netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Tesciowie... nieodcieta pępowina...

87 odpowiedzi29 122 wyświetleniazałożony przez Luiza83, 13.07.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 66 do 88 z 88 ]

66

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
Luiza83 napisał/a:

...szczerz mówiąc strasznie się boje. Moje małżeństwo, jak nic nigdy na świecie udowodniło mi jakim jestem tchórzem, nigdy wcześniej tak o sobie nie myślałam.
Pozdrawiam wszystkich

Nie jesteś tchórzem- tylko silną kobietą. Nie wyobrażam sobie ile trzeba mieć cierpliwości i siły psychicznej aby tak żyć. Z czasem jednak Twoja wiara w siebie zmalała - jest to niestety naturalne w toksycznym związku.

Jedyna co Ci mogę poradzić - to odejdź od niego, bo życie w takim koszmarze każdego by wykończyło. Chcesz się tak użerać do końca życia? Jak sobie wyobrażasz z nim przyszłość?
On się nie zmieni. Nic się nie zmieni jeśli z nim zostaniesz.

67 Ostatnio edytowany przez Ojciecpiotr (2012-03-26 08:15:39)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Znam takie małżeństwo ze swojej rodziny. Tacy ludzie z nieodciętą pępowiną się nie zmieniają. Najczęściej wzorzec wynoszą z domu gdzie jedno z rodziców całkowicie było podległe drugiemu. Nie ma co się dziwić, że dla nich taki model rodziny jest normą. Nie są dla nich ważne pragnienia współmałżonka. Jak rodzice powiedzieli "no synku czas się żenić" to synek znalazł kandydatkę i się ożenił. Każde młode małżeństwo powinno mieszkać samo. Jeżeli przed ślubem któreś z młodych bardzo nalega na mieszkanie z jego rodzicami to jest to ostatnia lampka ostrzegawcza, która powinna się zapalić. Kiedy nadchodzi kres wytrzymałości to pozostaje tylko ucieczka i to bezpowrotna bo jeżeli się wróci to będzie tylko gorzej. Luizo83, jeżeli Twojemu mężowi zależy na Tobie to on powinien przyjechać i przystać na Twoje warunki. Pomysł oszczędzania na mieszkanie to tylko pretekst by mieszkać z rodzicami. Lepiej wynająć kawalerkę we dwoje niż mieszkać w pałacach z teściami. Jeżeli rodzice wszystko dają młodym to ich po pierwsze uzależniają od siebie a po drugie niszczą ich własną inicjatywę i radość dochodzenia do wszystkiego samemu. Nic nie scala tak związku jak dążenie do wspólnych celów i wspólna walka z przeciwnościami losu. Rodzice powinni pomagać jedynie wtedy gdy zostaną o to poproszeni. Żaden związek z nieodciętą pępowiną nie ma przyszłości chyba że znajdzie się ktoś wychowany na osobę całkowicie uległą i podporządkowaną. Coś na kształt sadysty i masohisty.

68

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Boże....nie wiem co mam robić.....jak podjąć decyzję.........gdzie szukać pomocy
Wiem ze moje małżeństwo to farsa, nie wiem jak to przerwać  już tyle się zdarzyło a ja dalej w tym tkwię
Siostra przekonuje mnie do wizyty u psychologa, ale co on mi powie, pomoże. Wiem jak powinnam się zachować, ale nie potrafię.
Kolejny weekend w samotności. Ja zwykle przyjechała siostra, jak zwykle w sobotę byłam sama bo on musiał pomóc ojcu, w niedziele zajmował się cały dzień siostrzenica. I to jest ok. bo przecież jak mu tego zabraniać, jak zabraniać mu pomagać rodzinie, ja nie potrafię. Ale on jak najbardziej potrafiłby, gdybym ja zachowywała się tak jak on.
Argumentem jest zawsze ten sam to ze jego rodzicom tyle zawdzięczamy, a moim nic no i z jego rodzicami mieszkamy. 

Mój mąż tworzy toksyczny związek ze swoimi rodzicami a ja z nim.

69

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
Luiza83 napisał/a:

Siostra przekonuje mnie do wizyty u psychologa, ale co on mi powie, pomoże. ...............Kolejny weekend w samotności. .........I to jest ok. bo przecież jak mu tego zabraniać, jak zabraniać mu pomagać rodzinie, ja nie potrafię. Ale on jak najbardziej potrafiłby, gdybym ja zachowywała się tak jak on.
Argumentem jest zawsze ten sam to ze jego rodzicom tyle zawdzięczamy, a moim nic no i z jego rodzicami mieszkamy. 

Mój mąż tworzy toksyczny związek ze swoimi rodzicami a ja z nim.

Psycholog coz mozna do Niego isc ale chyba bardziej potrzebuje pomocy Twoj maz niz Ty - a jestem przekonany w 99%, ze gdy Jemu zaproponujesz wizyte u psychologa potraktuje Cie jak ,,wariatke" i powie, ze nie ma problemu i nigdzie z Toba nie pojdzie. Dla Niego cala ta sytuacja to cos normalnego i On nigdy nie bedzie widzial problemu- jakim jest uzaleznienie od JEGO rodziny.

,,Kolejny weekend w samotnosci"-- to wymowne zdanie - ktore obrazuje jak nisko upadl Wasz zwiazek. Pokazuje kolejny raz Kim dla Niego Jestes - zadaj Sobie pytanie ile Jestes w stanie zniesc takich weekendow dla dobra zwiazku.
Sama widzisz, ze Ty nie masz prawa miec Swojego zdania - nie mozesz miec wspolnych planow - bo coz to by bylo gdybys zaproponowala, aby ten weekend spedzic we dwoje gdzies z dala od domu -- uslyszalabys NIE NIE jak to bylo wiele razy. Twoja maz moze wszystko - a Ty nic -- On Jest ,,Bogiem", a Ty zwykla Jego ,,poddana".

Dla mnie to mazleznstwo to taki pacjent z oddzialu paliatywnego, ktory wegetuje - taki sztuczny twor, ktory jest na sile utrzymywany przy zyciu -- bo moze stanie sie cud --- cudu w tym przypadkue nie bedzie, a Ciebie czekaja kolejne dni cierpienia i patrzenia na agonie tego zwiazku !

70

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam,
zarejestrowałem się na tym forum specjalnie, aby wypowiedzieć się w tym temacie.
Nie napiszę pewnie nic odkrywczego, ale ponieważ czytam o tym, że bohaterka się cały czas waha, to może pomogę podjąć decyzję.  Mam podobną sytuację życiową, tylko znacznie gorszą. Moja żona to 100% wychowek pod kloszem i nieodcięta pępowina. Nie będę się teraz rozpisywał na mój temat, tylko spróbuję coś podpowiedzieć.
Uważam, że powinnaś sobie zrobić takie zestawienie, jedna opcja to odejście od męża i wtedy trzeba niestety wycierpieć ból rozstania, nieraz bardzo długi.
Druga opcja to zaakceptowanie męża z przyległościami, wtedy godzisz się na przedmiotowe traktowanie, awantury za drobiazgi, władzę teściowej itp.
Twój mąż nie zmieni się już na lepsze, to co przeżyłaś przed ślubem to była iluzja, to co przechodzisz teraz, to rzeczywistość, która tylko może być gorsza.
Jesteś jeszcze młoda, nie masz dzieci, masz dzięki temu wielkie szanse na ułożenie sobie życia od nowa i zapomnienie o tym koszmarze, bo to jest koszmar.
Jedyne  co cię czeka to ból duszy (czy też raczej efekt odstawienia enzymów przywiązania ) , związany z utraceniem kontaktu z ukochaną bądź co bądź osobą, który musisz przejść.

Napiszę jeszcze, że wszelkie rozmowy i próby dogadania się nie mają najmniejszego sensu. W mózgu twojego męża jest informacja, że coś ci odbiło, że to ty robisz źle, a on jest tym który postępuje dobrze i nie może tego pojąć o co ci chodzi. Nie ma takiej siły, nawet jakbyś przyprowadziła mu dziesięciu psychologów, to tego nie zmienisz, powie tylko, że oni przesadzają. Jego punkt widzenia, potwierdzony przez jego rodzinę, jest kamienną tablicą, której już nic nie zmieni. W twoim przypadku dochodzi jeszcze męska duma, której ja z moją żoną nie doświadczam..

Przykro mi, że masz taką sytuację, ale wierz mi, masz jeszcze duże szanse na nowe lepsze życie.

Osoby, które radzą jeszcze porozmawiać, próbować się dogadać, mają małą świadomość tej sytuacji, rozmawiać można z kimś kto myśli podobnie, dla którego 2+2=4. Dla twojego męża sytuacja patologiczna jest czymś normalnym i oczywistym i on się już nigdy nie zmieni w tej "dziedzinie".
Nie wiem co byłoby, gdyby, odpukać jego rodzice np zginęli w wypadku. Może nadal trzymałby z siostrami, może zbliżyłby się do ciebie. Tylko wtedy mogłoby się coś być może zmienić. Oczywiście odradzam stanowczo takie rozwiązanie.
W innym wypadku nie ma szans na zmianę twojego męża, mam nadzieję, że nie masz pomysłu, że może wasze dziecko zmieniłoby męża, nie ma szans, tylko znacznie zwiększyłoby się twoje cierpienie, byłabyś tylko "surogatką" dla teściowej.
Pozdrawiam, jak byś chciała coś się zapytać poradzić, pytaj.
Ps
Nie jestem psychologiem, pozwalam sobie na dawanie rad z powodu dobrej znajomości tematu.

