netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Tesciowie... nieodcieta pępowina...

87 odpowiedzi29 125 wyświetleńzałożony przez Luiza83, 13.07.2010

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 65 z 88 ]

1

Temat: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam, proszę o pomoc, poradę cokolwiek..
Jestem mężatka od 2 lat, znamy się z mężem od 9 lat. Wychodząc za niego nigdy nie sądziłam, ze będziemy się kłócić o takie idiotyczne oczywiste sprawy. Nie dawno odeszłam od niego i całej tej chorej sytuacji. Otóż przed ślubem mieliśmy plany kupić działkę i budować dom, zeby oszczędzać na swoje gniazdko zamieszkaliśmy u jego rodziców, oddzielne mieszkanie na poddaszu. Wiadomo dla mnie był i jest to obcy dom, w którym mieszkam z obcymi ludźmi. od samego początku mój maż nie pomagał przetrwać mi tych najgorszych chwil i tak jest do dziś. Zaczął unikać wspólnych wyjazdów do mojego rodzinnego domu, czy tez do rodziny, natomiast gloryfikował swoja. Po wielu koszmarnych kłótniach zaczęłam to zaakceptować, ale w zamian za to ze on też nie będzie mnie zmuszać do wizyt. Ale on jakby był pod jakimś dziwnym wpływem swoich rodziców (oni są jak mafia) w ich towarzyskie wszystko musiało być OK, odwiedziny u rodziny zawsze razem. Kiedy znalazłam tania działkę do kupienia wymyślał 100 sposobów jakby odwieść mnie o tego pomysłu, aż w końcu powiedział, ze on nie zostawi rodziców.
Tygodnie sielanki przeplatały się z tygodniami kłótni, milczenia, słów których nikt nie powinien usłyszeć od ukochanej osoby. Oczywiście przyczyną wszystkich kłótni byłam ja i moje zachowanie. Oczekiwał ode mnie, ze mimo to, ze on nie spotyka się z moja rodzina ja będę lgnęła do jego. Planował wspólne wyjazdy ze swoimi siostrami, na których wogóle nie zwracał na mnie uwagi. Kolejny urlop był z jego rodzicami u rodziny. Ciągle siedziałam sama na tym cholernym pięterku, a on debatował z rodzicami. Ratunku, jak wytłumaczyć tym ludziom i jemu ze to nie jest w porządku ze tak nie można żyć.  Wogóle nie zauważają moich potrzeb. myślą ze dali nam cztery sciany i wszystko juz sie ułoży ze ja powinnam czuc jak ich dzieci i oni. Dla mnie jest to nie go zaakceptowania!!!!
Nikt nie lubi jak ktoś miesza w jego życiu i planach. Próbowałam z nim rozmawiać wielokrotnie, ale nic nie skutkuje za każdym razem kończyło się to słowami, z tobą to jest k.. życie, wszystko ci się nie podoba itd. Zaproponowałam wyprowadzkę, powiedział, ze jak mi się nie podoba to nikt mnie tu nie zatrzymuje, a on się nigdzie nie ruszy. Ostatnio użył jeszcze gorszych słów.
Ostatnia kłótnia była o to, ze w obecności jego mamy stwierdziłam (siedząc w samochodzie w drodze nad jezioro z teściami:) ,ze trzeba zatankować auto, a ona odebrała to jako aluzję, ze ona powinna to zrobić. Ratunku!!!! jak o tym myślę to mnie szlag trafia. Czuje, ze to już koniec nie mam siły na takie życie. Ale mimo wszystko przypominam sobie te dobre chwile i pęka mi serce. To były tylko dwa lata po ślubie, była biała suknia, ślub kościelny...itd Czy on się zmieni, czy ludzie w wieku 32 lat są w stanie zmienić siebie. Czy to możliwe ze pod groźba rozpadu małżeństwa nie odetnie się o tej chorej rodzinki...Nie wiem po co on się oświadczał, jak można planować komuś życie i myśleć ze to będzie dobrze odebrane. A jeszcze na zakończenie w tym roku, też mieliśmy spędzić urlop z teściami:))) Pomocy!!!!

2

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Cześć Luizo:)
Mam ten sam problem z teściową. Trwa on już 14 lat i jak dotychczas nie zmieniłam nic.
Dziś moje małżeństwo stoi na skraju przepaści. Nie mam pojęcia co z tym zrobić.
Zastanawiam się dlaczego kobiety potrafią dorosnąć i odciąć się od rodziców, a mężczyźni - nie.
Przecież tak samo ich kochamy, a może nawet bardziej...wiadomo jak jest z nami i naszymi uczuciami.
...więc w czym tkwi problem??
Opiekujemy się tymi naszymi mężami, prasujemy, gotujemy, sprzątamy, zarabiamy pieniądze...dlaczego więc przegrywamy z teściami??
Moim zdaniem dlatego, że mężczyźni są zbyt wygodni i leniwi...a pobyt u "mamusi" pozwala im uciec od rodziny i na odcięcie się od obowiązków i konieczności dorośnięcia...

Niejednokrotnie rozmawiałam z teściową i mężem - bez rezultatów...
Zrezygnowałam już z własnego życia. Mieszkamy razem, ale osobno...
Wciąż mam nadzieję, że on kiedyś zmądrzeje...

Powodzenia...:)))

PS
Nigdy, przenigdy nie pojechałabym na wspólne wakacje z jego rodzicami...

3

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dziękuję za mądre słowa otuchy, w głębi duszy myślę dokładnie tak samo. co jakieś dwa tygodnie zwijałam się z bólu i w końcu podejmowałam decyzje o wyprowadzce. Podrywałam się do lotu 3 razy. W czwartek 08.07 zabrała wszystkie ważniejsze rzeczy i wyprowadziłam się czwarty raz, z tym ze ten jest już ostatni.
Nawet nie protestował, spytał tylko gdzie teraz pojadę szukać pracy, bo te którą mam pomogli mi znaleźć jego rodzice. Na koniec dodał, żebym pamiętała ze to moja decyzja. Cholerny tchórz nawet nie potrafi przyznać się do  porażki, tylko próbuje cała winę zrzucić na mnie.

Przez te dwa lata słuchałam tylko, ze ciągle mu się stawiam, ze wszystko mi się nie podoba, ale co mnie miało się tam podobać, czy ładne mieszkanie wynagrodzi miłość i wsparcie. On nawet raz nie spróbował znaleźć się w mojej sytuacji, przecież on mnie ściągnął do tego domu podstępem. A oni mu w tym pomogli.
Uzależnili syna od siebie, miał samochód do dyspozycji , załatwili mu prace na miejscu, dokładali jak brakowało pieniędzy. Oni boją się ze on ich zostawi a oni nie dadzą sobie bez niego rady. Moja teściowa to typowa zona męża, jak jego zabraknie ona nawet w piecu nie napali. Kiedyś próbowałam z nimi porozmawiać ale teść stwierdził, żebyśmy sami załatwiali swoje sprawy, jak nam nie wychodzi to lepiej rozstać się teraz niż jak będą dzieci, na co ja powiedziałam ze chciałabym się wyprowadzić spróbować na neutralnym gruncie. Na co oni się oburzyli i stwierdzili, ze skoro tu nam się nie układa to gdzie indziej tez się nie ułoży. teściowa z wyrzutem powiedziała, że przecież my ciebie nie krzywdzimy.
Oni nawet mówią wszyscy troje o sobie nawzajem w trzeciej osobie. Święta trójca!!!! Teściowa powiedziała, ze to za małe problemy, ze szkoda pieniędzy na wesele. Nikt nawet nie powiedział słowa układajcie swoje zycie zeby wam było wygodnie nami się nie przejmujcie. Tak powinni powiedzieć normalni ludzie.
Jeszcze teraz niedawno chcieli z nami kupować samochód, bo przecież razem mieszkamy i a jak będą potrzebowali gdzieś pojechać to ich zawieziemy bo przecież teść (58 letni mężczyzna już nie nadaje się do prowadzenia auta). Miesiąc temu znów przekonywali męża do wspólnego wyjazdu do rodziny, jak stawiałam opór maż zrobił mi awanturę. Gdyby on chętnie jeździł do mojej rodziny , z niechęcią ale ja też bym się poświeciła. Ale moja rodzina to dla niego nic nieznaczący ludzie. Tyle czasu rozmawialiśmy o wspólnych wczasach w Chorwacji (podróż swoim autem zatrzymywanie się w pięknych miejscach) ma tylko 10 dni urlopu. Kiedy tylko teść wspomniał o wyjeździe , nasze plany stały się nie ważne.
Zastanawia mnie tez jak ci ludzie którzy są dobrym małżeństwem doprowadzają do tego ze małżeństwo ich syna się wali. Czy są az takimi egoistami. Córki mieszkają daleko, robią co chcą. Koszmar.

Ostatni miesi ac był cudowny, pewnie dlatego nie byłam u rodziców cały ten czas. Weekendy spędziłam z jego rodzina. Na następny mieliśmy pojechać na weekend nad morze, szukał noclegu, ale nie mógł znaleźć na termin który nas interesował. w całym Sopocie nie było pokoju dla dwóch osób (wiedziałam dlaczego- ponieważ na właśnie ten weekend miały przyjechać jego siostry).
tydzień przed moja wyprowadzka kiedy wróciłam z pracy, stanął w drzwiach,. ze jedziemy nad jezioro z jego rodzicami do ich znajomych ponieważ tam jest córka jego siostry i trzeba sprawdzić czy wszystko jest OK. Nie mogłam opanować niezadowolenia, zaproponowałam zeby pojechali sami naszym autem, na co zawrzeszczał, ze jedziemy razem. Jak wsiadłam powiedziałam tylko, ze trzeba zatankować bo nie sądziłam ze będziemy gdzieś dalej jechać. I to było powód do wielkie awantury bo jego mama poczuła się zobowiązana do pokrycia kosztów tej wycieczki. Zrobił awanturę. Następnego dnia wróciłam późno z pracy, męża nie było wrócił nad ranem pijany, zaczął klnąc ze bym sp.. skoro mi się nie podoba, ze bez niego złe skończę itd. Następnego dnia rano nic już nie pamiętał. Ale było mi przykro, mimo to posprzątałam dom zrobiła obiad,  zeby nie miał kolejnego argumentu w kieszeni(wiem ze to głupie ale zależało mi na tym zeby było dobrze)spakowałam rzeczy i pojechałam do rodziców. Wróciłam za dwa dni. Nie odzywał sie , były już jego siostry tak jak się spodziewałam, nad morze nie pojechaliśmy. Poprosiła zeby pomógł mi wnieść bagaże, nie zrobił tego. Wiec z progu krzyknęłam "cześć" do reszty tych idiotów i poszłam do "Siebie".
pusciły mi nerwy i zaczęłam płakać, co tylko jeszcze bardziej go rozwścieczyło, zaczął mnie wyzywać ze jak mogłam nie wejść i nie przywitać sie z jego siostrami. NIE MOGŁAM NIE POTRAFIŁABYM UDAWAĆ!!!! było tego już za dużo. A oni dalej pięknie się uśmiechali i bawili się mną. ZACZĘŁAM SIĘ PAKOWAĆ, ALE TO NIC NIE DAŁO, POWIEDZIAŁ ZE I TAK TEGO NIE ZROBIĘ. i RZECZYWIŚCIE BAŁAM SIĘ .
Kiedy się uspokoiłam, spytam czy pójdzie ze mną na wybory, na co on stwierdził, ze źle się czuje i jest nie przygotowany. Więc poszłam sama...jak zwykle. Wracam  a on stoi odprasowany pod kołnierzykiem i idzie na wybory z rodzicami i siostra.

TEGO JUŻ BYŁA ZA DUŻO!!!!
Wytrzymałam jeszcze tydzień w milczeniu, w czwartek wzięłam rzeczy mieszkam teraz u rodziców. Nawet się nie zdziwili, powiedzieli, ze i tak długo wytrzymała. Oni nie widzieli go od Wielkanocy, kiedy ostatni raz pełnił swój przykry obowiązek odwiedzania ich. A ja cierpię bo się z jego siostrami nie przywitała. Czy ja sfiksowałam, czy trafiłam na wyjątkowo głupich ludzi????Co robić, czy dać już spokój i wyjeżdżać z tej mieściny, czy dam mu szansę, żebyśmy spróbowali na swoim.Ale czy to go zmieni???. Boje się ze nie>>>

4

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Kochana nie zazdroszcze Ci.. Ale mówie Ci nie wracaj, bo to sensu niema wogole. Twoj mąż jest za mało dojrzały do małżeństwa, nie umie odciąć pępowiny i zapewne tego nie zrobi.. Nie niszcz sobie życia!

Widać ze tylko Tobie zależy, ze sie starasz, chcesz by było dobrze, ja na Twoim miejscu nie wróciłabym i podejrzewam ze MOJ MĄŻ w niedługim czasie juz byłby u mnie..

Gdy my 2 lata temu pobraliśmy sie, tez miałam wielki dylemat, moj mąż 30 letni całe życie mieszkał u mamy pod dachem, wiec tez był przywiazany bardzo, jego mama też. Czesto sprzeczalismy sie gdzie bedziemy mieszkać, moje argumenty przeważyły. Choć wyobraz sobie ze po pierwszej nocy po slubie, moj maz dostał tel od smutnej tesciowej, oboje sie popłakali przez tel. I to był ten jeden raz. Potem było nieco łatwiej, choc na każdym kroku, chcialam zeby jemu było dobrze u mnie, czesto jezdzilismy do jego domu, niedzielne obiady tradycyjnie jemy u niego. Po dwóch latach jest nam dobrze. W głebi duszy wiem ze takie rozstanie moj maz przezył w środu mocno, ale to był dobry wybór, bardzo sie usamodzielnił, wydoroślał. Jego mama często sie dziwi ze robi i umie tyle rzeczy (sprzatanie, gotowanie, pranie itd..) Po prostu pomagamy sobie wink

Czasem i dzis tesciowa w podtekscie ustala ze jak moja siostra wroci z mężem to zajmą moj dom a my przejdziemy do nich. Wnerwia mnie to okropnie ale nic nie mowie. Czsto rozmawiam o tym z moim mężęm. Ze ja zawsze bylam u siebie gospodynią (mamy brak), o wszystko dbałam, taty samego nie zastawie, za bardzo , za długo sie nim opiekowałam.. Chyba przyzwyczaja sie do tej myśli..

Twoj mąż ewidentnie sie z Tobą nie liczy. Wieć nie widze potrzeby zebys wracala do niego. Jesli sam nie przemysli sprawy i nie przyjdzie do Ciebie, nie rób juz nic ..

5 Ostatnio edytowany przez joelle20 (2010-07-13 11:24:17)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam!przeczytałam Twoją historię i przykro mi,że małżeństwo z tak krótkim doświadczeniem  (2lata),przechodzi tak trudne chwile.Nie mam jeszcze teściów ale mało brakowało i wpakowałabym się w to samo,co Ty (na szczęście to zakończyłam).Związek z mężczyzną któremu zależy bardziej na rodzicach niż na żonie (lub przyszłej żonie) jest bardzo trudny i praktycznie bez przyszłości.Ale cuż,już za niego wyszłaś i nie mogłaś tego przewidzieć.Myślę,że powinnaś zostać jakiś czas u rodziców,odetchnąć,może z nimi porozmawiać,doradzić się.Napewno Cię wesprą.A Twój mąż może przemyśli swoje zachowanie i któregoś dnia zacznie mu czegoś (a raczej kogoś) brakować.Nie wracaj narazie,bo on będzie wiedział następnym razem,że jak się wyprowadzasz,to i tak niedługo wrócisz.A za jakiś czas,jak ochłoniesz możesz z nim jeszcze spróbowaqć porozamawiać...Powiedzieć,że rozumiesz że rodzina jest dla niego ważna,ale Ty też masz rodzinę.Jednak teraz to wy powinniście być sobie najbliżsi.Nie podejmuj odrazu decyzji.daj mu czas.Powodzenia smile

6

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Iziaaak, z pewnością masz rację. Najlepiej byłoby zostawić męża, mieć wszystko gdzieś i zacząć nowe życie. Niestety problem jest bardziej złożony...bo oprócz złości czy nawet nienawiści istnieje jeszcze miłość, a ona nie ma nic wspólnego z rozumem.
Niełatwo odciąć się od miłości, bo wciąż mamy nadzieję, że druga strona odzyska rozum, że też nas kocha i że chce z nami być tylko, że brak jej siły na odcięcie pępowinki.
Ani mój mąż, ani mąż Luizy nie wysłucha naszych tłumaczeń. Myślę, że oni w głębi serca widzą, ze robią źle, ale nie potrafią temu zaradzić. Boją się reakcji teściów, wymówek, że okręciłyśmy ich sobie w okół palców, że są pantoflarzami. Teściowie, to egoiści, którzy myślą tylko o sobie i o tym, że krzywdzimy ich wspaniałych synków...

Luizo, dobrze zrobiłaś wyprowadzając się, masz wieeeelkie jaja jak na kobietę:), ale radzę Ci poczekać aż wróci rozsądek mężowi:)...zakładając, że i Tobie i mnie starczy cierpliwości;)
...a tymczasem korzystaj z uroków lata i wakacji...kto wie jak się skończą;P

7

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dziękuje, za wsparcie. Świadomość bycia nie kochaną przez męża osobę najważniejsza w życiu , przyszłego ojca moich dzieci jest potworna. Nie zamierzam wracać, ta wyprowadzka jest moja czwartą, zawsze wracałam, czuję, ze on myśli teraz ze mi przejdzie, nie zabrałam  stamtąd cennych rzeczy.

Widzę teraz swoje błędy, od początku przyjęłam taktykę, nikt nie musi wiedzieć o naszych problemach wszystko załatwiamy w domu. I tak robiłam, szliśmy na dół do teściów uśmiechnięci, natomiast serce mi pękało.
Najbardziej boli to ze ja nie wierze w jego przemianę. Moi teściowie tak wychowali swoje dzieci, żeby im było najlepiej, zeby myśleli tylko o swoim dobru. Powiem wam, ze świetnie im to wyszło.
Siostra męża ma dziecko z facetem , nie maja ślubu, mieszkają w jej mieszkaniu, ona nie chce zeby to dziecko kontaktowało się z dziadkami ze strony ojca. Na świętą są razem on zrezygnował ze swojej rodziny. Ci ludzie nie znają słowa "krytyka" nie twierdzę, ze ciągle trzeba dzieci krytykować, ale powinno być jasne co robi się dobrze jakie są dobre zachowania a jakie złe. Jak dochodzi do mnie, ze możemy się rozwieść tylko dlatego ze on nie chce wyprowadzić się od rodziców i woli ich niż mnie. To śmieje się w głos:))) Ze coś takiego mi się przydarzyło.

