bardzo okrutne ale tak jest. Wspieram Cie na ile tylko potrafię, daj sobie dużo czasu. Tej najtrudniejsze emocje kiedyś miną. Pozdrawiam ciepło.

30 834

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witaj Ikaria
Po mimo że już mało tu zaglądam, chciałabym Ci powiedzieć: nie jesteś sama i rozumiemy cały Twój dramat.
Najgorsze jest że żałoba to proces, musi odbywać się w czasie, którego nie można przyspieszyć. Przebiega  w sposób bardzo indywidualny.
Nie ma na to rady.
Słowa nie ukoją obecnego stanu w którym jesteś. To jest najgorsza faza żałoby.
Przechodziłam przez to, musiałam to przechorować i podobnie jak Ty spałam z perfumami męża i pomadką którą nawilżałam Jego spierżchnięte
chorobą usta.
Od pocieszania cenniejsze jest tu słuchanie lub zwyczajnie bycie z Tobą kogoś kogo potrzebujesz.
Obecnie pryszłość dla Ciebie nie istnnieje, jest to normalne.
Lecz z czasem przyjdą inne stany i emocje.
To co napisze zabrzmi teraz brutalnie ( jestem 11 lat wdową ):
Należy  dokonać często bardzo trudnej reorganizacji w życiu, aby nauczyć żyć się bez męża. Trzeba również  przejąć bądź przekazać właściwym według nas osobom obowiązki, które dotychczas wykonywał mąż, ale też doświadczyć bolesnych sytuacji, obszarów, w których nikt nie jest w stanie jej zastąpić.  Najtrudniejsze są takie "dni  rocznice" – pierwsze imieniny, urodziny, daty ważne, celebrowane dotychczas z mężem.

Pisz co przeżywasz, wiemy jak bardzo cierpisz, jesteśmy z Tobą i w miarę możliwości podpowiemy jak my radziłyśmy sobie.
Z całego serca przytulam.

30 835

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikaria, jesteśmy z Tobą całym sercem, tak jak napisała kolia, wszystkie wiemy, co czujesz i przeżywasz. Kiedy czytałam Twoje słowa, miałam wrażenie, że napisałaś o mnie. Doświadczałyśmy takich samych stanów, miałyśmy takie same czarne myśli i chyba będą one do nas wracały już przez całe życie. Dlatego musisz się bardzo postarać i znaleźć w sobie siłę, aby je oswoić i traktować jak element codzienności. Dla mnie najstraszniejsze było pierwsze 50 dni, właściwie do tej pory nie pamiętam, co się wtedy działo. Wiem tylko, że dokoła mnie była jakaś upiorna ciemność, otępienie i całkowity brak nadziei na jakąkolwiek przyszłość. 51 dnia przemknęła mi przez głowę taka nikła iskierka, że może jednak dam jakoś radę wyjść z tego stanu, a potem natychmiast zgasła. Ale od tego czasu starałam się ją podsycać, a pomagali mi w tym najbliżsi, dbali o mnie, karmili, starli się spędzać  ze mną czas. Najgorzej było w pracy, nie mogłam się na niczym skupić, czułam się jak zranione zwierzę, a teksty typu: ”no jak tam sobie radzisz”, „uśmiechnij się”, „przecież masz dla kogo żyć” tylko irytowały i jątrzyły ranę.  Psycholog  też okazał się jednym wielkim fiaskiem, pomogli mi bliscy i kilku przyjaciół, do których zawsze mogłam zadzwonić i rozmawiać o wszystkim do rana. Bo najgorsze były wieczory, kiedy leżałam już w łóżku, ubrana  w t-shirt mojego męża zamiast piżamy, nie mogłam czytać ani nic oglądać, a sen nie przychodził. Rozmawialiśmy nie tylko o mojej traumie, ale też o malarzach, pisarzach, poetach, których najbardziej lubimy, o wszystkim, czym mogłam zająć myśli. I pomalutku, krok po kroku wracałam do życia. Ale wtedy los zaczął do mnie strzelać seriami: rak, zawał, udar wśród najbliższych, do tego komplikacje z ciążą córki, potem z maluchem. Musiałam założyć żelazny pancerz i ruszyć do boju, pomagając tym, którzy mnie do tej pory wspierali. Tak jak powiedziała Misiulka, koniecznością staje się wtedy delegowanie części obowiązków na innych, samej będzie Ci ogromnie ciężko. Zobaczysz, że w tej strasznej sytuacji, w jakiej się znalazłaś, poznasz prawdziwych przyjaciół. Jeśli będziesz potrzebowała pogadać, wyrzucić z siebie ból i złość, pisz jak najczęściej, wszystkie będziemy Cię wspierały, bo wiemy, jak bardzo potrzebna jest wtedy bratnia dusza. Pozdrawiam gorąco.

30 836

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

W niedzielę minął miesiąc. Koszmarny, najgorszy czas w moim życiu.
Ja, podobnie jak Ty Kolia, żyję z minuty na minuty, planuję nawet takie głupie czynności, jak zrobienie sobie herbaty, potem śniadanie, kąpiel, wyjście do sklepu. W domu nie mogę robić nic, powinnam posprzątać, odkurzyć, nie daję rady. Nie mogę zrobić prania, wśród moich ubrań są Męża ciuchy, nie chcę ich prać, nie mogę.
Mam też problemy ze spaniem, byłam u psychiatry, przepisał mi lekkie środki nasenne, pozwalają mi zasnąć na 3-4 godziny. Ale najgorsze są poranki, kiedy budzę się w pustym łóżku. Zawsze się do siebie rano tuliliśmy i uśmiechaliśmy, czując ogromne szczęście. Tej bliskości mi brakuje najbardziej, aż boli mnie ciało, dosłownie. Codziennie rano wyję, bo zaczyna do mnie docierać, że to nie jest chwilowe, tylko tak już będzie ZAWSZE.

Kolia, we mnie też jest czasami okropna złość na wszystko. Wczoraj koleżanka wyciągnęła mnie na spacer nad morze, myślałam, że dobrze mi to zrobi, ale jak widzę szczęśliwe spacerujące pary to czuję złość, a zawsze mnie cieszyło cudze szczęście.
Dobija mnie też pora roku, nie lubię listopada, grudnia, stycznia, zawsze mnie mój ukochany pocieszał, w listopadzie wyjeżdżaliśmy na urlop w poszukiwaniu słońca, a teraz to wszystko się skończyło.
Snuję się po domu, bez celu, chodzę od okna do okna, a gdy widzę nasz ogród czuję ogromny żal, że mój Mąż nie będzie już przycinał krzaków, drzewek, pielęgnował trawnika, a tak bardzo lubił to robić i wierzył, że jeszcze będzie to robił.

Misiulka jest właśnie, tak jak piszesz, przyszłość dla mnie nie istnieje. Nie umiem sobie wyobrazić dalszego życia bez mojego ukochanego.
Mam dużo bliskich koleżanek, wszystkie znały dobrze mojego Męża, wyciągają mnie na spacer, odwiedzają, wspominamy różne wspólne sytuacje, wyjazdy, razem płaczemy. Trochę to pomaga, na krótko, a potem znów wyję.
Miałam urodziny dwa tygodnie po śmierci R. , pierwsze bez Niego, teraz będą pierwsze Święta, pierwszy Sylwester, okropny czas. Urodziny spędziła ze mną moja przyjaciółka i powiedziała właśnie to co Ty, że przede mną najgorszy rok w życiu, bo wszystko teraz będzie pierwsze, bez R. Czuję, że oszaleję.

Baśka ja jestem teraz w takim stanie. Wokół mnie jest tylko ciemność i brak nadziei na przyszłość.
Przez pierwsze dni, po powrocie do domu mieszkała ze mną moja przyjaciółka, która mnie karmiła i poiła, ja nie byłam w stanie nawet się umyć.
Jestem otoczona życzliwymi osobami, wspiera mnie bardzo siostra i szwagier, bez nich przez te pierwsze dni po śmierci, bym umarła, pomagają mi bliskie koleżanki, ale też nie chcę ich nadmiernie obciążać moim bólem i cierpieniem.
Zawsze lubiłam dużo czytać, teraz nie mogę się skupić, ani na książce ani na filmie.
Na razie jestem na zwolnieniu, moja praca wymaga dużego skupienia, myślenia i staranności, a mi się chce tylko wyć.
Staram się wychodzić z domu chociaż na krótki spacer do parku, na targ, czy do sklepu, ale nie ma dla mnie „bezpiecznych” miejsc, wszystkie drogi w pobliżu domu przemierzaliśmy jeszcze nie tak dawno razem. Idę i płaczę.

Psychiatra, u którego byłam zasugerował psychoterapię, ale nie jestem przekonana do tej formy pomocy.
Patrzę na zdjęcie mojego R. i proszę, żeby mnie wspierał, jak zawsze, dał mi siłę, inaczej oszaleję.

Dziękuję Wam dziewczyny że jesteście, każda z Was to przeszła, dajecie mi nadzieję, że ból będzie kiedyś mniejszy, ale teraz myślę tylko, jak przetrwać dzień, a każdy kolejny jest na razie gorszy.

30 837

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, kochana, to rzeczywiście najtrudniejszy czas –  brak nadziei, przyszłości, chęci do życia.  Dobrze, że otaczają Cię bliscy i przyjaciele, docenisz kiedyś, jak bardzo  Ci byli w tym momencie potrzebni. Musisz mieć bratnią duszę, której się będziesz mogła wyżalić, wypłakać i wykrzyczeć  swój ból. Mnie też bolał każdy fragment ciała i cała dusza, do głębi, ból nie pozwalał mi oddychać, czułam się chora na wszystko. Na początku najgorszy był fizyczny brak: zapachu, dotyku, ciepła otaczających mnie ramion. Teraz, po upływie ponad półtora roku, odczuwam silny brak intelektualny i ogromny żal, że nie mogę podzielić się przeczytaną książką, obejrzanym filmem, jakimś żartem, który wiem, że na pewno by Go rozśmieszył. Brakuje mi Jego mądrego spojrzenia na świat i fantastycznego poczucia humoru. A co do rzeczy… W pierwszej chwili, kiedy dotarła do mnie ta straszliwa wiadomość o śmierci, z rozpaczy i wściekłości  wyrzuciłam wszystko, co tylko udało mi się wygarnąć z szafy,  nawet nie wiem, co to było. A potem nie mogłam już sprzątnąć niczego, do dziś nie potrafię uporządkować Jego pracowni, wciąż to odkładam na potem i potem… Wszystko mnie boli, a łzy same lecą, kiedy próbuję coś wyrzucić, zniszczyć jakieś papiery. Wciąż nie jestem gotowa na taki wysiłek. Dlatego daj czasowi czas… Bo czas to nasz cichy sprzymierzeniec,  może nie całkiem leczy rany, ale na pewno przyzwyczaja do bólu i sprawia, że pomału zaczynamy się uczyć żyć od nowa, choć już bez tlenu. „Lecz widać można żyć bez powietrza”.  Pozdrawiam Cię gorąco, całym sercem jestem z Tobą

30 838

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam.
Napiszę coś, co może obecnie jest dla Was abstrakcją, jednak z perspektywy mojej gdy wyszłam z żałoby jest moim doświadczeniem.
Żałoba jest potrzebna, żeby się osadzać, ugruntowywać w życiu, w sobie...
Z wieloletniej żałoby, tęsknoty, traumy, potrafiłam nie tylko wyjść, ale sporo osób także przechodzi też potem na wyższy poziom rozwoju. Jest bliżej swoich wartości. Nie oznacza to, że mąż odszedł z moich myśli, pamięci... bo On na zawsze jest cząstką mnie, dzięki temu, że zdołaliśmy przetrwać, i dzięki temu, czego dowiedzieliśmy się o sobie, o życiu. To jak przed wojną i po wojnie.
Mamy prawo się rozsypać. I zacząć uważnie oglądać te kawałki. Bez wymagań wobec siebie, biczowania się. Uważnie oddzielać te ziarenka maku od piasku. Co nie pasuje do mnie tu i teraz? Co jest użyteczne?

Nie wiem czy w tym momencie zrozumiałe jest to co piszę, ale wiele koleżanek z tego wątku też przechodziły identyczne stany nie wierząc w przyszłość
jednak po uleczeniu, podleczeniu odnalazły w sobie siebie.
Jedna z nas skończyła dodatkowy fakultet (mąż będąc lekażem zmarł na raka) farmacja i do tego założyła stowarzyszenie .
To tylko jeden przykład, których jest wiele, ale One już tu nie piszą. Wiem o tym z osobistych kontaktów mejlowych a nawet w Ich dorobek w internecie.
Wyszły ponownie za mąż.
Inne w tym i ja znalazłam ukojenie w moim obecnym świecie, już sama.
Celebruję czas i życie. Jestem z siebie dumna. Spełniona.

Miałam już tu nie wracać i nie pisać bo jestem tu już tyle lat...
   Jednak tym wpisem zakończę  mój udział na tym forum bo już wszystko zostało powiedziane ode mnie.

Dajcie sobie czas i odkryjcie na nowo siebie, serdecznie pozdrawiam i wierzę w Was.