71

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Kubamowi, masz racje w 100%.
Od momentu kiedy pisałam ostatni raz wiele sie wydarzyło. Oswajam sie z myślą że kocham faceta który mnie nie kocha. Wczoraj w nocy po kolejnej kłótni wyszłam w szale z domu, nie poszedł za mna, zadzwonił zebym wróciła, cyt."nie głupiej trzeba było rozmawiac, odwiozę Cie do rodziców".Powiedziałam zeby sie nie przejmował, ze sobie poradzę, na co usłyszałam nie martwie sie...i rozłaczył się. Było zimno, wróciłam od lekarza z antybiotykiem , nawet nie spytał co lekarz powiedział, co wogóle mi jest...nic ...zero zainteresowania.Była 22 a ja sama z zapaleniem ucha na dworze.Zadzwoniłam do bratowej, zeby po mnie przyjechała, czekałam na nia 40 min a on nawet nie zainteresował sie gdzie jestem.Przypomniałam sobie jak pewnego wieczoru zgubił sie piesek jego rodziców, mój mąż z siostami szukali go pół nocy do dziś opowiadaja jak sie o niego martwili, ja nie zasługuję w przekonaniu mojego męża nawet  na takie uczucia jak ten pies, on mnie nie szukał. Przyjechałam do rodziców jestem na zwolnieniu, modlę sie zeby starczyło mi siły zeby  wytrawć w postanowieniu. Nie chce dla siebie takiego zycia. Chce kochać i być kochaną, za to jak jestem..

Mój post pownien być zatytułowany mój mąż mnie nie kocha...nie wiem jak ukierunkować swoje myśli, o czym mysleć żeby przetrwac ...nie potrwafię go znienawidzic, moje serce pęka..co pomoze mi wytrwac...

coś dziwnego sie ze mną dzieje, mam tak zniszczoną psychikę...płaczę za chwilę tesnię za nim, za chwile myślę, ze to juz koniec ze muszę zostawic go dla siebie samej, uratować swoje życie, bo inaczej on mnie zniszcy zupełnie a potem powie ze sama tego chciałam...

72

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Twoja sytuacja jest identyczna jak moja.Ja jestem męzatką od 2lat, a od 3miesięcy szczęśliwą mamą.mój ukochany mąż również ma nie odciętą pępowine. w pewnym sensie mnie to śmieszy ale z drugiej strony jest to żalosne. przed ślubem bylam z nim 3lata i jego mamusia byla taaaaka kochana. twierdziła,że jako teściowa wtrącać się nie będzie. 2dni po ślubie jej wizja legła w gruzach.a zaczeło się od wyboru paneli do przedpokoju. w prezencie ślubnym dostałam dom od moich dziadków i na szczęście szybko go wyremontowaliśmy. bo w domu mojego męza wytrzymałam tylko 2miesiące. teraz jest tak, ze kochana "mamusia" potrafi zadzwonić do swojego synusia jakies 20x dziennie.z byle powodu.mieszka 8km od nas a mnie sie wydaje,ze jest w pokoju obok.wszystko chce wiedziec do wszystkiego sie wtrąca. moj maz pracuje w trybie trzyzmianowym a ona potrafi zadzwnic do niego jak przychodzi po nocce zapytac  czy spi hehe.nie potrafi kobieta sama sobie rachunków zapłacić tylko dzwoni po mojego meza zeby przyjechał i zapłacil. chociaz taniej byloby jej jechac autobusem.ingeruje również w wychowanie mojego dziecka!!! wprawdzie ona wychowała 3synów. ale kto lepiej wie co potrzeba własnemu dziecku niz matka. a ona twierdzi,ze wie lepiej.kiedys zostawiłam jej mała doslownie na 2h zeby moc jechac zrobic zakupy to dziecko bylo ledwo zywe jak wrocilam. nie moge spedzic z mezem ani jednego weekendu , bo ona chce jechac do swojej mamusi. a co mamusia każe to synuś musi. i tak od 2lat męcze sie psychicznie. klotnie nie pomagaja, prośby również -aby zakończył związek z mamą. kiedys nawet spakowalam mu walizki i kazałam wybierać ... albo my albo ona, to 3dni spokoju było. a teraz to wszystko olewam. bo szkoda nerwów. są takie przypadki. i tobie rowniez radze sie nie denerwować....
.... bo złość piękności szkodzi:))

73

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Och Luiza, już dosyć tego!

Probowałaś wystarczającą ilość razy i nic z tego nie wyszło.
Twój mąż żyje w symbiotycznym związku ze swoimi rodzicami i nie jest zdolny do stworzenia oddzielnego związku z Tobą. Potrafi być tylko synem i bratem, nie mężem. Nie ma w nim takiej potrzeby, by oddzielić się od swojej pierwotnej rodziny i tworzyć własną. Chciał i jego rodzina chciała, byś dołączyła do nich, wtopiła się w ich świat i zwyczaje.
Znam taki przypadek w swojej rodzinie. To mężczyzna, którego tak osaczyła rodzina jego żony, że zapomniał o tym, że ma jakąś przeszłość. Nie widział swojej rodziny przez wiele lat, żona nie pozwalała. Żona, jej rodzice i jej siostry wypełnili życie tego mężczyzny powinnościami wobec siebie. Tylko to było ważne, właściwe i akceptowane. Skoro "wszedł" do ich rodziny, to powinien (według nich) odciąć się całkowicie od swoich własnych korzeni i przystać na to, by to oni wyznaczali co dla niego dobre a co nie. Przystał na to bo były dzieci. Dzieci widywały swoich dziadków raz na kilka lat, a na co dzień karmione były niechęcią do nich. Dzisiaj jego rodzice juz nie żyją. Nie żyją też rodzice żony. To nimi opiekował się w chorobie i organizował pogrzeby. Na pogrzeby jego matki i ojca, synowa nawet nie pojechała i nie pozwoliła też zabrać dorastających dzieci.
Dla dorosłych dzieci liczy się dzisiaj tylko rodzina matki. Siostry ojca ani swojego stryjecznego rodzeństwa nigdy nie widziały, bo więzi zostały zerwane bardzo dawno temu.
Co z tym mężczyzną? Wiele w nim goryczy i poczucia krzywdy. Ale i winy wobec jego własnej matki, ojca i siostry. A także złości do żony i poczucia, że został wykorzystany. Bardzo źle się dzieje w jego małżeństwie i wszystko wskazuje na to, że to koniec.

Więc już dosyć tego, Luiza. Jestes młoda i ułożysz sobie życie. Nie masz dzieci, więc możesz zatrzasnąć za sobą drzwi i iść w swoją stronę.
W życiu Twojego (jeszcze) męża, wypełnionego po brzegi synowskimi i braterskimi powinnościami nigdy nie było i nie ma miejsca dla Ciebie i Twoich marzeń o oddzielności. On tej oddzielności nie potrzebuje. Jemu jest dobrze tak jak jest, Ty przeszkadzasz i burzysz spokój w tej chorej rodzinie. Zostaw to!!!!! Powiedz wreszcie DOŚĆ i odejdź na dobre.
Masz siłę Luiza, ale nie wykorzystuj jej po to by WYTRWAĆ, ale po to by ruszyć się z miejsca.

Masz rację, on Cię nie kocha i nie kochał nigdy.

74

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

...zabrałam wczoraj swoje rzeczy, teraz rozpamiętuje jak to się wszystko potoczyło, czemu zachowywałam się tak a nie inaczej, co mnie do tego skłoniło, przyznaje sobie rację. Z drugiej strony mam zal do siebie ...do niego, dlaczego musiało do tego dojść, dlaczego nie potrafiliśmy sie porozumieć, przecież niczego nam nie brakowało, moze powinnam to a moze tamto..
Ale potem dochodzę do wniosku, ze zgadzałam sie na wiele rzeczy szłam na kompromis, jak zarzucał ze za często odwiedzam rodziców jeżdziłam rzadziej....to był mój kompromis, jeśli zarzucał ze nie dbam wystraczająco dobrze o dom robiłam tak rzeby czuł ze jest inaczej...jeśli kłóciliśmy sie o pieniadze każde wydane pieniadze rozpisywała na kartkach, zeby udowodnić mu ze nie wydałam ich na coś innego niz nasze zycie...
ale wciaż było mało ...doszło to tego ze bałam sie dać chrześniakom kilku groszy na zajaczka...

gdyby chodziło tylko o te kontakty z jego rodziną moze z tym dała bym sobie radę, gdybym na innym polu miała wsparcie i zgodę na trochę odrebnosci swobody...i miałabym poczuci e ze on też idzie na kompromis, ze on też sie stara

analizująć dochodzę do wniosku, ze chciał przejać kontrolę nad całym moim życiem, jeśli nawet zaprosiłam znajomych odrazu znalazł powód co zrobiłam żle..otóz podjełam ich tak jak podpowiadało mi serce... zezrobiłam trochę jedzenia..spotkała mnie krytyka ..i tak za każdym razem nigdy nie czułam sie swobodnie bo co bym nie powiedziała było odbierane jak coś głupiego, niemadrego..wiem ze nie mam czego załować, wiem ze on zawsze taki był..

zgubiło mnie to ze zawsze marzyła o domu rodzinie, wspólnych wyjazdach i moze miłości trochę jak z powieści a to nie spotkało sie z wizją przyszłości mojego meża...

nie winie tylko jego sama też mam zal do siebie..to chyba normalne..wiem ze nie bylibyśmy szczęśliwi..jak słuchnie zauwazyło kilka osób nie było miedzy nami więzi..

sam fakt tego ze nawet nie próbował mnie zatrzymać, a myśle ze zrozumiał że sytuacja jest poważna..ja mimo zalu wyrywałbym mu rzeczy i błagał zeby został..

75

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dzien dobry,

Jestem wstrzasnieta twoja historia i poruszyla we mnie stare przykre wspomnienia.
Czytajac mam wrazenie, ze to ty w tej sytuacji bylas jak kwiat w zaroslach!