8

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Orchide, na wstępie wybacz że się wciąłem w TWój temat, ale nie umiałem przejść nad nim do porządku dziennego i odezwałem się do Luizy83. A propo Orchide co u Ciebie, prześledziłem Twój watek....jakoś tak mało piszesz. Ból jest wielki bo kochasz, ale to zraniona miłość, która jest wymęczona i w gruncie rzeczy nawet gdyby się stał cud to mogłoby się okazać, że jest dalece inna od tej której oczekiwałaś. Po tym wszystkim pewnie masz wielkie poczucie niemocy. Ale tak naprawdę to jesteś jedyną osobą która wyszła z tego z Twarzą. Może nie powinienem tak pochopnie oceniać wpływu jego rodziców na wasz związek (WASZ- bo w końcu to Wy obydwoje decydowaliście o jego kształcie, na to że komuś pozwoliliście do niego wtargnąc i wywierać wpływ), ale to jest ich wina. Jeżeli coś naprawdę do niego czujesz i mimo wszystko zależy Ci na jego dalszym szczęćsiu, choć niekoniecznie z Tobą, powiedz mu o tym. Poproś go by popytał wśród
znajomych czy wg. nich mieszkanie z rodzicami może mieć wpływ na taki związek. Może otworzą mu się oczy. I Pamiętaj, to że oczekiwałaś od niego tego, czy tamtego jest normalną sprawą. Przypuszczam nawet, że w niektórych  rzeczach się hamowałaś, choćby z uwagi na to że właśnie mieszkaliści z jego rodzicami. Nie protestował bo się tego spodziewał, może nawet rodzice mu wbili do głowy że nie jesteś dla niego, że i tak odejdziesz. On był po prostu przygotowany. Możliwe że wbijali Ci szpilę jedynie by syn mógł czym prędzej zacząć układać sobie życie ponownie - rodzice śmiało tak moga myśleć. Sam byłem świadkiem podobnych sytuacji - aczkolwiek, myślałem że to tylko dotyczy jedynaków, w jedny przypadku rodzice szantażowali syna, a w drugim kusili bardzo drogimi zabawkami - cel - rozstań się z ta kobietą. Jeżeli zabrałaś tylko najważniejsze rzeczy, to wróć tam po resztę, tylko nie wdaj się w rozmowę z jego rodzicami pod żadnym pozorem, nawet o
pogodzie. Inaczej zaszczekają Cię, stwierdzając że to Wyłącznie Twoja wina. Jedyne co możesz im powiedzieć to rzeczy w jakich osiągnełaś sukces - nie wiem, spokój, ciszę, skończone rozstroje żołąka itd. Ewentualnie mężowi powiedz że wina zawsze leży po dwóch stronach - tłumaczyc Ci szczegółów nie trzeba. Mimowszystko dla własnego dobra odpuść sobie linie obrony tego rodzaju, że oni, czy też on, podstępem ściągneli Cię do swojego domu. Jak by na to nie patrzeć - Twoja zgoda na wspólne zamieszkanie, w takim a nie innym układzie, to również była Twoja decyzja. Nie ma znaczenia, czy świadoma, czy też nie - poniosłaś tego konsekwencje. Ale co do tyczy reszty to rzecz oczywista - mieliście w tym wsztkim wszyscy udział. Wiem wiem, oni się wtrącali, ale jednak pozwalaliście - obydwoje - na to. Możesz mówić że ty nie chciałaś, ale jednak w tym uczestniczyłaś. W takiej sytuacji nie ma jedynie biernych obserwatorów, przykrmo mi że to musiałem napisać.
To że dali samochód, dawali kasę - to niekoniecznie trzeba traktować jako uzależnianie go od sibie. Nie czepiaj się tego, w ten czy w inny sposób pomagali wam, to że patrzyli na sprawę, głownie przez pryzmat jego osoby, no trudno, jednak spójrz na to chłodniej, a odrzucisz zbędne emocje, co pozwoli Ci się skupić na ważnych sprawach. Teść dobrze gadał że sprawy powinniście sobie sami załatwiać, w sprawie dzieci też. Możesz mu smiała za to podziękować, ale jednocześnie przypomnij mu że to, iż nie powstrzymał swojej żony - choć napewno zna ją od tej strony, bo jak to kobieta ze wszytkim do niego podchodziła, to wcale nie znaczy że nie ma w tym jego winy. To tak jakby widząc co się święci nie pomógł rannemu człowiekowi. Patrzył z boku jak się wam wali. Dopóki się docieraliście sami to rzeczywiście wasza sprawa. Teściowie, mogą
przedstawić swój punkt widzenia, wg. mnie mają do tego prawo. Mogą wytłumaczyć wam, opowiedzieć jak co mogłoby wyglądać. Ale nie narzucać. Choćby dlatego że konsekwencje Waszych działań, będziecie ponosić Wy jako małżeństwo, a nie oni, Ci wszyscy komentatorzy. Dziewczyno, nie dja się zwieść tym, na neutralnym gruncie wam też nie wyjdzie, ja z tego co piszesz wnioskuję, że wiele zrobią by do tego niedoprowadzić, ale dlatego że teściowa mogłaby stracić kontrolę i wpływy nad waszym pożyciem. A dla Was to jedyny sposób. Znam małżeństwa, które klepią biedę, ale się kochają, czasami im tego nawet zazdrościłem. Patrząc na nich zboku, zastanawiałem się jak oni mogą wogóle funkcjonować bez tego czy tamtego, ale miłość i szczęście w ich oczach był i jest ich światem.
Jesli będziesz musiała, zapytaj ich, czy krzywdą której Tobie nie wyrządzali skoro tak twierdzą, nie było to, że nie pozwolili Ci pod ich skrzydłami dać szczęścia ich synowi? Oni skrzywdzili Was obydwojga. Czy zamiast wtrancać się nie, milej by było obserwować jak się kochacie i biegacie za sobą? Korzystacie z tego co wam ofiarowali?
Co do wczasów, to wielka szkoda, że Wam Chorawcja uciekła. To że musieliście zmienić palny, z uwagi na plan teścia, no cóż tak jak to przedstawiasz to jest żenujące. Ale może teść nie wiedział o tym że się wybieracie, albo nie pokojarzył teminów. Co do tych wypraw i spotkań z siostrami to chyba dobrze to wyczułaś, po pierwsze zawsze można jechać w ciemno, ale jeśli prawdziwym powodem był przjazd rodzeństwa, to szkoda że Ci po prostu o tym nie powiedział. Jeśli mu to wytłumaczysz, może zrozumie. NIE daj się zawrzeszczeć, bo jak pokażesz że to na Ciebie działa to będzie .... coraz głośniej. Powiedz mu że dopóki nie zacznie z Tobą rozmawiać normalnym tonem, to nie ma o czym wogóle mówić.
Co do tankowania, wiesz czasem ludzie rozumieją sprawy tak jak chcą, ale Ty też tak masz i nie powinnaś się tym przejmować. Jedyna rzecz którą Ci mogę podpowiedzieć, to to żebyś się nie wdawała w dyskusje z nim przy rodzicach. Lepiej wywalić łzy na twarz, powiedzieć, że chciałaś dobrze i nie znosisz kiedy na Ciebie krzyczy. - jak kocha to podziała. szcególnie przy teściach. Pijaństwo - no wiesz może i on też ma dość czasem gderania starych. Co do tego że źle skończysz.... hmmmm, a on gdzie na razie jest przy butelce... he he pewnie mówił o sobie.
Tak podsumowując to wszystko, to Ci powiem, że wg mnie to jest trochę i Twojej winy w tym wszyskim. Nie rozmawiacie, o sobie o uczuciach, wy żyjecie z dnia na dzień. Jeśli zaczniecie ze sobą rozmawiać, jest spora szansa. Ale musicie siąść, nawet na neutralnym gruncie. Zmień taktykę Umów się z jego rodzicami - takie rzeczy się zdarzają, nawet bez jego wiedzy. Nie wywalaj co Cię boli, ale poproś ich o pomoc, opowiedz im o swoim stanie wewnętrzym o uczuciach - może okaże się że teściowa też ma serce, ale ukryte za tymi wszystkimi radami, które ma zapewnie zawsze pod ręką. Zadzwoń do jednej, albo drugiej siostry, poproś o pomoc - one go znają, nie będa przeciw niemu na to nie licz, ale pogadaj jak kobieta z kobietą, pogadaj o ucziciach powiedz im że kochasz męża, opowiedz im że te Twoje ucieczki maja przyczynę nie sa fanaberiami, że Ci po prostu ciężko, że im zazdrościsz tego że on odkłada wasze wyjazdy byle by się spotkać z nimi, że to rozumiesz, ale Cię boli, bo ty też chcesz być dla niego ważna - zobaczysz następnym razem, najpier zadzwonią do Ciebie czy nie macie planów.  Nie jest wstydem prosić. Ludzie płaca grube pieniądze za specjalistów, a Ty masz możliwość wkorzystać do tego pomoc ludzi którzy są specjalistami od Twojego męża od wielu lat, bo sa jego rodziną. Skoro do tej pory sama nie dawałaś radę to wkradnij się w ich łaski - mówiąc prawdę, A na koniec, będziesz sobie swojego faceta owijać wokół palca jak będziesz chciała i znów się mocno będziecie kochać.

orchide@
U nas było trudniej bo mamy córeczkę....
może on nie potrafi przyznać się do swoich błędów, może mu łatwiej tak mówić?
Odpowiadając na Twoje pytania - rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać .... powiesz, że to nie takie proste. A i owszem, nie jest proste, ale często zaczynając rozmowę zapominamy o rzeczy, której uczą się przedszkolanki na pierweszych swoich zajęciach, a bez której nie ma mowy o jakiejkolwiek rozmowie. Należy upewnić się że rozmówca Cię słucha! Powiedz mu że masz kolegę, który się Tobą interesuje i nie wiesz w jakiej bieliźnie iść z nim na randkę, że monter telewizji kablowej robił Ci niedwuznaczne propozycje, ale powiedziałaś mu - choć był bardzo przystojny, że masz męża którego kochasz. Że jakiś facet Cię uszczypnął w pośladki ostatnio i dałaś mu w gębę .... zazdrość smile to przyciąga uwagę.
Albo ubierz się najseksowniejsza bieliznę i nie daj się schrupać dopóki nie zacznie z Tobą rozmawiać. (wiem wszystko kręci się wokół seksu, no cóż, ale mundial się skończył, więc trzeba poszukać jakiegoś zastępczego tematu smile
A tak serio to rozmowa rozmowa i jescze raz rozmowa. Choć faceci gdy słyszą, o tym że ktoś podrywa ich zonę, żadko pozostają obojętni.

Zazdrosc
W kraju w ktorym mieszkam, mlodzi ludzie mysla juz w liceum jak zdobyc fundusze na studia. W Polsce rodzice wmawiaja dzieciom, ze ich obowizkiem jest tylko uczyc sie. Co za bzdura. Zazdrość, nie wiem z kim Ty masz kontakt, albo na jakiej podstawie budujesz te swoje obserwacje, ale zobacz sobie ile ludzi w Polsce studiuje na zaocznych, a w międzyczasie pracuje, czy też bierze kredyty studenckie. Może napiszę przekornie, ale wyjazd za granicę to tak jakby trochę ucieczka.
A mieszkanie w kupie to w większości przypadków konieczność, a nie świadomy wybór, sama o tym wiesz. Dzieci są wytworem albo miłości, albo przypadku, ale trzeba je traktować je jako dobro, a nie bagaż - inaczej rzeczywiście staną się ciężarem. To że sama porodziłaś dzieci bezmyślnie - świadczy wyłącznie o Tobie - powiedz, czy to że nie planowałaś, nie przewidywałaś, nie zabezpieczyłaś przyszłości dzieci zanim sprowadziłaś je na ten świat, jest winą kogoś innego? To Ty nie planowałaś, Ty nie przwidywałaś - czyżbyś była zniewolona? Ktoś odebrał Ci rozum, zabronił myśleć? Gdybać to sobie możesz do końca świata i dzień dlużej. Trzeba nauczyć się brać odpowiedzialność, za swoje czyny i trzeźwo patrzeć na to co się wokół dzieje tu i teraz. Przeszłości nie zmienisz, dlatego radzę dziewczynom, zmierzyć się z tym co mają i szukać ratunku na przyszłość, głównie patrząc na to co mają i mogą osiągnąć. Ale mieszkanie z teściami wcale nie wyklucza tego że może się żyć dobrze. Można żyć bardzo dobrze i komfortowo. treściom zostawiać dzieci i bawić się całymi nocami, jeździć kupowanymi przez nich samochodami, dawać sobie sponsorować wycieczki - jedyne co trzeba zrobić to się dogadać, żyć jak ludzie a nie jak w stadzie wilków, ustanowić reguły i zasady. A sprzeczki zawsze są i będą, trzeba się nauczyć z tym radzić. mieszkanie w wielopokoleniowym domu może przynieść dzieciom więcej plusów niz minusów - zależy jak to wykorzystać, dzieci mogą się nauczyć szacunku dla starszych , pomagania, innego spojerzenia na świat, nauczyć od dziadków tego, czego my snie zdążyliśmy się od nich nauczyć, bo nie mieli dla nas wystarczająco duzo czasu pracując,  doznawać miłości i być pod troskliwą opieką, nauczyć wielu przydatnych rzeczy lub mniej rzeczy. Wystarczy myśleć na bierząco, umieć słuchiwać się w innych, potem wyciągać wnioski, robić tak by, mieć do tego przekonanie, umieć się dostowsowyać, choćby próbować - planować - nikt mnie, albo moim znajomym nie zabrania tego robić. To, że tego nie robiłaś nazywasz niemoca intelektualną - to jedynie semantyka, której uzywasz ukrywając swoją nieudolność. I nie rozumiem czemu o dzieciach piszesz uzywając słów o tak negatywnym zabarwieniu - bahory. To one Ci popsuły świetlaną, wyimaginowaną PRZESZŁOŚC- tak dokładnie przeszłość, o której teraz marzysz? Trzeba się pogodzić z tym co się ma, iść na przód, a jeśli coś się nie sprawdza zmieniać to, pracować nad tym, zachęcać inncyh do tego, by i oni przyszłości się cieszyli. Czas na oglądanie się za siebie dziewczyny będziecie miały po 70 - ce, albo jeszcze później. A teraz do roboty, nie ma się co załamywać, tylko trzeba wziąść grabki w łapki i nie czekając na deszcze zacząć porządkować rzeczy, by w waszym ogódku w przyszłości, przez cały rok kwitły najpiękniejsze kwiaty. Co was nie zniszczy to was wzmocni i ... rozmawiajcie. Nie czekajcie kolejnego półtora roku, miesiąca ani godziny.
Zróbcie to co Zazdrość, do której mam wielki szacunek czytająć jej komentarze, i bierzcie z niej przykałd - działajcie już dzisiaj nie bójcie się odważnych kroków, dla niej rozwiązaniem dla przeszłości jest - mała klitka i dorabianie się - też jestem tego zdania że w wilu przypadkach to by było najlepsze, ale niekoniecznie musi być dla Was, może znajdziecie inne rozwiązania, to też być szansa, ale  robicie to dla siebie i waszych związków. Miejcie tylko przekonanie, że jest to słuszne, walczcie o swoje rodziny i bądźcie szczęśliwe. Bo człowiek zyje na tym świecie by być szczęśliwym. Powtórzę za pewną Panią - niemoc jest tylko w naszych głowach.
/sorki za chaos w tym co napisałem/ a propo część z wypowiedzi może być niezrozumiała, gdyż Luiza zaczeła w innym miejscu pisać, a teraz stworzyła swój temat. (to był temat ODESZŁAM...Wróciliśmy do siebie....ODSZEDŁ!!!!! prowadzony przez orchide@

9

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Daj sobie czasu i zobaczysz co sie wydarzy. Nie wierzysz w przemiane męża... hmm może on powalczy troche ze sobą i podejmie w koncu odpowiednie kroki wink

Wiosna69 ja nie mówie by zostawiła męża i o nim zapomniała, ale by nie wracała do niego teraz. Niech da jemu teraz pole do popisu, bo jak widać on nie kuma sedna sprawy. Być może coś go w końcu natchnie i przyjdzie do żony.

10

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

szczerze powiedziawszy to nie mam pojęcia co zrobić w sytuacjach opisanych powyżej.
Może dlatego,że sama borykam się z takim problemem.
Nie mam jeszcze teściowej,ale jestem zaręczona z moim Lubym i obawiam się,że
tak kobieta kiedyś da nam popalić.Nie wiem czy mogę się tu tak wcinać i pisać swoją
historię,czy ktoś ją przeczyta i doradzi.
Będę śledziła wątek - może czegoś mnie to nauczy.Pozdrawiam.

11 Ostatnio edytowany przez Luiza83 (2010-07-14 08:01:01)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Kolejny dzień w milczeniu, nie odzywamy się od czwartku, on chyba do końca nie zdaje sobie sprawy ze dla mnie to wszystko wisi na cienkiej nitce, że już przenigdy nie wrócę do domu jego rodziców.

Stwierdzam tylko jedno: jeszcze kilka dni temu pobyt u rodziców  miał inny smak.Teraz nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic nie ma sensu, nawet spotkania z rodzina nie są już takie przyjemne. Czuje się fatalnie, jest mi przykro, ze ona tak się zachowuje, ze jestem mu obojętna. Spotykaliśmy się 9lat, czy można tyle czasu grać i kamuflować się.

Wczoraj dowiedziałam się ze syn koleżanki z pracy rozwiódł się z zoną po 3 latach małżeństwa, chciał wyprowadzić się od teściowej a ona nie wyobrażała sobie rozstania z mamusią.

Nie wiem skąd w ludziach berze się tyle głupoty, bezradności...skoro mamusia jest samotna i w bardzo złej formie, to niech nie wtrąca się w życie młodych tak zeby mieszkanie z nią nie było koszmarem. Wiadomo, ze nigdy nie będzie idealnie, ale trzeba się postarać i iść na kompromis.

Jeśli chodzi o moja sytuacje to jestem w szoku, jak mój mąż wraz ze swoimi rodzicami (i inni im podobni) wyobrażają sobie ze można  zaplanować komuś  życie. I jeszcze być złym, ze tej ofierze coś się nie podoba. Paranoja. In się wydawało, ze wiedza lepiej niz ja sama co jest dla mnie dobre, jaka praca, mieszkanie, czy lubię bawić się w ziemi, gdzie i jak chce spędzić urlop,  kiedy mam urodzić dziecko, kiedy mam wrócić po porodzie do pracy, czy lubię to czy tamto.  Nigdy nie pozwoliłabym sobie na to, zeby  mówić mężowi gdzie ma pracować, która praca jest dla niego lepsza, gdzie ma mieszkać, ja wyobrażałam sobie to tak ze musimy kombinować tak zeby nam obydwojgu ( w przyszłości naszej rodzinie) było dobrze i każdemu z osobna tez.

12

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

a może poradzisz sie jakiegos spacjalisty? psychologa? co robić w takiej sytuacji? czy wogole jest szansa walczyc o meza, gdy on nie widzi problemu? czy można jakoś wyjsc z tej opresji?