30 839

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie najserdeczniej jak potrafię. Misiulka - proszę nie odchodź od nas,przecież to Twoje dobre,mądre słowa uratowały niejedną z nas/mnie na pewno też/ Potraktuj to jako misję pomagania zdesperowanym,zbolałym  kobietom które nie potrafią i nie są w stanie samotnie wyjść z tych czarnych mrocznych przeżyć.
Twoje słowa przynoszą olbrzymią ulgę ,ale dają też nadzieję,że może się uda....mnie i innym .....przez to przejść.
Jesteś po części Naszą MENTORKĄ,cieszysz się olbrzymią estymą ,wystarczy przeczytać dużo wcześniejsze wpisy innych kobiet.To smutna lektura,ale zostawia cień nadziei ,że może nie będzie już nigdy dobrze,ale przynajmniej znośnie.
Ikaria jest dokładnie tam skąd powoli,bardzo powoli część z nas usiłuje się podnieść.Nie jest łatwo radzić,nie każdej z nas się udaje,ale trzeba próbować.Ja takie rady usłyszane od innych ,że czas pomoże- od razu chciałam
odsyłać  z adnotacją:Tobie tak - pomógł,ale nie mnie...teraz trochę inaczej do tego podchodzę...
   Rozpocząć samodzielne - wdowie życie bez tego najważniejszego,jedynego dla nas CZŁOWIEKA-to o wiele więcej niż na nowo się urodzić-to słowa mojego psychologa,który bardzo,bardzo mi pomógł.Wyzwanie staje się jeszcze trudniejsze jeżeli jest to odejście nagłe...
W moim przypadku po 39 latach małżeństwa i wielkiej wspólnej przyjaźni straciłam męża w przeciągu 2 godzin...
Nie powiem nic odkrywczego od Innych kobiet,które napisały do Ikarii,żadne- po prostu żadne słowa nie oddadzą tego co przeżywałam w każdej sekundzie,minucie i godzinie życia po Jego śmierci. Patrzyłam w jedno miejsce,płakałam,łkałam czasami wręcz wyłam tak,że mój stary schorowany pies miał strach w ślepiach....
Każde wyjście było dla mnie wielkim wyznaniem,każda rozmowa telefoniczna wymagała ode mnie nie lada sił i wymuszanego spokoju żeby rozmówcy wyłonili sens moich słów..przerywane szlochem i krzykiem rozpaczy....
   Miałam zdecydowanie gorzej,bo po 2 tygodniach pobytu u córki wróciłam do pustego,jeszcze nie wykończonego domu..mogłam zostać dłużej,ale psycholog mnie ostrzegał,ze odwlekanie powrotu spowoduje jeszcze większy ból i rozpacz... Ikario,masz bliską rodzinę i dużo przyjaciół,to wartość dodana-procentuje i Cię wzmacnia.Ja ma syna i córkę w dużej ode mnie odległości,a nieco bliższej,ale i tak dalszej/22 km/kilkoro dobrych ludzi o wielkich sercach.Musiałam wielu rzeczy się od nowa nauczyć ,wiele przypomnieć a w przypadku  pozostałych spraw dla mnie nie zrozumiałych  - tak po prostu- poprosić często zupełnie obcych ludzi o pomoc...nauczyłam się mówić tzw:otwartym tekstem i nauczyłam się prosić. Nie jest łatwo,trzeba mieć olbrzymią moc w sobie,trzeba mieć dużo sił obronnych tych fizycznych i psychicznych i takiego wejrzenia w siebie aby gdy głowę atakują tysiące negatywnych myśli....że już nic,nigdy nie będzie takie samo jak kiedyś z Nim.../też mam ogródek,którego On już nie podziwia/...że bezpowrotnie już na zawsze straciłyśmy najbliższego nam człowieka....
  że po co i dla kogo mamy żyć skoro stałyśmy się nagle same i niczyje ?
  że to wszystko jest bez sensu,że po co wstawać,jeść , ubierać się i żyć...lub udawać ,że się żyje....
przecież już dla nikogo nie jest to ważne....
Ikaria,dla mnie przełomem były słowa psychologa: niech pani to zrobi dla swojego męża, niech pani pomyśli czego On by dla pani chciał...niech pani to zrobi dla siebie...,pani tez jest ważna, można zrobić coś w imię miłości ..nie każda kobieta miała to szczęście aby tyle pięknych lat przeżyć z tak wyjątkowym człowiekiem, czy wiedząc,że spotka panią to co spotkało,zrezygnowała by pani z tych wspólnych pięknych lat spędzonych razem?
  Po jakimś czasie dotarło do mnie,że byłam wielką szczęściarą - bo mój mąż wybrał mnie na towarzyszkę swojego życia/chodziliśmy razem do jednej klasy licealnej/,obdarzył mnie wielkim uczuciem i uczynił najszczęśliwszą osobą na ziemi.Nikt i nic już tego nie zmieni...to sobie powtarzam tak często jak tylko potrafię...
  Pisz,nie jesteś i nie będziesz sama ,masz nas a ja bardzo mocno przytulam do serducha.
Misiulka,trzymam kciuki,ze jednak zostaniesz z nami,niedługo Mikołaj,napiszę do Niego w tej sprawie,niech to będzie prezent dla nas Wszystkich,są ludzie ,których nie da się zastąpić....

30 840 Ostatnio edytowany przez Ewi11 (2021-12-03 21:17:21)

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jestem tu pierwszy raz...mam 36 lat. Straciłam partner a 3 tygodnie temu. Zmarł nagle we śnie...
Umarlam razem z nim...Mierzę się sama ze sobą...Do dnia dzisiejszego nie wróciłam do swojego domu...Jestem u rodziców pod opieką psychiatry...leki na sen, przeciwlękowe, przeciwdepresyje...Rozrywa mi serce....Brak jakiejkolwiek kotwicy żeby odciągnąć myśli...Staraliśmy się o dziecko...Straciłam wszystko...

30 841

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ewi11 - przypominam sobie ,swoje przeżycia w tym samym czasie w którym Ty jesteś teraz.....to niestety dopiero początek żałoby,masz szczęście że znalazłaś oparcie w rodzicach. Ja zostałam w nowo wybudowanym ale nie do końca wykończonym domu,w trakcie zaczętej razem z mężem przeprowadzki.
Świat mi się zawalił w jednej sekundzie,olbrzymia rozpacz,płacz i i niedowierzanie że nie ma już na zawsze tego najważniejszego dla mnie człowieka powodowała swego rodzaju wewnętrzny przerażający paraliż ciała i serca.
Ja też zaraz po pogrzebie wyjechałam na 3 tygodnie do córki i jej rodziny, mogłam zostać o wiele dłużej jednak psycholog mnie ostrzegał: zbyt długi pobyt poza domem będzie destrukcyjnie wpływał na moją podświadomość i coraz trudniej będzie mi dojść do jakiejkolwiek względnej równowagi psychicznej.
Wkrótce się przekonałam,że dobrze zrobiłam wracając .....do dziś pamiętam olbrzymi smutek i ból wewnętrzny,gdy sama stanęłam na progu domu. Ta przerażająca pustka i wszędzie Jego rzeczy.
Teraz po 16 miesiącach mojej żałoby jestem z siebie w jakiś sposób dumna - bo jednocześnie wiem,że mój mąż też by tego chciał,pochwaliłby mój krok.
Nadal smutek u mnie gości,wczoraj tak strasznie płakałam że moja suczka-staruszka uciekła do innego pokoju.
Pewnie czytałaś wpisy kobiet z tego Forum,nie jest łatwo żadnej z Nas,mnie pomogły wpisy,e-maile i telefoniczne rozmowy z niektórymi z Nich.Wszystkie przechodziłyśmy przez to co Ty teraz, po jakimś czasie/to sprawa indywidualna/będzie inaczej - co nie oznacza że od razu dobrze.
    Będzie znośniej,nie pogodzimy się ze stratą ,ale będziemy musiały ją zaakceptować.Nie da się niczego zmienić i cofnąć, nie da się z nikim negocjować warunków naszego dalszego samotnego życia. Ja przestałam cokolwiek planować,żyłam i nadal żyję z dnia na dzień,psycholog poradził mi abym pisała o swoich emocjach i atakujących negatywnych myślach. Radził,żebym każdego dnia zaplanowała 3 rzeczy do zrobienia,jak zrobię na początek tylko jedną - to i tak będzie to mój mały sukces.Później sama powinnam tą listę poszerzać i kontynuować te prace,które rozpoczęłam z mężem.
Najważniejsi są jednak ludzie,ich wsparcie,troska i codzienna pomoc - to podstawa  aby się podnieść choć na małą chwilę,później z chwil zrobią się godziny,dni i tygodnie...miesiące i lata.
  Ja naiwnie myślałam,że rok żałoby- to jakaś magiczna data,że już będzie lepiej,że mniej będzie boleć .Otóż nic z tego,kobiety z którymi mam nadal kontakt mówią zgodnie,trzeba czasu,czasu i czasu.Niczego nie można przyspieszać ,Misiulka pisała o sobie i o Innych,że dały radę...że z powrotem wróciły do świata żywych i w miarę aktywnych kobiet ale to trwało i niestety musi trwać. Aniczce i Venles zajęło to też parę lat, w moim przypadku psycholog mnie przygotował wstępnie na tzw:,,przerobienie żałoby,, na czas:3-4 lat. Z każdym upływającym dniem czuję się odrobinę silniejsza,ale do względnej normalności nadal mam daleko. Zawalcz o siebie,zrób to dla Twojego partnera,pomyśl czego On by chciał dla Ciebie.Twoim atutem jest też wiek - nie poddawaj się - przed Tobą jest jeszcze wiele nieznanych rozdziałów życia.
   Poczytaj o innych kobietach które potraciły bliskich,każdego dnia takich jak my przybywa i niestety przybywać będzie nadal.  Wspólne dzielenie się swoimi doświadczeniami w tym temacie jest nie bez znaczenia,możemy na siebie liczyć i wzajemnie sobie pomagać.Pisz, z całą pewnością odezwą się wkrótce następne kobiety ....przytulam Cię bardzo mocno,pamiętaj : nie jesteś i nie będziesz sama w tym szczególnie trudnym dla Ciebie czasie.

30 842

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dzisiaj wieczorem minie 6 tygodni, jak nie ma ze mną mojego szczęścia. Jeszcze o tej porze siedziałam przy Nim, on mnie głaskał po ręce, rozmawialiśmy, czuł się dobrze, żartował, jak zwykle, pojechałam ze szpitala do domu po kilka rzeczy, o które mnie poprosił, a gdy wróciłam to właśnie umierał.

Każdy kolejny dzień jest gorszy, staram się rozmawiać z bliskimi, koleżankami, ale w środku jestem martwa.
Chcieliśmy się razem zestarzeć, zawsze, kiedy na spacerach, zwłaszcza nad morzem, widzieliśmy staruszków trzymających się za ręce, widzieliśmy siebie w przyszłości. I tego już nie będzie.
Każdy mój powrót do domu, nawet gdy wyjdę tylko na chwilę do sklepu, to dramat. W przedpokoju nadal stoją buty, wisi kurtka, leżą kluczyki od samochodu, tak jak zawsze kiedy był w domu, ale Go nie ma!
Staram się czymś zająć, ale nawet najdrobniejsze czynności to dla mnie wyzwanie. Czuję tylko rozpacz, tęsknotę do bólu i bezsens wszystkiego.

Jolam, ja siebie też pytam co mój R. by dla mnie chciał, wiem, że na pewno chciałby żebym nie cierpiała i żebym żyła, a nie umierała za życia. Tylko, że to takie trudne.
Też miałam to szczęście zaznać wyjątkowej miłości, czułości i przyjaźni.
Moja przyjaciółka mi ostatnio powiedziała, że ona wie, że jest mi cholernie trudno, ale ona gdyby mogła to by się ze mną zamieniła. Sama po dwóch krótkich i burzliwych małżeństwach, bez wielkiej miłości. Znała bardzo dobrze mojego R, tyle lat co ja i chciałaby, żebym zdała sobie sprawę jaką jestem szczęściarą, że teraz cierpię, wyję z bólu, ale ta miłość ze mną zostanie, że R odszedł, ale tej miłości nikt już mi nie zabierze. Niby to wszystko wiem, ale na razie to mnie nie pociesza, tylko powoduje jeszcze większy ból.

Ewii, ja też byłam ok. 3 tygodni poza domem, ze szpitala pojechałam prosto do siostry, nie byłam w stanie wejść do domu. Myślałam, że wrócę po tygodniu, ale nie dałam rady, ciągle odwlekałam. I kto wie, kiedy bym się odważyła, ale spotkałam na cmentarzu naszą koleżankę, która powiedziała, no kochana czas wracać do waszego gniazdka, R. by tego chciał. I jej słowa dodały mi odwagi. Przez kilka dni była jednak ze mną moja przyjaciółka.  Teraz jestem już sama, w pustym domu i bardzo, bardzo mi źle.
Każdy kąt jest pełny Jego rzeczy, ale to nasze wspólne, nasze ukochane gniazdko, w którym spędziliśmy ponad 20 bardzo szczęśliwych lat, miejsce gdzie mieliśmy się wspólnie zestarzeć. Los jednak zdecydował inaczej.

Dziękuję Wam wszystkim za słowa wsparcia i za to, że jesteście.

30 843

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario kochana, naprawdę jesteśmy z Tobą, całym sercem. Każda z nas czuła i czuje nadal ten sam ból co Ty, każda doświadczyła niewiarygodnej miłości i zwykłej, lecz jakże  cudownej przyjaźni,  i każda z nas straciła wszystko. Dopóki nie odnalazłam tego forum, myślałam, że taka miłość jak moja nie zdarza się często, podobnie jak ten straszliwy ból po stracie. Dopiero czytając stopniowo historie obecnych tu dziewczyn odkryłam, że nie jestem jedyna ze swoim cierpieniem, że moje przeżywanie tych strasznych chwil, mój bunt, rozpacz i szaleństwo nie są niczym odosobnionym.  Zauważyłam też, że po pewnym czasie wiele z nich pomalutku, kroczek  po kroczku, uczy się życia w nowej, samotnej  rzeczywistości. I właśnie tą mozolną, codzienną walką o przetrwanie kolejnego dnia dały mi nadzieję, że mnie też się może udać, choć bardzo długo nawet nie chciałam spróbować. Dla mnie to forum było i jest wspaniałą terapią, a ostatnie wpisy Misiulki dały mi wiele do myślenia.  Dziękuję Ci  Misiulko z całego serca za Twoją wspierającą obecność  i za nadzieję, którą dajesz. Ikario, może i Tobie w jakiś sposób pomogą  nasze historie, może dadzą  Ci one choć odrobinę siły, aby przetrwać  te najtrudniejsze dni.  Pozdrawiam Cię gorąco.