Czy ty sobie wyobrazasz jaka presje wywarto na tobie w tej "mafii"? Ile musialo cie kosztowac by caly czas isc na kompromis....
przeciez oni traktowali cie jako obca, nie z rodzinny.... pisze "oni", lacznie z twoim mezm, bo nie zauwazylam by stanal choc raz w twojej obronie, by stanal przy tobie i chcial szukac oddzielnego mieszkania...

Nigdy nie wolno mieszkac z rodzicami, ani z tesciami jak jest para...
Ile samotnych przykrych chwil musialas tam zniesc.... Dobrze ze odeszlas, bardzo dobrze zrobilas.
Masz szanse na ulozenie sobie twojego zycia i nie zgadzaj sie juz na jakies wspolne mieszkania.......
Nie masz dzieci, wiec jestes wolna, zorganizuj sobie nowe zycie z ludzmi, ktorzy beda ciebie szanowac...
To ty masz racje, nigdy tego nie zapominaj!!!!

Pozdrowienia

Leszczynek

76

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Odeszłaś, bardzo mądrze.
Powiem tak, znałem taką osobę z pępowiną, mieszkanie osobno od teściów nic nie pomogło, poza czasem na dojazdy, w pewnym momencie padła decyzja "starczy, punkt przesytu został osiągnięty.

Rozwód, nowe życie, nowy związek, nie wchodząc w szczegóły - normalny dom, żona, dziecko. Wcześniej - "dziecko jeszcze nie, bo moja mam nie czuje się gotowa by być babcią".

Więc - da się, można, młodaś jeszcze smile Tylko nie rozpamiętuj, odetnij się, i zacznij życie od nowa. I tyle. Wiem, że aż tyle, ale - powodzenia, nie gorzkniej teraz, tylko bierz odzyskane życie za bary.

77

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witajcie, dawno nie pisałam, ale muszę komuś się wyżalić, to jest moje lekarstwo mówienie lub pisanie o tym co mnie boli...
otóż po miesiącu milczenia mój mąż pojawiał się u mnie w pracy i zażądał, żebym do określonego terminu zrezygnowała z pracy, wyniosła się z miasta, a on składa dokumenty rozwodowe.

Tak mnie zaskoczył, ze nie mogłam z siebie wydusić słowa..broniłam się oczywiście,ale nie mogłam uwierzyć ze to zrobił, ze odważył się,ze spełnia teraz swoje groźby, ze zniszczy mnie, narobi mi wstydu w pracy...pozbawił mnie złudzeń, ze cokolwiek dla niego znaczyłam...zero uczuć

A ja nie mogę wyrzucić z siebie uczucia żalu, pustki po nim po tym co mogłoby być, ze nawet odrobinę nie chciał się ugiąć...najgorsze jest to że kiedy go zobaczyłam poczułam taką chęć zeby go przytulic (celowo postarał się zeby wyglądać korzystnie), zapomnieć o tym co było złego...wiem że to żenujące, ale tak było...

Jak trochę ochłonęłam napisałam mu smsa, ze swoim zachowaniem udowodnił mi ze zrobiłam dobrze, ze jak chce rozwodu to żeby składał papiery rozwodowe jak najszybciej, bo chce jak najszybciej o nim zapomnieć.

Nie mogę pogodzić się z tą obojętnością, to wszystko jest ponad moje siły.

78 Ostatnio edytowany przez agness131 (2012-06-05 17:58:03)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witaj.Moja kolezanka z za biurka miala podobna sytuacje.Z tym ze oni nigdy nie mieszkali razem jako malzenstwo.Maz przebywal na emigracji -zarabial, przyjechal wzial slub i znow wyjechal i tak w kolo co miesiac obiecywal ze wroci.Caly czas byl pod wplywem ojca, od ktorego uzaleznial swoje decyzje, nie walczyl o zwiazek. Jak zlozyla papiery rozwodowe rowniez nie zareagowal, przyjal na klaore jakby rezygnowal z dwytygodniowej znajomosci. Dobrze zobilas. Mysle ze twoj M rowniez jest pod wplywem rodziny, dlatego nie walczy o was,wspieraja go w tym rozstaniu

79 Ostatnio edytowany przez bags (2012-06-06 16:27:04)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam,
Czytałem wielokrotnie ?  cały temat, ponieważ mam podobny problem z obecną żoną i teściową, o którym pisze  Autorka  jak również szanowne Internautki, borykające się z tą sytuacją w odwrotnym układzie.
Tak się składa, że ? niestety jeszcze ? jestem w takim małżeństwie od niespełna roku i gdyby nie fakt że jesteśmy 9 m-cy po ślubie konkordatowym dawno bym ten małżeński "grajdołek" roz****.

Przedstawię swój problem.

Poznaliśmy się prawie 3 lata temu, ja z miasta, ona ze wsi (w pełnym tego słowa znaczeniu - zabitej dechami).
Co prawda oboje jesteśmy niepełnosprawnymi osobami, nie mniej jednak ona ma 2 grupę z Zus-u z 500 zł rentą a ja dopiero w tym roku uzyskałem czy też wyrobiłem sobie również 2 gr. z pcpr, gdyż pomimo swojej niepełnosprawności pracuję i funkcjonuję jak normalny człowiek.
Przez cały ten czas naszej znajomości żona siedzi z teściową w "chałupie na dupie", nigdzie nie pracują obie bo żona ma rentę  a teściowa jakieś tam grosze z gospodarki; do ślubu przyjeżdżałem (ponad 30 km) na randki co 4 dni bo tak sobie to ustaliliśmy z żoną by mieć czas dla siebie osobno, mojej pracy (z początku pracowałem po 24h) i dla związku.
I od samego początku  aż do tej wiosny wszystko było jak w bajce. Po pierwszym roku znajomości doszło do zaręczyn;  potem przez cały rok wmawiała mi, że moja luba świata poza mną nie widzi, kocha jak nikogo innego dotąd, że jej poprzedni eks-partnerzy  to mi mogą po zapałki do kiosku latać, wpierała mi z uporem maniaka, że mama trzyma za nas kciuki i dopinguje byśmy byli razem dążąc do małżeństwa. Po prostu miód i mleko lała na uszy, aż się czasem na wymioty zbierało.
Po zaręczynach zaczęła namawiać mnie na dziecko twierdząc, że ono nas do siebie bardziej zbliży, mama marzy o wnuczku(ach) swojej córusi jedynaczki i będzie nam razem lepiej jak w niebie.
I tak też ta ?sielankowa wizja wspólnego życia? wyglądała. Teściowa mnie akceptuje, żona poza mną świata nie widzi, co tam mogłem to na wsi wokół domu pomogłem, by nie wyjść na takiego co to po pracy ma wszystko w d... i tylko obiadek, ciepłe kapcie i przed tv po pracy.

Jak Teście i żona chcieli jechać do swojej rodzinki w odwiedziny to ja miałem najlepiej odrzutowcem przylecieć do domu bo oni beze mnie nie jadą a ja nie mam prawa się sprzeciwić czy mieć coś innego w planie.
Ale jak chciałem zabrać żonę ze sobą i pojechać w odwiedziny w swoje rodzinne strony,  to zdaniem małżonki nie możemy jechać, bo nas nie stać ( a wszystko się tyczyło w jej mniemaniu o moją kasę)
Przez zimę z pomocą żony i teściowej wywalczyłem że pracuję po 12h (jak miałem w umowie) zamiast 24, by spędzać więcej czasu z żoną, wyrobiłem grupę inwalidzką i teraz zobaczyłem o co biega teściowej i żonie skoro tak chętnie pomagały w tych w/w sprawach. Zarabiałem 1200 zł, 200 zabierał kredyt, ponad 400 szło miesięcznie na dojazdy po ślubie do domu żony i ustaliłem z zoną ze 400 dam od siebie na życie bo trzeba mieć coś w zapasie na swoje potrzeby i w razie "w" naprawić auto. więc z czasem zaczęły podkręcać kurek i wyciągać łapę bym dawał więcej.
każdy wie że po pracy człowiek jest zmęczony, nazbierają mu sie jakieś problemy w pracy, chciałby to zostawić za drzwiami po wyjściu z roboty i wypocząć w domu. Wracałem po godzinnej jeździe do domu ok 23, cosik zjeść, ż zoną pogadać i już się robiła 1 w nocy i na powitanie od żony pytanie: jak tam w pracy kochanie??.
Aż pewnego dnia teściowa z zoną się skumały bym wstawał o 7 i mówiąc po wiejsku "szedł w pole robić a one po 4-5h lekkiej pracy są jak przysłowiowa dętka (porobią od śniadania do obiadu i kaplica). W niedzielę nawet żarówki nie można wymienić bo gwint piszczy głośniej niż dzwony w kościele a jakikolwiek czas na swoje sprawy czy tez coś podłubać przy wozie bo się sypie to owszem ale najpierw zrobić wszystko na tip top wokół domu. 