13

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Luiza83 - a powiedziałaś mu jasno, że tym razem nie wrócisz, czy liczysz na to, że się tego domyśli? (nie licz na to). Olej swoje poczucie godności, honor czy co tam w Tobie drzemie i mu o tym powiedz, inaczej możesz stracić szansę i będzie Cię męczyło pytanie czy aby zrobiłaś wszystko. Jeśli nie wprost to przez osoby trzecie. On może jest wciąż pod wielkim naciskiem rodziców. Narysuj mu jasno przed oczami, że nie byłaś z nim by walczyć z jego rodzicami, tylko być z nim, że to że odeszłaś to nie dlatego że go nie kochasz, tylko dlatego że nie możesz wystrzymać tej atmosfery, powiedz mu że chcesz własnego życia, gdzie o dniu jutrzejszym będziecie wspólnie decydować. 9 lat coś znaczy nie przekreślaj ich jeszcze.
Moja żona przez dwie noce- ryczała  po tym jak się wyprowadziliśmy od teściów, ale my byliśmy stosunkowo krótko po ślubie. Ona myślała że tam zamieszkamy i będzie ok. To nie tylko domena facetów, że nie potrafią się wyrwać z rodzinnego gniazdka. Owszem mamusie nie powinny się wtrącać w życie dzieci, a na pewno nie w takim stopniu. Ale dlaczego to zazwyczaj jest prawa mamusi? Nie jest zapewne przypadkiem ilośc kawałów o teściowych. Ciekawe dlaczego te mamusie tak często zapominają, że też były kiedyś młodymi dziewczynami chcącymi dla siebie i swojej rodziny takiej niezależności.
Ci co planują innym życie, albo mają nieudane swoje, albo chcę przestrzec dzieci przed swoimi własnymi błędami. Wszystko to jest ok, dopóki nie staje się takie inwazyjne. To wcale nie znaczy że chcą tak naprawdę układać nam życie. To ich sposób dbania o dzieci.  Zazwyczaj te rady których udzielają sa najlepsze i nic tego nie zmieni. Dla Was ważną sprawą jest nauczyc sie mówić - nie. Też mam w rodzinie taką osobę, której często się wydaje, że jak coś powie, to właściwie pozostaje jedynie tylko to zrealizować. Czasem temu przyznaje racje, czasem się nie zgadzam, ale robię w efekcie zawsze staram się robić tak jak mi pasuje przypominając, że to ja będę ponosił konsekwencje tego. Zazwyczaj pomoga, czasem jest nos na kwintę, a czasem burza. Im częściej, widzi że biorę  odpowiedzialność za swoje czyny tym łatwiej godzi się na kolejne odstępstwa. Ale z drugiej strony ja tez umiem sie przyznać do tego, że czasem źle wybrałem, że gdybym posłuchał było by lepiej, czy inaczej. Ważne jest to, byś Ty była przekonana w danym momencie do tego co robisz. Oni nie wezmą za Ciebie odpowiedzialności, nawet jeżeli to co zrobisz będzie zgodne z ich instrukcjami - ale okaże sie klapą - to twój argument. Co wcale nie przeszkodzi im dawać Ci kolejnych rad. Tacy bywają rodzice. Dlatego właśnie warto mieszkać osobno, by nie tłumaczyć rodzicom rzczy oczywistych dla nas, tym bardziej, że każdy ma prawo do robienia rzeczy irracjonalnych, z góry skazanych na niepowodzenia lub mało ważnych. Dobrze jest pokazać takim ludziom, że ich zdanie się szanuje, ale zaznaczyć iż ostateczne decyzje podejmujecie Wy - tak jak napisałaś obydwoje. Oni, zazwyczaj starsi, i tak będę kręcić nosami. Ale oni tak już mają - Ci rodzice.

iziaaaak, czy naprawdę uważasz, że specjalista da jej odpowiedź na pytanie, czy jest szansa walczyć o męża?
Luiza na takie pytanie będzie musi sobie odpowiedzieć sama. Inaczej wpadnie z deszczu pod rynnę. Za to sam pomysł pójścia do psychologa, jest bardzo dobry. Ale jeżeli nie musisz nie idź sama. Możesz wybrać się z nim choćby pod pretekstem odpowiedzenia sobie na pytanie czy ty naprawdę to z Tobę było coś nie tak. A on jako Ekspert, obserwator chyba najwięcej może o tym powiedzieć. Liczyć się potem i tak będzie efekt.

14

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dunkis być może specjalista doradziłby jej jak ma walczyć o męża, jak pozbyć sie jego mocnej więzi z rodzicami, jak pomoc mężowi przeciąć pępowinę. Specjalista na pewno by jej podpowiedziec co robić, jak sie zachowywać. Nie odpowie jej na pytanie czy o niego walczyć- bo nie o to mi chodzi, wiadomo ze Luiza kocha męża i chce ratować małżeństwo.

15

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

iziaaaaak, możwliwe że źle Cię zrozumiałem, ale wydawało mi sie że właśnie napisałaś to w ten sposób, że specjalista ma odpowie jej na pytanie czy wogóle jest szansa walczyć o męża, ale teraz roziwałaś moje wątpliwości. A co byś powiedziała na to by Luiza, jeżeli jej mąż nie zgodziłby się na wizytę u eksperta, pokazała mu te posty stąd. Może gościa, w końcu by trafiło ze ona się o niego stara, że zalezy jej na nim na ich związku. Luiza a Co Ty na to?

16

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dla mnie było to jasne, ze nie są to żarty. Przez cały tydzień przesiedzieliśmy w oddzielnych pokojach, w milczeniu. Kiedy zbierałam swoje rzeczy powiedział, ze nie złamiesz mnie ta wyprowadzka, wszyscy(tu mowa o jego rodzinie) uważamy że nie masz powodu. Nawet słowa o tym, żebyśmy pozmawiali. Chciałam coś powiedzieć o ostatnich wydarzeniach, ale jak tylko stwierdził, ze wszyscy cie przejrzeli, już pokazałaś na co się stać . Zwątpiłam!!!
Dalej sie nie odzywała, dla mnie tez jest jeszcze za wcześnie Jak podejmowałam próby wyprowadzki wcześniej, to ja zawsze zaczynałam dyskusje pisałam e-maile, w których chciałam mu opisać jak się czuje, w końcu dzwoniłam. Tym razem nie mogę, czuje się bardzo zraniona. Tym bardziej, ze ostatnia awanturę, rozpętał to tak głupie rzeczy. Ewidentnie pokazał kto jest dla niego najważniejszy.

Pomóżcie zrozumieć takiego faceta...co on sobie myśli, po co on się oświadczał.
Wiem ze tez mam swój udział w całej tej sytuacji, ze mogłam na bierząco pokazywać tym ludziom , jakie jest moje zdanie, czego ja chce, a czego nie.

Z tymze mieszkałam u nich w domu, wydawało mi sie zawsze, ze swoje brudy trzeba prac w swoich czterech ścianach, ze jak zacznę tak ciągle biegać do jego rodziców na skargę to w końcu przestana mnie słuchać sadzac, ze ich syn trafił na jakąś paranoiczkę. Choć juz kilka razy próbowałam, ale za każdym razem moja tesciowa bagatelizowała problem i twierdział, ze mamy za małe problemy:)))

Przypominał sobie taką sytację, z zeszłych wakacji , po wielu kłotniach zgodziłąm sie pojechać z tesciami na urlop do rodziny. Była to wycieczak zagraniczna, więc pomyślałam o profitach dla siebie. Skończyło sie na tym ze siedzieliśmy w dwupokojowym mieszkaniu ( w niezbyt dobrym stanie) z chorym wujkiem, ciotki nie było od 4 rano do 19, tesciowa gotowała obiady, teść lezał przed telewizorem może dwa dni były warte mojej decyzji.Ale nic to byłam, zgodizłam sie nie ma co rozpamietywac. Za dwa tygodnie mieliśmy jechac na morze, dwa dni przed wyjazdem dowiedziałam sie ,z e jego siostra jest nad mozrem trafili zła kwatere i my do nich dojedziemy, wynajmiemy coś wspólnie. nie podobało mi sie to ale jak zwykle, zeby nie robić kłotni pojechałam. Zajechaliśmy na noc tylko po to zeby za nocleg zapłacic zeby jego siostre odciażyc - koszmar!!!!!!

Pod koniec pobytu jego siostrze zamarzył sie wyjazd do tych  samych krewnych do niemiec. Mój mąż nawet nie spytał mnie o zdanie. Kiedy odwazyła sie powiedziac ze nie mam ochoty, bo przecież nie dawno tam byliśmy. tego co mówię nie brał po uwage. Był wsciekły że wciaz sie sprzeciwiam. Kiedy zaproponowałam, ze ja wrócę pociagiem a oni niech sobie jada, ona stwierdziął "albo jedziemy wszyscy albo wcale". Zgadnijcie jak skończyła sie ta histroia. Okazałao sie ze mój mąż zgubił prawo jazdy. Zeby nie było tak ładnie, razem z siostra zastanawiali sie czy maja decyzdowac sie na ta podróz bez dokumentu. Nie mogli biedni zdecyzdować sie sami, wiec zadzwonili do MAMUSI, czy powinini ryzykowac.....Jak o tym myslę, tą serce mi peka z bólu. Nie zamierzam do niego dzwonić, bo to będzie moja porazka.

17

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Jeśli chodzi o specjalistę, to wiem ze muszę pójść. Sama sobie nie poradzę z tymi myślami. Natomiast o terapii  z mężem, raczej nie ma mowy. Znam go na tyle. Dla niego byłaby to ujma.
Kiedyś postawiłam taki warunek, zgodził się ale jak już była umówiłam wizyta i jechaliśmy stwierdził, ze on nigdzie nie idzie bo to ja mam problem a nie on... I było po temacie.

18

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

ehhh... i jak tu być mądrym?.. Najlepeij byłoby go wyrwać na siłe z tamtego "zaklętego" domu.. Może z dala od mamusi dałoby sie z nim jakoś pogadać.. Z tego co widze minęło już troche czasu a on co? napisał, odezwał sie chociażby?

19

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Czekaj, czekaj - dla Ciebie to było jasne, ale czy jesteś na 100% pewna że dla niego, ze ta wyprowadzka to tak na serio? Teraz to już i tza późno żeby się upewniać, bo jeśli zaczniesz to robić, na wzór tych wczesniejszych wyprowadzek, to on pomysli że to kolejna gierka (on pewnie tak to odbiera).
Im więcej tego czytam to się zastanawiam, czy pytania które stawiasz są właście w obecnej sytuacji. Czy w tej chwili tak istotne jest zrozumienie tego faceta - dlaczego tak postępuje - sama przecież wiesz dlaczego - jest niesamodzielny - i bardzo mocno związany z rodziną - wyjątkową pempowiną - jest pod ich wpływem. Można by się pokusić by powiedzieć, że nie dorósł do Waszego związku, ale mogło by być to krzywdzące - dla niego, może nie dano mu szansy dorosnąć. Ten nadzór i nadopiekuńczośc, wtrancanie się w Wasze życie i kierowanie nim --- to co dla Ciebie w tym jest nie do przyjęcia - dla niego jest normalnością. W tym prawdopodobnie tkiw problem. Ośiwadczył się bo pewnie Cię kochał, ale myślał wciąż kategoriami, których nie dano było Ci dostrzec. Pewnie rodzina Ci się jawiła jako bardzo porządna, tyle że nie zwróciłas uwagi, iż on jest na smyczu mamusi i wyjątkowo chroniony przed światem zewnętrzny. Jego świat to rodzina, która warunkowo Cię przyjeła - tyle, że mimo ich starań nie wpisałaś się w ten sielkski, dla nich, obrazek. To, że na początku na wszytsko się godziłaś, to normalne nie chciałaś konfliktów, chciałaś wypaść jak najlepiej w roli synowej. To że nie biegałaś do teściowej z Waszymi problemami - to dobrze - mąż mógły bardzo źle to odebrać, ale to że teściowa zbagatelizowała ten problem - to jej błąd i to poważny - jeśli uważała, że to są małe problemy, powinna Ciebie wysłuchać i stanąć po Twojej stronie by synkowi pokazać, że szanuje waszą odrębnośc, iż jesteście małżeństwem, dać mu do zrozumienia, że powinniście rozwiązywać we własnym gronie swoje problemy - jemu pokazać. Gdzie ta baba się chowała! Ten telefon o pytanie czy mają jechać bez dokumentów, albo to że Ci nie powiedzieli jak będzie za granicą - ciarki mi po plecach przeszły - była albo zmuszana albo ignorowana. Nie wiem co CI radzić.  Zgadzam się z iziaaaak , jedyny sposób to wyrwanie go od rodziców. Ale czy masz na to pomysł, szanse są zawsze , ale on tez tego musi chcieć, bo nawet jeśli się wyrwie, ale bez przekonania, to po wszystkim będzie i tak miał do Ciebie pretensje. Znasz go , uderz w jakąś wrażliwą strunę.  W każdym razie uważam, że milczenie w tym wszytkim jednak jest najgorszym rozwiązaniem. Jak juz sie odezwie , zamiast z nim się układać zapytaj, co on zamierza z tym dalej robić. Jemu nie odpowiadaj na pytania. Nie przjmuj przeprosin, przynajmniej na razie. Niech może on poczuje, że to jemu się sypie grunt pod nogami. Ja na Twoim miejscu, nie zgodziłbym się na pierwszą propozycję, obojętnie jaka ona by nie była... z jednym wyjątkiem - rozmowa przy Twoich rodzicach. Skoro do tej pory jego rodzice tak chętnie mieszali, to niech mu słowa stają w gardle, niech to będzie terytorium, gdzu nie będzie czuł mamusinej rączki na plecach.

20

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Wiem, że milczenie nie jest żadnym rozwiązaniem, ale jest dla mnie jeszcze za wcześnie na konkretna rozmowę bez emocji. Choć pewnie nie można się do takiej rozmowy przygotować. Swoja drogą wiele razy próbowaliśmy rozmawiać, zawsze kończyło się to kłótnia albo obojętnością bo obydwoje nie mieliśmy już siły. Argumenty mojego męża były takie, ze ja chce go odizolować od rodziny, ze oni są dla mnie problemem, albo ze jestem chora przecież "my cię tu nie krzywdzimy", albo ze on się stąd nie rusza bo tu ma wszystko, prace dom, i przez moje fanaberie nie będzie z tego rezygnował.
Po czym dodawał ja już cie przejrzałem, wiem co ty mas zw głowie, chcesz żebym nie schodził do rodziców, co oni tobie przeszkadzają, tyle nam dali a ty nic nie potrafisz docenić....

Wiem to wszystko, najlepszym rozwiązaniem jest wyprowadzka, ale wiem ze on tego dla mnie nie zrobi. Czuje tak!!!Nawet rodzice, którzy bardzo mnie wspierają radzą, żebym nastawiała się na to najgorsze.  Zamierzam pojechać tam za kilka tygodni, zabrać swoje rzeczy i powiedzieć mu ze nie chce się rozwodzić ale nie wrócę do domu jego rodziców. O tym ze chciałbym zbudować coś wspólnego na naszym własnym gruncie. Taki mam plan, nie wiem jak będzie w rzeczywistości.
jak poprzednim razem prowadziłam rozmowę z jego rodzicami, długo ją sobie przygotowywałam, nawet coś takiego powiedziałam do teściowej ze długo o tym myślałam , ze mam wszystko zapisane, ze muszą mnie wysłuchać. Na co ona powiedziała, żebym dała lepiej jemu to do przeczytania. IGNORANTKA!!!
Taka sytuacji odbiera poczucie własnej wartości...
mam 27 lat, dobre wykształcenie, pewną prace, która lubię,  perspektywy, rodzinę która mnie wspiera, nie mogę uwierzyć ze pozwoliłam zapędzić się
w kozi róg, dać się tak traktować, tylko dlatego ze ktoś ma jakieś kompleksy, wydaje mu się ze bez niego jego rodzina nie da sobie rady, to takie przykre. Dwa lata po ślubie, kiedy nie ma dzieci, stoi się stabilnie finansowo, powinno się fruwać w obłokach i mieć jeszcze idealistyczne wyobrażenia o swoim partnerze.
Ale widocznie tak było mi pisane. Zapadłam na jakąś chroniczna ślepotę, bo jak teraz wszystko rozpamiętuję, to mój maż zdradzał oznaki uzależnienia od rodziny i mamusioholizmu. Powinni wprowadzić taka jednotke chorobowa.

dziekuje wszystkim za słowa wsparacia i porady:)

21

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

To co Ty określasz rozmową to dla mnie wygląda na okupowanie z dwóch strontwierdzy przez armie które nie wiedza nic o sobie. Jeżeli nie było rezultatu anie w jedną ani w drugą stronę, to można by powiedzieć że rozmowy nie było. Nie wiem jakie Ty miałaś argumenty, ale tak sformułowane argumenty Twojego męża - świadczą o tym jak twardy masz/miałaś orzech do zgryzienia. Sformułowanie "my cię tu nie krzywdzimy" jest dość że prostacki, to na dodatek widać że on w rozmoaiw z Tobą przedsawia stanowisko całego domu, nie tylko swoje. Ty to TY, zaś on - to ONI. Czy on nie zauważył że to działa w jedną stronę. Ze trudno o jakąkolwiek izolację mieszkając z teściami pod jednym dachem. A czy on wogóle kidykowliek użył, tak lubianego przez siebie zwrotu - my, wobec siebie i Ciebie? Jeśli dojdzie do tej rozmowy, to powiedz mu że w normalnych małżeństwach - normalynych podkreślam mieć wszystko - to mieć siebie na wzajem. Prace, dom ludzie zmieniają jak rękawiczki. Wydaje mi się że tym sposobem dałCi argument do ręki. Pracę postawił ponad Ciebie, wasze szczeście, małżeństow jak i dom - a właściwie wszystko co się z tym wiąże, mamusię. Powiedz mu że inni potrafili sobie zorganizować życie, poza tym miejscem i jakoś sobie radzą. Że w życiu walka z problemami powinna się zaczynać od zidentyfikowania problemu, ale że on go nie dostrzega. Przecież wciąż jest wałkowany jeden temat, to on wam spędza sen z poiwek (właściwie to Tobie). Jeżeli rodzice Wam TYLE dali to niech zrozumie, że nie po to byście byli wdzięczni za to, ale po to byście z tego korzystali. A to wielka różnica. Docenienie tego polega na podziękowaniu  i jeżelisię prezent przyjmuje, na okazaniu tego że się to czy tamto przydaje. Im powinna pozostać satysfakcja z tego że pomogli dzieciom. Plan masz dobry, ale nie przekreślaj jeszcze wszystkiego, daj mu ochłonąć. Potem zaproponuj wyjazd - samodzielny, na tydzień, dwa, może zobaczy, że do Waszego szczęscia, wcale nie potrzebuje mieszkać z rodzicami. Szkoda że Cię nie wysłuchali, spisanie rzeczy na kartce znaczy że się dobrze do rtozmowy przygotowałaś, samo w sobie nic nie znaczy - jest jedynie dowodem na to że zależało Ci by czegoś nie pominąć. Jeżeli bedziesz miała powtórną okazję, to powinnaś wtedy powiedzieć, że z nią chciałaś porozmawiać, bo wiesz że ona ma na niego wpływ. Jednak z drugiej strony, na Twoim miejscu - powiedziałbym jego rodzicom, gdyby chcieli z Tobą, że absolutnie na to się nie zgadzam. Bo Ty wcześniej próbowałaś to robić, ale nie dali Ci szansy. Wtedy Cię interesowało ich zdanie, wręcz zależało by Wam pomogli, bo mieszkaliście razem, bo szanowałaś ich, bo zależało Ci tak samo na dobrych kontaktach z nimi, że szukałaś ścieżki by to naprawić, skoro on tak właśnie barzo obstawał, za tym by mieszkać z rodziacami. Przecieć to Ty wyciągnełaś do nich rękę, Ty zamieszkałaś z nimi, zaufałaś im, planowałąś że urodzisz tam dzieci, spędzanie świąt, TY prosiłaś o rozmowy, ty pakowałaś walizki, licząc, że oni zwrócą na to uwagę, robiłaś co umiałaś oczekując wsparcia, to oni Cię zawiedli i teraz nie jest ważne ich zdanie, tylko jego zdanie - powiedz że jak rozmawiał z Tobą - mówił za wszystkich domowników. Jeśli chcą mogą sobie pogadać z Twoimi rodzicami, ale teraz to sprawa między wami, jeżeli Wy siędogadacie, przyjdzie czas na to by wspólnie siąść do stołu.
Mając 27 lat i takie warunki powinnaś robić dokładnie to co napisałaś smile (no, może co do tego idealistycznego wyobrażenia o swoim partnerze to trochę się zagalopowałaś)

22

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dalej bez zmian:(
Powoli tracę nadzieje....
Nie potrafię zrozumieć, zachowania mojego męża. Czy on chce zostać sam, przecież jego rodzice nie będą wieczni. Czy on nie chce mieć rodziny, dzieci. Moze  liczy na to ze znajdzie kobietę, która będzie godzić się na takie zachowania, jego i jego rodziny... Czy wogóle istnieją takie dziewczyny. 
Dochodzę do wniosku, ze Ci ludzie preferują taki model rodziny. Siostra mojego męża dokładnie tak samo postępuje ze swoim facetem. Wszystkie święta spędzają z jej rodzina, dzielenie się opłatkiem w wigilie polega na wymianie prezentów na parkingu. Przez te kilka lat które tam mieszkam, wcześniej też bywałam na święta, nigdy nie zdarzyło się tak zeby pojechali razem do rodziny tego faceta. Kiedyś nawet powiedziała mi ze nie chciała  zeby rodzice jej partnera kontaktowali się z ich córka.Teściowie nigdy nie zareagowali, przecież mogliby zwrócić jej uwagę, ale przecież ich dzieci nie należy krytykować, one nie znają krytyki.
To te drugie strony muszą się dostosować, a jeśli im się nie podoba to tak jak powiedział mi mój mąż "nikt cie tu nie trzyma".
Dojrzewam do decyzji....

