Witaj Luiza83,
Ja to jednak miałem jazdy na maksa chyba.. doszedłem do wniosku, że mój związek to był toksyczny trójkąt z nieodciętą pępowiną i na dokładkę żona jedynaczka. Bajkowe marzenie o szczęśliwym związku... masakra.
Po tej całej awanturze i pierwszym spotkaniu ugodowym, przyszedł taki moment załamania u mnie i wściekłości do siebie za to, że rzuciłem "mięsem" podczas kłótni. Byłem zły na siebie, że tak postąpiłem wobec żony i przy okazji rykoszetem dostało się teściowej zahaczając przy okazji odłamkami w stronę teścia.
Opieprzałem w głębi duszy siebie samego na zasadzie takiej, że coś ty chłopie najlepszego zrobił żonie i swojemu małżeństwu? Ona za tobą świata nie widziała, szalała i kochała jak (niby) nikogo dotąd a ty ją tak "zjechałeś".
Ale potem zacząłem to wszystko na chłodno analizować i drążyć temat "po nitce do kłębka", by dojść co spowodowało całą awanturę. czy to ja, czy też może ona z mamą popełniły błąd i stało jak się stało.
Zacząłem się doszukiwać problemu w tym, że żona od samego początku znajomości wszelkie sprawy uzgadniała z mamą.
A to wyjazdy do ich rodzinki, a to jakieś tam ważniejsze wyjazdy czy wypady za miasto. Coś mi nie grało w tym, że ja mam być w tempie ekspresowym w domu, "bo jedziemy do rodzinki i ty tez tam musisz być". Ale z drugiej strony w porządku, chcą się mną pochwalić, jakiego to faceta znalazła sobie córunia, chcą bym poznał Ich rodzinę, bo może będę mężem itd.
Wypad na weekend we dwoje - ustala z mamą, wyjazd na wakacje - ustala z mamą. I taka chwila refleksji, co jest grane, pyta się mamy czy z chłopakiem może wyjść z domu?? Za późno (w okresie zimowym) nawet nie można wracać czy też ona nie może wrócić do domu, bo już mamcia bombarduje telefonami - na smyczy jest czy co? D
orosła kobieta a matka ją traktuje jak nastolatkę. Wyjazd na wakacje no to ok, uzgadnia z mamą termin, bo teściowa siedzi z mężem można by rzec, że na drugim końcu Polski i pustego domu z psem bez opieki żona nie zostawi.
No i dochodzi do tego wyjątkowego dnia w życiu. No to siup i ślub.
A po ślubie zwrot akcji w zachowaniu żony względem mnie. Przed byłem ten pierwszy i najważniejszy a po tym wydarzeniu "zabawka" się znudziła i idzie w odstawkę.
Z wielkiej miłości żony zaczyna wychodzić dyktatura z oparami miłości w tle, teściowa ważniejsza ode mnie, a ja jestem w tym małżeństwie trybikiem w machinie od wykonywania poleceń, przynoszenia kasy do domu "na stół" i siedzieć cicho pod miotłą.
Jak coś uzgodnić z żoną, nawet na drodze kompromisu, to po pierwsze pada odpowiedź: idz do mamy i z nią pogadaj co robić; a rozwiązanie sprawy z żoną poprzez rozmowę i znalezieniem w tym jakiegoś kompromisu, to rozwiązanie z jej strony opierało się tylko i wyłącznie na jednym magicznym słowie NIE. Nie, bo będzie tak jak ona chce i koniec gadki.
Reszta spraw jest w moim opisie.
I tu nagle olśnienie... to ma być małżeństwo, partnerstwo w związku i rozwiązywanie wszelkich spraw we dwoje? Do czego mi w tym teściowa potrzebna. One dwie grają a ja mam pod to tańczyć?
No to pora z tym skończyć, przemówić do rozsądku swoim "dziewczynom" i wybuchła awantura.
A po awanturze przyjeżdżam się pogodzić i konflikt zażegnać a tu żadnej rozmowy nie będzie, żona stwierdziła, że z nami koniec, manatki swoje masz spakowane i wypad z domu.