Z  czasem nie wytrzymałem, nerwy puściły i zjechałem z łaciną  z góry na dół cały ten ich "odgórnie ustalony system" życia na wsi. To się obie na mnie obraziły i jak teściowa się przypadkiem dowiedziała od córki, że moje schorzenie niedowładu spastycznego stopy (stopa końskoszpatowa leczona 2 krotnie operacyjnie), lekarze za komuny sklasyfikowali jako dziecięce porażenie mózgowe, choć jak się okazuje niewiele jedno z drugim ma wspólnego, gdyż komplikacje z tym związane i diagnozy lekarzy specjalistów nie dawały 100% gwarancji że to jest akurat MPD (wcześniej od samego początku znajomości z obecną żoną, teściowa się w ogóle tym zagadnieniem nie interesowała);
A skoro mpd no to zdaniem teściowej porażenie mózgowe facet ma i co za tym idzie jest pier..... bo nerwowy, agresywny i łaciny nie oszczędza. Więc trzeba faceta wyeliminować z rodziny i dawaj żonę nastawić przeciwko mnie.
Po kłótni zaproponowała mi żona z teściową,  bym się "wyprowadził" na tydzień, wszystko sobie przemyślał i wrócił jak będzie już ze mną ok. A żona próbowała udawać ze nic się nie stało, bo jej mamusia jest dobra i wszystko żona ma od niej co chce i jakoś się dogadamy.
A ja twardo stoję przy swoim,  że jadę bo auto wymaga poważnej naprawy, tu mam 15 km do najbliższego sklepu a w mieście 15 min spacerkiem, spakowałem co ważniejsze i "w długą".
Posiedziałem 1,5 tygodnia, auto naprawiłem, temat wojny przemyślałem i poukładałem sobie wszystko i stwierdziłem że wracam się dogadać i jakoś temat wyprostować.
A tu zona i teściowa nie mają o czym gadać bo jestem szurnięty i  z góry stwierdziły jednogłośnie, ze na nic to się moje przepraszanie, wyjaśnianie i całe moje gadanie zda.
Więc ja twardo stałem na spokojnie przy swoim, żonę uprosiłem by zechciała mnie wysłuchać i zacząłem się tłumaczyć jak ten zbity pies czemu tak się stało, że doszło do wojny.
I mówię że górę wzięły nerwy z pracy (wojna w pracy stoi o krok przed sądem pracy), że przez wojnę nie mam teraz życia w pracy, zmęczenie z zapier.. w pracy, jazda w nocy do domu, moje głupie przyzwyczajenia "wyniesione" z domu, ciągłe sprzeczki w domu z żoną i teściową o pierdoły i ich sterowanie mną. a to ubrać mam się tak jak one sobie tego życzą, ścięcie na jeżyka 12mm to były gotowe oczy wydłubać i poćwiartować, bo będą sie wstydzić wśród ludzi ze mną pokazać itd., a poza tym ze wszyscy się zagalopowaliśmy i po ślubie nie było rozmowy we 3 jakie mają oczekiwania wobec mnie, nie przedstawili swojego stylu życia i zasad panujących u nich w domu bo wg mnie doszło do zderzenia 2 światów miejskiego i wiejskiego a ja z doskoku mam na pstryknięcie palcami wszystko wiedzieć i się znać.
A teściowa z żoną twardo, że moje tłumaczenia to dziecinada bo przyjeżdżałem co 4 dni i widziałem jak sie żyje na wsi, byliśmy ze sobą 2 lata do ślubu więc nie pier... zięciu takich farmazonów ze nie wiedziałeś na co się decydujesz. a poza tym masz mpd więc jesteś pier... i żadne tłumaczenia czy też wyjaśnienia do nas nie docierają. spier... wszystko i teraz my się zastanowimy co dalej i być może do zobaczenia w sądzie na rozwodzie. a powołując sie na podany artykuł o toksycznej teściowej i trójkącie małżeńskim zona stwierdziła że oczyściłem się jak łza ze wszystkiego. jednym słowem ktoś na nas pluje a one twierdzą zgodnie że deszcz pada.
więc sie zastanawiałem się potem długo nad tym,  czym zawiniłem skoro nie dopuściłem się ciężkiego grzechu zdrady itp. względem ślubu kościelnego a za sprzeczkę, która jest praktycznie na porządku dziennym w małżeństwie już teściowa nastawiła zonę na rozwód bo jestem psychicznie chory poprzez powiązanie z MPD i niby to ukryłem przed ślubem. A tym bardziej że to jest rewelacyjny toksyczny przykład trójkąta małżeńskiego. Ślub z teściową ?gratis? by miał kto mieszać młodym w małżeństwie na starcie.
Wszelkie próby by jakoś dotrzeć do żony i uświadomić jej, że najwyższa pora odciąć pępowinę i zacząć układać życie razem we dwoje, a nie we troje; że to w końcu mi ślubowała przed ołtarzem, a nie mamie, ze całe życie z mamusią za rączkę nie będzie chodzić, ze pora wreszcie dojrzeć i wziąć sprawy w swoje ręce niestety mówiąc potocznie  ?spaliły na panewce?.
Zabrać żonę z okowów zaborczej mamusi to z pozoru byłby nie problem, tylko że żona bez mamusi świata nie widzi i jej samej nie zostawi.

Problem w tym wszystkim jest taki, że one obie nie widzą tego problemu toksycznego trójkąta i jestem już bezsilny, nie wiem w jaki sposób dotrzeć do żony i otworzyć jej zamydlone przez teściową a jej matkę oczy. Wielce są obie na mnie obrażone.
I doszło do tego, że teściowa nastawiła żonę przeciwko mnie do tego stopnia, że żona nie widzi innego rozwiązania jak tylko
i wyłącznie rozwód bo ja jestem szurnięty delikatnie mówiąc. Zdaniem żony  ?domagam? się o niej by zerwała wszelkie kontakty spaliła mosty ze swoją mamą, bo teraz staliśmy się małżeństwem i życie we dwoje ma być ? z jej punktu widzenia
w takiej formie.
Jak zaproponowałem byśmy we dwoje poszli na terapię małżeńską, to z całą stanowczością twierdzi, że ona nie ma po co iść bo mamusia jest cacy tylko ja mam nie po kolei w głowie. Ręce opadają i nie wiem co robić a rozwód przez takie coś to jakaś paranoja.

Szkoda czasu i miejsca by się rozpisywać i rozwijać dalej ten wątek z początku mojego postu, ale mogę powiedzieć tyle, że do samego końca walczyłem o małżeństwo i żonę z klasą (drugie podejście ugodowe 26.05.br.) a w podziękowaniu za kwiaty dla teściowej z okazji dnia matki to mogłem je sobie włożyć w d... uznając że moje małżeństwo to nic innego jako toksyczny trójkąt. Z dalszych rozmów z żoną wywnioskowałem jedno, że jak dziecku (czytaj żonie) zabrałem jej łopatkę z piaskownicy- do umycia:) - to tym sposobem podpisałem na siebie wyrok śmierci. Za dosłownie pierdołę nic nie znaczącą dla istoty awantury nasza miłość i wszystko co się tyczyło małżeństwa w jej mniemaniu przestało istnieć, powołując się na stwierdzenie mamuni, że jestem... .
Żałuję z tego wszystkiego zmarnowanych 3 lat związku, że dałem się wmanipulować - zasłodzony i z zamydlonymi oczami przez żonę - w ślub kościelny. Słodziła mi przez praktycznie 3 lata - od samego początku związku - do tego stopnia, że bez diagnozy lekarskiej nabawiłem się najcięższego przypadku cukrzycy.
Ale za to Bogu dziękuję, że nie ma z tego związku dziecka i w porę się z tego otrząsnąłem - sznur na szyi coraz bardziej się zacieśniał ciągany przez żonę i teściową - i zwiałem z tego bagna.
Ratowałem małżeństwo zupełnie bez sensu. Dla idei ślubu kościelnego, która dla mnie tak wiele znaczy i w efekcie poszedłbym na dno jak Titanic.

Ochłonąłem po tym wszystkim, zastosowałem się do Waszych ? nie da się ukryć że na pierwszy rzut okiem cennych - wskazówek, by się wyprowadzić całkiem od żony i teściowej i po tych 2 nieudanych podejściach ugodowych nie wracać,
tylko czekać na ruch z Ich strony. A nuż żona przejrzy na oczy, dojdzie do jakiegoś spięcia na linii córka ? mama z powodu rozsypki jej małżeństwa i wróci z podkulonym ogonem do mnie, chcąc przeprosić się za wszystko.

Tylko sytuacja jest teraz mocno zakręcona.
Ja czekam na ich ruch, do sądu na razie nie startuję, bo nie widzę powodu by rozwalać małżeństwo za taką awanturę a skoro same się odgrażają rozwodem i cała wielka miłość żony do mnie zgasła, więc przyjąłem taktykę że czekam spokojnie na zaproszenie do sądu i pozew.

Naczytałem się sporo z neta o tej toksycznej tematyce nieodciętej pępowiny, zaliczyłem wizytę u psychologa ? skoro żona nie chce iść to sam poszedłem by się przekonać czy może faktycznie ze mną jest coś ?nie teges?, czy raczej z żoną... i ewidentnie wyszło na winę żony ? i tak jak szanowne Internautki z tego portalu zalecają, to owszem do żony mogę wrócić, ale nie do jej rodzinnego domu tylko własnego lokum. A tu się obawiam, że żona na taki układ nie pójdzie.

I teraz pozostaje pytanie co dalej robić??
Ja się odsunąłem w cień, milczę i czekam na rozwój wydarzeń, a druga strona również milczy i pewnie czeka, że znowu przyjdę się ?podlizywać? i przepraszać jak zbity pies za to co zwojowałem, by mieć ze mnie pożywkę i ubaw na zasadzie walczącego faceta z wiatrakami, które się rozsypały i nic już nie zostało (z małżeństwa i miłości zdaniem partnerki).

80 Ostatnio edytowany przez Luiza83 (2012-06-11 08:56:57)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witaj bags, przeczytałam twoją historie i bardzo ci współczuje. Nie mam pojęcia czemu takie sytuacje się zdarzają, że dorośli ludzie tak bardzo uzależniają się od swoich rodziców. Dochodzę do wniosku ze to paniczny strach przed życiem, samodzielnością, wygoda, lenistwo. Zastanawiam się kto zapoczątkowuje takie układy, czy to problem rodziców przelany na dziecko, czy to samo od niczego niezależne braki w psychice, które nie pozwalają dojrzeć emocjonalnie do samodzielnego życia.