23

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dom twojego męża wydaje sie jakiś przeklęty!.. przypomina sekte. Dosłownie. Współczuje Ci, ale nie poddawaj się! musisz być silna, nic nie dzieje sie bez przyczyny ..

24

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Teraz jak się do tego zdystansowałam to też tak myślę, moja rodzina już dawno mi to mówiła.
Mnie się wydawało, ze może on ma trochę racji, ze dla dobra sytuacji trzeba godziłam się z pewnymi rzeczami. Nie wiem może mam taki charakter którym łatwo manipulować, ale w pewnym momencie, czułam się winna, przecież nie wypada mężatce chodzić samej na zakładowe imprezy, może on nie chce nic złego, wiele kobiet wykonuje wszystkie obowiązki w domu -  może ja niepotrzebnie marudzę itd itd

25

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Kochani net ludzie, poradźcie co robić??? Mój mąż nie odzywa się już trzeci tydzień, mnie ta sytuacja zabija. Czuje się jak kompletne zero. Dwa lata temu był ślub, mieszkałam u niego, a teraz tak szybko można się rozstać, nie zawalczyć, nie pójść na kompromis. Dla mnie takie zachowanie znaczy, tylko tyle"nic dla mnie nie znaczysz, byłaś to dobrze, nie ma cie jeszcze lepiej, nikt się nie czepia, nie marudzi".
Nie sądzę też, ze mój mąż jest takim zupełnym idiotą, ze ten ślub nic dla niego nie znaczył, może to ci starzy przekonują go ze nie ma sensu.
Dunkis ty jesteś facetem , jak myślisz, czy to po prostu pokazówka siły, czy totalna obojętność.
Mam ochotę napisać do niego, ale to co chciałabym mu powiedzieć to wylewanie żalu. Wydaje mi się, ze to nic nie da, znów to ja pierwsza wyciągnę rękę. On jak zwykle przeczyta ale nic z tego nie zrozumie. Bo po co zastanawiać się nad czyimiś uczuciami, najważniejsze zeby mnie i moim rodzicom było najlepiej. To cała filozofia życia mojego męża. Z drugiej strony, gdybym napisała, coś by poszło do przodu, będzie jakaś jasność sytuacji, jeśli nie zdecyduje się na wyprowadzkę ze mną, to dla mnie będzie czysty przekaz "radź sobie sama dziewczyno, nie czekaj na tego dupka".
Co radzicie, jak postąpić???

26

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

hmm troche czasu minęło// ale jak mówisz nie wiem czy to Ty powinnaś znów pierwsza wyciagnąć rękę.. zupełnie nie rozumie postepowania Twojego męża, ale prawdopodobnie jego rodzina nastawiła go poważnie przeciw Tobie. Szkoda, że nie ma swojego rozumu..

A może zadzwon do niego i sprobujcie sie umówić na jakiś spacer lub kawe, gdzie bedziecie mogli wspolnie o tym wszystkim porozmawiać? Oczywiście podklerślając, że jesli tego nie zrobi, będziesz wiedziała, że oznacza to koniec, że już mu zupelnie nie zależy.

Nie wiem, co bym zrobił na Twoim miejscu. Możesz jeszcze rozpytać jego siostre co jest grane, jeśli macie dobre stosunki, lub jakiegoś jego kolege? Ale nie wiem czy to dobry pomysł..  Szkoda, że facet ma takie klapki na oczach..

27

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Proponuję umówić się na spotkanie z mężem na neutralnym gruncie, np, kawiarnia, restauracja. Na pewno  nie rozmawiaj z nim w waszym starym mieszkaniu.

Zabierz wszystkie swoje rzeczy, najlepiej zabierz ze sobą kolegę albo tatę, brata aby pomógł Ci rzeczy wnosić.

A czy Ty go kochasz? Sądzisz że warto walczyć o takiego mężczyznę ?

28

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Moze to głupia odpowiedz, ale nie wiem. Mam w sobie mnóstwo żalu,ale mimo wszystko tęsknie za normalnością, za takim facetem w jakim się zakochałam. Nie zawsze było źle. Kiedy byliśmy sami, nie pojawiały się gdzieś w tle nasze rodziny byliśmy nawet zgodnym małżeństwem, w ciągu tych dwóch lat niewiele tego było:( ale wcześniej przed ślubem czułam się kochana, czułam ze to jest ten facet, mieliśmy plany, nagle po ślubie wszystko się zmieniło. jakby to co było przed ślubem to była gra. Czy ja chcę czegoś nadzwyczajnego, czy wychodząc za maż decydowałam się na życie z jego rodzicami, na mieszkanie tam gdzie on chce, czy wyprowadzka tak dużo zmienia między dwojgiem ludzi, czy może rozpaść się przez to małżeństwo, zawsze mówiłam ze nie chcę mieszkać z teściami, ze to jest tylko przejściowa sytuacja,. Czy powodem to kłótni, jest moja niechęć do wspólnych wyjazdów z teściami na wakacje, czy układanie sobie z nimi życia, wspólny zakup samochodu?????
  Jest mi trudno uwierzyć w to, ze nic dla niego nie znaczę, ze wszystko byłoby dobrze gdybym zaakceptowała zasady jego i jego rodziców.
W głębi serca liczę, ze gdybyśmy zamieszkali razem, z dala od jego rodziców zamknęli tamten etap życia i zaczęli od nowa, to może dalibyśmy rade. Ale rozum podpowiada mi ze i tak nie będzie dobrze, bo on został "wytresowany ", tak zeby w każdej chwili stać na posterunku, przywieźć, zawieźć, załatwić, zdecydować,uczestniczyć we wszystkich życiowych wyborach sióstr. Zawsze z nimi był , zawsze pomagał, zawsze mogli na niego liczyć.  On musiał by zrozumieć, ze poprzednie jego zachowanie jest nie w porządku, ze teraz liczy się też żona, ze takim sposobem, daleko nie zajdziemy. A to jego zachowanie wskazuje, ze nie zaszły w nim żadne zmiany. Wiec czy powinnam zastanawiać się czy go kocham, bo wydaje mi się ze on mnie nie, wiec staram się zagłuszać w sobie wszelkie uczucia.

29 Ostatnio edytowany przez maja 84 (2010-07-27 12:37:59)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Milczenie jest najwiekszym błedem jaki popełniasz, to co w tej chwili jest pokazówką siły ze strony maża ( " nie złamiesz mnie swoja wyprowadzką") bardzo łatwo moze przerodzić sie w akceptacje zycia bez Ciebie bo przecież on jest krzywdzony i porzucony a potem  obojetnosc. Milczenie i brak kontaktu powoduje ,że sie od siebie coraz bardziej oddalacie a tu tylko krok do rozwalenia związku.Im dłużej to trwa tym gorzej.
Wyprowadzka ma sens tylko w wypadku jeżeli robisz to po raz pierwszy i jestes w tym konsekwentna,  w tej chwili stała się regułą i nikt Ciebie już nie bierze powaznie a milczenie tylko  pogłębia kryzys.
Bez wzgledu na powody wyraziłaś zgode na zamieszkanie z rodziną męża i tu był Wasz podstawowy błąd, trudno miu wierzyć,że przez 7 lat nie zauwazyłas jaki jest model jego rodziny, jednak to teraz nie ma najmniejszego znaczenia. Ta rodzina jest za sobą bardzo zwiazana, jest jak jeden organizm akceptuja kolejnych członkow rodziny ale tylko a zasadzie "dołączenia do stada" nie jako odrębną rodzinę i  albo sie dostosujesz do tego modelu albo nie masz racji bytu.
Mąż w tej chwili zupełnie nie rozumie Twojego postepowania dla niego to humory mające go złamać i rozdzielić z rodzina. O ile Twoje pretensje do meża w  wielu aspektach maja uzasadnienie, to rzeczywiscie z siostrami mogłaś sie przywitać bo one nic nie maja wspolniego z tym co sie stało po prostu przyjechały w odwiedziny i zlekceważenie ich,  tylko dolało oliwy do ognia. 
Pomyśl co chcesz uzyskać? Jeżeli stracić meża to milcz dalej, tu jesteś na dobrej drodze, jeżeli chcesz to ratować to brak kontaktu jest tu najgorszym rozwiązaniem.
Zaproponuj mężowi rozmowę o Was ale bez swiadków w postaci rodziców, niech to będzie propozycja nie prosba, porozmawiajcie na neutralbym gruncie, mąż powinien zrozumieć,że nie chodzi o to by go odizolować od rodziny ale o to abyscie Wy mogli zaistnieć jako rodzina, jeżeli za pierwszym razem nie dojdziecie do kompromisu podejmijcie kolejne rozmowy, ważne by jak najszybciej przewać to okropne milczenie i izolację, bo takie postepowanie to tylko pozywka dla jego rodziny: odeszłaś, porzuciłaś,skrzywdziłaś- Twoja decyzja, Ty jesteś wszystkiemu winna.
A przy okazji pozdrowienia dla Dunkisa.

30

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Przyznam że zachowanie Twojego męża świadczy o dużej nie dojrzałości.W żadnym razie nie życzę wam rozpadu małżeństwa ale wiem że gdy jedno z małżonków nie potrafi odciąć pępowiny to nawet w prawie kościelnym można wnosić o unieważnienie małżeństwa.Nawet w biblii jest napisane "Dlatego opuści mąż ojca swego i matkę swoja i złączy się z żoną swoją"

31

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam maju84 zgadzam się z Toba, ze milczenie jest najgorszą rzeczą jaką można zastosować i do niczego dobrego nie prowadzi, ale jest mi trudno. To ja wprowadziłam się do domu męża, to ja musiałam się poznawać nowe otoczenie, zmieniłam prace, nikt mi w tym nie pomógł, a wręcz przeszkadzał. To oczywiście była moja decyzja, mój błąd bo od samego początku to ja ustępowałam, ale to poszło już za daleko.
Nie akceptuje swojej sytuacji. Mój mąż odizolował się od mojej rodziny i próbował zrobić to ze mną, natomiast wszelkimi sposobami próbuje mnie przykleić do swojej i nie myśli o budowaniu naszej własnej tylko dołożenie się do tej którą on stworzył ze swoimi rodzicami.
Nie wiedziałam,ze to tak będzie wyglądało, nigdy przed ślubem razem nie mieszkaliśmy, wiec skąd mogłam wiedzieć, jakie on ma relacje z rodzicami w  normalnym codziennym życiu. Nie wiedziałam, ze będziemy kłócić się o takie rzeczy, ze uzależni nasze bycie razem od mieszkania przy jego rodzicach i wyjazdach z nimi. Wiem, ze musimy porozmawiać, ale wiem tez co usłyszę. Wiele razy o wym rozmawialiśmy w nerwach i spokojnie, za każdym razem mówił, ze on się nigdzie nie rusza, ma tu wszystko, czego mu do szczęścia potrzeba.
Wracając do tego, ze nie przywitałam się z siostrami, to powiedziałam mi "cześć" nigdy nie miałyśmy w zwyczaju czulszych powitań i pożegnań. Mój mąż był obruszony, ze nie weszłam, nie porozmawiałam, nie siedziałam z nimi uśmiechnięta i nie udawałam ze jest w porządku. A ja po prostu nie mogłam tego zrobić, po tym jak on mnie przywitał, jak się zachował, przecież ja tam nie pojechałam w jakieś cholerne odwiedziny, tylko do domu, gdzie mam się czuć dobrze, gdzie powinnam wracać z przyjemnością a nie ze ściśniętym gardłem.

32

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Luiza...dostałaś strasznego kopa moim zdaniem. On się nie odzywa...a mogą być tylko dwa powody. Pierwszy to taki, że czeka aż się kolejny raz złamiesz a drugi to że już pogodził się z sytuacją i nie będzie ratował tego małżeństwa. Pomyśl co się dzieje teraz w jego domu...rodzice już mu z pewnością doradzili co ma zrobić. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ten człowiek się nie zmieni...wiem bo miałam takiego ojca. Całe życie z matką a teraz kiedy ona już nie żyje - nie pozostało mu nic innego jak samotność. Żadna kobieta go nie chciała a moja matka odeszła od niego już bardzo dawno, wyszła za mąż po raz drugi i ma człowieka na jakiego zasłużyła. On sam, sam jak palec bo ja (jego jedyna córka mieszkam na drugim końcu Polski) i odwiedzam bardzo go bardzo rzadko.
Nie licz na to że on zrozumie bo nie zrozumie. Ludzie moja droga się nie zmieniają wbrew powszechnej opinii i on zawsze już taki będzie. Osaczył Cię, zdominował. Jemu się wydaje, że miałaś wszystko. Rodzice go w tym utwierdzają.
Nie wracaj do niego bo nadal będzie jak było a kto wie czy nie jeszcze gorzej. Jak zechcesz wrócić to tylko na Twoich warunkach - wyprowadzka do swojego M. Jeśli nie będzie chciał - odejdź i układaj życie na nowo.

33

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Wczoraj napisałam smsa do męża, nie dlatego ze zmiękłam, ale ktoś musi wziąć odpowiedzialność za nasze małżeństwo, ktoś musi posunąć sprawy do przodu, a na tego tchórza nie można liczyć.
Zatem napisałam, ze proponuje spotkanie, zeby zdecydować co dalej robimy. Na co on odpisał, to ty podejmujesz decyzje, ty się wyprowadziłam, więc decyduj dalej, dalej napisał, ze jest na wyjeździe (czyli wyjazd z tatusiem i mamusia) jak wróci to możemy się spotkać. Dalej zaczął pisać, żebym wszystkim powiedziałam o tym jak ja się zachowuje, o moim zachowaniu, kiedy były jego siostry o ty, ze późno wróciłam z pracy (ok 20 po awanturze za to ze przy teściowej powiedziałam ze trzeba zatankować), tym go sprowokowałam dlatego kazał mi spier... to była moja wina. ZE to ze on mnie nie szanuje to są jakieś moje insynuacje (jaki dobór słów, najgorzej jak ktoś używa słów których nie rozumie). Wszyscy otoczyli mnie ogromną opieką, odnosili się do mnie z szacunkiem, ale ja nadszarpnęłam ten szacunek, i on sobie nie pozwoli na takie traktowania:)Wczoraj zrozumiałam, ze miedzy nami nie ma już nici porozumienia, pisze mu ze czułam się zle w jego domu, a on swoim zachowaniem nie ułatwiał mi niczego, ze nie chce tam mieszkać, ze nie można od tego uzależniać być albo nie być małżeństwa, ze inni ludzie nie maja nic i radzą sobie, bo się kochają. A on dalej swoje, ze docenię mieszkanie u niego, kiedyś zrozumiem jakie to było cudowne itd. Nic nie wynikło, z tej wymiany zdań.Tylko nie przespana noc, i ogromna niemoc.
Poczułam się tak jakbym przekonywała cały świat, ze mam prawo do swojego zdania.

34

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Ale z niego dzieciak, dzieciak i do tego wygodny egoista. Jemu z mamusią jest po prostu dobrze i wygodnie i własna wygoda, właśnie ta jego wygoda jest tu najważniejsza.

Stanowisko , które przedstawia to wybitnie stanowisko jego rodziny, przecież wszyscy otoczyli Cie opieką, ale Ty nadszarpnęłaś ten szacunek, on ( oni?) sobie na to nie pozwoli, pisze Ci to co mówi jego rodzina, ten facet totalnie nie ma własnego zdania i raczej nigdy go nie mial,bardzo ciężko bedzie  rozmawiać z kimś kto nie mysli samodzielnie, tym bardziej ,że będzie chciał pokazać rodzinie,że sie nie złamie.
Rzeczywiscie wykorzystał rozstanie aby w spokoju spędzić wakacje z rodziną, tak się zastanawiam jak chodziliscie ze soba  wyjeżdżał na wakacje z rodzicami czy z Toba?
Sprawa jest znacznie poważniejsza niż myslałam, Twoje odejście nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia a nawet jeżeli ma chwile załamania jego rodzina go wspiera i podbudowuje.
Obawiam sie ,że mogą prezentować swoje poprzednie stanowisko " lepiej teraz się rozstać niż później jak bedą dzieci" jeżeli tak jest ,to nie jest dla Was korzystne, bo rodzina ma na męża niesamowity wpływ i postara sie by sobie Was odpuścił.
Nie wdawaj sie z nim sms-owe dyskusje tym bardziej,że jest przy nim rodzina, spotkaj się z nim po powrocie i porozmawiaj w cztety oczy, rzeczywiscie tu wspólny wyjazd byłby dla Was dobrym rozwązaniem, ale wygląda na to,że on już swoje wakacje zaplanował bez Ciebie.
Do wyprowadzki zostałaś zmuszona jego wyzwiskami, cichymi dniami i tym całym napieciem, niech nie obraca kota ogonem. O tym czy będziecie ten związek ratować czy nie, musicie zdecydować oboje, sama, bez jego pomocy i wsparcia nie dasz rady tego pociągnąć, tu potrzeba kompromisu a nie pokazówki siły.
Jedyne co możesz zrobić to spotkać się z nim  i porozmawiać o przyszłości związku, nie o jego siostrach, jego rodzinie tylko o Was i Waszej przyszłości, niech będzie facetem i sie zdeklaruje czy chce coś ratować czy nie,  wracać do niego na jego zasadach nie ma sensu bo cały cyrk zacznie sie od początku a Ty nie bedziesz szczęśliwa.
coca-cola ma tu rację, rodzice już mu doradzili jak ma postepować bo Ciebie "przejżeli" i to Ty jesteś ta zła.
Nie rozumiem faceta, dla którego własna wygoda jest ważniejsza niż związek, który zamiast kochać i wspierać zonę stara się ją za wszelką cenę, podporządkować rodzinie,który zamiast ratować związek odpoczywa spokojnie z rodzicami na wakacjach...