30 844

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam w ten grudniowy dzień Was Wszystkie...W koło bajkowe, śnieżne krajobrazy,biało,puszyście...Jarmarki,kramy,uśmiechnięci ludzie,pary młode i starsze trzymające się za ręce,wybierające prezenty,ozdoby świąteczne...i ich rozmowy o gościach,daniach i upominkach.....Tylko to takie odległe,mało realne jest wciąż dla mnie.
W porównaniu z tamtymi pierwszymi świętami bez mojego męża jest jednak trochę inaczej,spokojniej, użyję trochę archaicznego określenia:rozważniejsza jestem teraz,mniej we mnie bólu i żalu,mniej  niekontrolowanych emocji,mniej buntu w moim codziennym życiu,mniej pretensji do ludzi i świata ,że właśnie mnie spotkało to wielkie,olbrzymie nieszczęście.
W międzyczasie umarło kilkoro moich znajomych - nawet młodszych od mojego męża, moja koleżanka za tydzień miała wrócić do pracy,teraz leży samotnie na cmentarzu - miała 52 lata...i zostawiła 3 dzieci w tym 15 letnią córkę chorą na białaczkę...Szok,niedowierzanie..i pytania wciąż bez odpowiedzi:dlaczego?
Ewii i Ikario,przed Wami długa,wyboista droga,nie raz z niej zboczycie,zabłądzicie ,będziecie kręcić się w kółko.
Tak będzie długo,bardzo długo...płacz na widok Jego rzeczy,płacz na jakieś wspomnienie,płacz z bezsilności i olbrzymiej tęsknoty,płacz,płacz,płacz....Później przyjdzie czas buntu i niezgody...ale jeszcze później: odrobina ,na początku ledwie odczuwalna,ale z upływem czasu coraz większa odwaga o zawalczenie o siebie o nas same,bo My też jesteśmy WAŻNE/dla rodziny,przyjaciół i naszych Braci Mniejszych-czyli naszych zwierząt/.
Nic w życiu nie jest zero-jedynkowe,wszystko jest ze sobą w jakiś sposób powiązane....niezależne od nas przynajmniej w przeważającej większości. Nikt za nas naszego życia nie przeżyje,przyjdzie czas aby każda z nas zadecydowała sama co dalej z nim zrobić ? jak żyć bez Tego jednego,jedynego,najważniejszego dla nas człowieka..? i albo wstanie i spróbuje pójść dalej,często realizując wspólnie zaczęte plany,albo pozostanie na miejscu z którego nie znajdzie sił i motywacji aby przynajmniej próbować się podnieść....Aniczka i Misiulka nauczyły mnie jednego:wiary w siebie,odwagi pójścia w pojedynkę i  prawdy wobec samej siebie.Zmotywowały, aby się nie poddawać, aby uwierzyć że nastanie czas,kiedy będzie mniej bolała samotność,że jeszcze mogę zrobić wiele dobrego coś dla innych i jednocześnie dla siebie. Ich przesłanie tak zrozumiałam: żyj dalej dla SIEBIE i dla NIEGO...
Tak jaj pisze Baśka,dla mnie to Forum to balsam na skołatane serce,to wsparcie odważnych ,mądrych kobiet. To dowód na to,że można być silnym dla Nich- naszych mężów których już nie ma i nie będzie,ale pozostanie wspomnienie naszych wspólnych pięknych lat,których inni mogą nam zazdrościć,a których nikt ,nigdy nam nie jest w stanie zabrać...i nie zabierze.To codzienne wsparcie,i troska ,to kobieca solidarność w tym najgorszym z możliwych dla nas czasie.Myślę,że i Misiulka i Aniczka mają ten mroczny czas już daleko za sobą  i ciągłe cofanie się w czasie nie jest łatwe...ale wiem też,że choć nie napiszą - to i tak będziemy dla Nich ważne i często w swoich myślach będą z nami ... Pozdrawiam Wszystkie...Jesteście Wielkie i Wyjątkowe,a my kobiety i dziewczyny nie jesteśmy same - mamy siebie,a to wielka wartość dodana w naszym życiu.

30 845

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Zagladam na to forum cały czas ale choć jeszcze oficjalnie nie zakończyłam tutaj swojej aktywności to mało piszę , gdyż jestem już na innym etapie  życia , po ponad 6 latach od śmierci męża jestem już w pełni pogodzona , odnalazłam na nowo sens zycia , mam wspaniałe grono przyjaciół wokół , nie czuję się samotna ! To mój wielki sukces ! Noszę w sercu męża , rozmawiam z nim , proszę o pomoc z Góry ....Tak jak prosiłam , żeby zabrał do siebie moją mamę , która była już w agonii i bardzo cierpiała i wybraźcie sobie odeszła 29 listopada w wigilię imienin mojego Andrzeja .....Dożyła 90 lat , piękny wiek ...... MOże to zabrzmi dziwnie ale cieszyłam się ,że 30 listopada świętuje ze swoim zięciem już w tym lepszym świecie......
Dziewczyny Drogie ! Każsda żałoba kiedyś się kończy .....choć potrzeba na to niewątpliwie duuuużo czasu ! Ale po najczarnieszej nocy zawsze przychodzi świt ....a po burzy spokój ...
Jolu ! dziekuję Ci serdecznie za miłe slowa podziekowań , wiesz że nieprzerwanie Ci kibicuję i wspieram ! Ale Ty przeszłaś już niezły progres , jesteś WIELKA i to TY teraz służysz dobrą radą innym zbolałym kobietom ...Dziewczyny Drogie bądżcie mocne , wierzcie w siebie , upadajcie i wstawajcie , bo życie idzie tylko do przodu a Wy musicie płynąć z jego nurtem .....Tulę Was wszystkie do serducha i posyłam dobrą energię smile:):)

30 846

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolam, kochana! Jesteś bardzo dzielna i tak wspaniale sobie  radzisz! Mimo że, jak pisałam wcześniej, jesteśmy na podobnym etapie żałoby, radzisz sobie jednak lepiej niż ja. Podziwiam Cię i mocno, mocno trzymam za Ciebie kciuki. To rzeczywiście bardzo trudny czas dla nas i zupełnie inny niż w ubiegłym roku. Też przeżywam go spokojniej, ale chyba z większym bólem, bo już bardziej świadomie. Wtedy wypierałam wspomnienia, te najpiękniejsze zacierały się w mojej pamięci, teraz wracają uporczywie, raniąc okrutnie. Ale wiem, że obecność najbliższych złagodzi ten ból i da mi mimo wszystko wiele radości, choć już nie tak pełnej, jak kiedyś. Tylko musimy dostosować się do nowej rzeczywistości i odnajdywać radość, tam, gdzie ona rzeczywiście jest. Dla  mnie chyba gorszym czasem niż  Święta będzie Sylwester. Nie mogę pójść na imprezę do znajomych, bo jednak uśmiechnięte roztańczone pary, pełne radosnego oczekiwania na kolejny rok to dla mnie jeszcze zbyt wiele. Nie jestem też gotowa na urządzenie jakiegokolwiek przyjęcia u siebie, to też zbyt duży wysiłek dla mojej psychiki. Ten czas zawsze spęczaliśmy we dwoje, więc na razie nie mam pomysłu, co zrobić.
Aniczko, dobry duszku forum! Wielkie dzięki za słowa otuchy.  Są nam  tak  ogromnie potrzebne właśnie w tym czasie, kiedy zaczynamy dostrzegać , że nie ma przed nami innej drogi, jak tylko ta wiodąca do przodu. Ty dajesz nadzieję, a to nieoceniona pomoc.
Pozdrawiam Was wszystkie najserdeczniej.

30 847

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Baśka i Aniczka i Wy Wszystkie drogie moje kobiety! Wielkie dzięki za piękne słowa skierowane do mnie,ale tak naprawdę nie jest tak kolorowo jak by mogło się wydawać...Gdyby była u mnie ukryta kamera - pokazałaby ile smutku gości w moim domu,ile łez każdego dnia/dosłownie/wylewam.
Jest inaczej ,znacznie lepiej niż w ubiegłym roku w tym samym czasie...ale daleko mi jeszcze do chociażby częściowej stagnacji ....tak to słowo kojarzyło mi się kiedyś z jakimś bezruchem życiowym,nicnierobieniem z pewnego rodzaju monotonią,ale  teraz jest to mój cel - osiągnąć stan constans w mojej samotności ,bez męża bez innych osób, w zupełnej świadomej samotności. Cenię i bardzo lubię spotkania z dziećmi i wnuczkami,ale Oni są daleko,za kilka lat córka z rodziną będzie jeszcze dalej.Mają swoje plany i marzenia ,nigdy nie ingerowałam w Ich życie,zawsze z mężem Im kibicowaliśmy,ale uważaliśmy że na tzw,,stare lata,,wystarczy nam z całą pewnością przede wszystkim nasze  towarzystwo.Mieliśmy zaplanowany wspólny czas,wyjazdy,koncerty do obejrzenia,książki do przeczytania,wakacje solo i z dziećmi....W ciągu godziny runął mój dotąd dobrze poukładany świat,przestałam istnieć,czuć i myśleć.stałam się  fantomem człowieka,wszelkie czynności życiowe wykonywałam każdego dnia bezwiednie,automatycznie-i mało z tego czasu pamiętam....Żyłam w jakimś Matrixie,nic mnie nie interesowało,nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia czy pora dnia....teraz to za mną.Skupiam się teraz na tu i teraz ,niczego jak już wcześniej pisałam nie planuję,nawet wyjścia po zakupy są spontaniczne.Teraz tylko skupiam się na opiece nad moją ponad 17 letnia suczką.Ona nadal jest żywym ogniwem z moim mężem,bardzo ją kochał a ona w szaleństwie powitania z Nim potrafiła tak wysoko skakać z radości,że ściągała Mu okulary z nosa....
Nadal jak głośno wymieniam jego imię patrzy w stronę drzwi, a później na mnie z wyrzutem wielkim w psich oczach...że Go nie widzi...Wiem,że niedługo będę musiała się z nią pożegnać,jest coraz słabsza i z trudem radzi sobie z codziennym psim życiem,ale każdego dnia odsuwam od siebie tą smutną myśl...
Baska,ja sylwestra od 2 lat spędzałam z mężem w domu,czas balów i szalonych prywatek mieliśmy już za sobą.Robiłam super kolację,fajne dekoracje,oglądaliśmy koncerty na żywo,później jakiś fajny film.W międzyczasie wymienialiśmy życzenia...z rodziną i przyjaciółmi,sobie też życzyliśmy:zdrowia i wspólnego- długiego szczęśliwego życia!?? w nowym domu,w nowym miejscu....
W tamtym roku przyjechała do mnie samotna przyjaciółka - też wdowa,ale już od 19 lat/jak mówi,nie ma dnia,żeby o swoim mężu nie myślała z czułością /została do 2 stycznia.Była fajna kolacyjka,spacer pod wiejski Dom Kultury,gdzie pod piękną dekoracją i masą światełek odpaliłyśmy zimne ognie i zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie.W ferworze świątecznym postanowiłyśmy też tam na miejscu zrobić na śniegu tzw:ORŁA i wysłać zdjęcia do rodziny i znajomych...W tym roku,już we wrześniu przyjaciółka zaproponowała powtórzenie tego CZASU .Myślę Baśka,że znajdziesz pomysł na swój czas sylwestrowo- noworoczny i nie będziesz sama,chyba że będzie to Twój świadomy wybór....Może w przyszłym roku zorganizujemy wspólny, w jakimś fajnym miejscu/agroturystyka,pensjonat?/i będziemy już gotowe na babskie pogaduchy, nasze wspomnienia i  może też marzenia: te malutkie i te trochę większe...Pozdrawiam,spokojnego czasu przedświątecznego dla Was Kochane.Miejcie siłę aby przetrwać i dać radę  usiąść w Wigilię z bliskimi lub w samotności i zmierzyć się z olbrzymią tęsknotą za Tym - który był dla nas całym naszym życiem,całym światem ,był częścią każdej z Nas....

Ale to już było i nie wróci więcej ,ale to już było, znikło gdzieś za nami.....

30 848

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Dobry wieczór ,
19 tygodni temu zmarł mój mąż,mój przyjaciel, moja bratnia dusza a wraz z nim czastka mnie samej. Spędziliśmy razem 30 lat , różne to były lata i chude i tłuste ale mieliśmy siebie . Spędzaliśmy ze sobą kązdą chwilę , nigdy sie razem nie nudziliśmy , wspólne wycieczki , urlopy czy też wypady na kilka godzin ale zawsze razem. Ukochany, na którego mogłam liczyć w każdej sytuacji , zawsze mnie wspierał , nawet w sytuacji bez wyjścia potafił znaleźć wyjście awaryjne.
Bez niego nie ma mnie sad 
Postanowiłam dołaczyć do Was moje drogie towarzyszki niedoli by móc podzielić się bólem , cierpieniem , rozpaczą i tą okropną tęsknotą,  która dręczy mnie każdego dnia .Czytając Wasze wpisy myślę ,że dzięki  drodze, którą przebylyście i mądrości życiowej , którą niewątpliwie macie uda mi się przetrwać ten tragiczny czas . 
Tyle chciałam tu napisać ale przez emocje i łzy niezbyt mi to idzie .....

30 849

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Maadlen, kochana, idzie Ci doskonale! Podziwiam Twoją odwagę i wysiłek, jaki podjęłaś, aby  podzielić się z nami swoim cierpieniem .  Mnie zajęło to znacznie więcej czasu, przeczytałam  większość wpisów na tym forum, zanim zdobyłam się na odwagę, żeby opowiedzieć  o sobie i swoich emocjach. Nie wstrzymuj łez, one przynoszą ulgę, wraz z nimi znajduje ujście ten obezwładniający nas ból i rozpacz. Aż wreszcie przyjdzie czas, że będą płynęły wolniej i rzadziej. Pomału  znajdziesz też siłę, żeby napisać wszystko, czym chcesz się podzielić, co chcesz opowiedzieć. Uwierz mi, to również przynosi ulgę. Pozdrawiam Cię cieplutko, całym sercem jestem z Tobą.
Jolam, kochana, gorąco dziękuję za ciepłe słowa  wsparcia. To naprawdę tak wiele znaczy. W ubiegłym roku sylwestra spędziłam podobnie jak Ty. Tylko u mnie to jest trochę bardziej skomplikowane, to czas, kiedy wielkimi krokami zbliża się ta najtragiczniejsza dla mnie rocznica. Mam z kim spędzić  sylwestrowy wieczór, tylko bardzo się go boję, bo nie umiem już i na razie nie chcę świętować przyszłości. Ale… udało mi się oswoić już kilka miejsc, w których bywaliśmy razem, kilka dat, więc może z czasem i ten dzień przestanie mnie przerażać. Pozdrawiam gorąco.