Jestem w takiej samej sytuacji tak wiec nie wiem co mam ci doradzić, bo sama nie wiem co robić. Wyprowadziliśmy się (Ja i Ty)  z tych chorych układów to już chyba plus. Jeśli chodzi o mnie to odżyłam, jem, wysypiam się, nie płacze tak często jak kiedyś, odnawiam stare znajomości, obserwuje związki znajomych, wogóle obserwuję ludzi. Każdy ma jakiś problem, każdy widziałby swoje życie inaczej niż jest w rzeczywistości, i każdemu wydaje się ze u kogoś innego  trawa zawsze jest zieleńsza. Wszyscy się kłócą, ale trwają jednak razem bo im na sobie zależy. Jeśli takiej motywacji zaczyna brakować z którejś ze stron to dzieje się tak jak u nas. I nic nie można zrobić...nic. Nie da się związku odbudować w pojedynkę, można wyjść do drugiego człowieka daleko, ale trzeba pamiętać że to zawsze będzie dopiero połowa drogi. Czy natomiast jest sens całe życie walczyć   o miłość, szacunek, o zainteresowanie, o współczucie, opiekę...jeśli to nie płynie z głębi serca to jaki to ma sens.

Ja kochałam mojego męża, pewnie zawsze będę coś do niego czuć...ale nie pozwolę, zeby mnie zniszczył, bo zamiast żyć przy nim umierałam każdego dnia. Czułam się gorsza od jego sióstr, bo ich życiem, zdrowiem, problemami, pracą się interesował..moim nie. Był na każde ich wezwanie, jak służący, nigdy ich nie krytykował, mnie zawsze. Z nich był dumny, we mnie potępiał każdą próbę rozwoju. Zresztą po tym jak się wyprowadziłam poczułam na własnej skórze, dobitnie, czarno na białym ile był wart dla niego ten związek. Taką zrobiła kalkulacje.

Teraz mam taki plan, ze zajmuje się sobą, dużo rozmawiam z rodzina o tym co się wydarzyło i układam sobie w głowie to wszystko. Nie wykonuje żadnych gwałtownych ruchów, nie mam na to jeszcze dość siły. Pozatym myślę sobie, ze zawsze zdążę złożyć dokumenty rozwodowe. Tobie radzę tak samo, chodź do pracy, rób coś dobrego do jedzenia (coś co lubisz najbardziej), oglądaj filmy które lubisz, wyjdź na  piwo z kolega, jeśli stać cie na to pojedź gdzieś. Korzystaj z życia, chwile które mijają już nie wrócą, a te które przychodzą mogą wyglądać tak jak chcemy.

Nie poddawaj się nie jesteś sam.

81

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witaj Luiza83,

Ja to jednak miałem jazdy na maksa chyba.. doszedłem do wniosku, że mój związek to był toksyczny trójkąt z nieodciętą pępowiną i na dokładkę żona jedynaczka. Bajkowe marzenie o szczęśliwym związku... masakra.

Po tej całej awanturze i pierwszym spotkaniu ugodowym, przyszedł taki moment załamania u mnie i wściekłości do siebie za to, że rzuciłem "mięsem" podczas kłótni. Byłem zły na siebie, że tak postąpiłem wobec żony i przy okazji rykoszetem dostało się teściowej zahaczając przy okazji odłamkami w stronę teścia.
Opieprzałem w głębi duszy siebie samego na zasadzie takiej, że coś ty chłopie najlepszego zrobił żonie i swojemu małżeństwu? Ona za tobą świata nie widziała, szalała i kochała jak (niby) nikogo dotąd a ty ją tak "zjechałeś".
Ale potem zacząłem to wszystko na chłodno analizować i drążyć temat "po nitce do kłębka", by dojść co spowodowało całą awanturę. czy to ja, czy też może ona z mamą popełniły błąd i stało jak się stało.

Zacząłem się doszukiwać problemu w tym, że żona od samego początku znajomości wszelkie sprawy uzgadniała z mamą.
A to wyjazdy do ich rodzinki, a to jakieś tam ważniejsze wyjazdy czy wypady za miasto. Coś mi nie grało w tym, że ja mam być w tempie ekspresowym w domu, "bo jedziemy do rodzinki i ty tez tam musisz być". Ale z drugiej strony w porządku, chcą się mną pochwalić, jakiego to faceta znalazła sobie córunia, chcą bym poznał Ich rodzinę, bo może będę mężem itd.

Wypad na weekend we dwoje - ustala z mamą, wyjazd na wakacje - ustala z mamą. I taka chwila refleksji, co jest grane, pyta się mamy czy z chłopakiem może wyjść z domu?? Za późno (w okresie zimowym) nawet nie można wracać czy też ona nie może wrócić do domu, bo już mamcia bombarduje telefonami - na smyczy jest czy co? D
orosła kobieta a matka ją traktuje jak nastolatkę. Wyjazd na wakacje no to ok, uzgadnia z mamą termin, bo teściowa siedzi z mężem można by rzec, że na drugim końcu Polski i pustego domu z psem bez opieki żona nie zostawi.

No i dochodzi do tego wyjątkowego dnia w życiu. No to siup i ślub.
A po ślubie zwrot akcji w zachowaniu żony względem mnie. Przed byłem ten pierwszy i najważniejszy a po tym wydarzeniu "zabawka" się znudziła i idzie w odstawkę.
Z wielkiej miłości żony zaczyna wychodzić dyktatura z oparami miłości w tle, teściowa ważniejsza ode mnie, a ja jestem w tym małżeństwie trybikiem w machinie od wykonywania poleceń, przynoszenia kasy do domu "na stół" i siedzieć cicho pod miotłą.
Jak coś uzgodnić z żoną, nawet na drodze kompromisu, to po pierwsze pada odpowiedź: idz do mamy i z nią pogadaj co robić; a rozwiązanie sprawy z żoną poprzez rozmowę i znalezieniem w tym jakiegoś kompromisu, to rozwiązanie z jej strony opierało się tylko i wyłącznie na jednym magicznym słowie NIE. Nie, bo będzie tak jak ona chce i koniec gadki.
Reszta spraw jest w moim opisie.
I tu nagle olśnienie... to ma być małżeństwo, partnerstwo w związku i rozwiązywanie wszelkich spraw we dwoje? Do czego mi w tym teściowa potrzebna. One dwie grają a ja mam pod to tańczyć?
No to pora z tym skończyć, przemówić do rozsądku swoim "dziewczynom" i wybuchła awantura.
A po awanturze przyjeżdżam się pogodzić i konflikt zażegnać a tu żadnej rozmowy nie będzie, żona stwierdziła, że z nami koniec, manatki swoje masz spakowane i wypad z domu.
Zobaczyłem że rozmowa nie daje żadnego rezultatu, nie ma mowy bym został i zażegnać z czasem spór, żona chce rozwodu, więc ok. Zabiorę część rzeczy, by przynajmniej mieć w czym chodzić a po resztę przyjadę innym razem.

Żonie emocje opadną i może życie wróci do normy. Ale przez toksyczną teściową to raczej żona tak szybko nie ochłonie.
Zacząłem szperać na necie na temat toksycznych związków, tam mnie odsyłają na tematykę nieodciętej pępowiny i natrafiłem w wyszukiwarce na Twój artykuł. Czytam i oczom nie wierzę. Wypisz wymaluj prawie identyczny scenariusz jak u mnie.
Post za postem coraz bardziej mi oczy otwiera na skalę problemu, pojawiają się cenne porady i wskazówki jak dalej działać w mojej sprawie. No to do dzieła.

Drugie podejście ugodowe i na niej "powtórka z rozrywki". Czerwone światełko w oczach i znak, że żonę trzeba wyrwać ze szponów zaborczej teściowej poprzez rozwód i sądownie poddać się terapii. Zmykam do domu, przygotuję się do sprawy rozwodowej i za jakiś czas wrócę powiedzieć żonie ostatnie zdanie i zabrać pozostałe rzeczy.

Nomen omen dzisiaj to zrobiłem - definitywnie się wyprowadziłem, z żoną rozmawiam i mówię, że mam do niej mimo wszystko wielki żal, że mnie wyrzuciła z domu jak faceta co zdradził a tego nie zrobiłem i ja na jej miejscu nigdy bym tak nie postąpił; nie zamierza i nie zamierzała nawet porozmawiać i poszukać rozwiązania sporu; zakochana  po uszy byłaś do ślubu, słodziłaś na każdym kroku, wierciłaś dziurę w brzuchu o dziecko, bo ono nas bardziej zbliży a jaka jesteś teraz???; nigdy się dla Ciebie nie liczyłem po ślubie i w tym miało być jeszcze dziecko??, zawsze byłem ten drugi albo na szarym końcu w rodzinie a tak nie powinno młode małżeństwo wyglądać mimo mieszkania z rodziną/teściami a dla niej tylko się liczy kasa i jej rodzina i jej/ich potrzeby.
Na co za każdym razem żona odpowiada ripostą, że ja się we wszystkim stawiałem, nie chciałem robić i kasy dawałem od siebie. Na co ja odpieram ataki, że stawiałem się byś mnie wreszcie zaczęła dostrzegać że też tu jestem, bo byłem dla was nikim, ani mężem ani partnerem w rodzinie i uważasz, że to jest w porządku? Tak się zachowują osoby w małżeństwie?   
No to zmian płyty u żony i riposty na wszystko w skrócie pt. kasa i życie, kasa i życie i tak na okrągło.
Z domu się nie ruszy bo ma rentę i to jej wystarczy a ja - jej zdaniem - jestem sknera i kasy nie daję.