Nie zadręczaj się bo jak sama widzisz On nie za wiele się tym wszystkim przejmuje, jedyna szansa dla Was to pobyć razem tylko we dwoje, tylko Ty i On, bez całej " widowni", pobraliscie się przeciez z wielkiej długoletniej milości, wielka szkoda,że nie wyszły Wam wspólne wakacje.

35

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Masakra.. dziecko słuchajcie by zrozumiało.. Nie wiem jak można tak nie  liczyć sie ze swoją żoną. Kurcze i jeszcze sobie pojechał na wakacje z rodzicami, niczym sie nie przejmując. Ciekawe kurcze czy mamusia mu kobiete też zastępuje???

36

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

hej, jak sama piszesz, on od zawsze uczestniczył w życiu SWOJEJ rodziny. Ty jesteś obaca, stałaś się na moment ważna, ważna do czasu zawarcia małżeńśtwa, potem on wrócił do swojej roli, a może nigdny z niej nie wychodził, tylko Ty tego nie widziałaś. Stałaś się w końcu przez to tłem. Tłem, które zaczeło domagać się uwagi. On swoją uwagę, do tej pory, kierował w stronę rodziców i sióstr. Rodzice go głaskali za to, że pomaga siostrom, siostry były dumne z brata, ale on nigdy nie musiał się liczyć z konsekwencjami swoich wyborów, dopóki Ty nie zawitałaś w jego życiu. Przestałaś go głaskać i chwalić za rady, pomoc, dokonywanie decyzji. Po prostu z nim żyłaś. Przyjmowałaś to jako naturalną sprawę - wcale się nie myląc, że tak powinno być. Czułaś się kochana gdy on zabiegał o Twoje względy, a gdy przestałaś być dla niego zdobyczą, no cóż.... to taka samcza teoria... dołożył Cie do kolekcji swoich rzeczy.... --- No tak przesadziłem. Gdy byliście sami, rozumieliście się, on poświęcał Ci uwagę - tak jak powinno to wyglądać. Ale nawjyraźniej czegoś mu brakowało - ale tylko jemu, że tak ciągnął do swojej rodziny... może nie był w stanie pogodzić roli męża, brata i dziecka, na zasadach jakich byś sobie życzyła, a on wcale tego nie chciał. Szkoda, że nie potrafiliście tego przegadać i wyprostować tak by obróciłoby się to na korzyść Waszego małżeństwa. Wtedy zapewne wychwalałabyś go pod niebiosa. A tak, on nadal spełnia się jako oparcie w "swojej" rodzinie. Trudno mi to przychodzi, ale mam wrażenie, że to wszystko, gdy zaczeło docierać, stawało się dla Ciebie wyjątkowo trudne, a im trudniejsze, tym bardziej się z tym szarpałaś na zewnątrz, co przynosiło w efekcie odwrotny skutek. Doprowadziło do tego nieszczęśliwego stanu. Czy go kochasz? No oczywiście, że warto sobie zadać takie pytanie i odpowiedzieć .... choć odpowiedź na to jest bardzo trudna. Wiele ludzi żyjąc obok siebi, kocha się choć tak naprawdę przypomina sobie to w bardzo dziwnych momentach. Jeśli nawet tego nie czujesz, albo on - wcale nie znaczy że przestaliście. Jeżeli podejmiesz jakąs konkretną decyzję, to nie znaczy też, że będzie ona słuszna - z jakiegoś tam punktu widzenia w przyszłości może być też błędna, ważne czy dzisiaj ją podejmiesz, szkoda łez. A i jeszcze jedno, zawsze można zmienić zdanie. Posłuchaj maji84, porozmawiajcie ze sobą, osobiście, na tym całym neutralnym gruncie nie uciekaj od tego tematu, bądź dorosła.
Abra, nie zgodzę się z Tobą. Z nim i jego zdaniem liczą się osoby z jego kręgu, polegają na nim i pokładają różne nadzieje, jest dla nich wsparciem. On wychował się w takiej rodzinie, nie mozna go winić za to że tak mocno do nich lgnie. To, że nie jest w stanie żyć zgodnie z ogólnie przyjętym modelem, samodzielnej i odrębnej rodziny - wraz z małżonką, wcale nie znaczy, że jest niedojrzały. On po prostu inaczej nie umie, to jego sposób, tak jak i Twój. Myślę że lepszym rozwiązaniem od walki byłoby uświadomienie go w czym rzecz, czego do tej pory może nie rozumiał, albo nie dostrzegał, albo pozostawał na to głuchy - na to czego oczekuje jego małżonka. Oni najwyraźniej mają odmienne spojrzenie na bycie ze sobą, co wcale nie oznacza że nie byłby np. odpowiedzialnym i troskliwym mężem i ojcem, gdyby jego małżonka zaakceptowała stawiane przez niego warunki.
Nie zgadzam się też z cytowaną nauką z bibli, czy kościła. Ostanio poznałem małżeństwo, które ma za przyjaciela domu, księdza. Powtarza on ciągle, że żonę powinien kochać bardziej niż dzieci, bo one kiedyś odejdą z domu, natomiast małżeństwo zostanie w 4 ścianach  - ja czuję zupełnie inaczej. Należy dbać o rodzinę, zawsze, na każdym kroku. Ta pępowina, wcale nie jest zła, tylko raczej za gruba. Czy naprawdę tak chętnie byście były z mężczyznami, którzy tak łatwo się odcinają od rodziny, żyją wyłącznie z wami, czy znajomymi. Znam małżeńśtwa które opierają się na zasadach bardzo bliskiego mieszkania z teściami, obiadki, opierunek, zajmowanie się dziećmi, które sobie świetnie radzą - ale wcale to nie jest taka pępowina - my tak naprawdę nie wiemy do końca, czego on by chciał, jaki model rodziny zakładał że będzie prowadził, najgorsze  w tym to, że mam wątpliwość, czy sama autorka tematu dowiedziała się tego zanim wyszła za mąż. On co prawda ma świetne wzory do naśladoania i powinien czerpać z doświadczeń sióstr. Ale im też wcale pewnie  na tym nie zależy, mając odrębe rodziny, łatwiej im zyć ze świadomością, że przy rodzicach został brat, który opiekuje się rodzicami - możliwe, że również był manipulowany, dla... ich wygody. Może teraz mi się dostanie po uszach, ale kobiety często stając się z niezależne od domu rodzinnego, czując profity takiego życia, co daje to większe możliwości wpłwyania na swojego mężczyznę, ale równocześnie utrudniają swoim synom odejsćie z domu.
Jego słowa, że znalazł się w sytuacji, że ma wszystko czego mu potrzeba mogą być zupełnie szczere i bez przebarwień, wkomponował sobie - Ciebie w swój świat. Hmmm po prostu się nie dogadaliście. Każde z Was miało wizję przyszłości, ale widocznie nie miała ona wystarczających punktów wspólnych. Kluczowym elementem okazać się może to, że porozmaiwacie o nich dziś, czy jutro. Ale nie zawężaj swojej wizji jedynie do miejsca zamieszkania. Może się okazać, że macie mało ze sobą wspólnego - ale będziesz wiedziała na czym stoisz - ogólnie, dowiesz się rzeczy które umykały Ci, przez te utarczki wokół jednej rzeczy, a może i będzie tak, że wizja realizacji wspólnych, innych celów będzie dla Was tak kusząca, że wypracujecie dla siebie korzystne rozwiązania.
Na podstawie opisu Twojej ostatniej wymiany zdań z mężem ciśnie mi się chyba najważniejsza z tego wszystkiego konkluzja - nadajecie na zupełnie innych falach. Nie tylko, nie potraficie znaleźć wspólnego języka, i nie chodzi o dobór słów, ale o to, że rozmawiacie o kompletnie odmiennych rzeczach, nie próbując słuchać siebie. Każdy ciągnie w swoją stronę, oczywiście nie oceniam tu ważkości argumentów. Wygląda to tak, jakbyście się okopali na swoich stanowiskach i stojąc plecami do siebie obrzucali, po obwodzie Globu, argumentami. Jeśli z tym czegoś nie zrobicie, to wogóle nic nie zrobicie. A gdy spotkacie się przy rozwodzie, sędzia prawdopodobnie będzie miał wrażenie, że ma przed sobą na jednej sprawie, ludzi z dwóch różnych małżeństw. Ale może właśnie tak było od samego początku, tylko nie umieliście sobie z tego zdać sprawy.

37

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dunkis wszystko ładnie da sie opisać jak to zrobiłeś, ale niestety prawda wyglada jak wygląda. Ewidentnie mąż autorki nie liczy sie ze swoją żoną, z jej uczuciami, i po raz kolejny to ona chce wszystko naprawić, czuje sie winna i zachodzi w głowe. Bez sensu, jesli koleś chciałby pogadać , nie zwlekał by tyle, nie brakuje mu żony?? Kobiety którą kocha?? Ewidentnie mu nie zależy, bo każdy poczciwy facet dążyłby do kompromisu!! ... Znów autorka ma sie dostosować, a dlaczego? żeby żyć z ludzmi którzy szanują tylko siebie?? ..Żeby znów nan każdym kroku wychodziła na głupią babe, która ma tylko do wszystkich pretensje i nic jej nie pasuje?? Juz samo to że zamieszkała z nim, jego rodziną, udowodniła, że chciała jak najlepiej, ale jeśli mąż nie stoi murem za żoną, to nie ma co sobie mydlić oczu, że bedzie lepiej.

Jeśli autorka posta przystanie na argumenty swoego meża, "uschnie" z żalu i tęsknoty za normalnym życiem, miłoscią, poszanowaniem.

Nie krytykuje bliskich więzi z rodzicami męża czy żony, ale tu ewidentnie widać, czuć intryge rodziny męża. Tak nie można żyć, nie można i ciesze sie, że nasza koleżanka podjęła taką decyzje. Kompromisu trzeba wspolnie szukać, starać sie utrzymać małżeństwo też wspolnie! inaczej nie ma szans, nie starczy jej Miłości zeby dzwigać ciężar nieporozumienia za dwoje.

38

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Niestety nie nadajecie na tych samych falach, żadne z Was nie słucha drugiego każde upiera sie przy swoich racjach. Masz duzo racji , niestety  wizja tego małżeństwa dla każdego z Was oznacza co inego.
Jeżeli każde z Was bedzie sie upierało przy swoich racjach wyjda z tego dwa monologi, nie dialog a to błędne koł,o rozłąka i milczenie, będzie Was coraz bardziej oddalać i rzeczywiscie z czsem  nie bedzie już czego ratować.
Mąż ma bardzo proste myslenie, wprowadzałaś konflikty w jego harmonijnej dotąd rodzinie i go opusciłaś,  Twojego odejścia nie odbiera tego jako wołania o pomoc i cheć ratowania związku, zupełnie Ciebie nie rozumie i sam jest zmęczony całą ta sytuacja, dla niego to porzucenie ez powodu.
Dla męża wszystko co sie dzieje jest konsekwencją Twoch decyzji,  zachowania, przecież nikt cie tam nie krzywdził.
On naprawde wierzy w to co mówi i czuje sie poszkodowany.Nie widzi rzeczywistego problemu.

Potrzebna jest rozmowa Was dwojga i negocjator,może w postaci psychologa i  terapii par??
Raczej ze strony jego rodziny nie masz pomocy a z Twoją nie bardzo sie liczy. Sami sobie mozecie nie poradzić, bo nie umiecie ze soba rozmawiać , nie potraficie nawet sie słuchac.
Taka terapia może przyniesć duzo dobrego, bo nawet długoletnie małżeństwa mają problemy z komunikowaniem sie i szukają pomocy, ważne aby przekonać męża.
Najważniesze jest to  czy oboje chcecie ratować to małżeńtwo, jeżeli tak to poszukajcie pomocy, teraz jest ona Wam bardzo potrzebna,porozmawiaj o tym z meżem, szkoda tylu pieknych lat.

39

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
iziaaaaak napisał/a:

Dunkis wszystko ładnie da sie opisać jak to zrobiłeś, ale niestety prawda wyglada jak wygląda. Ewidentnie mąż autorki nie liczy sie ze swoją żoną, z jej uczuciami, i po raz kolejny to ona chce wszystko naprawić, czuje sie winna i zachodzi w głowe. Bez sensu, jesli koleś chciałby pogadać , nie zwlekał by tyle, nie brakuje mu żony?? Kobiety którą kocha?? Ewidentnie mu nie zależy, bo każdy poczciwy facet dążyłby do kompromisu!! ... Znów autorka ma sie dostosować, a dlaczego? żeby żyć z ludzmi którzy szanują tylko siebie?? ..Żeby znów nan każdym kroku wychodziła na głupią babe, która ma tylko do wszystkich pretensje i nic jej nie pasuje?? Juz samo to że zamieszkała z nim, jego rodziną, udowodniła, że chciała jak najlepiej, ale jeśli mąż nie stoi murem za żoną, to nie ma co sobie mydlić oczu, że bedzie lepiej.

Jeśli autorka posta przystanie na argumenty swoego meża, "uschnie" z żalu i tęsknoty za normalnym życiem, miłoscią, poszanowaniem.

Nie krytykuje bliskich więzi z rodzicami męża czy żony, ale tu ewidentnie widać, czuć intryge rodziny męża. Tak nie można żyć, nie można i ciesze sie, że nasza koleżanka podjęła taką decyzje. Kompromisu trzeba wspolnie szukać, starać sie utrzymać małżeństwo też wspolnie! inaczej nie ma szans, nie starczy jej Miłości zeby dzwigać ciężar nieporozumienia za dwoje.

1. faktów się nie zmieni, jest jak jest.
2. gdy przestali się dogadywać, przestał się liczyć z jej zdaniem, a ona z jego (nie dogadywali się)
3. żeby się dostosować do siebie, on do niej, czy ona do niego najpierw trzeba rozmawiać, a oni walczą
4. wspólne zamieszkanie z rodzicami było ich wspólną decyzją, zatem tu się nie zgadzam, że to ona się dostosowywała, choć z pozoru może to tak wyglądać, problem w tym że każde z nich miało odmienne - niedogadane - spojrzenie na to. (brak rozmowy)
5. sam zasugerowałem intrygę, ale on chyba taki jest "rodzinny" no bo przecież siostry poszły w świat, nie wiem, to dla mnie za trudne.
6. słuchaj iziaaaka , jednostonna miłość małżeństwa nie utrzyma

40

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Jedna uwaga Dunkis bo trochę za ostry jesteś w ocenie. Chodzi o pkt.4
Fakt, wspólne zamieszkanie z rodzina męża to ich wspólna decyzja i w sumie duzy  błąd, ale jednak to miala być sytuacja przejsciowa, tak się przeciez umawiali przed slubem, przejsciowa, aby zaoszczędzić na własny dom. O ile pamietam z tego co pisałeś, sam mieszkałeś krótki czas z tesciami i co by bylo gdyby zona nie chcała sie wyprowadzić, czułbyś sie oszukany, prawda?
Mysle, że od tego zaczął sie konflikt, od tej niedotrzymanej obietnicy, tu może sie czuć słusznie oszukana, mąż nigdy nie zamierzał sie wyprowadzać i postawił ja przed faktem dokonanym.
Mysle, że jedyna dla nich szansa to pomoc mediatora, samym im bedzie bardzo trudno sie porozumiec.

41

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Moim zdaniem pomoc mediatora wiele tu nie wskóra, bo mąż nie widzi problemu, nigdy nie rozumiał swojej żona, czytajcie uważnie co napisała autorka, to ona nalegala na rozmowy, wciąż była negowana przez meża, ona probowała wyjasnić sytuacje, ona ciągle pierwsza wracała, pisała, prosiła, wyciągała ręke, była na wiele gotowa.. On nie chce zmieniać nic. Gdyby chciał, dawno by wyprostował sytuacje. Nie oszukujmy sie .. hmm

42

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

A ja mysle że terapia by im duzo pomogła bo właśnie na tym polega praca psychologa, to pomoc nie tylko w uswiadomieniu  problemu ale i nauka sluchania siebie nawzajem i  przekazywania swoich uczuć i żalów ale w sposób nie raniący partnera. Ważne tylko aby oboje chceli uratować ten zwiazek bo w tej chwili oboje są bardzo już wyczerpani a On najwyraźniej zaczyna odpuszczać.
To bardzo młode małżeństwo i naprawdę wielka szkoda, by sie rozstali, powinni poszukać pomocy.