30 850

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Was Wszystkie! Ja zaraz po śmierci męża -nagłej i niespodziewanej wpadłam w taką rozpacz,że moja mała 3 letnia wnuczka odsunęła się na jakiś czas ode mnie.Mówiła mojej córce:babcia ciągle płacze i chodzi smutna...i chyba mnie nie słyszy..bo nie odpowiada na moje pytania,tylko gdzieś patrzy.
To był dla mnie moment przełomowy,zdałam sobie sprawę,że ja mimo że bardzo wtedy chciałam dołączyć do męża,nadal jestem tu i teraz...nadal żyję. Dzieci straciły z dnia na dzień kochanego Tatę,wnuczki Dziadka,więc nie mogą stracić też babci.Starsza wnuczka 5 letnia nadal jest pod opieką psychologa i pedagoga- bo bardzo związana z dziadkiem,nosząca zresztą Jego imię-nadal bardzo,bardzo tęskni i wysyła laurki do nieba....
Musiałam ja, niemłoda już kobieta wziąć się ,,w garść,,i na nowo spróbować poukładać swoje sprawy rodzinne ...po prostu zacząć nowe samodzielne - niestety samotne życie nie obciążając przy tym swoich dzieci i bliskich mi osób.
Zostałam z Jego pustym Gabinetem Lekarskim,niespłaconym autem w leasingu,niedokończonym domem ...walizkami i kartonami czekającymi w różnych miejscach na przewóz do WYMARZONEGO DOMU W WYMARZONYM MIEJSCU.
Uratowało mnie to...dziwne ale prawdziwe,każdego dnia nastawiałam budzik,piłam kawę ,wychodziłam z psem i jechałam 50 km po NASZE rzeczy..Mogłam zostać w dotychczasowym domu,wśród życzliwych nam sąsiadów,na małej urokliwej ulicy...Mogłam,ale tego nie zrobiłam,do dziś sobie gratuluję odwagi,ze prosto z pogrzebu pojechałam do nowego jeszcze pustego domu.Długo go ,,oswajałam,,przyzwyczajałam się do ciszy wiejskiej,do braku tłumów i korków samochodowych.Nigdy tego kroku nie żałowałam ale też nie wiem jak długo tu zostanę czy kiedyś nie przeprowadzę się bliżej dzieci,czy nie zatęsknię tak mocno za bliskimi,że powiem sobie: czas w drogę...iść kobieto.Czasu nie zatrzymam,lat przybywa,będą mnożyć się problemy życiowe i zdrowotne.
Maadlen,sama musisz porozmawiać ze sobą,wgłębić się w swój umysł i duszę, i choć w wielkim przybliżeniu określić swoje dalsze życie bez męża.Na pewno wiesz,czego by chciał dla Was,dla Ciebie? może odwróć ,,role,,i spytaj siebie co On by zrobił gdyby to Ciebie zabrakło? Ja zawsze prowadziłam Dziennik , ale tak wybiórczo,spontanicznie.Po śmierci męża piszę każdego dnia,choć kilka zdań - zostawię wnuczkom,żeby kiedyś wiedziały co czułam i przeżywałam będąc sama.Bedzie to mój mały wkład w zwiększeniu ich empatii,przynajmniej mam taką nadzieję
Zrób coś dla siebie,kup książkę-nawet jak ją przeczytasz dopiero za jakiś czas,kup sobie od Niego jakiś drobiazg pod choinkę,zrób Wasze  ulubione danie,nawet jak Twoje łzy będą się mieszać ze składnikami potrawy.
Ja w tym roku dołączyłam do organizatorów Szlachetnej Paczki w moim rejonie/2 duże rodziny w pobliskich wsiach/odwiedziłam schronisko dla zwierząt i zostawiłam sporo koców,ręczników i worek psiej karmy.Na Mikołaja przygotowałam niespodzianki dla kilku moich samotnych koleżanek,wysyłając małe upominki bez podania nadawcy.W tym do sąsiadki mojego syna w Krakowie-z którą zawsze jak tam jestem przegaduję sporo czasu na tematy Naszych Braci Mniejszych.Ona od dziecka zajmuje się kotami,ja zawsze mam jakiegoś psiaka...Pracując w szkole zawsze uczulałam moich uczniów na potrzeby innych.Były akcje charytatywne dla dzieci z Domu Dziecka,pensjonariuszy Domu Pomocy Społecznej,Świetlicy Środowiskowej,Ośrodka Interwencji Kryzysowej-gdzie o każdej porze dnia i nocy trafiały pobite kobiety z małymi dziećmi.W tamtym roku z powodu pandemii nigdzie nie byłam ,,potrzebna,,albo sama sobie to wmawiałam,ale w tym roku wróciłam do żywych....i bardzo,bardzo dobrze to mi zrobiło.Znów poczułam się komuś potrzebna,znów muszę coś od siebie dać innym.Basiu,my nigdy nie celebrowaliśmy w jakiś wyjątkowy sposób Sylwestra,mój mąż się dziwił:z czego się tu cieszyć,że jesteśmy o kolejny rok starsi? - odpowiadałam: z tego,że przeżyliśmy kolejny rok i być może będziemy mieć następny...On już nie będzie miał,a jaki będzie mój?na pewno smutny,nostalgiczny, z całą pewnością niełatwy,ale może z życzliwością i pomocą Innych dam sobie radę w pojedynkę- tego sobie będę życzyć z okazji Świąt i Wam Kochane też....Żyjmy i trwajmy dla Nich,myślmy o Nich z wielką estymą i  miejmy Ich w Naszych sercach,bo Oni już na zawsze z nami zostaną.......tylko tyle i aż tyle.

30 851

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
przepraszam, że ja tylko o sobie piszę, minął 52 dzień bez mojego szczęścia, jest mi coraz gorzej, tęsknota jest coraz większa i dociera do mnie, że moje życie z R się skończyło. Nie tylko z R, moje też się skończyło. Jestem martwa, chociaż biologicznie żyję.
Miałam takie pojedyncze, ciut lepsze dni, lepsze tzn., że zrobiłam pranie, odkurzyłam, posprzątałam, w sklepie nie ryczałam na widok produktów, które kupowałam R. i nie wyłam cały dzień w domu  i pół nocy. Miałam nadzieję, że może pomalutku, dam ogarnąć inne rzeczy, jak biuro Męża (wciąż nie mogę tam wejść), Jego samochód, komórkę. Po cichutku robiłam małe plany, najwyżej na drugi dzień, ale wstąpiła we mnie nadzieja na lepsze.
Któraś z Dziewczyn tu pisała (przepraszam nie pamiętam która z Was), że po 51 dniach poczuła się lepiej, i ja się tego uczepiłam, że u mnie też tak będzie.  Już tej nadziei nie mam.
Moja Mama miała operację, planową, na oko, jedyne, na które widzi, miało być krótko i łatwo, a wyszło inaczej. W ciągu tygodnia byłam 7 razy w szpitalu/gabinecie, pokonując dziesiątki kilometrów. W tej chwili prawie nie widzi, nie może być sama, mieszkałyśmy na zmianę z siostrą przez ponad tydzień, w cyklu, ja dzień, siostra noc, ale to się nie sprawdziło. Kolejną operację ma mieć za 2-3 miesiące, która może poprawi wzrok.
Na razie Mama jest u mnie, co 2 godziny muszę podawać krople i czuwać w dzień i w nocy. Kocham ją bardzo, ale to wszystko mnie dobiło. Musiałam odstawić leki na sen, które mi przepisał psychiatra, tych na dzień nawet nie zaczęłam. Miałam rozpocząć psychoterapię, ale teraz nie wiem jak, mam czas tylko na krótkie zakupy.
Mój R wspierałby mnie, wszystkie troski rozpędzał, i powtarzał, damy radę, masz mnie. A teraz? Jak mam dać radę sama, bez mojego ukochanego R?

30 852

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, kochana, dasz radę, jesteś naprawdę niesamowita. To , co przeżywasz , to najtrudniejszy okres żałoby (przynajmniej u mnie tak było). Ja po 51 dniach rzeczywiście zobaczyłam iskierkę nadziei, ale zaraz zgasła, równie prędko, jak się pojawiła.  Od tego momentu stałam się jednak zdolna do zrobienia niewielkiego wysiłku w zwykłych codziennych sprawach, tak jak pisałaś - wyjścia po zakupy, spaceru z psem, posprzątania mieszkania.  Raz było lepiej, raz gorzej, rozpacz i tęsknota przychodziły falami ,zupełnie jak w tej opowieści  Romy o żałobie , która zalewa nas, nie pozwalając nawet złapać tchu (przytoczyłam ją kilka postów wcześniej, jest taka mądra i taka prawdziwa…) . Te fale przychodzą nadal, szczególnie w różne rocznice i święta, tak jak choćby teraz, przed Świętami Bożego Narodzenia.  Po 2 miesiącach nadal najtrudniejsze było dla mnie przetrwanie każdego kolejnego dnia, to było jak uczenie się oddychać bez tlenu. A jednak przetrwałam. Po każdym dniu stawiałam kropkę, odwracałam kartkę i zaczynałam kolejny dzień. Podobnie jak Ty, też nie wiedziałam, co zrobić z samochodem, długo nie mogłam do niego wsiąść, wreszcie go sprzedałam, choć czułam się wtedy strasznie. A porządkami nie przejmuj się, mogą poczekać. Na wszystko przyjdzie czas.  Niedługo miną 2 lata, a ja wciąż nie jestem w stanie uporządkować pracowni męża. Na razie nadal ją oswajam, wchodząc czasem, zabierając jakąś rzecz, ale do posprzątania jeszcze daleko. Dobrze, że masz u siebie mamę, mimo choroby ona też będzie Cię wspierać, a opieka nad nią złagodzi trochę Twój ból. Mówię to z doświadczenia, znalazłam się w podobnej sytuacji jak Ty. Czasem myślę, że światem rządzi jakieś prawo serii. Trzy  miesiące po śmierci mojego męża u mamy zdiagnozowano raka, była operacja, potem udar, zawał, następna operacja… a w krótkim czasie kolejne choroby w najbliższej rodzinie. Przestałam się żalić, że jest mi źle, bo zrozumiałam, że nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co jeszcze może się wydarzyć. Obiecałam sobie, że będę się cieszyła tym, co mam, więc rozpoczęłam nowe życie, starając się przyjąć do wiadomości fakt, że będzie już ono bez Niego… Trudne to i bolesne, ale… nie mamy wyboru.
Jolam, gorąco Ci ,kochana,  dziękuję za słowa wsparcia. Kiedy pisałaś, jak Twój mąż kwitował świętowanie Sylwestra, wywołałaś u mnie nostalgiczny uśmiech. Poczułam się tak, jakbym słyszała mojego. A co do witania Nowego Roku w przyszłości, Twoja propozycja jest bardzo interesująca. Pozdrawiam Cię gorąco.

30 853

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane Towarzyszki Życiowe....SAMOTNOŚCI....tak,teraz towarzyszką najwierniejszą przynajmniej w moim życiu jest samotność.Na szczęście już ją częściowo oswoiłam mogę powiedzieć wręcz ,że się  wzajemnie zaprzyjaźniłyśmy.
Kochane moje,każda z Was mieszka ,albo ma w pobliżu kogoś bliskiego...mamę,siostrę,któreś z dzieci....ja jestem sama + 17 letnia już suczka.... do najbliższych mam od 98  do 189 km w jedną stronę.Nie narzekam tak bardzo,bo mam koleżanki- tez wdowy których dzieci mieszkają w Irlandii,Anglii czy Nowej Zelandii.Jedna z Nich nie widziała jedynej córki i wnuczki  ponad 3 lata.
Już nie zadaję pytań bez odpowiedzi:dlaczego mnie musiało to spotkać? co ja takiego złego zrobiłam,że życie mnie w tak okrutny sposób ukarało?...Syn z którym przegaduję wiele godzin,odpowiada:mamo ludzi spotykają o wiele większe nieszczęścia,uwierz mi. Wierzę i wszystkim Im i Nam współczuję,ale dlaczego nie mogłam należeć do tej drugiej  grupy-tych zadowolonych i szczęśliwych?
Ikario, moja droga jak ja byłam na początku żałoby, czytając wpisy kobiet ,że będzie lepiej choć odrobinę po jakimś czasie :denerwowałam się bardzo,myśląc sobie:przecież ja nie daje rady przeżyć pojedynczego dnia , tygodnia a co tu mówić o miesiącach...nie dam rady i już .Umrę z tęsknoty,przeogromna rozpacz odbierze mi rozum..dostanę obłędu,wpadnę w depresję i już do końca będę skazana na leczenie.
W samą Wigilię będzie 16 miesiąc mojej żałoby,to drugie święta bez najważniejszej osoby w moim życiu.Pierwszych prawie nie pamiętam,taki obraz mi został:siedzę sama przy świątecznym stole a obok bawią się moje malutkie wnuki nie wiem gdzie są Ich rodzice a moje dzieci,nie wiem co jest na stole, nie wiem czy cokolwiek jadłam,nie wiem jaka jest pora dnia czy godzina.!? właściwie to niczego więcej nie pamiętam.
Te święta będą inne - spokojnie pakuję prezenty,,,ogarniam,,mieszkanie,planuję/choć to słowo na wyrost jest znaczny/co naszykuję na świąteczny stół. Wyobrażam sobie,że jakimś cudem połączę się nie tylko w myślach z moim mężem,że On mi powie:tak trzymaj dalej..jestem z Ciebie dumny kochana moja...
Ikario nic nie rób na siłę,do niczego się nie zmuszaj,nic nie przyspieszaj,nie wolno iść w żałobie na skróty,bo nie tylko możesz pomylić drogę ,ale na dłuższy czas zabłądzić. Płacz,krzycz nawet przy ludziach- masz do tego prawo.Kiedyś ktoś z moich ,,dalszych bliskich,,zarzucił mi,że za bardzo epatuję swoją żałobą,że tym samym wprawiam innych w spore zakłopotanie...że Oni nie wiedzą jak reagować na mój płacz i moją rozpacz.
Przeżyłam to bardzo mocno,psycholog mi powiedział że mam unikać/jak się da/ obecności takich ludzi.Żałoba upoważnia do robienia i mówienia rzeczy wręcz irracjonalnych, a innym ,,nic do tego,,. Nawet prawo łagodnieje dla ludzi w żałobie- to stan wzburzonego afektu- czyli ekspresji naszych emocji.
Mnie pomagała lektura listów umieszczanych na forach ,,Nagle Sami,,,pomogła mi książka:,,Zawsze mówił,ze wróci,,Katarzyny Zdanowicz,albo ,,Nie ma ,,Mariusza Szczygła.Wybieram się też do Warszawy,gdzie ma w nowym roku na wiosnę powstać polska wersja ,,BUDKI NA WIETRZE,,. Pomysłodawczynią jest pisarka Katarzyna Boni,pierwsza Budka powstała w Japonii parę lat temu i pomogła setkom ludziom w przejściu przez żałobę. 
Bedzie można wejść do budki telefonicznej,podnieść słuchawkę i powiedzieć to ,czego nie zdążyło się powiedzieć ukochanej osobie przed śmiercią. Mnie osobiście bardzo pomogło i nadal pomaga pisanie...dla siebie.Wylewam swoje emocje ,swój ból wciąż nieukojony,swój smutek i przeogromną tęsknotę.Piszę gdy dopadają mnie znów na nowo złe demony,gdy falami zbliża się olbrzymia rozpacz,gdy po wielu godzinach płaczu,tracę siły na jakiekolwiek codzienne czynności i wydaje mi się że już bardziej nie może boleć - a boli i nikt i nic nie jest mi w stanie pomóc.Wydawać by się mogło,że każda rozpacz ma swoje granice- ale to nie prawda - przynajmniej u mnie.
Ona się wycisza,zostaje chwilowo ,,ugłaskana,, - ale przychodzi czas,że atakuje znienacka ze zdwojoną siłą.
Nigdy nie wiesz kiedy,gdzie i na jak długo....Wierzę jednak głęboko ,że można z tym żyć a raczej ISTNIEĆ,bo to tak jest ja pisze Ikaria:nasze ciało jest osobno i nasze serce też.
Musimy polegać na słowach Tych Kobiet,co już nie tylko istnieją,ale zaczęły nowe życie:życie bez mężów.Udowodniły swoimi wpisami,że da się utrzymać na powierzchni żywych,że dołączyć trzeba do innych i razem spróbować iść do przodu zostawiając to co było i nie wróci więcej.. bo do przodu znów wyrywa nasze serce...
Kochane, wytrwałości i cierpliwości,wiary w nas same i wiary w to że podołamy.....Nasi mężowie gdziekolwiek są niech nam w myślach i naszych sercach towarzyszą w tej mozolnej codziennej drodze ,,przez mękę,, Niech strach i lęk przestanie nas paraliżować a tęsknota i rozpacz- zabierać nam oddech...Pomyślmy o sobie,o Nas Wszystkich w ten szczególny -świąteczny czas...niech żadna z Nas nie zostanie sama,zapomniana,niechciana.Każda z nas przez to co przeszłyśmy,przechodzimy i przechodzić będziemy zasługuje na uwagę i szacunek innych - bo jesteśmy wyjątkowe,niepowtarzalne, o wielkich sercach. Dbajmy o siebie - bo tez jesteśmy ważne.