Noooo, to żonie całkiem rozum odebrało, teściowa jej niezłe pranie mózgu zrobiła, pazerność na forsę i dyktatura w małżeństwie promieniuje z niej mocniej niż Czarnobyl swego czasu, więc pora brać nogi za pas i zwiewać ogniem jak najdalej on nich i z tego zadupia.
Jak po dniu matki "wróciłem" do dawnej codzienności sprzed ślubu, odgrzałem stare znajomości, korzystam z życia całymi garściami, pełen "luz blues i orzeszki", więcej kasy dla siebie i swoje zachcianki. Zabrałem się za "remont" spustoszenia w psychice po tym rewelacyjnym i pełnym miłości związku. Jak zacząłem przerabiać na spokojnie pogrzeb swojego małżeństwa, tak od dzisiaj wyleczyłem się z tego całkiem, przeszedłem na śmiechoterapię i ryję w głos jak mogę z wszelkich występów i tekstów żony jakie pamiętam.

Bez uderzenia głową w coś twardego "barankiem z przytupem" i chęci dalszej walki o żonę po dzisiejszym spotkaniu wybiły mi się same z głowy. Takiego strupa na 4 literach "taszczyłem" na plecach przez 3 lata i miałem jakieś futurystyczne mrzonki, że może mam jeszcze szansę uratować żonę z tej patologii i zawalczyć o normalne małżeństwo. Z trudem wytrzymałem prawie rok od ślubu a tak miałbym mieć całe życie??? O nie! 

Większość odpowiedzi na Twoje pytania znajdziesz w Swoim artykule i wypowiedziach osób. Tu jest ewidentna wina obu stron, bez rozgraniczania kto mniej czy bardziej winny. Wyszukałem gdzieś w necie takie teksty i może to też Tobie i Wam drodzy internauci da do myślenia:

Dochodzę do wniosku, że jesteś osobą, która trzyma się matczynej spódnicy a wynika to z Twojego wygodnictwa. Chcesz mieszkać w rodzinnym domu, bo masz tu wszystko do czego przywykłaś, a dorosłość wiąże się dla Ciebie tylko z tym, że masz przy sobie swojego ukochanego męża, swojego mężczyznę,.
Dla mnie małżeństwo dwojga ludzi  to partnerstwo, czyli równe prawa, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej. Nie ma co sie oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku. Szkoda niszczyć w taki sposób nasze małżeństwo. sad

Ty nie potrzebujesz rodziny, którą chciałaś ze mną stworzyć, Ty już MASZ rodzinę. Mamę, ojca, itd. To zamknięty krąg, do którego Ja mogłem wejść, pod warunkiem że całkowicie się do Ciebie i Was dopasuję, najlepiej jak jeszcze zerwę więzi ze swoją rodziną i całkowicie zamknę swoją przestrzeń swobody działania.

W ten sposób udowodniłaś mi, że nic nie znaczę dla Ciebie i być może nigdy nie znaczyłem. Nie słuchałaś mnie, nie chciałaś tak naprawdę być ze mną. To małżeństwo w moim odczuciu nie miało dla Ciebie żadnego znaczenia. Widziałaś jak się meczę, ze to co robisz do niczego dobrego nie prowadziło, ale nie miałaś w tym wszystkim w sobie odrobiny pozytywnych uczuć do mnie, żeby to przerwać. Zawsze wszystko ja robiłem źle, a Ty i Twoja rodzina to świętości. Wy wszyscy nie potrzebujecie nikogo z zewnątrz, nie jesteście ich ciekawi. Interesują Was tylko klony Was samych. Nie widziałem od dawna w tym małżeństwie miejsca dla siebie.

Resztę można dopowiedzieć sobie samemu z własnego doświadczenia...

Nie mam zamiaru się poddać a tym bardziej odbierać sobie życia za taką porażkę życia.
Uwolniłem się z tej toksycznej patologii (co prawda jeszcze rozwód, ale już było nie było mam wolność,) znów dostrzegam radość życia w najmniejszym szczególe, zaglądam na fora w poszukiwaniu i ratowaniu w oparciu o własny przykład - ludzi mających początkową styczność z tym problemem i przede wszystkim patrzę w przyszłość z nadzieją na znalezienie tej nowej i czystej od takich "smakowitych" toksyn miłości.

Dzięki za słowa wsparcia i otuchy z wzajemnością...
Pozdrawiam


Powodzenia.

82

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
bags napisał/a:

Witam,
Czytałem wielokrotnie ?  cały temat, ponieważ mam podobny problem z obecną żoną i teściową, o którym pisze  Autorka  jak również szanowne Internautki, borykające się z tą sytuacją w odwrotnym układzie.
Tak się składa, że ? niestety jeszcze ? jestem w takim małżeństwie od niespełna roku i gdyby nie fakt że jesteśmy 9 m-cy po ślubie konkordatowym dawno bym ten małżeński "grajdołek" roz****.

Przedstawię swój problem.

Poznaliśmy się prawie 3 lata temu, ja z miasta, ona ze wsi (w pełnym tego słowa znaczeniu - zabitej dechami).
Co prawda oboje jesteśmy niepełnosprawnymi osobami, nie mniej jednak ona ma 2 grupę z Zus-u z 500 zł rentą a ja dopiero w tym roku uzyskałem czy też wyrobiłem sobie również 2 gr. z pcpr, gdyż pomimo swojej niepełnosprawności pracuję i funkcjonuję jak normalny człowiek.
Przez cały ten czas naszej znajomości żona siedzi z teściową w "chałupie na dupie", nigdzie nie pracują obie bo żona ma rentę  a teściowa jakieś tam grosze z gospodarki; do ślubu przyjeżdżałem (ponad 30 km) na randki co 4 dni bo tak sobie to ustaliliśmy z żoną by mieć czas dla siebie osobno, mojej pracy (z początku pracowałem po 24h) i dla związku.
I od samego początku  aż do tej wiosny wszystko było jak w bajce. Po pierwszym roku znajomości doszło do zaręczyn;  potem przez cały rok wmawiała mi, że moja luba świata poza mną nie widzi, kocha jak nikogo innego dotąd, że jej poprzedni eks-partnerzy  to mi mogą po zapałki do kiosku latać, wpierała mi z uporem maniaka, że mama trzyma za nas kciuki i dopinguje byśmy byli razem dążąc do małżeństwa. Po prostu miód i mleko lała na uszy, aż się czasem na wymioty zbierało.
Po zaręczynach zaczęła namawiać mnie na dziecko twierdząc, że ono nas do siebie bardziej zbliży, mama marzy o wnuczku(ach) swojej córusi jedynaczki i będzie nam razem lepiej jak w niebie.


I tak też ta ?sielankowa wizja wspólnego życia? wyglądała. Teściowa mnie akceptuje, żona poza mną świata nie widzi, co tam mogłem to na wsi wokół domu pomogłem, by nie wyjść na takiego co to po pracy ma wszystko w d... i tylko obiadek, ciepłe kapcie i przed tv po pracy.

Jak Teście i żona chcieli jechać do swojej rodzinki w odwiedziny to ja miałem najlepiej odrzutowcem przylecieć do domu bo oni beze mnie nie jadą a ja nie mam prawa się sprzeciwić czy mieć coś innego w planie.
Ale jak chciałem zabrać żonę ze sobą i pojechać w odwiedziny w swoje rodzinne strony,  to zdaniem małżonki nie możemy jechać, bo nas nie stać ( a wszystko się tyczyło w jej mniemaniu o moją kasę)
Przez zimę z pomocą żony i teściowej wywalczyłem że pracuję po 12h (jak miałem w umowie) zamiast 24, by spędzać więcej czasu z żoną, wyrobiłem grupę inwalidzką i teraz zobaczyłem o co biega teściowej i żonie skoro tak chętnie pomagały w tych w/w sprawach. Zarabiałem 1200 zł, 200 zabierał kredyt, ponad 400 szło miesięcznie na dojazdy po ślubie do domu żony i ustaliłem z zoną ze 400 dam od siebie na życie bo trzeba mieć coś w zapasie na swoje potrzeby i w razie "w" naprawić auto. więc z czasem zaczęły podkręcać kurek i wyciągać łapę bym dawał więcej.
każdy wie że po pracy człowiek jest zmęczony, nazbierają mu sie jakieś problemy w pracy, chciałby to zostawić za drzwiami po wyjściu z roboty i wypocząć w domu. Wracałem po godzinnej jeździe do domu ok 23, cosik zjeść, ż zoną pogadać i już się robiła 1 w nocy i na powitanie od żony pytanie: jak tam w pracy kochanie??.
Aż pewnego dnia teściowa z zoną się skumały bym wstawał o 7 i mówiąc po wiejsku "szedł w pole robić a one po 4-5h lekkiej pracy są jak przysłowiowa dętka (porobią od śniadania do obiadu i kaplica). W niedzielę nawet żarówki nie można wymienić bo gwint piszczy głośniej niż dzwony w kościele a jakikolwiek czas na swoje sprawy czy tez coś podłubać przy wozie bo się sypie to owszem ale najpierw zrobić wszystko na tip top wokół domu. 