43 Ostatnio edytowany przez Dunkis (2010-08-03 08:32:22)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Czekaj maja, może źle coś napisałem w punkcie 4, ale zasadniczo , to sie ze mną zgodziłaś, przepisując prawie punkcie 4, w swojej wypowiedzi...pamiętam, że to miał być stan przejściowy.... skupiłem się tylko na wspólnym zamieszkaniu, ale to tylko drobna różnica. Rzeczywiście jak to teraz przeczytałem, po Twoich uwagach, mogło tak wybrzmieć. To co się kryje w nawiasie - brak rozmowy - to właśnie taka podobna sytuacja jak u mnie (widzę, że jesteś uważnym czytelnikiem smile. Moja żona zakładała prawdobodobnie, podobnie jak mąż Luizy - zamieszkamy z rodzicami na jakiś czas, a potem się przeniesiemy na własne (w bliżej nieokreślonej przyszłości, może za jakieś 500 lat świetlnych). Za to ja miałem inne podejście do tego założenia - ja w głowie ciągle kładłem nacisk, że to mieszkanie przejściowe i wogóle nie brałem pod uwagę że to bęzie wspomniane 500 lat. Co z tego, że skrobałem drzwi malowałem - mieliśmy całe piętro dla siebie 4 pokoje w tym piękny salon, wielka kuchnia, ogród przed domem - ja ciągnąłem na swoje, małe, mniejsze i wcale nie ze względu na to że nie miałem jakieś porąbane układy z teściami, wręcz przeciwnie, byli wspaniali. Potem poznałem zdanie mojej żony - właściwie to zobaczyłem, jak płakała przez pare nocy w nowym mieszkaniu, była zawiedziona ale jej spojrzenie poznałem po fakcie, chodziaż, też zakładaliśmy że mieszkanie z teściami będzie przejściowe - ale chyba to tylko ja tak naprawdę realnie o tym myślałem. ona mogła mieć może nadzieje że jak już amiweszkamy z teściami to tak zostanie.... no niedogadanie i tyle  - nic nadzwyczajnego w życiu, takie rzeczy zdarzają się nwaet na zakupach.... to nie koniec świata. Potem okazało soę że jest zawiedziona, że jednak się wyprowadzimy - wiesz mogliśmy, mieliśmy możliwość i wybór, ale to juz moja historia i niekoniecznie musi być identyczna z tą.... Ale ma to wspólny punkt - oni sie nie dogadali, on (może tak jak moja żona) był nastawiony, że kiedyś tam w przyszłości NIEOKREŚLIONEJ się przeniosą, a ona tę sytuację widziała inaczej... ot tyle ---- niedogadanie (oczywiście to moja teoria).
Ale odpowiadając na Twoje pytanie maja84 - pewnie czułbym się oszukany, ale czy tak do końca miałbym prawo czuć się oszukany wyłącznie z winy drugiej strony? Przecież gdyby sytuacja miała takie podstawy jakie opisałem, a podejrzewam że tak było u Luizy, częściowo wina też leżałaby po mojej stronie. Co wynika z bardzo prostej, choć arcyważnej sprawy - różnego spojrzenia na tę sama sytuację. Były zupełnie odmienne - bo nie było w nich konkretnych, jasnych, klarownych, wspólnych, jednomyslnych (już mi brakuje określeń, ale chyba wiadomo o co mi chodzi) USTALEŃ. A podstawą mogła być jedynie rozmowa - bo do ustalenia jasnego zdania trzeba właśnie rozmowy, a skoro byłyby tylko ogólne założenia któe możliwie że każda ze stron inaczej rozumiała... no cóż wtedy z przykrością trzeba stwierdzić, że jednak ponoszą oni po części winę wspólnie....a w konsekwencji cierpi dwoje ludzi, które z nich bardziej, to już inna sprawa. Ale ogólnie rzecz biorąc na pewno nie pobierali sie po to by sobie tworzyć piekło na ziemi i zamiast wspólnie korzystać z życia śmiejąć się zabrali się za łby. Dlatego wciąz uważam, że jeżeli wyjaśnią sobie te sprawy - może właśnie porozmawiają o przyczynach, a nie skutkach, da się to jeszcze naprawić. Oni spotkali się na Ziemi nie po to by walczyć ze sobą, ale być, wspólnie mimo przeciwności.
Terapia to bardzo dobry pomysł.
iziaaaak, no i znów nie mogę się z Tobą zgodzić, że pomoc mediatora im nie pomoże. Napisałaś, że mąż nie widzi problemu i nie rozumie swojej - i wogóle to jest jego wina. Wg. mnie widzisz tylko jedną stronę sprawy. A popatrz z drugiej strony - czy ona rozumie jego? Przypatrz się opisanej przez autorce jej wymianie zdań z mężem - powtórzę - dla mnie jest jasne oni się przestali rozumieć - przestali nadawać na tych samych falach. Skoro my się po takiej "prostej" wypowiedzi zorientowaliśmy w czym rzecz, specjalista nie tylko że to zauważy od razu, ale mozliwe że byłby w stanie hmmmm... zestroić ich. Tak jak maja84 napisałą, wystarczy że będą chcieli, a to zależy od tego czy się kochają mimo tego całego zamieszania. Bo inaczej ..... to nie warto. Ale stawiam swoją reputację na to, że Luiza kocha swojego mężczyznę. Po co inaczej szukałaby tu rad?

44

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam wszystkich, dziękuję za ta konstruktywne porady, wymianę myśli i zdań na temat mojej sytuacji.
Zgadzam się z wami, ale każdy zdaje sobie sprawę ze napisać można wszystko, w teorii wszystko da się zrobić, jednak życie weryfikuje to w swój sposób. Właśnie jestem po dwugodzinnej rozmowie z mężem, spotkaliśmy się na neutralnym gruncie, ale i tak nic z ego nie wyszło...mam za sobą nie przespaną noc, podczas której zastanawiałam się jak zacznę  co powiem, myślałam tylko o tym żeby się znów nie kłócić żeby nie wypominać, żeby nie zalewać go żalami...tylko spokojnie powiedzieć, ze go kocham (bo oczywiście kocham), ze nie chce go krzywdzić, ale żeby było na obojgu dobrze musimy budować rodzinę na własnym gruncie..
Trudno było w ogóle zacząć rozmowę, jak już poszło temat był taki sam jak zawsze, ja nie zachowywałam się jak powinnam, ja stawiałam się okoniem kiedy on coś zaplanował (oczywiście chodzi o sprawy związane z jego rodzina), ja ciągle stawiam go w złym świetle, on źle czuje się w gronie mojej rodziny bo czuje na sobie wścibskie spojrzenia, bo oni są do niego źle nastawieni ( oczywiście nie pomyślał ze sam dał mi do tego powód separowaniem się o dniach od samego początku, unikaniem jakichkolwiek okazji, kłótniami z moimi rodzicami, nie musiałam nic mówić, zeby widzieli ze coś jest  nie tak). Wiec jednym słowem dalej sama śpiewka wszytko jest przez ciebie, ale już se poświecę niech będzie tak jak chcesz nie będę zabiegał żebyś miała kontakt z moja rodzina, a ja nie będę miał kontaktu z twoja, kochaj mnie, baj o mnie, wracaj odrazo po pracy do domu, wszędzie chodźmy razem, jak chcesz iść na zakupy, powiedz kiedy pojadę z tobą na cały dzień  gdzie tylko będziesz chciała możesz iść na imprezę integracyjną do pracy, ale szybko zjedz obiad i wracaj do domu, nie chce żebyś z kimś tańczyła...i zachowuj się normalnie. Poza tym  twoich rodziców możemy odwiedzić w jakaś niedziele na obiad nie mam nic przeciwko. o moich zapomnij, nie musisz się z nimi widywać , jadać niedzielnych obiadów, jeździć na zakupy...Ale całkiem normalna jest propozycja musimy mieszkać u nich w domu, bo przecież tam jest Nam dobrze, wygodni..
BEZSENS PARODIA DNO.bardzo stanowczo stwierdził, ze on nie wyprowadzi się nigdzie bo mamy gdzie mieszkać, czeka na mnie  domu ma nadzieje ze się zastanowię i podejmę właściwa decyzje i dziś albo jutro zabiorę rzeczy od rodziców i jakby nigdy nic znów zamieszkam w domu jego rodziców i nie będę z nimi miała kontaktu i powinnam się czuć dobrze. Ewentualnie jest skłonny oszczędzać i pobudować dom w swojej miejscowości nie ma mowy o tym miasteczku w którym ja pracuje, bo jego praca jest właśnie tam gdzie on mieszka i juz...
oszczędzanie moze trwac w nieskończoność. Niby ile może trwać oszczędzanie z dwóch budżetówek (praca spokojna, ale nikt się nie łudzi ze nie ma z niej kokosów) i bez kredytu nie da rady.. mieszkamy u teściów dwa lata i nie zaoszczędziliśmy nic).
Ja zaproponowałam ze równie dobrze możemy wziąć kredyt mieszkaniowy potrzebowalibyśmy jakieś 120 000 i kupić mieszkanie. Kolega z pracy kupił w miasteczku gdzie pracuje mieszkanie za 170 tys 3 pokojowe. My mamy swoich ok 50 tys ( mam lokatę którą założyli mi rodzice, pieniądze które zostały jeszcze z mojej emigracji do Anglii, mogę wziąć kredy ok 8 tyś oraz 10 tyś z prezentów ślubnych,maż tez może wziąć kredyt z pracy bardzo nisko oprocentowany razem  byłoby ok 50tyś) to chyba nie jest koniec świata. Owszem oszczędzać, a za jakiś czas sprzedać mieszkanie i uzyskane pieniądze zainwestować w dom.
A tak mieszkamy u teściów, sytuacja wygląda dalej jak wygląda, on meczy się bo każde zejście na dół wywołuje w nim lek ze będę miała pretensje, ja będę myślała ze skoro on woli być z rodzicami to ja tez przecież mam rodziców i mogę do nich jechać, siostry dalej będą przyjeżdżać ( i nic w tym złego przyjeżdżają przecież do domu rodzinnego do rodziców) blednę koło itd itd.. Powiedział jeszcze ze chce mieć rodzinę, żonę która go kocha, dzieci, normalne życie, ze ograniczy kontakty z rodziną jeśli o to mi chodzi, ze nie będziemy już chodzić na obiady, spotkania rodzinne, nie będzie wspólnych wyjazdów. Nie zrozumiał, ze to nie o to chodzi, ze w tym wszystkim chodzi o ustalenie granic, a nie zaniechania kontaktów z którąś z rodzin. Kazał mi się zastanowić, czy do niego wrócę, on czeka ma nadzieje ze dziś czy jutro się zjawie i wszystko będzie normalnie. ja z kolei powiedziałam, ze jestem w stanie spróbować tylko i wyłącznie na naszym własnym gruncie, ze nie muszę mieć domu z ogródkiem ale kochającego  męża.. nie mogę zagwarantować mu luksusów, ale skromne mieszkanie i miłość która mimo wszystko do niego czuje. Próbowałam mu wytłumaczyć, ze wiele ludzi ma taka możliwość mieszkania z rodzicami ale większość z nich stara się sama sobie i swoim dzieciom zbudować gniazdo. Nie pomogło...
Dalej powtarzał swoje, w końcu wstał ze słowami" dobrze także ja czekam zastanów się, możesz wrócić i starać się żyć ze mną normalnie.Siedzieliśmy jeszcze trochę w milczeniu, spytałam jakie ma argumenty przeciwko mieszkaniu w naszym wspólnym mieszkaniu, odpowiedział, ze nie chce mieszkania chce dom ( takie są skutki okazywania swojemu dziecku miłości poprzez obdarowywanie i nie potrafienie mu czegokolwiek odmówić), tak właśnie został wychowany mój mąż..
Ojciec choć sam nie jest w stanie ujechać 15 km (tak twierdzi i nie nadaje się już do prowadzenia auta) kupił samochód wart ok 40 tys. dobrej marki, piękny ogromny samochód. Zatem jak wam się wydaje  dla czyich potrzeb bedzie o auto, jaką role ono miało spełnić. Piękne mieszkanie, piękny wygodny samochód, tylko zona nie pokorna,  coś świruje i ciągle nie podobają jej się luksusy jakie chcemy im zapewnić....
Na koniec siedząc już w samochodzie (tym pięknym niby ojca) podjechał do mnie, opuścił szybę i powiedział "chcę żebyś wiedziała ze cię kocham i mam nadzieje ze będziemy razem". Na co ja tez powiedział ze go kocham i tez mam taka nadzieje. Tak skończyła się rozmowa z moim 32 letnim mężem.
przepraszam za chaos w opowieści, ale sami rozumiecie...
Ja ze swojej strony wynajęłam mieszkanie, odezwę się za jakich czas czy nie zmienił zdania, ale jeśli nic się nie zmieni nie pozostaje nic innego jak podzielić swój majątek i pójść każde w swoim kierunku, lizać rany i zadrę w sercu...
trzymajcie, sie jeszcze raz dziękuje za rady były bardzo pomocne, krzepiące i dały mi dużo do myślenia.

45

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witam wszystkich. jestem po kolejnych spotkaniach z moim męzem. Wczorajsze spotkanie było już dość spokojne. Ale to co mówił mój maż było przerazajace. Min. ze ja bez niego zginę, ze na nic nie będzie mnie stać, ze bede pracować na kawalerke do 70, ze chciałby dać mi nauczke, zebym spróbowała zycia o jakim zawszem marzyłam, a on zadzwoni do mnie za rok i zobaczymy czy jest mi dobrze. Ze dzieki niemu i jego rodzinie mogłam mieć wszystko, ale przez swoje zachowanie wszystko to staciłam. Jesli go zostawie to on zrobi wszystko, zebym straciła prace, ktorą załatwili mi jego rodzice. Jesli nie wróce to mam zabrać reszte ubran, natomiast pozostałe rzeczy odda mi jak zwolnie sie z pracy. JAK ŻYC Z TAKIM CZŁOWIEKIEM!!!!!!!!!!!!!!!!CZY JEST SENS BUDOWANIA DOMU, ZADŁUZANIA SIE PO USZY.
Padła taka propozycja, zeby wziać kredyt 200 tys i jeszcze w tym roku podjać kroki do budowy domu. Początkowo zgodziłam sie na to, ale jak póżniej rozpamietywałam to wszystko, to co powiedział i w jaki sposób to zaczełam sie zastanawiac, ze ja tak nie chce nie chce do końca zycia słuchać, ze ja dzieki niemu i jego rodzinie mam wszystko.

46

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Luiza83 wiesz że to o czym piszesz dla mnie wygląda tak, że on czuje iż to jego wina, że zaczyna zmieniać o tym myślenie bo przyparłaś go do muru!!! Teraz jesteś górą, on sobie z tym nie potrafi poradzić szarpie się penie nie tylko ze sobą swoimi uczuciami, ale pewnie też ze swoją rzodziną. On zdał sobie sprawę że tym razem to poważna sprawa i nie wrócisz na jego warunkach, stąd ten pomysł z kredytem. Co nie zmienia faktu że będąc w takim stanie i nie wiedząc jak to ratować ucieka się do ostateczności, od grożenia Ci od życzenia CI jak najgorzej - on jest na skraju - ale nie wiem czego, zrozumienia, czy szaleństwa. Jedno co jest pewne to, to że jest to sytuacja, w której możesz stawiać warunki, jeśli jeszcze chcesz i zyskać coś na tym. Albo całkowicie zerwać. Decyzja należy do Ciebie - wyłącznie do Ciebie, ale nie zwlekaj im dłużej to będziesz robiła, tym trudniej pozbieracie się do kupy jako związek. Wg mnie on w końcu zaczął mówić sam za siebie , a nie za rodzinę, choć kotwica wyraźnie pozostaje. Fajnie by było by tą kotwicę zerwać, a przy okzaji jego zachować, ale nie wiem czy ktoś jest w stanie doradzić Ci by zrobić to na tyle umiejęnie by wszystko wyszło jak powinno.
Więc jesli pęknie między wami więź to:
Jean de la Bruyere
Pragniemy być całym szczęściem osoby kochanej, a jeśli to niemożliwe - to całym nieszczęściem.

O pracę się nie martw, są sądy pracy o czym możesz mu powiedzieć. Mało tego powiedz mu, że to jest kolejny szantaż z jego strony. Zapytaj go jak onwogóle sobie wyobraża dalsze życie, budowane na szantażu? Zapytaj go czy nawet teraz gdybyś wróciła do niego, z bliżej nie określonych powodów, czy nie będzie go bolała, jak do końca życia przyjdzie mu zastanawiać się czy zostałaś z nim, z uwagi na szantaż? Odetnij mu się jeszcze mocniej - powiedz że jeżeli tak właśnie będzie, to szybciej niż myśli, zainwestujesz swoje uczucia w kochanku, a z nim będziesz tylko dla pieniędzy i pozycji - może wtedy zrozumie, że związek to nie dom, praca i kasa.
Czy on do cholery chce byś wróciła z uwagi na miłość czy szantaż??? 
Jak gość nie odpuści z Tą pracą, a postanowisz się rozejść, to zablefuj. Powiedz mu, że zaczynasz sie spotykać z facetem, co ma własna firmę i zaproponował, że Ci tą kawalerkę kupi. A na razie nie chcesz pracować u niego, bo chcesz być niezależna przynajmniej do póki nie zakończysz z nim sprawy. Z drugiej strony jeśli będziecie poważnie myśleć o sobie to nie chcesz być jego pracownikiem, bo źle by to mogło potem wyjść. W związku z tym on zaproponował Ci ten sąd pracy, i powiedział bys się tym nie martwiła, bo na tam pare osób i ma odpowiednie znajomości (tu akurat warot by było byś sobie sprawdziła gdie ten sąd jest, jak się nazywa przewodniczący, nazwiskami jak rzucisz, to zabrzmi wiarygodniej), zatem powiedział Ci, że nie masz się o co martwić...O jeeshu namawiam kogoś do kłamstwa....OMG

47

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Luizo, dobrze wiem co to jest "nieodcięta pępowina". Jestem w związku malżeńskim od 12 lat a mąż tkwi w symbiotycznym zwiazku z matką. Powiem ci, że kilka lat upłynęło zanim sie zorientowałam, że to patologia, którą należy leczyć. Niestety w tym układzie "oni"tak dobrze si \ę czyją, że nie dopuszczają myśli o jakichkolwiek zmianach. Wielokrotnie słyszałam, że gadam jak nienormalna. Odpuściłam sobie i przestalam go szanować jako mężczyznę, ale dalej z nim jestem - to dluższa historia.

48

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dziewczyno, nie marnuj sobie życia z tym człowiekiem. Przed chwila przeczytałam, jak ćię straszył i jak wypomina, co masz dzięki niemu. on sie nie zmieni na lepsze! uwierz doswiadczonej ze stażem małżeńskim. NIe bedzie Cię szanował, bo już tego nie robi. Uciekaj pókiś żywa - ja powinnam to zrobić 10 lat temu - wtedy zaczęła wyłazić z niego zgnilizna.

49

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

A moim zdaniem problem jest nie w jej mężu a w jego kretyńskich rodzicach... Wygląda na to że szczują i szczuli faceta przeciwko niej od samego początku, tylko ona tego nie zauważała. Skoro nie traktował jej w taki sposób na początku znajomości, planował z nią przyszłość, kochał to nie mógł się tak zmienić z minuty na minutę... Nie ma ratunku, on nie otworzy oczu bo jest zakochany w tym babsku i nie puści się mamusinej spódnicy, jej zdanie ponad wszystko...

50

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
Dunkis napisał/a:

. Zapytaj go jak on wogóle sobie wyobraża dalsze życie, budowane na szantażu?

Zlota mysl, wiec oprawie ja w ramki:

   **********************************************************
   * Jak on wogóle sobie wyobraża dalsze życie, budowane na szantażu?  *
   *                                                                                                                *
   **********************************************************

51

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Wczoraj odbyliśmy kolejną rozmowe,tym razem na pięterku u jego rodziców. dziwne uczucie było tam znowu być. Ale zaskoczyło mnie to ze nie czułam nic, ani zalu ani radości ze znów widzę to miejsce.
Poraz kolejny  teoria sie zmieniła, już nie bierzemy kredytu, teraz mówi, ze problem lezy w nas, musimy nad sobą pracować, zeby było dobrze, bo przecież ludzie są najważniejsi. A jeśli nam sie uda, to przeciez mozemy mieszkać cały czas tam gdzie do tej pory, bo przecież to kiedyś bedzie nasze.
Jak prowadziliśmy te dyskusje to oczywiście na dole była cała rodzina.
Przez moment chciałam mu przyznać racje, bo tez tak mysle ze ludzie są najważniejsi, a nie budynk, mury. Ale potem zostawił mnie na chwile i zszedł na dół, i znów wszystko wróciło, uświadomiłam sobie, ze mam jakąś blokade przed ta rodziną, ze owszem jego rodzice bezpośrednio nic mi złego nie zrobili, nie dali mi powodu, zebym czuła sie żle, ale dotychczasowe jego zachowanie, ciagła obecność jego rodziny, mnie wykańccza, przeraza, jak tam byłam znów poczułam ogroną ochotę, zeby uciekać, znów czulam się tam taka osaczona, bez możliowści manewru, taka kontrolowana, tak jak było to do tej pory, nie mam pojęcia skąd sie to bierze. Ale czuje sie w tym domu okropnie spięta.
mój maż idzie na taki kompromis, ze mieszkamy dlaj gdzie mieszkamy, staramy sie nie blokowac w kontaktach z rodzinami, i oszczędzamy na wspólny dom. Jestem przerazona, bo to dla mnie nic nie oznacza, zadnej w zasadzie nadziei na zmiany bo takie słowa słysze juz od jakiegoś czasu.To oszczedzanie moze trwac wiecznie. Wiele ludzi dużo wiecej zarabiajacych od nas bierze kredyty na mieszkania, domy, bo kiedy zaoszczędzimy tyle zeby uznać,ze starczy czyli ok 200000tys. kiedy kiedy....nigdy....bo czuje ze on tak naprawde tego nie chce to tylko moje marzenie, moj zyciowy cel, mój problm bo on może mieszkać tam gdzie teraz.Wystarczy być normalnym jak mówi mój maz...a ja chyba nie jestem bo nie mogę sie czuc tam jak w domu, nie chce, za duzo słów juz usłyszałam o sobie, swojej rodzinie, o tym jak należy okazywac wdziedzności za to co dostaje, poprostu wole odrobinę zdobyć sama i cieszyć sie tym.
Powiedzcie czy to copiszę, jest nienormalne, czy jetsem pokrecona, co jets dziwnego w tym, ze chce mieć własny kat?????