30 854

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam kochane ,
dziękuję Wam z całego serca za słowa wsparcia i to ,że opowiadacie swoje bolense historie. Dobrze jest wiedzieć, że komuś udaje się przetrwać i oswoić ten okropny ból i tęsknotę.  Doskonale wiem ,że nie ma jednej recepty na wszystko i coś co komuś pomaga u mnie wywołuje niepokój . W moim otoczeniu można powiedzieć na szczęscie i nieszczęscie nie ma wdów ani wdowców , ze wszystkim muszę się mierzyć sama . Rodzina szczególnie ta dalsza  i znajomi nie bardzo już wiedzą jak się zachować przy mnie. Dla nich czas biegnie  i to w zawrotnym tępie , maja swoje radości i troski. Nie ma co razpamiętywać życie płynie dalej i ja powinnam również płynąć . Niestety u mnie czas jakoś się zatrzymał . Nie umiem i nie mogę spokojnie rozmawiać o stracie mojego M . Sama siebię nie poznaję i czasami to już się zastanawiam jak znaleźć choć odrobinę sensu w takim życiu jak  moje ?  Trudno jest mi się mierzyć  ze straszliwą samotnością i tęsknotą , która rozdziera serce i nie pozwala zlapać tchu w tej rozpaczy . Nie mam na myśli kontaktu z innymi ludźmi bo tego mi nie brakuje . Odwiedzają mnie i zapraszają do siebie zarówno rodzina jaki znajomi . Wychodzę do kina , teatru , do kawiarni ..... Nawet dzieci zamieszkały ze mną abym nie byla sama ale dobiero teraz rozumiem jak straszna jest wdowia samotność. Wszechogarniająca tęsknota mam wrażenie ,że nigdy się nie skończy .
 Mój M kochał życie i kochał ludzi , taka dusza towarzystwa.  Święta odkąd zamieszkaliśmy w nowym domu na wsi to zawsze u nas . Nie dośc ,że miejsca do biesiadowania i ewentualnego noclegu dużó to maż  wyjątkowo dobrze gotował . Nie musialam się o nic martwić ja zawsze byłam od zaopatrzenia a on od przygotowań . W tym roku świąt u nas nie bedzie  , nie mam siły, która pomogłaby mi zmierzyć się z tym wszystkim bez niego . 
Jolam1 robie dokładnie tak jak piszesz , realizuję krok po kroku nasze wspolne plany . Wiem czego by chciał dla mnie bo nieraz o tym rozmawialiśmy , zawsze martwił się o mnie . To nie była jakaś nadopiekuńczość tylko zwyczajna troska , dobre słowo i wsparcie . To zawsze on pchał mnie do przodu i zyciowo i zwodowo . Miał taką radośc życia ,że wszystko przy nim i z nim wydawało się łatwiejsze . Na moje szczęście mieliśmy bardzo dużo czasu dla siebie , wszystko robiliśmy wspólnie i rozmawialiśmy o wszystkim . Mieliśmy tyle wspólnych planów . Czas przed jego odejściem był bardzo intensywny towarzysko , wyjeżdzaliśmy wspólnie ze znajomymi i rodziną  ..... tak jakby  M gdzieś się spieszył  ...... teraz to się z tego cieszę , pozostawił mi wiele cudownych wspomnień. 
Baśka 1 dziękuje za słowo wsparcia i dobrą energię .
Ikaria przytulam Cię z całego serca . Doskonale wiem jak to jest mierzyć się z nagłą utratą wzroku u  bliskiej osoby . To niewyobrażalny stres dla chorego i dla nas a myśl ,że jesteś bezradny  jest nie do zniesienia .
Życzę Wam i sobie dużo sily w tym trudnym dla nas światecznym czasie . 
Jęsli napisałam bez ładu i składu to wybaczcie bo ja tradycyjnie przez łzy pisałam.

30 855

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Najlepiej zacząć życie od nowa - u boku kobiety.

30 856

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Maadlen,dobrze że napisałaś.Ja też odczuwam ,,presję,,otoczenia ,żebym szybciej się uporała z moją żałobą.Być może u Innych kobiet jest to możliwe,ale u mnie nie.Wiem o przypadkach szybkiego ponownego związku,wiem że kobiety aktywnie piszą i się udzielają na różnego rodzaju Forach w poszukiwaniu jakiegoś rozwiązania swoich życiowych spraw,szukają nowego towarzystwa. Ja po pierwsze nie mam na to czasu,a po wtóre nie chce być tak po prostu komentatorką i recenzentką przeżyć innych nieszczęśliwych kobiet,które poznałam poprzez przeczytanie ich zazwyczaj b.krótkich wpisów.Bo tak do końca nic o sobie wzajemnie nie wiemy...i mała jest szansa,że z tych zdawkowych wpisów nasza wiedza w tym temacie gwałtownie się powiększy.Tu piszemy w większości przypadków przez wiele miesięcy i lat..też
Jeżeli się angażuję w jakąś sprawę - to już poważnie....i do końca.Myślę,że żadne ponaglanie Nas do niczego dobrego nie prowadzi,bo przecież my same z całą pewnością byśmy nie chciały tak cierpieć.
Ikaria,przykro mi z powodu Twojej Mamy,ale myślę tak jak Inne kobiety że opieka nad Nią pochłonie Ci sporo czasu  i sił , mniej czasu będzie na rozpacz i łzy.Kontakt z Mamą,szkoda  tylko że  w takich okolicznościach da Ci poczucie bycia potrzebną,a Wasz wspólny czas może być zbawienny dla każdej ze stron.Pozdrawiam,życzę sił na pokonanie tego z czym przyjdzie każdej z Nas się  zmierzyć w Nowym Roku,spokoju wewnętrznego,wyciszenia i nadziei na powrót do choć częściowej naszej codzienności sprzed .....

30 857

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie,
dzisiaj miałam trochę lepszy dzień. Mama czuje się ciut lepiej, nie trzeba jej prowadzić wszędzie za rękę, już sama daje radę iść do toalety, sypialni i kuchni, ale ta cała sytuacja dla niej też jest trudna. Mnie jej bardzo żal, zawsze miała dużo energii, mimo swojego wieku i chorób, a teraz jest taka bezradna. Wiem, że czuje się z tym bardzo źle, z tego żalu, powiedziała, że to ona powinna była umrzeć a nie mój R. I obie się poryczałyśmy.

Jestem też zmęczona fizycznie, bardzo. Od połowy września nie przespałam ani jednej nocy całej. Ciągle się martwiłam, czuwałam nad R. po śmierci w ogóle nie mogłam spać, potem jazdy z Mamą po szpitalach skoro świt, teraz czuwanie nam Mamą dzień i noc. Spanie po 2-3 godziny przez kilka miesięcy musiało się w końcu odbić. Przedwczoraj miałam trzecią dawkę szczepionki, i zwaliło mnie z nóg. Miałam czuwać nad Mamą, a zasnęłam przed dziewiątą, a tylko usiadłam na łóżku na chwilę. Na szczęście nic się nie stało, ale cały następny dzień byłam zła na siebie, przecież nie mogę zasypiać, muszę Mamy pilnować, ale nie mam już sił na to wszystko. Od piątku już nie trzeba podawać kropli co 2 godziny, to chociaż spokojnie po świętach zakupy zrobię.

Święta o dziwo za bardzo mnie nie przerażają, nie poddawaliśmy się temu świątecznemu wariactwu, mój M zawsze mówił, że nasze wspólne życie jest jednym wielkim świętem. Wigilia była u nas, mojej mamy, albo siostry, pozostałe dni różnie, ale to nie były jakieś długie, całodzienne spotkania, najbardziej lubiliśmy spędzać ten czas we dwoje (nie mamy dzieci), ale i tak dobijają mnie te dekoracje i dźwięki świąteczne. Lubiliśmy bardzo dekorować balkon i ogródek lampkami, można powiedzieć, że na naszej ulicy byliśmy pionierami, zaczęliśmy dawno temu, kiedy nikt tego nie robił.
Z roku na rok robiło się coraz bardziej kolorowo, sąsiedzi przejęli pałeczkę, zawsze żartowali, że nas i tak nie przebiją, a w tym roku u nas nie ma NIC, jest ciemność, jak w moim sercu.
Może to głupie, to tylko świecidełka, ale zawsze to robiliśmy razem i teraz mi tego bardzo brakuje.

Jola my też jakoś specjalnie „sylwestrowi” nie byliśmy, wielkie bale nas nie kręciły, parę razy byliśmy, bo człowiek taki głupi, że czasami robi to co wszyscy.  Z wielkich balów sylwestrowych szybko wyrośliśmy, ale w ostatnich latach spędzaliśmy Sylwestra i Nowy Rok gdzieś pod palmami, w knajpie na świeżym powietrzu, albo na plaży i to nam bardzo odpowiadało. Ze względu na pandemię w tym roku, jak i w ubiegłym, nie planowaliśmy wyjazdu, mieliśmy spędzić w domu, przy szampanie, TV i oglądaniu zdjęć z poprzednich wyjazdów. I mam zamiar tak zrobić, jak planowaliśmy. Spędzę tego Sylwestra z moim ukochanym. I wiem że będzie smutek, żal, płacz, ale zrobię, tak  jak miało być.

Bardzo Wam wszystkim dziękuję, wspieracie, poświęcacie swój czas, żeby tu napisać, a wszystkim Wam jest cholernie ciężko. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. Kochane jesteście.

30 858

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam w tym szczególnym dniu !
Wróciłam do pustego domu od córki i postanowiłam napisać do tych smutnych i okaleczonych przez los :
Życzę wszystkim dużo siły, aby przetrwać ten trudny czas, życzę miłości bez trosk, spokoju ducha, wytrwałości i nadziei ........i tak myślę jak to zrobić by magia świąt zadziałała i choć na ten jeden dzień nam oddała tych których nie ma wśród nas i za którymi tęsknimy.

To 5 moje Boże Narodzenie bez Niego - nie piszę już na tym forum, ale wchodzę i czytam  -  bo nie mogę zapomnieć , że dostałam tu kiedyś tyle wsparcia.
Wszystkie mamy swoje różne blizny, mimo to musimy iść do przodu nie oglądając się za siebie choć czasami jest bardzo, bardzo trudno.
Pozdrawiam świątecznie Wszystkie zasmucone,  zapłakane  i nieszczęśliwe.
Dacie radę przejść przez to wszystko   -  mówię to ze  swojego doświadczenia

30 859

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Maadlen, to co napisałaś, to jak bym czytała o sobie, o nas. My też bardzo dużo czasu spędzaliśmy ze sobą, nie tylko w domu, razem też współpracowaliśmy. Mąż poza pracą naukową, prowadził też działalność, ja mu ogarniałam wszystkie sprawy finansowo-prawne, byliśmy ze sobą prawie non stop. Zawsze, we mnie wierzył, jak miałam wątpliwości, czy sobie z czymś poradzę, zawsze mówił, no jak nie ty to kto. I to dzięki niemu jestem tym kim jestem.
Rodzina, znajomi, pomagają, ale też widzę, że już chyba pomału nie wiedzą, jak ze mną rozmawiać, powtarzają, że życie płynie dalej, a dla mnie nie płynie. I wątpię, czy kiedyś zacznie.
Spotkania z przyjaciółkami, spacery, rozmowy pomagają na chwilę, a potem znów jest czarna rozpacz.
Mam też wrażenie, że niektórym się wydaje, że jak już minęły prawie dwa miesiące to powinnam już się ogarnąć. Ktoś kto nie doświadczył takiej straty nie rozumie. Tylko Wy wiecie co czuję.
Nie jestem sama, mam dużo życzliwych mi osób, ale tak, jak napisałaś Maadlen straszna jest ta wdowia samotność.

Wcześniej straciłam tatę i siostrę, też bolało, ale ból po stracie mojego męża jest nieporównywalnie większy. Wiedziałam, że jeżeli mój R. umrze przede mną będę bardzo cierpiała, ale nie wyobrażałam sobie, że może być aż tak trudno i tak koszmarnie źle.

Dużo podróżowaliśmy i kiedyś żartowaliśmy sobie, że najlepiej jak byśmy zginęli w katastrofie lotniczej, razem, żadne z nas by nie cierpiało po stracie. I kiedyś wracając z wakacji podczas międzylądowania na małej wyspie, pilot nie mógł wylądować ze względu na duży wiatr i tropikalną ulewę, takie sytuacje już nam się zdarzały, więc się nie denerwowałam, kiedy nie trafił na pas za pierwszym razem, a potem za drugim, mój R. powiedział, no do trzech razy sztuka, ale za trzecim też nie trafił, wtedy nie powiem, strach mnie trochę obleciał, ścisnęłam R. mocniej za rękę i myślałam, czy ten głupi żart miałby się teraz przerodzić w rzeczywistość? Nie ja nie chcę krzyczałam w duchu, na szczęście za czwartym podejściem pilot wylądował bezpiecznie. Wracaliśmy z karnawału i byliśmy tacy szczęśliwi nie chciałam umierać, a teraz żałuję, że ten samolot się wtedy nie rozbił.
Milion razy dziennie zadaję sobie pytanie, jak ja mam żyć bez Niego.

Dziękuję Wenles.
Trzymajcie się Kochane.

30 860

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Ikario, jakie te nasze losy są podobne… i uczucia, i pragnienia,  i nawet  stosunek otoczenia do nas, nagle samotnych.  Przez długi czas nie mogłam się pogodzić (a właściwie chyba nadal nie mogę) z tym, że po śmierci mojego męża  życie toczy się dalej, że świat nie zatrzymał się nawet na krótką chwilę, tak, jakby nic się nie wydarzyło, jakby  nikt niczego nie zauważył.  I ta przerażająca perspektywa nie wiadomo ilu lat bez Niego… A do tego komentarze wygłaszane przez „ciocie i wujków dobra rada”: musisz zacząć żyć, przecież on nie wróci, uśmiechnij się wreszcie, nie możesz przecież wciąż iść w kondukcie żałobnym…  Tylko Wy, kochane, rozumiecie, że to wcale nie jest takie proste, a te „przyjacielskie” rady to kompletny brak empatii. Wszystko ma swój czas, a więc żałoba ma również swój. Jasne, że życie powoli nas wciąga w swój wir, ale to bardzo powolny proces. Każda z nas przechodzi go w swoim tempie i niczego nie wolno przyspieszać. Każda rocznica, każde święta to jak dotknięcie jątrzącej się rany. A jednak pomimo tego próbujemy żyć, próbujemy się nawet uśmiechać, ale to już jest zupełnie inny uśmiech i my już jesteśmy zupełnie inne w środku, bardziej dojrzałe, bardziej poranione, bardziej samotne. Ale chyba w tym wszystkim najpiękniejsze jest to, że tworzymy pewnego rodzaju wspólnotę, która potrafi wspierać, jak nikt inny: rozumiejąc, szczerze współczując i przede wszystkim dając nadzieję. Dziękuję również, tak jak Ikaria, Wam wszystkim za to, że jesteście.
Pozdrawiam Was najgoręcej, kochane, w tym pięknym, choć niewyobrażalnie trudnym dla nas czasie Świąt Bożego Narodzenia – życzę Wam dużo, dużo siły, odwagi do życia i wiele miłości od najbliższych.