Z  czasem nie wytrzymałem, nerwy puściły i zjechałem z łaciną  z góry na dół cały ten ich "odgórnie ustalony system" życia na wsi. To się obie na mnie obraziły i jak teściowa się przypadkiem dowiedziała od córki, że moje schorzenie niedowładu spastycznego stopy (stopa końskoszpatowa leczona 2 krotnie operacyjnie), lekarze za komuny sklasyfikowali jako dziecięce porażenie mózgowe, choć jak się okazuje niewiele jedno z drugim ma wspólnego, gdyż komplikacje z tym związane i diagnozy lekarzy specjalistów nie dawały 100% gwarancji że to jest akurat MPD (wcześniej od samego początku znajomości z obecną żoną, teściowa się w ogóle tym zagadnieniem nie interesowała);
A skoro mpd no to zdaniem teściowej porażenie mózgowe facet ma i co za tym idzie jest pier..... bo nerwowy, agresywny i łaciny nie oszczędza. Więc trzeba faceta wyeliminować z rodziny i dawaj żonę nastawić przeciwko mnie.
Po kłótni zaproponowała mi żona z teściową,  bym się "wyprowadził" na tydzień, wszystko sobie przemyślał i wrócił jak będzie już ze mną ok. A żona próbowała udawać ze nic się nie stało, bo jej mamusia jest dobra i wszystko żona ma od niej co chce i jakoś się dogadamy.
A ja twardo stoję przy swoim,  że jadę bo auto wymaga poważnej naprawy, tu mam 15 km do najbliższego sklepu a w mieście 15 min spacerkiem, spakowałem co ważniejsze i "w długą".
Posiedziałem 1,5 tygodnia, auto naprawiłem, temat wojny przemyślałem i poukładałem sobie wszystko i stwierdziłem że wracam się dogadać i jakoś temat wyprostować.
A tu zona i teściowa nie mają o czym gadać bo jestem szurnięty i  z góry stwierdziły jednogłośnie, ze na nic to się moje przepraszanie, wyjaśnianie i całe moje gadanie zda.
Więc ja twardo stałem na spokojnie przy swoim, żonę uprosiłem by zechciała mnie wysłuchać i zacząłem się tłumaczyć jak ten zbity pies czemu tak się stało, że doszło do wojny.
I mówię że górę wzięły nerwy z pracy (wojna w pracy stoi o krok przed sądem pracy), że przez wojnę nie mam teraz życia w pracy, zmęczenie z zapier.. w pracy, jazda w nocy do domu, moje głupie przyzwyczajenia "wyniesione" z domu, ciągłe sprzeczki w domu z żoną i teściową o pierdoły i ich sterowanie mną. a to ubrać mam się tak jak one sobie tego życzą, ścięcie na jeżyka 12mm to były gotowe oczy wydłubać i poćwiartować, bo będą sie wstydzić wśród ludzi ze mną pokazać itd., a poza tym ze wszyscy się zagalopowaliśmy i po ślubie nie było rozmowy we 3 jakie mają oczekiwania wobec mnie, nie przedstawili swojego stylu życia i zasad panujących u nich w domu bo wg mnie doszło do zderzenia 2 światów miejskiego i wiejskiego a ja z doskoku mam na pstryknięcie palcami wszystko wiedzieć i się znać.
A teściowa z żoną twardo, że moje tłumaczenia to dziecinada bo przyjeżdżałem co 4 dni i widziałem jak sie żyje na wsi, byliśmy ze sobą 2 lata do ślubu więc nie pier... zięciu takich farmazonów ze nie wiedziałeś na co się decydujesz. a poza tym masz mpd więc jesteś pier... i żadne tłumaczenia czy też wyjaśnienia do nas nie docierają. spier... wszystko i teraz my się zastanowimy co dalej i być może do zobaczenia w sądzie na rozwodzie. a powołując sie na podany artykuł o toksycznej teściowej i trójkącie małżeńskim zona stwierdziła że oczyściłem się jak łza ze wszystkiego. jednym słowem ktoś na nas pluje a one twierdzą zgodnie że deszcz pada.
więc sie zastanawiałem się potem długo nad tym,  czym zawiniłem skoro nie dopuściłem się ciężkiego grzechu zdrady itp. względem ślubu kościelnego a za sprzeczkę, która jest praktycznie na porządku dziennym w małżeństwie już teściowa nastawiła zonę na rozwód bo jestem psychicznie chory poprzez powiązanie z MPD i niby to ukryłem przed ślubem. A tym bardziej że to jest rewelacyjny toksyczny przykład trójkąta małżeńskiego. Ślub z teściową ?gratis? by miał kto mieszać młodym w małżeństwie na starcie.
Wszelkie próby by jakoś dotrzeć do żony i uświadomić jej, że najwyższa pora odciąć pępowinę i zacząć układać życie razem we dwoje, a nie we troje; że to w końcu mi ślubowała przed ołtarzem, a nie mamie, ze całe życie z mamusią za rączkę nie będzie chodzić, ze pora wreszcie dojrzeć i wziąć sprawy w swoje ręce niestety mówiąc potocznie  ?spaliły na panewce?.
Zabrać żonę z okowów zaborczej mamusi to z pozoru byłby nie problem, tylko że żona bez mamusi świata nie widzi i jej samej nie zostawi.

Problem w tym wszystkim jest taki, że one obie nie widzą tego problemu toksycznego trójkąta i jestem już bezsilny, nie wiem w jaki sposób dotrzeć do żony i otworzyć jej zamydlone przez teściową a jej matkę oczy. Wielce są obie na mnie obrażone.
I doszło do tego, że teściowa nastawiła żonę przeciwko mnie do tego stopnia, że żona nie widzi innego rozwiązania jak tylko
i wyłącznie rozwód bo ja jestem szurnięty delikatnie mówiąc. Zdaniem żony  ?domagam? się o niej by zerwała wszelkie kontakty spaliła mosty ze swoją mamą, bo teraz staliśmy się małżeństwem i życie we dwoje ma być ? z jej punktu widzenia
w takiej formie.
Jak zaproponowałem byśmy we dwoje poszli na terapię małżeńską, to z całą stanowczością twierdzi, że ona nie ma po co iść bo mamusia jest cacy tylko ja mam nie po kolei w głowie. Ręce opadają i nie wiem co robić a rozwód przez takie coś to jakaś paranoja.

Szkoda czasu i miejsca by się rozpisywać i rozwijać dalej ten wątek z początku mojego postu, ale mogę powiedzieć tyle, że do samego końca walczyłem o małżeństwo i żonę z klasą (drugie podejście ugodowe 26.05.br.) a w podziękowaniu za kwiaty dla teściowej z okazji dnia matki to mogłem je sobie włożyć w d... uznając że moje małżeństwo to nic innego jako toksyczny trójkąt. Z dalszych rozmów z żoną wywnioskowałem jedno, że jak dziecku (czytaj żonie) zabrałem jej łopatkę z piaskownicy- do umycia:) - to tym sposobem podpisałem na siebie wyrok śmierci. Za dosłownie pierdołę nic nie znaczącą dla istoty awantury nasza miłość i wszystko co się tyczyło małżeństwa w jej mniemaniu przestało istnieć, powołując się na stwierdzenie mamuni, że jestem... .
Żałuję z tego wszystkiego zmarnowanych 3 lat związku, że dałem się wmanipulować - zasłodzony i z zamydlonymi oczami przez żonę - w ślub kościelny. Słodziła mi przez praktycznie 3 lata - od samego początku związku - do tego stopnia, że bez diagnozy lekarskiej nabawiłem się najcięższego przypadku cukrzycy.
Ale za to Bogu dziękuję, że nie ma z tego związku dziecka i w porę się z tego otrząsnąłem - sznur na szyi coraz bardziej się zacieśniał ciągany przez żonę i teściową - i zwiałem z tego bagna.
Ratowałem małżeństwo zupełnie bez sensu. Dla idei ślubu kościelnego, która dla mnie tak wiele znaczy i w efekcie poszedłbym na dno jak Titanic.

Ochłonąłem po tym wszystkim, zastosowałem się do Waszych ? nie da się ukryć że na pierwszy rzut okiem cennych - wskazówek, by się wyprowadzić całkiem od żony i teściowej i po tych 2 nieudanych podejściach ugodowych nie wracać,
tylko czekać na ruch z Ich strony. A nuż żona przejrzy na oczy, dojdzie do jakiegoś spięcia na linii córka ? mama z powodu rozsypki jej małżeństwa i wróci z podkulonym ogonem do mnie, chcąc przeprosić się za wszystko.

Tylko sytuacja jest teraz mocno zakręcona.
Ja czekam na ich ruch, do sądu na razie nie startuję, bo nie widzę powodu by rozwalać małżeństwo za taką awanturę a skoro same się odgrażają rozwodem i cała wielka miłość żony do mnie zgasła, więc przyjąłem taktykę że czekam spokojnie na zaproszenie do sądu i pozew.

Naczytałem się sporo z neta o tej toksycznej tematyce nieodciętej pępowiny, zaliczyłem wizytę u psychologa ? skoro żona nie chce iść to sam poszedłem by się przekonać czy może faktycznie ze mną jest coś ?nie teges?, czy raczej z żoną... i ewidentnie wyszło na winę żony ? i tak jak szanowne Internautki z tego portalu zalecają, to owszem do żony mogę wrócić, ale nie do jej rodzinnego domu tylko własnego lokum. A tu się obawiam, że żona na taki układ nie pójdzie.