52

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Ja Cie doskonale rozumiem, nie wiem jak potocza sie teraz Twoje losy, ale jak powiedziałaś pewnie nic się nie zmieni, obietnice Twojego męża po raz kolejny się nie spełnią. Jak dla mnie jego warunki nic nie zmienią, to żaden kompromis przecież. Nie sądze, że można tyle odłożyć na dom, bez kredytu trudno wybudować swoje gniazdko..

Wiem, że masz już tego dość, że sytuacja Cie wykańcza.. Skoro przystałaś na ten "komromis" i nie poczułaś ulgi, to nic się nie zmieniło, Twój mąż inną drogą postawił na swoim. Jest tylko szansa, że między wami relacje sie może poprawia, za co trzymam kciuki. On nadal nie widzi w niczym problemu, może z czasem wszpolnego mieszkania, uda wam sie jeszcze przedyskutować to co się stało.

53 Ostatnio edytowany przez Dunkis (2010-08-20 14:10:26)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

2000000 tyś. to spora kwota.
A tak zupełnie serio. PO CHOLERE TAM POSZŁAŚ.
pomijając powyższe zacytuję Ci CIebie:
"Poraz kolejny  teoria sie zmieniła, już nie bierzemy kredytu, teraz mówi, ze problem lezy w nas, musimy nad sobą pracować, zeby było dobrze, bo przecież ludzie są najważniejsi." to jest jedyna rzecz ok . Znaczy że zaczyna myśleć o sobie.

Ale to, to hmmm, czy to nie sprzeczność?:
"A jeśli nam sie uda, to przeciez mozemy mieszkać cały czas tam gdzie do tej pory, bo przecież to kiedyś bedzie nasze."
" ... mój maż idzie na taki kompromis, ze mieszkamy dlaj gdzie mieszkamy, staramy sie nie blokowac w kontaktach z rodzinami, i oszczędzamy na wspólny dom."

Za to pojawiła się inna rzecz o której piszesz, a to trochę zmieniło, w obrazie tego o czym do tej pory pisałaś, czy powiedziałaś nam całą prawdę? Co najwyżej siebie oszukujesz bo my tutaj to tylko 0 i 1.
"owszem jego rodzice bezpośrednio nic mi złego nie zrobili, nie dali mi powodu, zebym czuła sie żle, ale dotychczasowe jego zachowanie, ciagła obecność jego rodziny, mnie wykańccza, przeraza".
Wiesz to mi nie wygląda na wyrzutu sumienia. Raczej na to, że coś gdzies tam jednak ... i ta obecna sytuacja, to nie dokońca i wyłącznie wina jego i jego rodziców. Mocniej nie będę sugerował, ale zaczynam myśleć "mocniej,  o Twoim udziale w tym wszytkim.
Luiza to 200 000 tyś to jakieś 200 mln? 200 000 tyś = 200 000 000 smile

54

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

200 000tys. to spora kwota ale wiel ludiz bierze takie kredyty.
Nigdy nie twierdziłam, ze wina leży po stronie tylko i wyłącznie jednej osoby.
Oczywiscie, ze to co piszę to wyłacznie odczucia jednej osoby - moje. Każdy ma mozliwość oceny tego co czyta na swój własny sposób. Kiedy opisywałam wszystkie te sytuacje, nigdy nie pisałam ze wyprowadziłam sie przez bezposredniej przyczyny tesciów.Mimo to ze wielokrotnie potzrebowałm od nich wsparacia, oczekiwałam ze w sposób naturalny pomogą synow odciac pepowinę. Mialam i mam do nich zal, ale to nigdy nie wiazało sie  z jakimis kłotniami, wyzwiskami, obelgami. Kilka razy próbowałam z nimi rozmawiac na temat naszych problemów, na temat zachowania mojego męza, ale nigdy nie ottzymałam pomocy i wsparcia. A chyba nawet z racji tego ze mieszkam u nich w domu, powinno być to oczywiste. Mam do nich zal, o to, ze układaja nam zycie, ze nie pozwola nam isć na swoje, ze ciagną na te wspólne wakacje, wyjazdy, zakupy, czuje sie w to wszystko uwikłana, a nie wystarczy spokojnie wytłumaczyc ze na pewne rzeczy nie ma sie ochoty bo mój maż nie rozumie mojej "odrebności" i tego ze z jego rodzina nic mnie nie łaczy, ze ja nie zmuszam go do takich kontaktów z moja rodzina, dla niego wszystkie te rzeczy są oczywiste on robi to od lat i nie widzi w tym nic złego.
Czuje zal o moich tesciów za to ze nie są w stanie uznać, ze sytuacja sie zmieniła, on ma zonę, rodzine, ze pora  zaczac odsuwać sie na drugi paln. Nie oni dalej robia to co robili dawnej.
Następna sprawa jeśli pozaliłam sie swojej tesciowej, ze jej syn zabrania mi zapraszac mojej rodziny robi mi trudności. Jej reakcją był obojętność, nic ...zadnej krytyki, postawienia do pionu, zwrócenia uwagi.
Rodziło, sie we mnie takie uczucie, ze czasem nie obwiniałam jego za to wszystko co sie miedzy nami działo tylko właśnie jego rodzine. Zastanawiałm sie, przecież mojej tesciowej tez by sie to czy tamto nie podobałao, czemu nie potrafi zwrócic swojemu synowi uwagi. Wiec powiem jeszcze raz mam zal. Piszac, ze nic złego mi nie zrobili, miałam na mysli, ze nie kłociliśmy, nigdy nie padły jakieś ostre słowa.
Pozatym to od samego poczatku zastanawiałam sie co robie nie tak, ze on nie potrafi kochac mnie tak ja tego potzrebuje,ze o wszystko co dla innych ludzi jest całkiem naturalne ja musze walczyć wyrywac pazurami, wiekszość ludzi nie ma z tym problemów, pobierają sie ida na swoje i nie muszą przezywac tego co ja teraz. Dziś wiem, ze mam w tym swoja wine, bo zgodziłam sie tam zamieszkać, dałam im możliwość osaczenia mnie, nikt tez nie zmusił mnie do przyjecia tej pracy i zwolnienia sie ze swojej poprzedniej, obwinim sie za to. Gdybym była twarda i zdecydowana to moje zycie potoczyło by sie inaczej.
Druga sprawa jest taka, ze są tez ludzie (do tego też  przekonuje mnie mój maż) którzy mieszkaja tak jak my i podoba im sie to bo jest blisko babcia, która zajmie sie dzieckiem, bo nie trzeba tak walczyc, bo jest dach nad głowa. Przyznaję mu racje , bo wiem ze tak jest. Zastanawiam sie dlaczego ja mam tak wielka potrzbe samodzielności i bycia na swoim. Bo gdybym jej nie miała, gdym mogła (kolokwialnie mówiac mieć to wszystko gdzieś), gdybym mogła to w sobie zmienic, nauczyś sie asertywnści jasno i wyraznie ustalić granicę moim tesciom , zyłabym sobie wygodnie a przede wszyskim dziś była spokojniejsza i nie byłabym sama. A tak ciagle walcze, nie mam w nim oparcia.
On jest zupełnie innych. On ma inny plan na zycie, dobrze sie czuje tam gdzie mieszka, wolałby wyjeżdzac, korzystać z zycia. 
Zastanów sie co byś czuł, gdyby twoja zona postawiał ci takie warunki, albo zostajecie u jej rodziców, albo koniec. Masz to szczęście, ze ona oderwała sie i poszła za toba. A gdybyś musiał walczyć o to z nią i czułbyś ze nie wygrasz, rozłaka by robiłą swoje kazde stoi twaro przy swoim , stał byc pod sciana myslac co jest dla mnie ważniejsze, czemu to jest takie trudne, czemu nie jestem dla niej ważny. czy nie zacząłbyś sie zastanawiac, czemu chce stad uciekać, przecież moge tu mieszkać, sam pisałeś ze miałeś dobre stosunki z tesciami.
Nie wiem ...Moze faceci nie zastanawiaja sie tak nad wszystki, dla was jest albo czarne albo białe.  Moze ty  odszedł byś. Ja zastanawiam sie, mysle, wiem, ze jeśli nie odpusze, to będe musiała sie rozwiesc a boje się tej perspektywy, nie chce tego, zastanawiam sie czy jestem sie na tyle zmienic, zeby zaakceptować to cała rodzine do tego stopnia zeb tam zyc mieszkać jeszcze jakiś czas. Jednoczesnie ogarnia mnie wielki strach przd kolejnym zawodem. Bo moze być tak, ze wróce, bede wierzyła ze sie uda, ze kiedyś bede u siebie, a on jak juz sie uspokoi daej będzie przystawał przy swooim ze on ma dom a jak ja chce to mogę oszczedzac.
te moje wyrzuty o których piszesz, mam je jasne, ze mam nie dlatgo ze czuje sie winna,bo tak nie jest, ale dlatego, ze moze ktoś inny potrafiłby mieć w nosie, i pojechac z teściami na wakacje, zapłąca za wszystko, wyluzowacsie i dobrze sie bawić, moze ktoś potrafiłby, tak wrosnąć w jakąć obcą rodzine, moze komus nie sprawiało by trudnosci takie czeste odwiedziny tej drugiej rodziny.
Moja mam też zamieszkałam u teściów, nie miała oddizelnej góry, mieszkali razem, było trudno, też były ciągłe zjazdy, odwiedziny rodzenstwa mojego taty, cale wakacje razem, ale przezyła, po  jakims czasie zaakceptowała tesciów, to po kilku latach to sie skończyły się najazdy. pojawiły sie dzieci, w ziwązku z tym zmieniły sie priorytety.
Mysle...cały czas intensywnie mysle.... czy to coś złego

55

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Przeczytałam o tym forum w gazecie. Mam 20 lat nie bardzo mam z kim pogadać, ponieważ przez chłopaka nie mam kontaktu z żadną koleżanka. Chciałam opowiedzieć moją historie poznałam chłopaka dwa lata temu jest ode mnie starszy o 9 lat wynajmowaliśmy mieszkanie i układało się nam super. lecz po jakimś czasie zaczęliśmy myśleć o nas trochę poważniej. A że wynajmowane mieszkania są drogie zdecydowaliśmy się przeprowadzić do jego rodziców są po 70 więc pomoc im się przyda pomyślałam....Ale nic teraz nie jest piękne czuje się jak bym nie żyła z nim! Tylko z nim i jego matka!!! Ojciec wiecznie w pracy a matka prawie wcale nie wychodzi kiedy chłopak jest w domu jest miła ale kiedy go nie ma jest złośliwa nie wiem co mam robić. rozmawiałam z nim ale delikatnie bo to jest jego matka ale on nie widzi problemu mówi że sobie roje... a ja potrzebuje wsparcia.... dlatego nie wiem kim dla niego jestem? chciałam tylko żyć własnym życiem... czy aż taka jestem wymagająca za dużo chce? codziennie zadaje sobie pytanie co teraz? co robi? zostawić go.... ale nie umiem na nie odpowiedzieć

56

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Przepraszam, ze pisze na forum kobiecym ale tutaj akurat znlazlem temat, ktory prawie idealnie pasuje do tego co dzieje sie w moim zyciu. Jest kilka kwestii, ktore roznia mnie i autorke tego tematu-mianowicie-nie jestem jeszcze w zwiazku malzenskim-osoba ,,zakochana" w Swoich rodzicach to kobieta, a nie mezczyzna jak ma to miejsce tutaj. Pozostale sprawy, ktore opisuje autorka pasuja bardzo do tego co dzieje sie w moim zyciu.

Autorko tego tematu jesli jeszcze tutaj zagladasz prosze odezwij sie jesli mozesz!

Pozdrawiam!!!!

57

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witaj Morfeusza Cień:)
Jeśli widzisz siebie w opisanych przeze mnie  sytuacjach  i masz czas na działanie to walcz o siebie.
U mnie zmienilo się dużo od ostatniego wpisu i w zasadzie nic. Historia zatoczyła kolo..
wrócilam....tak:( to się zmieniło przez rok robiła wszystko co mogłam...nic nie wskurałam...
Byłam przekonana, ze dam radę ze wina nie lezy tylko po stronie jednej osoby, że muszę walczyć...
dziś słyszę ze jestem chora, ze muszę iśc do psychologa.. i to wcale nie jest najgorsze co płynie z ust mojego współmieszkańca.
czuje wszechogarniający ból, ale tez coś pozytywnego, bo jestem już o krok dalej już sie nie zastanawiam, czy mój mąż się zmieni, czy będzie mnie kochał badziej niż siostry i rodziców,czy stworzymy rodzinę, czy wybudujemy dom, czy będę z nim szczęsliwa... dziś wiem, ze
NIE!!!!!!
Nic się nie zmieniło, nie docenil, nie zrozumiał, kłotnie toczą sie o to samo, liczy się tylko on i jego potrzeby.

Takze jesli dobrze rozumiem morfeusza cień, tworzysz związek z osobą silnie zwiazaną ze swoją rodzina? Moja rada - bądz twardy, mów czego oczekujesz od samego początku, nie daj sie namówić na wspólne mieszkanie, pod żadnym pozorem.

Trzymam kciuki, jeśli kochasz to walcz.

58

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Nie wiem czy to jeszcze przeczytasz - poniewaz nie wiem czy tutaj zagladasz--- ja przypomnialem sobie o tym forum i zajrzalem czy zostawilas kiedys jakas wiadomosc.
Widze, ze jednak robilas te same bledy co ja czyli dac szanse tej drugiej osobie, a moze sie zmieni---ale Oni chyba sie nie zmieniaja tacy juz sa.
Od mojego wpisu troche sie zmienilo tzn. ok. 2 kiesiace po tym wpisie postawilem sprawe jasno - po pierwsze wspolne mieszkanie, a nie z rodzicami od tego zaczalem --- coz i na tym skonczylem bo juz nie bylo co kontynuowac--moja Pani jasno sie wyrazila, ze Ona planowac nie moze przyszlosci poniewaz nie wie co bedzie sie dzialo w Jej zyciu, a tym bardziej w zyciu Jej Rodzicow, a Ona nie bedzie mogla Ich zostawic z calym domem na Ich glowie--wiec nie moze mi obiecac, ze bedziemy mieszkali razem bez Jej Rodzicow (dodam tylko ze odleglosc miedzy mieszkaniem, a domem w ktorym mieli mieszkac Jej rodzice wynosila jakies 300 metrow wink. Coz moja Pani chyb a do konca myslal, ze ma wszystkie karty w reku i ze jak Ona zagra tak ja zatanacze---coz przeliczyla sie i podziekowalem Jej za wspolnie spedzony czas- za to, ze Ja poznalem itd. i zabralem swoje zabawki, a Ona niech zyje w Swoim Swiecie, ktory dla Niej jest najwazniejszy czyli Ona + Rodzice.  W jakim Ona byla szoku - ze ja to sie stalo - ja Ja zostawilem no nie- to nie jest mozliwe. Jest tez dalszy ciag tej historyjki jak i duzo do opowiadania z przeszlosci ale nie chce wyrzucac brudow tutaj na forum----------jesli chcesz zostaw jakis kontakt do Siebie to pogadamy moze kiedys ---pozdrawiam .......................

59

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Gdy czytam takie historie, to jeszcze bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że dobrze zrobiłam nie godząc się na mieszkanie z synem i synową. A oni chcieli, i to bardzo.

60

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Witajcie zauważyłam, ze zawsze zaglądam na forum jak jestem już u kresu wytrzymałości z nadzieja ze ktoś mi pomoże, ze ktoś powie mi co ma robić, może przeczytam podobna sytuacje i da mi to trochę otuchy bo komuś udało się wygrać walkę o małżeństwo i miłość. Czasami to wydaje mi się że czekam aż ktoś powie: "czego ty chcesz twój mąż ma racje".

Znów wszystkie zmory wróciły...jest chyba coraz gorzej bo mam świadomość ze straciłam już prawie cztery lata życia. Czuje się słabsza niż kiedykolwiek, boję się podjęcia ostatecznej decyzji i sama nie wiem dlaczego.

Opowiem wam o co chodzi.

Po jakimś okresie spokoju, przytulania okazywania sobie uczuć, kawy do łóżka, miłych gestów, rozmów o dziecku i zakupie nowego auta nadeszły Święta Bożego Narodzenia 2011r. Mąż zaproponował, żebyśmy na sylwestra pojechali w góry, ucieszyła się pomyślałam super. Zawsze o tym marzyła, żeby zrobić coś innego. Jakiś czas później spytałam czy nasz samochód wytrzyma taką podroż, ma już swoje lata i przejechane dużo km. Na co usłyszałam odpowiedz, nie jedziemy swoim jedziemy z cała moja rodzina. I się zaczęło. Może ktoś pomyśli no i co wyjazd rodzinny to nic złego. Ale  na mnie to dział jak płachta na byka. To ze jedziemy ich autem, że nie będą chcieli zwrotu za paliwo, a jak to zaproponuje będą źli ze ciągle się stawiam. Po prostu nie lubie spędzać z nimi czasu,  jak jesteśmy z jego rodzina czuje się jak niewidzialna, zawsze pyta o opinie swoja rodzinę, mnie nie ma. Ponadto mieszkamy z nimi, mamy częsty kontakt z rodzeństwem mojego męża i jeszcze wspólne wyjazdy , nie lubie tego. Ponadto zawsze mam gdzieś z tyłu głowy, ze on na taki wyjazd z moja rodzina nigdy by się nie zgodził. To tez bardzo mi przeszkadza. On nigdy nie nawiązał więzi z moja rodzina musiała to zaakceptować, pogodzić się z tym moja rodzina tez, natomiast ja musze się z nimi spotykać, przecież mieszkamy razem. Kłótnie i walka o wyprowadzkę to oddzielna historia.
Wracając do tematu pokłóciliśmy się o ten wyjazd, wypomniał mi ze on też był na spływie z moją rodzina (ale spływ trwał  1 dzień ) a na ferie w górach miały trwać tydzień. Pozatym na tym cholernym spływie cały czas byliśmy z przodu, nie pozwolił mi z nikim porozmawiać, wszyscy płynęli wolno dopływali do siebie chwile rozmawiali, jak poprosiłam go żeby zwolnił wykrzyczał, ze on tu przyjechał się zrelaksować a nie gadać. Przełknęłam spływ się skończył wróciliśmy do domu i zapomniałam. Poprosiłam go wtedy ze jeśli nie chce nie będziemy wyjeżdżać z rodzinami tylko sami?. No i proszę?na niewiele to się zdało bo już trwała kłótnia o wyjazd w góry.