30 861

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie.
Dwa tygodnie temu straciłam męża. Zmarł po tygodniowym pobycie w szpitalu. Problem w tym, że ten fakt do mnie nie dociera. Mam ogromne wyrzuty sumienia...Nie cierpię, nie płaczę...Mam wrażenie jakby to nie było ostateczne, jakby to był sen czy jakiś spektakl. Staram się wytłumaczy sobie, że On nie żyje, że już nie wróci, ale mój mózg jakby nie chce przyjąć tego faktu. Płakałam jak się dowiedziałam, ale zaraz musiałam zorganizować pogrzeb. Płakałam na pogrzebie. Ale w momencie jak postawiłam znicz na Jego grobie jakby się wyłączyłam. Od tamtej pory zdarzyło mi się płakać dwa razy, w tym raz jak nasza maleńka córcia zaczęła rozmawiac z Jego zdjęciem.
Trudno jest mi przywołać w pamięci Jego obraz, Jego głos. Oglądając zdjęcia i filmiki nie czuję NIC. Staram się dużo o nim myśleć, tłumaczyć sobie, że już nie wróci, ale jakby nie dociera.Wszyscy dookoła płaczą, a ja czuję się jak potwór. Przewiduję, że to psychika broni się przed stratą, ale ile to może trwać? Obawiam się, że im dłużej będzie trwało, tym mocniej później mnie zmiecie z powierzchni.
Mój mąż często wyjeżdżał, więc Jego brak nie jest tak odczuwalny. Myślałam, że dotrze do mnie na święta...ale nie. Wciąż jakby nie dotarło. Ja wiem, że On nie żyje, moja psychika nie.
Dużo o Nim myślę, jak mam jakiś problem zastanawiam się jak on by się zachował, ale nie czuję nic. Odczuwam trochę żalu jak pomyślę, że moja córcia nie będzie nawet pamiętać taty, nie będzie Go przy niej jak będzie dorastać, zawsze będzie jej czegoś brakować. Ale te odczucia odczuwam względem dziecka, a nie męża.
Co jest ze mną nie tak ?

30 862

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Wszystkie Poranione Przez Życie-i to tak okrutnie.....Mileno1991 nie obwiniaj się teraz swoim stanem psychicznym - myślę,że Ty znasz siebie najlepiej i rzeczywiście jest to przejściowy stan odrzucenia: smutnej  dla Ciebie i wciąż  niewiarygodnej sytuacji życiowej w jakiej się nagle znalazłaś z córką.Ja miałam podobnie- bezpośrednio  po pogrzebie męża pojechałam na kilka tygodni do córki.Nagle poczułam wewnętrzną siłę i moc i byłam pewna,że dam radę...ale nie dałam i nadal nie daję po 16 miesiącach....to była tylko krótko trwająca ułuda i marne moje mrzonki. Ty musisz dać czas - czasowi,aby w odpowiednim momencie zadziałał- tak myślę.
Nie jesteś potworem,tylko bardzo głęboko zranioną kobietą ,której psychika wybrała w tej oto chwili właśnie taką formę Twojej żałoby. Ja byłam taką ,,Gierojką,,że wylądowałam u psychiatry i psychologa na szczęście żaden z nich nie proponował mi tzw:leków-psychotropów.Radzili,aby spróbować przeżyć ten czas bez nich-tak do bólu całkowitego- wręcz paraliżującego...Spałam dobrze,nic mi się przeważnie nie śniło, mąż niestety tylko kilka razy....Myślę ,że po 2 tygodniach Twoja świadomość wypiera jeszcze teraźniejszość...ale myślę też ,że tylko tak będzie do jakiegoś czasu...Ikario Droga:jakie to niewiarygodne ,ale my z mężem też mówiąc o śmierci braliśmy pod uwagę katastrofę lotniczą...Piękne są słowa Twojego męża,że Wasze wspólne życie-było jednym wielkim SZCZĘŚCIEM...pomyśl,nie każdej kobiecie było to dane ...wiele o takich słowach marzy całe swoje życie i nic...Ty jesteś  pewnego rodzaju wyróżniona przez los....Też tak jak Ty -straciłam bliskie mi osoby,mamę: zmarła mając niecałe 54 lata,jedynego ukochanego brata/55 lat/- oboje chorowali po kilka lat na raka.Jeździłam z nimi po kolei na badania,naświetlania,chemioterapię,opiekowałam się Nimi jak mogłam i widziałam jak szybko postępuje choroba.Najgorsza była moja niemoc i bezsilność kiedy odchodzili..później mój tata nagle w dniu Dziadka,zmarł w przeciągu kilku godzin na atak serca.
Wszystkie moje kolejne po Nich żałoby były tragiczne do przeżycia,ale zawsze przy mnie trwał mój mąż.Wspierał,pocieszał,był, po prostu był.Teraz zostałam sama,świat się nie zatrzymał w miejscu,nadal się kręci,po nocy kolejny dzień,a potem następny...tylko ja już INNA całkowicie.Powłoka cielesna ta sama,ale w środku zupełna pustka,niezgoda na to co się stało-nieodwracalnie...i chociaż oddałabym wszystko co mam,aby ugrać z losem jeszcze choć krótki wspólny czas- to niestety nie mam z kim negocjować w tym temacie...
Na koniec sugeruję,żeby odpowiadać wszystkim oceniającym długość ,czy też intensywność naszej żałoby aby tego typu uwagi zostawili dla siebie,bo nikt, absolutnie NIKT nie jest nieśmiertelny.Bliscy umierają i umierać będą i nikt nie ma prawa nikogo w tym temacie oceniać.Niech zajmą się komentowaniem pogody,stanu dróg czy w czym wodzimy prym wśród innych narodów:polityce i medycynie...bo temat śmierci nadal jest u nas na samym końcu...niestety.Ja tak zrobiłam parę razy jak budziłam sensacje,że przez ponad rok chodziłam w czerni,Tak chciałam i to był mój i tylko mój wybór i nikomu nic do tego/tak poparł mnie psycholog/ .Nie dajmy się, zawalczmy o swoje osobiste wybory- to ze jesteśmy bez mężów - nie znaczy,że jesteśmy mniej ważne.
Pozdrawiam,piszcie jak najwięcej- to na prawdę w jakiś sposób pomaga.Mamy świadomość,że nie jesteśmy same,jest nas tak dużo ,że damy radę wszystkim stworom i demonom ciemności.

30 863

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Milena, nie masz powodu mieć wyrzutów sumienia,  ja przez 2 tygodnie też nie wiedziałam co się dzieje. W biurze firmy pogrzebowej była ze mną moja siostra i szwagier, ja byłam w stanie odpowiadać na pytania tylko - nie wiem albo wszystko mi jedno, w ogóle nie wiedziałam o co ten pan mnie pyta. Na pogrzebie prawie nie płakałam, byłam w jakimś zawieszeniu. Twoja świadomość wypiera to co się stało, ja w pierwszych dniach po śmierci też tak się czułam, do mnie po prostu to nie docierało.
Teraz po dwóch miesiącach wciąż nie mogę uwierzyć, że mojego R ze mną już nie ma i to nie jest na chwilę, coraz bardziej zaczyna do mnie docierać, że Go już nigdy nie będzie, że nigdy już się nie obudzę koło Jego boku, że mnie nie przytuli, nie wysłucha, nie poradzi, nie wesprze i wtedy wyję z bólu. Wczoraj przepłakałam cały dzień, aż zasnęłam, tak jak siedziałam, nawet się nie umyłam i nie przebrałam w pidżamę.
Na razie z dnia na dzień jest coraz gorzej, im dłużej Go nie ma tym bardziej tęsknię, aż do bólu, dosłownie fizycznie, aż mi brak tchu.

Tak, jak napisałaś Basiu, dla mnie straszna jest ta perspektywa nie wiadomo ilu lat bez Niego, bez miłości, czułości, przyjaźni i wsparcia. Teraz mi się wydaje, że nie dam rady, każdy kolejny dzień jest koszmarem, że zaraz oszaleję z tego bólu i tęsknoty, a jak tu przeżyć lata?

Jola, u mnie ból po stracie bliskich też był duży, ale tak, jak u Ciebie w tych złych chwilach zawsze był przy mnie mój kochany, przytulał, wspierał, nawet nie musiał nic mówić, wystarczyło, że po prostu był przy mnie. Teraz ze wszystkim będę musiała zmierzyć się sama.

Przypomniały mi się takie słowa z serialu Downton Abbey, kiedy matka Matthew mówiła do kogoś o małżeństwie jest syna z Mary - Byli bardzo szczęśliwi, co czyni rozłąkę trudniejszą, ale w rezultacie daje siłę.

Kochane niech nam też nasze szczęście, którego dane nam było zaznać przez długie lata, da siłę. Niech nam ten Nowy Rok tę siłę przyniesie. Bądźmy silne dla Nich, dla naszych ukochanych Mężów i dla nas samych.

Tego Wam wszystkim życzę z całego serca.

30 864

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
W tym ostatnim dniu tego jakże dla niektórych z Was tragicznego roku składam Wam życzenia z perspektywy moich ponad 6 wdowich lat ! Życzę dużo wiary .optymizmu , sił do pokonywania trudnosci , waleczności i odwagi , bo wierzcie mi będzie kiedyś lepiej tylko trzeba iść do przodu mimo bólu i cierpienia , mimo łez i upadków .......Ja noszę w sercu swojego męża , czuję jego pomoc i jakby ciagłą obecność w moim zyciu .....
Wierzcie mi nie było lekko ...... pamietam sprzed 6 lat lat 18 ste urodziny naszego jedynego syna , który wkraczał w dorosłość już bez ojca .....Obecnie kończy 24 lata , jest fantastycznym , ogarnietym facetem , mieszka w innym mieście i doskonale sobie radzi..... Ja jestem w tej chwili nie tylko singielką ale już kompletną sierotą ( miesiac temu zmarła moja leciwa mama) ale daję radę i cieszę się zyciem i tym co ono niesie smile:):) Mało tego w tym roku stał się też dla mnie cud , bo po ponad 6 latach moi teściowie zaprosili mnie do siebie na świeta i odnowili zerwane ze mną kontakty po śmierci męża ..... Także zycie jest nieprzewidywalne i nie wiadomo co przyniesie ...Trzeba mieć wiarę w sercu i duuuużo cierpliwości .....Tulę Was wszystkie do serducha i posyłam dobrą energię na ten Nowy Rok  smile:):) bądźcie dzielne i nie traćcie nadziei smile:):)

30 865

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane! Nie odzywałam się przez pewien czas, nie byłam w stanie - to niezwykle trudny dla mnie okres, targa mną tyle emocji, serce przepełnia tyle bólu i żalu do losu… Wzmożoną falą wracają wszystkie wspomnienia: ostatnie magiczne Boże Narodzenie,  ostatni sylwester,  nagła śmierć  męża , Jego urodziny… Ciężko mi udźwignąć  to wszystko, pomimo mojej dość  optymistycznej natury i raczej pozytywnego nastawienia do świata. To czas, w którym otwierają się moje najbardziej bolesne rany. Wiem, że muszę się z tym wszystkim zmierzyć sama, niestety, nikt nie jest mi w stanie ulżyć. Choć mam wrażenie, że w tym roku jestem odrobinę spokojniejsza (nawet nie potrzebuję już  kieliszka wina do znieczulenia przed zaśnięciem), ból jest  jednak wciąż równie wielki, wciąż zdarzają się chwile, kiedy nie mogę złapać tchu, kiedy całkiem fizycznie (nie tylko metaforycznie) boli mnie serce. Nie jestem poważnie chora, ale mam wrażenie, jakby dopadły mnie wszystkie choroby świata. Daleko w tyle pozostały te optymistyczne dni, kiedy myślałam, że rozpoczynam nowy etap życia, wróciłam do początku… Najchętniej nie wstawałabym z łóżka. Niestety, życie zmusza mnie do obowiązkowej aktywności. Może to nie najgorzej, bo zajmując czymś głowę i ręce, mam mniej czasu na myślenie i użalanie się nad sobą. Mam nadzieję, że ten Nowy Rok przyniesie nam wszystkim trochę więcej spokoju, pozwoli pogodzić się z losem i wreszcie ruszyć do przodu. Jolam, Ikario, Maadlen, Mileno, Kolio i wszystkie Dziewczyny  okrutnie dotknięte przez los, życzę Wam Tego z całego serca. Aniczko, nasz dobry duszku, Ty już jesteś na innym etapie życia, więc życzę Ci wiele, wiele szczęścia i samych życzliwych ludzi wokół Ciebie. Pozdrawiam gorąco Was w Nowym Roku, pełnym nadziei na jaśniejsze jutro…