I teraz pozostaje pytanie co dalej robić??
Ja się odsunąłem w cień, milczę i czekam na rozwój wydarzeń, a druga strona również milczy i pewnie czeka, że znowu przyjdę się ?podlizywać? i przepraszać jak zbity pies za to co zwojowałem, by mieć ze mnie pożywkę i ubaw na zasadzie walczącego faceta z wiatrakami, które się rozsypały i nic już nie zostało (z małżeństwa i miłości zdaniem partnerki).

przeczytałam dokładnie analizując i coś o tym wiem na szczęście nie z własnego doświadczenia tylko z mojej mamy. Moja mama miała diabla nie teściową więc dobrze że się smaży tam na dole cieszy się nie tylko z tego powodu rodzina ale i całe miasto. Jedynie mąż mojej mamy jest w żałobie bo on z nią trzymał a jest tak samo chory psychicznie jak jego matka. Moja mama jest super ładna zaradna bo utrzymywała mnie brata i zakichanego męża (nie nazywam go tatą bo nie zasługuje na to) i teraz on ma ją gdzieś i jeszcze dogryza, a ona nie chce uciec ;/. Powiem Ci że każde nawet najmniejsze rozstanie jest ciężkie (bo nawet ja po miesiącu szalonej miłości cierpiałam 2 lata). Jedynie co mogę Ci powiedzieć to wspaniale robisz że czekach na jej ruch, tylko czy na pewno nie lepiej uwolnić się od tego raz na zawsze. Przyznać jej rację z rozwodem podać rękę i powiedzieć żegnaj. Jesteś jednym z nielicznych przypadków fajnych facetów więc znalezienie innej wartej Ciebie nie powinno być ciężkie. Każdy musi powiedzieć sobie kiedyś dość. Polecam książki Paulo Coelho "jedenaście minut" "zahir". Pomogły mi po toksycznym związku który prawie zrujnował mi życie. cytat z książki paul'a -" kiedy sięgniesz dna, dostaniesz wszystko". Kiedy rozwodnik który starał się o mnie ponad rok czasu, uległam... byłam z nim i po tyg bycia z nim zdradzał mnie z 2 innymi, gdzie nie dość że w rodzinnym miasteczku straciłam szacunek u ludzi to i jego była żona nie dawała mi żyć. Upadłam na dno piłam straciłam prace przez kaca itd. A teraz po wielu latach kiedy go widzę kpię z niego bo niczego w życiu nie osiągną a ja jestem 9 lat mlodsza pracuję na stanowisku i ciągle nowe to sukcesy. choć wiele łez i lat upłynęło. Zycie ciągle daje nam nowe wyzwania. może nigdy nie spotkamy odpowiedniej 2 polówki a możne jutro odnajdziemy ją trzeba myśleć co możemy dziś zrobić dla siebie bo użalając się nad sobą nikogo nie przyciągniemy nawet byłych partnerów. Zacząć nowy rozdział w życiu.

83

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Przeczytałam ten wątek, bo dotyczy rzeczy, przez które przechodzi bliska mi osoba. Smutne to wszystko, człowiekowi wydaje się, że jest z bratnią duszą, że zawsze możliwy jest kompromis, ale niestety. Luizo, jak mają się sprawy u Ciebie? Mieszkacie oddzielnie? Nadal jesteście małżeństwem? Jak Ci się żyje?

84

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Ja tez juz pisalam na forum w sprawie tesciowej. Rowniez u mnie sprawa wyglada podobnie. Wszystko musi byc jak chce tesciowa, nie ma mowy o sprzeciwach  bo jest tylko niepotrzebna klotnia.
Powiedzcie mi czy ja jako synowa mam w koncu prawo sprzeciwic sie tesciowej? Nie zeby jej ublizyc czy cokolwiek. Tylko powiedziec ze sie z tym np. nie zgadzam i jestem innego zdania? Jak do tej pory balam sie powiedziec cokolwiek bo zle sie to konczylo i tylko dwa razy odwazylam sie jej sprzeciwic, a chodzilo tutaj o moje zycie. Czy moze jako synowa jestem zmuszona akceptowac jej widzimisie, dopasowywac sie jej i zawsze przytakiwac?
Juz sama nie wiem. Ona jest tego zdania ze to ona jest szefem i nikt nie ma prawa jej sie sprzeciwiac. Czy to naprawde powinno tak wygladac a ja powinnam trzymac jezyk za zebami? Jej syn po raz pierwszy jej sie sprzeciwil a w sumie to moze nawet sie nie sprzeciwil tylko w koncu mnie obronil gdy ona zaczela wrecz wariowac bo nie zgodzilam sie z tym co powiedziala. Tak zawsze jej przytakiwal, zawsze bylo jak mama chce i ja robilam to samo. Nawet gdy wbijala mi szpileczki siedzialam cicho. Bo to przeciez ona ma racje i to jej zycie jest idealne i do nasladowania.... sad
Nie mam zamiaru jej krytykowac, ale wlasne zdanie chyba powinnam miec? Syn jej unika, nie chce dyskusji....  Co o tym sadzicie.
Dziekuje i pozdrawiam...

85 Ostatnio edytowany przez malami136 (2013-12-18 17:46:43)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
Luiza83 napisał/a:

Wczoraj napisałam smsa do męża, nie dlatego ze zmiękłam, ale ktoś musi wziąć odpowiedzialność za nasze małżeństwo, ktoś musi posunąć sprawy do przodu, a na tego tchórza nie można liczyć.
Zatem napisałam, ze proponuje spotkanie, zeby zdecydować co dalej robimy. Na co on odpisał, to ty podejmujesz decyzje, ty się wyprowadziłam, więc decyduj dalej, dalej napisał, ze jest na wyjeździe (czyli wyjazd z tatusiem i mamusia) jak wróci to możemy się spotkać. Dalej zaczął pisać, żebym wszystkim powiedziałam o tym jak ja się zachowuje, o moim zachowaniu, kiedy były jego siostry o ty, ze późno wróciłam z pracy (ok 20 po awanturze za to ze przy teściowej powiedziałam ze trzeba zatankować), tym go sprowokowałam dlatego kazał mi spier... to była moja wina. ZE to ze on mnie nie szanuje to są jakieś moje insynuacje (jaki dobór słów, najgorzej jak ktoś używa słów których nie rozumie). Wszyscy otoczyli mnie ogromną opieką, odnosili się do mnie z szacunkiem, ale ja nadszarpnęłam ten szacunek, i on sobie nie pozwoli na takie traktowania:)Wczoraj zrozumiałam, ze miedzy nami nie ma już nici porozumienia, pisze mu ze czułam się zle w jego domu, a on swoim zachowaniem nie ułatwiał mi niczego, ze nie chce tam mieszkać, ze nie można od tego uzależniać być albo nie być małżeństwa, ze inni ludzie nie maja nic i radzą sobie, bo się kochają. A on dalej swoje, ze docenię mieszkanie u niego, kiedyś zrozumiem jakie to było cudowne itd. Nic nie wynikło, z tej wymiany zdań.Tylko nie przespana noc, i ogromna niemoc.
Poczułam się tak jakbym przekonywała cały świat, ze mam prawo do swojego zdania.

Jakbym czytała swoją historię. A to "cześć" siostrze nie powiedziałam, tzn. powiedziałąm ale za cicho....
A to do mamusi szacunku nie mam, bo nie chciało mi się z nią 100 raz na Skype rozmawiać jednego dnia.....
I generalnie to wszystko jest moja wina, oni byli dla mnie tacy dobrzy, a ja takaaa zła,
męża też miałam najlepszego na świecie. U niego w domu to jest niebo, tylko ja mam nierówno pod kopułą i sobie
coś wiecznie wymyślałam. I to nic, że nie ułatwiał mi tam pobytu, bo sama sobie na to zasłużyłam. Generalnie to wszystko moja wina o_O
A teściowa to jest taka dobra, do rany przyłóż. Bo jak inaczej. Tylko ja jestem zła.

Doskonale Cię rozumiem.
Współczuję. To jest mafia.
I marne pocieszenie, że nie masz dziecka.
Mój mężuś do dnia dzisiejszego nie dał nam grosza (mimo, że alimenty zasadzone).
Dlaczego? Bo mamusia nie kazała.

Nie wiem, co Ci radzić. Naprawde sytuacja bardzo podobna do mojej. Rodzina pana męża jest najważniejsza.
I ja już wiem, ze u mnie tez  zadne rozmowy nie pomogły.
Ale wiadomo kazda historia jest inna, może Twój mąż się jeszcze ogarnie.

Czego zycze Ci z calego serca :*

Ps. Dopiero zauważyłąm, że to jest stary wątek.

Luizo, co u Ciebie?

86

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć tych starych rur co to niszczą życie własnych dzieci. No nie pojmuję yikes. Dodam że jestem podwójnym teściem i nigdy nie wpieprzam się do tego co robią młodzi. Lotto mi to.
A może jakaś się tu teściówka wypowie ?

87

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam wszystkich po długiej przerwie:) Chciałam bardzo serdecznie podziękować za wsparcie jakie dostałam na tym forum.
Na zakończenie wątku dla zainteresowanych powiem, że mimo dwuletniej separacji, wielu rozmów i spotkań nie udało się uratować mojego małżeństwa.  Od kilku dni jestem rozwódką. Czuję porażkę że to małżeństwo nie wyszło, ale jednocześnie ulgę że jest już po wszystkim. Cieszę się że jestem wolna od tej chorej rodziny. Ktokolwiek miał wątpliwości co do tego czy mój mąż jest emocjonalnie uzależniony od swojej rodziny powiem, że do sądu przyjechał z rodzicami, siostrą i siostrzenica (11 dziewczynka, ciekawe w jakim celu jej to doświadczenie) i adwokatem. Ja byłam z przyjaciółka. A i tak miałam obiekcje czy to potrzebne.
Cała ta chora gromada zrobiła niezłe przedstawienie na korytarzu zaśmiewali się do łez:)
Jak wracam myślami do tych chwil, to mam ochotę leżeć krzyżem w kościele przez tydzień w podziękowaniu, za to że nie miałam z NIMI dzieci (bo przecież to nie byłyby dzieci moje i męża).
Dziękuję i życzę wszystkim powodzenia....walczcie o swoją godność ja mam odczucie że zrobiłam to za późno. Ale lepiej późno niż wcale. Porażka dopiero byłoby żyć w czymś takim.

Posty [ 66 do 88 z 88 ]

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026