Były straszne kłótnie o ten wyjazd, w końcu powiedział ze jak chce to mogę nie jechać on jedzie. Jeszcze była tak sytuacja ze wrócił od swoich rodziców i powiedział, ze jego mama powiedziała ze jak nie chce z nimi jechać to mogę nie jechać, żeby potem nie było nieprzyjemnych sytuacji ..koszmar i dodał jeszcze żebym się decydowała bo on wpłacił już zaliczkę i jakby co trzeba wycofać. Byłam wściekła, jestem pewna ze gdybym ja zaproponowała taki wyjazd z moja rodzina byłaby taka awantura, że ho i napewno by nie pojechał.

Ja pomyślałam sobie niech będzie, pozatym ja będę siedzieć i przeżywać w domu a on będzie wydawać nasze oszczędności. Jak więcej wydamy na tym wyjeździe będzie mniej do podziału.

Wyjazd był taki jak przypuszczałam na stoku sama, w pokoju siedział ze mną przez chwile i do pokoju rodziców leciał, na wodach termalnych sama. A mój maż wiernie obok rodziców. To wszystko wydaje mi się takie chore, powiedzcie jeśli nie mam racji????

Ktoś powie czepiasz się!!! On czuje się odpowiedzialny chciał im pokazać, przecież nie wieczni, uspokój się a jemu minie.
Tu anegdotka: Podczas tych ferii w górach. Jedziemy na słowacką stronę, kupić piwko on prowadzi, jego ojciec zawsze zajmuje miejsce obok teściowa z torba na kolanach z tyłu i ja?jedziemy? a ona mówi ale tu pięknie  latem to dopiero sa tu widoki.. może byśmy przyjechali tu latem razem?)))))))))

Nie wyobrażam sobie większej ignorantki i tu już nikt mnie nie przekona, ze ta kobita ma w głowie dobrze poukładane?ale z drugiej strony jeśli mój mąż byłby normalny wiedziałby jak ma się odnaleźć w tej sytuacji. Niech sobie gada. Ale on nie jest normalny, jestem przekonana, ze wystarczyłoby tylko ich jedno słowo i już byłaby następna kłótnia o wyjazd w góry latem.


Wyjazd przeżyłam, wróciliśmy w głowie tłukły mi się myśli ze nie wytrzymam, ze mam dosyć ostatni sylwester też był z jego rodzeństwem, moi już nawet nie proponują nic wspólnie bo wiedzą jaka będzie reakcja. O tym też myśle że przez niego tracę kontakt ze swoja rodzina.

Od powrotu z tego wyjazdu jego rodzeństwo przyjeżdża do rodziców co tydzień zwłasza jedna siostra, bo jest taka biedna, musi sama siedzieć w swoim mieszkaniu wszyscy jej tak żałują. Jak na to obiektywnie popatrzę to nie mam o to pretensji to jej dom, jej rodzice.
Chciałabym żeby mój mąż zrozumiał, ze my nie musimy w tym wszystkim uczestniczyć, być zawsze na obiedzie kiedy ona przyjeżdża. Ale do niego nic nie trafia. Pilnuje kiedy ma po nią wyjechać, kiedy odwieźć, nigdzie nie możemy się ruszyć bo ktoś musi ja odwieźć na autobus itd..  nie mogę się z nim o to kłócić bo boje się ze jego rodzice albo ona się dowiedzą i tak jak on nie zrozumieją o co mi chodzi i będzie nieprzyjemnie.
I tak co tydzień, a to my na dół a to on na górę. Prawdą jest ze oni oczywiście sa u nas rzadziej, ale on ich zaprasza i przychodzą. Myśle sobie to jego rodzice  nie mogę się gniewać i jak mam lepszy dzień to znoszę to wszystko ale czasami już mi to nosem wychodzi, wtedy denerwuje się na siebie że nie umiem tego przerwać, na niego że on mnie nie rozumie i tak wkoło frustracja narasta.


W styczniu byłam u swoich rodziców raz, oczywiście nie obyło się bez kłótni o to bo według niego jestem z nimi za bardzo związana i powinnam ograniczyć wyjazdy, raz argumentuje to że paliwo kosztuje raz ze zostawiam do samego na cały weekend, innym razem wymyśli coś jeszcze innego. O jechaniu tam nie ma mowy bo jeśli z nim to odwiedziny trwały by 4 godziny i szybko wracalibyśmy do domu. A ja tez potrzebuje wyżalić się mamie z tych wszystkich problemów.

Pod koniec stycznia brat poprosił, żebym była matką chrzestną jego córki, przed chrzcinami pokłóciliśmy się  bo chciałam jechać na ta imprezę dzień wcześniej, powiedział kategorycznie że nie a jeśli chce to mogę jechać sama, wiec zaczekałam żeby pojechać razem żeby nie robić tragedii ze znów jest miedzy nami coś nie tak. Na tych chrzcinach był obecny tylko ciałem. Po chrzcinach znów była awantura bo dała 300 a nie 200 zł tak jak on myślał. Najgorsze jest to jak on mnie wtedy atakuje, obraża, twierdzi ze wywożę nasze pieniądze rodzicom, że składam się z rodzeństwem na prezenty, ze on nie będzie pracował na moja rodzinę. Wypomina rzeczy które powiedziałam mu jeszcze przed ślubem. Wtedy tez otarło się już o moja wyprowadzkę, powiedzieliśmy sobie ze nie można tak dalej. On stwierdził, ze nie jest potworem ze on niczego mi nie zabrania, tylko wszystko w granicach rozsądku. Ale ja uważam ze robie wszystko w granicach rozsądku.

Uspokoiło się i pod koniec stycznia poprosiłam, żeby odwiózł mnie na pociąg bo chce jechać do siostry, nawet zaproponował ze może pojedziemy razem. Ucieszyła się bo takie propozycje to rzadkość. Ale za chwile sam się wycofał pod jakimś głupim pretekstem. Ok. pomyślałam nie będę zmuszać.

Za tydzień od mojego powrotu dowiedziałam się od jego matki, ze oni wyjeżdżają na weekend bo teść ma jakiś zabieg. Powiedziała: ?jeśli chcesz to jedź z nimi a jeśli nie to musisz jechać do mamy?. Zabolał mnie w jaki sposób ona to mówi, teraz żałuje że zostawiłam to bez komentarza, ale jednocześnie wiem ze on zrobiłby straszna awantura ze obraziłam jego mamę a ona nie miała nic złego na myśli. Zawsze tak mówi.

Wiec oni pojechali a ja do rodziców? po powrocie już były jakieś nerwy ze nie było mnie z nim że wzięłam wolne w pracy i zostałam dłużej u rodziców (ale jego i tak nie było wróciliśmy prawie razem).

Minął kolejny tydzień a do moich rodziców przyjechały moje siostry i bardzo chciałam się z nimi zobaczyć, mieszkamy daleko od siebie wiec korzystamy z każdej okazji. Teraz myśle sobie, ze może to był głupi pomysł, że mogłam sobie darować ten wyjazd że byłam nie dawno a z siostrami spotkam się na święta wielkiej nocy.  Ale nie pogadaliśmy normalnie tylko znów atak. Ja tez wtedy wybucham bo wiem, ze moje nie jechanie do rodziny oznacza tylko kolejny weekend z jego bo przecież jego matka nie da za wygrana i musimy iść na ten obiad.

Awantura jaka mi zrobił była przekraczająca wszelkie granice, a potem spokojnie powiedział, ze jego mama zaprasza na obiad. Jeszcze teraz się trzęsę, że żyje z takim idiota, ignorantem, egoista i hipokryta. Mnie poucza a sam nie wyobraża sobie życia, dnia bez zejścia do rodziców, nie wyobraża sobie ze cos mogłoby się wydarzyć bez jego udziału. Ja mam rezygnować z rodziny a on w najlepsze będzie ze swoimi mieszkał. Czasami mam wrażenie, ze oni wszyscy żyją w przekonaniu, ze nic nie może się zmienić. Niby ich synuś i brat się ożenił, ale to przecież nie jest powód do zmiany czegokolwiek. Ale jak można zjeść ciastko i mieć ciastko?... Jak jego rodzice chcą odwiedzić rodzinę my musimy z nimi, jak chcą pojechać na majowy weekend, to moja teściowa mówi ale my sami nie jedziemy musicie z nami.

Nikt z mojej rodziny do nas nie przyjeżdża, a jak zdarzyło się kilka razy  to był to dla mnie tak wielki stres, wypominanie ze za dużo jedzenia zrobiła, ze on ma tego dość
itd. A w następny weekend już musiałam robić obiad dla jego rodziny.


Najgorsze jest ze przy każdej kłótni obraża mnie, moją rodzinę, najbardziej boli mnie jak uderza w moich rodziców, jak ja zaczęłam atakować jego rodzinę, to mało mnie nie uderzył, to było straszne. Ostatnia awantura była przerażająca, okropna, padły takie słowa, których nigdy nie zapomnę. Myślałam ze już nadszedł kres mich możliwości zaczęłam się pakować, ale jak tylko brałam te walizki do ręki paraliżował mnie strach czy dobrze robie, czy to już naprawdę koniec, myśl ze jak  stamtąd wyjdę moje małżeństwo i te wszystkie lata staną się przeszłością. To była straszna noc, obydwoje doszliśmy do wniosku ze już koniec, ze miedzy nami nie ma czego ratować, oskarżał się ze obmówiła jego rodziców, jego. A to nie prawda, prawda jest ze ich nie lubie że nie chwale ich ale tez nikomu nic złego do nikogo na nich nie mówiłam, na niego do koleżanki trochę się żaliłam, takie były babskie rozmowy. On nawet gdyby się dowiedział ze piszę na forum o naszych sprawach wściekłby się i nawrzucał że jestem chora ze robie takie rzeczy.


Nie wiem dlaczego jeszcze z nim mieszkam, boje się podjąć tej ostatecznej decyzji , żyje w wielkim stresie, boli mnie wszystko, ciągle płacze z czego on się śmieje, zaczęłam palić nie chce z nikim rozmawiać, boje się dzwonić do rodziców, w pracy nie mogę się skupić, boje się o siebie, nie mam siły żeby odejść. Cały czas wydaje mi się ze wszystko jest do naprawienia, przy odrobicie wysiłku i zrozumienia z jego strony. Wszyscy w rodzinie mówią mi ze bardzo ie zmieniła, ze mnie nie poznają, ze niszczę sobie życie, wszystko to wiem, gdyby mi przyszło wysłuchać takiej historii od kogoś innego też tak bym radziła, ale mimo tego wiem to wszystko nic nie robie tylko się mecze. Chciałam z nim jeszcze porozmawiać o tym wszystkim, ale powiedział tylko ze on już wszystko powiedział, ze ja wiem ze on ma racje. Co robić , gdzie poszukać pomocy?co robię źle jak sobie pomóc.

61 Ostatnio edytowany przez Dunkis (2012-03-19 17:56:07)

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

cześć, dawno Cię nie było. ale widać, że nadal żyjesz w więzieniu swojego związku, pytasz się co robisz źle... hmmm, to może wymienię na początek co robisz dobrze, będzie krócej :


no to by było na tyle.
Z tego wszystkiego jawi się jedno - nie rozmawiacie ze sobą - owszem wymieniacie zdania - ale to puste znadnia, bez nici porozumienia i woli zrozumieni, w dodatku każde z Was nastawione jest na szukanie tego, do czego można się przyczepić. Mętlik i brak perspektyw zdrowego układu w przyszłości. To trwa za długo. To wygląda na wir, który Was wciąga.

62

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Przykro mi to czytać,ale masz racje... my wogóle nie rozmawiamy, tyle że z moim mężem nie da się dyskutować.

63

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...
Luiza83 napisał/a:

Przykro mi to czytać,ale masz racje... my wogóle nie rozmawiamy, tyle że z moim mężem nie da się dyskutować.

wiem że się czepiam, ale taki już jestem --- wy macie rozmaiwać - nie dyskutować, przkonywać się, ciągnąc w swoją stonę .... macie rozmaiwać i słuchać się nazwajem.
Nie wiem jak to powiedzieć wyraźniej - może poświęć mu pare zdań - zaskocz - chwaląc jakąś rzecz - pozwól mu się wygadać w jakiejś kwesti.. nawet nie musisz znać zawiłości tematu , ale daj mu się wygadać... o czymś -- nawet udawaj że go słuchasz i przytakuj... za to go obserwuj - zobacz jak on to robi, jak wygląda jego nastawienie --- może Cię zaskoczy ... potem podejmij temat o rozmowie - mówiąc, że bys chciała by Ci opowiadał w ten sposób o wszyskim , bo to Ci się podoba. I następnym razem jak zacznie się o coś spierać - wyhamuj go 0 i powedz że chcesz by rozmaiwła w taki sposób , jaki potrafi - a nie tylko gadał by wyszło na jego - sam wtedy może gdy zacznie analizować swoje postawy , dojrzy coś więcej ---- no i oczywiście na odwrót.

64

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Dunkis, twoje rady są dla mnie cenne. Piszesz bardzo mądrze.
Wczoraj podjęłam próbę , ale nie było rozmowy było jak zwykle, najgorsze ze posuwamy się już do okropnych wyzwisk, obrażania siebie i wszystkich dookoła. Widzę, jak bardzo on jest już tym wszystkim rozdrażniony. Ja tez. Kilka razy wczorajszego wieczoru chwytał za moje walizki, jednak coś go powstrzymuje, a ja jakbym czekała aż on weźmie to na barki. Jestem tchórzem. Wszyscy wtajemniczeni  mówią, że pora to przerwać, ze szkoda zdrowia. Zaczynam się sama martwić o siebie, bo denerwuje mnie jak tego słucham. Liczę na cud, bo boje się zmiany, pustki po rozstaniu, wątpliwości czy zrobiłam słusznie, a jak już wiecie 2 lata temu tez podjęłam próbę, teraz jest mi jeszcze trudniej bo wiem jak się wtedy czułam. Najgorsze jest to ze on nie czuje skruchy, ja po kłótni staram się opanować, myślę już dość a on nie jest uparty i twardy jak kamień...myślisz ze to tylko poza???

Znalazłam na jakimś forum fragment książki Johna Gottmana "Siedem zasad udanego związku" - to co przeczytałam do mnie trafiło, mnie się podoba  zgadzam się w 100%. Szkoda ze tak późno. Jestem pewna, że teraz mąż nie będzie chciał nawet rzucić na to okiem. Chociaż  może nawet w najlepszym momencie uznałby to za moja kolejna kombinację, fanaberię itd,

Zaraz kończę prace i jadę do domu...szczerz mówiąc strasznie się boje. Moje małżeństwo, jak nic nigdy na świecie udowodniło mi jakim jestem tchórzem, nigdy wcześniej tak o sobie nie myślałam.
Pozdrawiam wszystkich

65

Odp: Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Moze swoje slowa zwroce w tym momencie bardziej do Dunkisa niz autorki wszystkich tych negatywnych przezyc --- kolego czy Ty uwazasz, iz rady, ktorych udzielasz moga byc pomocne - osobiscie wydaje mi sie, ze nie bardzo.
Spojrz na cala sytuacje jak to wyglada -- dla mnie dramatycznie - wiem poniewaz podobne sytuacje przezylem w zyciu - moze nie tak hardcorowe jak autorka tego tektu jednak po czesci wiem co Ona czuje.
Radzisz autorce tekstu, aby porozmawiala z mezem - aby rozmowe prowadzila w taki sposob, ze moze On zacznie analizowac Swoje zachowanie, wyciagnie jakies wnioski itd. itd. --- wiesz albo my czytamy inne opowiesci autorki albo chcesz pocieszyc Ja dajac zludne rady, ktore w Jej zycie nic nie wniosa.
Jak Sam widzisz z Jej mezem nie ma rozmowy - On stawia Ja przed faktem dokonanym - jade z rodzicami tam i tam - mozesz jechac z Nami, a jesli nie to nie -- przepraszam bardzo ale jak Ta kobieta ma z Nim zaczac rozmawiac normalnie jesli On na samym wstepie nie pyta Jej o zdanie tylko oznajmia co nastepuje --- czy tak postepuje partner - maz itd.
Moze Ona biedna ma pasc na kolana przed Nim - zachwalac jakiego to ma wspanialego mez bo pozwala Jej jechac razem z Nim i Jego rodzina na jakas wycieczke -- no tak moze to zrobic osoba, ktora chce stracic resztki honoru - mam nadzieje, ze nie jest Nia autorka tekstu.

Caly ten zwiazek to jakas farsa - wiem, ze autorak tekstu daje wiele szans i liczy na zmiany - jednak jak widac wszystko idzie na marne, a wnisoki jakie sie wylaniaja sa takie, iz najlepszym wyjsciem jest sie spakowac i zakonczyc ten zwiazek.
Maz autorki widzi tylko i wylacznie Swoja rodzine, a Jego zona stoi gdzies daaaaaaleko z tylu to jest chore i skoro przez ten czas nic sie nie zmienilo to i teraz nie ulegnie to poprawie. On na kazdym kroku pokazuje, kto jest dla Niego najwazniejszy w zyciu czyli RODZINA -jednak do tej rodziny nie zalicza sie Jego zona, ktora jest traktowana jak cos zbednego w Jego zyciu - nie ma prawa glosu - a gdy probuje cos zmienic- jest przez Niego tlamszona i konczy sie to awantura - poniewaz jak kazdy zakochany w rodzicach facet lub tez kobieta mysli, ze jesli w stosunuku do Jego rodzicow pada slowo NIE  to jest to atak na Jego ukochanych rodzicow.
Rodzicow nalezy szanowac - pomagac Im ale nie mozna - uzaleznic sie od Nich, a tu wlasnie to ewidentnie nastapilo i coz nie oszukujmy sie ale Maz autorki otworzy dopiero oczy po stracie Swoich ukochanych Rodzicow - jesli do tego momentu autorka wytrwa z Nim to wtedy stanie sie zapewne dla Niego numerem jeden w Jego zyciu, a tak to numerem 1 jest dla Niego rodzina, a autorka tekstu coz jest przepraszam za okreslenie ale malo znaczacym elementem tej ukladanki.



O Swoich przezyciach sie nie bede rozpisywal bo mamy pomoc autorce tekstu, a nie mojej osobie wiec podsumuje to w taki prosty sposob.

Autorko tekstu uciekaj jak najszybciej z tego domu poniewaz dla mnie nie masz szans na poprawe sytuacji i jesli chcesz jeszcze byc w zyciu szczesliwa osoba, ktora nie boi sie wyjechac do Swojej rodziny to uciekaj od Niego.

No i jeszcze prosze Cie nie probuj nawet usprawiedliwiac zachowania Swojego meza--- Jestes Jego partnerka, a nie ubezwlasnowolniona kura domowa, ktora nie ma prawa do niczego - w Twoim mezu tkwi cale zlo, a nie w Tobie - to On nie widzi, ze niszczy Wasz zwiazek przez chorobliwa milosc do Swojej rodziny.

Posty [ 1 do 65 z 88 ]

Strony 1 2 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » ROZSTANIE, FLIRT, ZDRADA, ROZWÓD » Tesciowie... nieodcieta pępowina...

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026