Zobaczyłem że rozmowa nie daje żadnego rezultatu, nie ma mowy bym został i zażegnać z czasem spór, żona chce rozwodu, więc ok. Zabiorę część rzeczy, by przynajmniej mieć w czym chodzić a po resztę przyjadę innym razem.
Żonie emocje opadną i może życie wróci do normy. Ale przez toksyczną teściową to raczej żona tak szybko nie ochłonie.
Zacząłem szperać na necie na temat toksycznych związków, tam mnie odsyłają na tematykę nieodciętej pępowiny i natrafiłem w wyszukiwarce na Twój artykuł. Czytam i oczom nie wierzę. Wypisz wymaluj prawie identyczny scenariusz jak u mnie.
Post za postem coraz bardziej mi oczy otwiera na skalę problemu, pojawiają się cenne porady i wskazówki jak dalej działać w mojej sprawie. No to do dzieła.
Drugie podejście ugodowe i na niej "powtórka z rozrywki". Czerwone światełko w oczach i znak, że żonę trzeba wyrwać ze szponów zaborczej teściowej poprzez rozwód i sądownie poddać się terapii. Zmykam do domu, przygotuję się do sprawy rozwodowej i za jakiś czas wrócę powiedzieć żonie ostatnie zdanie i zabrać pozostałe rzeczy.
Nomen omen dzisiaj to zrobiłem - definitywnie się wyprowadziłem, z żoną rozmawiam i mówię, że mam do niej mimo wszystko wielki żal, że mnie wyrzuciła z domu jak faceta co zdradził a tego nie zrobiłem i ja na jej miejscu nigdy bym tak nie postąpił; nie zamierza i nie zamierzała nawet porozmawiać i poszukać rozwiązania sporu; zakochana po uszy byłaś do ślubu, słodziłaś na każdym kroku, wierciłaś dziurę w brzuchu o dziecko, bo ono nas bardziej zbliży a jaka jesteś teraz???; nigdy się dla Ciebie nie liczyłem po ślubie i w tym miało być jeszcze dziecko??, zawsze byłem ten drugi albo na szarym końcu w rodzinie a tak nie powinno młode małżeństwo wyglądać mimo mieszkania z rodziną/teściami a dla niej tylko się liczy kasa i jej rodzina i jej/ich potrzeby.
Na co za każdym razem żona odpowiada ripostą, że ja się we wszystkim stawiałem, nie chciałem robić i kasy dawałem od siebie. Na co ja odpieram ataki, że stawiałem się byś mnie wreszcie zaczęła dostrzegać że też tu jestem, bo byłem dla was nikim, ani mężem ani partnerem w rodzinie i uważasz, że to jest w porządku? Tak się zachowują osoby w małżeństwie?
No to zmian płyty u żony i riposty na wszystko w skrócie pt. kasa i życie, kasa i życie i tak na okrągło.
Z domu się nie ruszy bo ma rentę i to jej wystarczy a ja - jej zdaniem - jestem sknera i kasy nie daję.
Noooo, to żonie całkiem rozum odebrało, teściowa jej niezłe pranie mózgu zrobiła, pazerność na forsę i dyktatura w małżeństwie promieniuje z niej mocniej niż Czarnobyl swego czasu, więc pora brać nogi za pas i zwiewać ogniem jak najdalej on nich i z tego zadupia.
Jak po dniu matki "wróciłem" do dawnej codzienności sprzed ślubu, odgrzałem stare znajomości, korzystam z życia całymi garściami, pełen "luz blues i orzeszki", więcej kasy dla siebie i swoje zachcianki. Zabrałem się za "remont" spustoszenia w psychice po tym rewelacyjnym i pełnym miłości związku. Jak zacząłem przerabiać na spokojnie pogrzeb swojego małżeństwa, tak od dzisiaj wyleczyłem się z tego całkiem, przeszedłem na śmiechoterapię i ryję w głos jak mogę z wszelkich występów i tekstów żony jakie pamiętam.