30 866

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Kochane Moje ...Baśka,Ikario,Aneczka....i Wszystkie Inne ...coś jest chyba ze mną nie tak,bo za każdym razem kiedy czytam Wasze wpisy- siedzę  i płaczę...z żalu że już na zawsze/przynajmniej w moim przypadku/ten świąteczno- noworoczny czas który dla większości ludzi jest czasem magicznym i niepowtarzalnym.. przynosi ból i cierpienie.
Te święta - drugie bez mojego męża,umarł pod koniec sierpnia 2020 r i mogło by się wydawać,że powinno być choć odrobinkę lżej i łatwiej...ale nie było.Powiedziałabym,że było gorzej i to znacznie gorzej.
Myślę,że rok temu byłam jeszcze w szoku i w jakimś transie- nie do końca docierała do mnie rzeczywistość....
jeszcze nie dowierzałam...Teraz już wiem,że niczego z losem nie utarguję,z nikim nie wynegocjuję choć krótki powrót do mojego-NASZEGO poprzedniego życia...też była duża jak zawsze -wspaniała duża choinka-ale musiała czekać na przyjazd syna-aby ją oprawić i zawiesić lampki...kiedyś to były piękne nasze chwile z mężem,ja później zawieszałam ozdoby,On nastawiał kolędy- mówił gdzie są jeszcze puste,samotne gałązki do ubrania....siadaliśmy i z podziwem w oczach/dosłownie jak u małych dzieci/podziwialiśmy naszą wspólną pracę.
Uwielbiał karpia pod każda postacią, smażone kapelusze grzybowe....teraz te potrawy jadłam prawie sama,bo dzieci poza ,,grzecznościową ,,ich konsumpcją wybierali inne-głównie przez siebie sporządzone lub przywiezione.
Smaczne- ale inne od tych ,,Naszych,, tradycyjnie co roku przygotowywanych z okazji świąt.
   Były prezenty też od DZIADKA,były kolędy dla NIEGO śpiewane przez wnuki i specjalny występ Jasełkowy .....
Starsza wnuczka po cichutku się wciąż podpytywała:,,babciu,jak myślisz Dziadkowi się podoba...,,
Musiałam bardzo często wychodzić,żeby głośno się nie rozryczeć...i wprawić Ich w zakłopotanie.Choć wiedzieli dobrze,że ciężki to dla mnie czas- bo z własnej inicjatywy została ze mną wnuczka jeszcze parę dni po Ich wyjeździe....żebym łagodniej oswoiła tą swoją samotność...
Kiedy po śmierci męża,sporo osób pocieszając mnie powtarzało:masz dla kogo żyć,nie poddawaj się rozpaczy i smutkowi...bo masz dzieci i wnuki i Oni ciebie potrzebują ....powtarzałam wciąż jak mantrę: oni już mają swoje życie i swoje plany...a poza tym mieszkają bardzo daleko ....
Teraz wiem,że dzięki Nim nadal jestem tu i teraz,że dali mi siłę do przeżycia tego całego mojego samotnego czasu...Są daleko fizycznie,ale blisko psychicznie...dzwonią,posyłają zdjęcia,filmiki ...i przyjeżdżają kiedy tylko mogą...zawiodło mnie bardzo dużo ludzi na których powinnam polegać....już nie mam o to takiego do nich żalu jak zaraz po pogrzebie- gdzie oczekiwałam ich pomocy i wsparcia- tak bardzo,że trudno mi to było wyrazić słowami...a ja dla nich przestałam po prostu istnieć.Jednak dzieci i wnuki - nie zawiedli,są moją  OPOKĄ
   Zostali Ci ,którym zależało i nadal zależy na mnie ale też poznałam nowych ,którzy z wielką estymą pochylili się nad moim losem...ludzi empatycznych ...o wielkich sercach. Znalazłam u NICH zrozumienie i dzięki Nim częściowo wróciłam do pracy,mam kontakt z ludźmi - nie siedzę codziennie samotna - zapłakana i rozgoryczona w pustym dużym domu. Mam cel i jakieś obowiązki....czuję się potrzebna.... Teraz wiem,że trzeba cierpliwości i ugody z losem...niczego nie należy przyspieszać,niczego omijać i iść na przysłowiowe skróty...to na nic...co ma być - to będzie ...tak naprawdę to tylko pomoc i obecność INNYCH DOBRYCH LUDZI tak jak już same pisałyście jest w stanie nam pomóc.Nie odrzucajmy nawet najmniejszego gestu pomocy od innych,bo drugiej próby z ich strony może po prostu nie być.....Dobrych ludzi obok Nas w ten Nowy Rok Wszystkim życzę...Kochane wspierajmy się wzajemnie,piszmy,dzwońmy -to tzw.nasza wartość dodana...wszystkie jesteśmy wyjątkowe,bo było nam dane żyć u boku wyjątkowych - kochanych mężczyzn- naszych mężów-nie wszystkie kobiety mają czy miały to szczęście...My miałyśmy.....

30 867

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Kochane,
Okres świąteczno-sylwestrowy był straszny, w Wigilię byłam u siostry, pierwszy dzień świąt chciałam być sama w domu, przepłakałam, a raczej „przewyłam” cały dzień, ale tego potrzebowałam. Rodzina bardzo się stara i pomaga, nie robią nic na siłę, ale przy nich nie mogę ciągle ryczeć, muszę trochę udawać, że się trzymam, a nie trzymam się ANI TROCHĘ.
W Sylwestra miałam w planach zostać w domu, pooglądać zdjęcia z naszych poprzednich wyjazdów sylwestrowych, ale wrzuciłam butelkę szampana do bagażnika i pojechałam do siostry, sama bym chyba oszalała. Nowy Rok to był kolejny dzień, który znów cały przeryczałam.

Wczoraj minęło 10 tygodni odkąd nie ma ze mną mojego R., czwartek to będzie już chyba najgorszy dzień w moim życiu. Dzisiaj też jest źle, bardzo źle, nawet śmieci nie chciało mi się wynieść, tylko płaczę od rana.
Jest coraz gorzej, coraz bardziej dociera do mnie, że to naprawdę się stało, tak bardzo za Nim tęsknię, nie wiem już co mam robić, żeby choć trochę przynieść sobie ulgę, inaczej zwariuję.
Nie umiem znaleźć pocieszenia w myśli, że miałam z moim R. cudowne, beztroskie życie, pełne miłości, przyjaźni i zrozumienia, na razie te wspomnienia przynoszą tylko większy ból, że takiego życia już nie będzie.
Przez ten okres miałam może kilka chwil ciut lepszych, zaczęłam trochę więcej jeść, nawet udało mi się przespać kilka godzin w nocy, a teraz znów nie śpię, nie jem, ważę zaledwie 49 kg przy wzroście 168, dobrze, że dres ma sznurki w pasie, a w paskach musiałam podorabiać dziurki.
Bardzo tęsknię za wspólnymi rozmowami, wspólnie spędzonym czasem czy to na spacerze, czy na kanapie przed TV i myśl, że nic wspólnego już nie będzie jest nie do zniesienia.
Czuję się, jakby mnie nie było, serce mi pękło, snuję się po pustym domu bez celu i sensu i dalsze samotne życie bez mojego Szczęścia mnie przeraża.
Wiem, że muszę się zmusić do chociażby prostych czynności, nie chcę popaść w depresję, ale to jest tak cholernie trudne.
Pozdrawiam Was serdecznie

30 868

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolam, Ikario, kochane Dziewczyny! Okres świąteczno-sylwestrowy jest bardzo trudny (żeby nie powiedzieć straszny) dla każdej z nas i pewnie tak już będzie przez najbliższe lata. Mnie dochodzi jeszcze rocznica śmierci męża i Jego urodziny. To bagaż naprawdę ciężki do uniesienia, też rozsypałam się na kawałki. Ale podziwiam Was, że mimo wszystko znalazłyście sposób, aby przetrwać ten czas.
Jolam, ile trzeba wewnętrznej siły i hartu ducha , żeby zachować pokerową twarz, patrząc na jasełka i słuchając kolęd śpiewnych przez wnuki dla dziadka! Jesteś niesamowita! I tak pełna miłości dla swoich najbliższych, masz skąd czerpać siłę do życia. Ty nie czekasz na wsparcie, Ty sama je dajesz wszystkim wokół, również nam. Tak się cieszę, że poznałam Cię chociaż wirtualnie…
Ikario, Twoje rany są jeszcze bardzo świeże, dobrze, że nie chciałaś ich rozdrapywać w samotności. To jeszcze za wcześnie na spędzenie w pojedynkę wspominkowego sylwestra, ból byłby nie do zniesienia. Ja w tym okresie, w którym Ty jesteś, szukałam pomocy u osób z podobnym bagażem doświadczeń.  Myślałam, że każdy kto przeżył to, co ja, będzie dla mnie  wsparciem. Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna. A może to ja poczyniłam błędne założenie, że każde małżeństwo, tak jak moje, łączy niezwykłe uczucie, że małżonkowie się idealnie dopełniają i tęsknią do siebie w każdej chwili spędzonej osobno. Nie znalazłam ani zrozumienia , ani pomocy. Dopiero po wielu miesiącach trafiłam na właściwych ludzi, również osamotnionych, którzy czują podobnie i podobnie tęsknią. Rozmawiamy dosyć często, ale i tak każdy z nas tę najtrudniejszą drogę, jaką jest żałoba, musi przemierzyć sam. Jesteś bardzo dzielna, że przetrwałaś ten trudny okres świąteczno-sylwestrowy, zmobilizowałaś się żeby wstać z łóżka i obetrzeć łzy. Jestem z Tobą całym sercem, kochana, rozumiem Twój ból, rozpacz i tęsknotę, bo mimo upływu czasu wciąż czuję to samo. Mam nadzieję, że ten Nowy Rok trochę złagodzi nasz ból i (jak mówi Jolam) chociaż nic już nie utargujemy z losem, nauczymy się z odrobiną optymizmu spoglądać w przyszłość. Pozdrawiam Was gorąco.

30 869

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie Dziewczyny !
Pozdrawiam Was wszystkie w tym ciężkim czasie poświąteczno -noworocznym smile:) Mimo ,że u mnie już zaczął się 7 rok po śmierci męza wciąż tutaj zaglądam i piszę ( podobno wlewam nadzieję w Wasze serca ,że z żałoby po jakimś czasie można wyjść ) Podobnie jak inne czasami piszące tu weteranki jak Wenless czy Misiulka jestesmy dla Was dowodem na to ,że można się po latach nauczyć życ bez naszych ukochanych facetów i choć trochę wyjść na prostą po latach ......
Droga Ikario ! Jesteśmy chyba w tym samym wieku ( czytałam Twoje posty) , dzieli nas tylko długość stażu małżeńskiego , u Ciebie 30 lat u mnie zaledwie 20 .....Znam doskonale to uczucie jak ryczysz jak bóbr wtulając się w ubrania męża , jak masz przed oczami każdy jego gest , jak przeglądasz fotografie itp......Tak jest i tak będzie jeszcze jakiś czas ( jak dlugi nie wiadomo , bo dla każdej z nas jest inny ) Dobrze,że masz bliskich ,którzy próbują Ciebie wspierać ale ten ból i tak jest tylko Twoim bólem , bo oni tego nie rozumieją ......Pisałaś coś o psychoterapii ,może jednak warto spróbować.... Tulę do serducha z zapewnieniem ,że każda nawet najczarniejsza noc kiedyś się kończy smile:)
Droga Baśka ! Pieknie piszesz , cieszę się ,że wiele rozumiesz , jesteś dzielna i idziesz do przodu , tak trzymać , ściskam mocno smile:):)
Wszystkie Drogie dziewczyny kibicuję każdej z Was w trudnej walce wychodzenia z żałoby ale mocno wierzę w to ,że z czasem każda z Was dojdzie do końca swojej wyboistej drogi to tylko kwestia czasu ..... Nie pddawajcie się w tej walce .....Mocno Was w tym wspieram smile:):)

30 870

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie w tym trudnym  dla nas świąteczno- noworocznym czasie .  co raz bardziej utwierdzam się w przekonaniu ,że tylko Wy mnie rozumiecie od pocątku do końca . Mimo ,że śmierć towarzyszy nam od początku do końca naszego życia to strata najbliższej osoby jest nie zrozumiala przez innych i mimo tego ,że się bardzo starają to nie potrafią zrozymieć i podzielić moich - naszych emocji . Kiedy słyszę ,że życie toczy się dalej to gotuje sie we mnie ....przecież ja to wszystko wiem tylko jak znaleźć sens w codzienności  kiedy serce pęka kazdego dnia od nowa ?!
Czas świąteczny spędziliśmy poza domem . Wiedziałam ,że nie dam rady usiąść do wilgilijnego stołu bez Niego.  Nie chciałam również udawać i silić się na grzeczności bo nie chcę robić nikomu przykrości ani emanować żałobą albo dlatego ,że tak wypada. Kilka dni spędziłam z dziećmi i najbliższymi przyjaciółmi w górach.  Obeszło się  bez  przygotowań i tego całego świątecznego wariactwa .  Cieszę się ,że podjeliśmy  takie wspólne wyzwanie , dzięki temu na względnym spokoju emocjonalnym przetrwalam do sylwestra ., który również był poza domem u bliskiej rodziny. Początkow nie chcialam ale póżniej przemyślałam i doszłam do wniosku ,że jak coś będzie nie tak to wrócę do domu . Jeśli zostałabym w domu sama to dzieci również a nie chciałam aby razem ze mną się zamartwiały. Myślę ,że zrobiła malutki krok do przodu bo będąc w tą sylwestrową noc z innym nie wkurzała mnie czyjaś radość i szczęście  . Posiedzieliśmy , porozmawialiśmy  o wsystkim i o niczym , nikt mnie nie pocieszał ani nie dopytywał jak "to" sie stał , życzenia i toast były wspólne . Cieszę się ,że dałam radę mimo ogromnego wewnętrznego bólu . Ja nie mam  takiej wewnętrznej sily , która powoli mi spokojnie opowiedzieć o naszym wspólnym życiu ,  przejrzeć wspólne zdjęcia bo jak tylko do tego siadam to pojawia się jakiś wewnętrzny żal , który blokuje radość i wrecz dusi mnie od środka. Tacy byliśmy szczęśliwi , aktywni , zawsze w biegu bo  nawet przez chwilę nie mogliśmy usiedzieć w jednym miejscu. Uwielbialiśmy morze , mamy taką jedną miejscówkę w której spędzaliśmy urlop od lat i kązdy dłuższy weekend również. Ciągle nas gdzieś ciągnęło  , wypady na weekend stały się naszą codziennością  .Pewnie dlatego  teraz jak patrzę na te zdjęcia z naszych wspólnych  szczęśliwych chwil to nie mogę uwierzyć ,że to już nigdy nie wróci ! Podobnie jak Ikaria mam ogromny żal  ,że nie wróci już nic ! Nie podzielimy się troskami dnia codziennego , nie przytulimy  , nie pośmiejemy się i razem nie wypijemy kawy ..... Takie piękne wspólne chwile już nigdy sie nie zdarzą i to nigdy dobija mnie codziennie !!!
Zaglądając tu wierzę ,że względna normalność jest możliwa  , bo niektórym z nas się udało . Dziekuję ,że dzielicie sie swoimi emocjami i receptami na względnie lepsze i spokojniejsze jutro . Do serca biorę sobie Wasze wpisy Jolam1 , Aniczka , Welnes, Baśka1 i trzymam się ich jak tonący brzytwy próbując przetrwać  i staram się codziennie z całych sił nie robić kroku w tył ..... czego i Wam Ikaria, Milena1991 z całego serca życzę !!!

30 871

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Wracam dziewczyny. W noc śmierci mojego męża, 6 listopada, napisałam tu post. Nagłe zatrzymanie krążenia, a ja w ciąży.
Dziękuję wszystkim, które się odezwały, i przepraszam, że nie odpisałam, ale byłam w takim stanie, że nie pamiętałam co w ogóle tej nocy robiłam, do kogo się odzywałam. Dziś dopiero tu weszłam i zobaczyłam... własny post.
Pierwszy miesiąc byłam jak odrętwiała, drugi przepłakałam. Teraz dopiero, w trzecim, dociera do mnie w pełni, co się stało. Jestem pod opieką psychiatry i psychoterapeutki. Ciężka żałoba powikłana traumą, obawa rozwinięcia się depresji. Psychiatra chciała mnie kłaść do szpitala i brać na leki, ale odmówiłam. Chodzę tylko na terapię.
Pochowałam męża, oddałam jego ubrania do ośrodka dla bezdomnych, wstępnie uporządkowałam dokumenty, kompletuję rzeczy dla dziecka.
Są momenty, że jest lepiej, ale też takie, że jest koszmarnie. Cały czas bardzo źle śpię, budzę się co 2 godziny i rano czuję się jak zbita. Poszłam na zwolnienie lekarskie i pewnie będę już na nim do porodu.
Co ciekawe, fizycznie jest wszystko ok, wyniki mam książkowe, z dzieckiem zdaniem lekarzy jak na razie wszystko w porządku. Rodzę w kwietniu.
Przeszło miesiąc mieszkała ze mną moja mama, ale bardzo źle znosiła mój stan, a jest już starsza, więc nie chciałam jej dłużej dręczyć i puściłam do domu. Teraz teściowa namawia, żebym się do niej przeniosła, ale nie mam ochoty - też jest w złym stanie i boję się, że będziemy się razem nakręcać.
Przeszłość bardzo boli, a przyszłość przeraża. Wszyscy mówią, że to dobrze, że jest dziecko, zmobilizuje mnie i odciągnie od żałoby, ale wcale tak nie czuję. Boję się, że nie podołam albo znów stanie się coś złego, a czasem niestety nachodzi mnie myśl, że najlepiej by było gdybyśmy oboje zmarli przy porodzie.
Jedyne, co mnie jakoś pociesza, to kiedy rozmawiam z takimi osobami jak Wy, które przeżyły to samo i przetrwały. Nie przestawajcie proszę pisać, na to forum pewnie codziennie trafia ktoś taki jak ja, komu Wasze wpisy ratują życie.
Jesteście wielkie <3

30 872

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witam Drogie Moje! Czytam te nasze wpisy i jeden wniosek się nasuwa:wszystkim Nam ten świąteczny czas- bez względu na okres naszej samotności był czasem bardzo smutnym i ciężkim do przeżycia.Ratowała Nas obecność innych osób: rodzin i znajomych,to Oni trwali przy nas i pomagali nam ukoić choć częściowo i chwilowo naszą przerażającą  tęsknotę za nieobecnymi już na zawsze mężami.
Pisałam już wcześniej,że najbardziej ,,ugniatającym,,mi słowem jest od śmierci męża- słowo:NIGDY,a właściwie JUŻ NIGDY....
Wciąż dudni w głowie i bez przerwy z różną mocą atakuje bezbronny umysł i obolałe serce. Tak- oglądanie wspólnych zdjęć trzeba odłożyć na później/tak było u mnie/ i nadal jest,ale wnuczki chciały obejrzeć zdjęcia rodzinne i zobaczyć do kogo najbardziej jest podobny najmłodszy członek rodziny-2 letni Adaś....Wszyscy jednoznacznie stwierdzili,że do Dziadka Karola,którego już niestety nie ma....Tak to prawda,i pocieszenie dla mnie wielkie,bo u wszystkich moich wnuków/jeszcze bardzo malutkich:2,4 5 lat/płynie tez po części krew mojego męża,są wspólne geny w Nas. Patrząc na Nich mam świadomość ,że to przedłużenie nas samych....że mimo że fizycznie Go już nie ma,to On nadal jest wśród - choć malutka  Jego cząstka- w Naszych wnukach. Tylko teraz od Ich rodziców i ode mnie zależy jakie wspomnienia będą po Nim miały...i jak długo pamiętały.
Dziewczyny jesteście Wielkie i Wspaniałe,dałyście radę w tych pierwszych  dla Was,czy u Baski- /?/drugich jak u mnie Świętach - choć po części udowodniłyście sobie i Innym,że to miłość do naszych mężów spowodowała zgromadzenie sił nadzwyczajnych.
Sił i determinacji do tego,aby udowodnić przede wszystkim sobie,ale tez i innym -że nie przypadkowo wybrali Nas - Nasi mężowie,abyśmy były towarzyszkami Ich życia : NA DOBRE i NA ZŁE....dopóki nas śmierć nie rozłączy...
Z Aniczką wiele czasu przegadałyśmy i e- maili wymieniłyśmy i zawsze gdy było mi bardzo,ale to bardzo źle i smutno - to wiedziałam,że są Inne kobiety w tym Ania,które też musiały przez to ,,piekło na ziemi,,przejść- aby po wielu dniach,miesiącach a często i latach..wyjść z ciemności w jakiej przyszło nam żyć i ugłaskać przeogromny żal do świata i losu. Dobrze ,że nadal jest z Nami i dzieli się swoim Wielkim Serduchem....wracając do różnych rad: czasami wręcz je odrzucałam lub nie dopuszczałam - bo oszalała z bólu i tęsknoty - nie byłam w stanie przeżyć jednego- dwóch dni,a co dopiero tydzień ,czy m-c..
O czym One piszą?...jakie wyjście do ludzi,jaki powrót no codzienności,jak ja kładłam się spać w tym w czym chodziłam cały dzień-na połówce nie rozłożonej kanapy,lawirując nogami tak ,aby nie zepchnąć leżącej obok mnie starowinki-suczki- ukochanego psiaka mojego męża...Budziłam się z pytaniem bez odpowiedzi:po co mam w ogóle wstawać i dla kogo? ...okłamywałam dzwoniące dzieci:że jadłam śniadanie,byłam na spacerze z psem,czytałam książkę....co mam taki dziwny głos?...no bo trochę boli mi gardło...Prawda była bardziej prozaiczna: nie jadłam- bo wszystko ,,stawało ,,mi w gardle,niczego nie byłam w stanie czytać - bo łzy kapały mi na kartki i na żadnym tekście -nawet najkrótszym nie mogłam się skupić/nawet teraz czytam książkę przez kilka m-cy,a do tej pory czytałam ich kilka w tym samym czasie/Spacer z psem polegał na otworzeniu mu drzwi na taras,aby pobiegała sama po malutkim ogródku,a boli mnie gardło od straszliwego,przerażającego krzyku rozpaczy...za mężem.
Jeżeli macie możliwość i chęć - to przygarnijcie zwierzaka ze schroniska...moja już teraz blisko 18 - letnia suczka po części uratowała mi życie.Nasi ,,Bracia Mniejsi,,jak nazwał nasze zwierzaki św.Franciszek z Asyżu- to często nasze KOŁA RATUNKOWE. Wyżej pisałam o psim ,,spacerze,,mówiąc o wypuszczeniu Jej do ogrodu...ale musiałam wstać,czekać aż wróci,naszykować coś do zjedzenia- a to się wiązało z koniecznością  wyjścia do sklepu ....Wyjście z domu wiąże się z koniecznością - umycia,ubrania i jako takiego wyglądania...a co w tym wszystkim jest najważniejsze:szybciej mijają kolejne smutne minuty i godziny...Trzeba się kogoś lub czegoś uchwycić,nie da się w pojedynkę i w całkowiciej samotności przez ten najgorszy dla nas czas przejść...jeżeli ktoś neguje ten fakt - jest szaleńcem i nie wie co mówi.Odkładanie żałoby na potem do niczego dobrego nie doprowadza- wprost przeciwnie- spustoszeje nasze organizmy i uderzy  w naszych najbliższych
Będzie lepiej ,ale pod warunkiem ,że damy sobie pomóc i same sobie pomożemy a co najważniejsze,ale zarazem najtrudniejsze: uzbrojenie się w cierpliwość i danie czasu - czasowi.To niezwykle trudne,a czasami wydaje nam się nie możliwe- ale wierzcie mi jest wykonalne.
Jeżeli przygarniecie i pokochacie/to jest pewne/bezdomnego nikomu nie potrzebnego zwierzaka- uratujecie jedno samotne-przerażająco smutne życie - i poczujecie olbrzymią ulgę i radość ,że komuś jeszcze jesteśmy potrzebne i ktoś nas pokochał bezwarunkowo/bo to też jest pewne/. Ja jak co dnia patrzę w ślepia mojej suczki - widzę  olbrzymią o mnie troskę, żal jak płaczę i krzyczę z bezsilności i olbrzymią miłość i przywiązanie- jak później przychodzi do mnie, zaczepia łapą i kładzie się na ziemi tuż obok moich stóp.W nocy podnosi swój łepek i sprawdza czy jestem obok niej,jak mnie nie ma - szuka tak długo jak znajdzie....Spokoju i wytrwałości Wszystkim Nam życzę,dbajcie o siebie Dziewczyny - bo tez Jesteście Ważne dla samych siebie.

30 873

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Metronomia Droga Moja,w międzyczasie kiedy ja pisałam - Ty umieściłaś swoje słowa do nas.Ostatnio myślałam o Tobie,byłam pewna ,że ,,przeniosłaś,,się na inne Forum,których jest podobno sporo?!
Jesteś bardzo dzielna i na prawdę wyjątkowa,mnie decyzja oddania rzeczy po mężu zajęła dużo więcej czasu i odwagi...
Dziecko - to naprawdę Twoja szansa i wybawienie ,ale to nie znaczy,że wszystko to co było między Tobą a Twoim mężem pójdzie w zapomnienie.Wprost przeciwnie- to wielkie wyzwanie i wielka odpowiedzialność - wychować wasze wspólne dziecko/kolokwialnie mówiąc:owoc Waszej Miłości/w zgodzie z Twoim i Waszym marzeniem.
Możesz planować choć na pierwszy Jego  okres życia - to co byście chcieli wspólnie dla Niego razem z Twoim mężem.
Weź zeszyt i  przynajmniej napisz:co i kiedy powinnaś dla siebie i dla Waszego Dziecka zrobić...usiądź wygodnie - sama -wyciszona pomyśl ,czego by chciał i pragnął Twój mąż... i porównaj  je - do swoich marzeń i oczekiwań.
Wierzę,że ten właśnie czas- będzie dobrym czasem do planowania,do wspomnień i do oczekiwania....
Nie ma cudów,nie licz na litość losu- on niczego nie cofnie i niczego Ci nie podaruje .... niestety....ale są ludzie,którzy o Tobie myślą i którym na Tobie zależy - w tym My- Kobiety z tego Forum ...będziemy z Tobą cały czas,wystarczy jak napiszesz...może i przyjedziemy/jak trzeba będzie to się zorganizujemy- no nie?!/ jak będzie taka możliwość,konieczność  i Twoje życzenie...!? Pamiętaj- NIE JESTEŚ SAMA - MASZ NAS
Nie odrzucaj pomocy Innych- tylko wybierz pomoc tych ludzi- którzy budzą Twoje zaufanie.
Przede wszystkim dbaj o Siebie i Dziecko- bo to jest w tej chwili najważniejsze....Pozdrawim
Myśl teraz o sobie i Twoim dziecku,wybierz to co dla Was jest najlepsze

30 874

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Witajcie drogie Dziewczyny! Tak się cieszę, że odezwałyście się po długiej ciszy. Metronomio, jestem z Ciebie naprawdę dumna! Martwiłam się, że milczysz, cierpisz w samotności, że ten jednorazowy wpis był aktem desperacji… A to był wspaniały akt odwagi! W tak krótkim czasie dokonałaś tak wiele: uporządkowałaś rzeczy i dokumenty męża, znalazłaś profesjonalną pomoc, chodzisz na badania (ogromnie się cieszę, że wyniki są dobre!), kompletujesz wyprawkę dla dziecka. Jesteś tytanem pracy! To, że dużo sypiasz i często się budzisz jest zupełnie normalne, i w ciąży, i w żałobie… A kwiecień już niedługo – zobaczysz, maluch stanie się całym Twoim światem i da Ci radość, której nawet się nie spodziewasz. A ciągłe dreptanie wokół niego pozwoli choć na chwilę oderwać myśli od bolesnej przeszłości i przyszłości, która na razie przeraża. Uwierz mi, to praca na kilka etatów (z godzinami nadliczbowymi i nocną zmianą). A o mężu nie zapomnisz, bez względu na ilość obowiązków będziesz Go czuła zawsze gdzieś obok, czasem wyda Ci się, że pomógł w tej czy innej sytuacji. Ja tak czuję do dziś. Mocno trzymam kciuki za Ciebie i Twoje maleństwo.
Jolam, miałaś rację, to były moje drugie Święta Bożego Narodzenia bez męża i druga rocznica Jego  śmierci, okrutnie bolesny czas. O ile latem wydawało mi się, że zaczynam już twardo stąpać po ziemi, to teraz znowu usunęła mi się ona spod stóp. Zaczynam od początku moją wędrówkę ku światłu. Dobrze, że podobnie jak Ty, mam kochanych bliskich i oddanych przyjaciół ,i… trzy psiaki ze schroniska. Oni dają mi siłę i motywację do jakiegokolwiek wysiłku. Obowiązków mam moc (dlatego piszę zwykle bardzo późnym wieczorem), czasu na czytanie niewiele. Też długo nie mogłam się skupić ani na książce, ani na filmie. Aż trafiłam na niezwykłą pozycję -„Wymiary życia” (autor Julian Barnes), to wielowymiarowa książka o sile życia, ale i o rozliczaniu się ze stratą ukochanej żony. Poruszyła mną do głębi i pokazała, że wszystko, co przeżywam po śmierci męża, jest również udziałem autora, tylko on znacznie trafniej ubiera to w słowa. Polecam na długie, samotne wieczory.
Maadlen, jak dobrze, że znowu piszesz. Cieszę się, że miałaś odwagę wyjść z domu, wyjechać na święta, a sylwestra spędzić  z bliskimi. To marsz do przodu wielkimi krokami! A słowo NIGDY chyba musimy usunąć ze słownika, bo mam wrażenie, że będzie nas już prześladowało zawsze. Dziś trudno mi przekazać Ci jakąś receptę, bo to dla mnie bardzo ciężkie chwile i trochę zabrakło mi optymizmu. Ale… postaram się pozbierać i poprawić. Pozdrawiam Cię gorąco

30 875

Odp: Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Jolam, dziękuję bardzo za wiadomość wysłaną przez forum, chciałam Ci odpisać, ale wiadomość nie została dostarczona, ponieważ nie znaleziono adresu odbiorcy - chyba podałaś zły adres mailowy (mam wrażenie, ze umknęła Ci jakaś litera, bo dziwnie brzmi). Spróbuj, proszę raz jeszcze wysłać mi swój adres.
Pozdrawiam gorąco

Posty [ 30 811 do 30 875 z 31 428 ]

Strony Poprzednia 1 … 473 474 475 476 477 … 484 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » PSYCHOLOGIA » Śmierć męża - jak sobie poradzić?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026