Bez uderzenia głową w coś twardego "barankiem z przytupem" i chęci dalszej walki o żonę po dzisiejszym spotkaniu wybiły mi się same z głowy. Takiego strupa na 4 literach "taszczyłem" na plecach przez 3 lata i miałem jakieś futurystyczne mrzonki, że może mam jeszcze szansę uratować żonę z tej patologii i zawalczyć o normalne małżeństwo. Z trudem wytrzymałem prawie rok od ślubu a tak miałbym mieć całe życie??? O nie!
Większość odpowiedzi na Twoje pytania znajdziesz w Swoim artykule i wypowiedziach osób. Tu jest ewidentna wina obu stron, bez rozgraniczania kto mniej czy bardziej winny. Wyszukałem gdzieś w necie takie teksty i może to też Tobie i Wam drodzy internauci da do myślenia:
Dochodzę do wniosku, że jesteś osobą, która trzyma się matczynej spódnicy a wynika to z Twojego wygodnictwa. Chcesz mieszkać w rodzinnym domu, bo masz tu wszystko do czego przywykłaś, a dorosłość wiąże się dla Ciebie tylko z tym, że masz przy sobie swojego ukochanego męża, swojego mężczyznę,.
Dla mnie małżeństwo dwojga ludzi to partnerstwo, czyli równe prawa, jeden drugiemu jest partnerem, wsparciem i pomocą. Chodzi o odrobinę wyrozumiałości, a nie dyktowanie komuś co i jak ma mówić, jak się zachować, ubierać, wyglądać, co robić w każdej chwili, a czego nie.
Piękno w tym, aby pozwolić drugiemu człowiekowi w związku być sobą, realizować się i rozwijać swoje dobre strony, dostrzegać w ukochanej osobie jej ogromny ukryty potencjał i to, co w tej osobie kochamy najbardziej. Nie ma co sie oszukiwać... dyktatura to nie miłość w pełni dojrzała... a już na pewno nie miłość, którą darzy się ukochaną osobę, to skrzywiona 'miłość', ale we własnym kierunku. Szkoda niszczyć w taki sposób nasze małżeństwo. 
Ty nie potrzebujesz rodziny, którą chciałaś ze mną stworzyć, Ty już MASZ rodzinę. Mamę, ojca, itd. To zamknięty krąg, do którego Ja mogłem wejść, pod warunkiem że całkowicie się do Ciebie i Was dopasuję, najlepiej jak jeszcze zerwę więzi ze swoją rodziną i całkowicie zamknę swoją przestrzeń swobody działania.
W ten sposób udowodniłaś mi, że nic nie znaczę dla Ciebie i być może nigdy nie znaczyłem. Nie słuchałaś mnie, nie chciałaś tak naprawdę być ze mną. To małżeństwo w moim odczuciu nie miało dla Ciebie żadnego znaczenia. Widziałaś jak się meczę, ze to co robisz do niczego dobrego nie prowadziło, ale nie miałaś w tym wszystkim w sobie odrobiny pozytywnych uczuć do mnie, żeby to przerwać. Zawsze wszystko ja robiłem źle, a Ty i Twoja rodzina to świętości. Wy wszyscy nie potrzebujecie nikogo z zewnątrz, nie jesteście ich ciekawi. Interesują Was tylko klony Was samych. Nie widziałem od dawna w tym małżeństwie miejsca dla siebie.
Resztę można dopowiedzieć sobie samemu z własnego doświadczenia...
Nie mam zamiaru się poddać a tym bardziej odbierać sobie życia za taką porażkę życia.
Uwolniłem się z tej toksycznej patologii (co prawda jeszcze rozwód, ale już było nie było mam wolność,) znów dostrzegam radość życia w najmniejszym szczególe, zaglądam na fora w poszukiwaniu i ratowaniu w oparciu o własny przykład - ludzi mających początkową styczność z tym problemem i przede wszystkim patrzę w przyszłość z nadzieją na znalezienie tej nowej i czystej od takich "smakowitych" toksyn miłości.
Dzięki za słowa wsparcia i otuchy z wzajemnością...
Pozdrawiam
Powodzenia.