Salomonka napisał/a:Wiesz co, tak sobie myślę żebyś czasem nie wylał dziecka z kąpielą (nomen omen). Zrazileś się Bartusiem, odbija ci się czkawką nawet mgliste wspomnienie o nim i teraz nawet jak spotkasz fajną babkę ale z dzieckiem, to obejdziesz ją okrągłą bocznicą.
Wszystko rozbija się o to, że ty nie rozpoznajesz "fajnej babki", tylko wyrywasz zawsze to, co powinno zostać tam gdzie bylo. Dziecko nie ma z tym nic wspolnego i choćbyś nie wiem jak zaprzeczał, to taka jest prawda niestety.
Ależ ja nie odmawiam nikomu prawa do myślenia sobie co tylko chce
Gdzieś już przy jakiejś okazji wspomniałem, że na tle innych moich perypetii życiowych i doświadczeń z dziećmi moich partnerek, Bartuś był jedynie krótkim epizodem, który niestety potwierdza tylko regułę - najgorsze miejsce na ziemi w jakim tylko może się znaleźć facet, to wejść pomiędzy matkę a jej dziecko - a tego nie unikniesz nigdy, jeśli dziecko nadal z matką mieszka i z każdej konfrontacji wyjdziesz jako ten który przegrał, bo albo odpuścisz dla świętego spokoju, albo skończysz tak jak Czesio, obsrany od góry do dołu i po miesiącu przez wszystkich zapomniany, jakby go nigdy nie było.
A zaczyna się zawsze od pozornych błahostek...
- Zapnij Jasiu swój pas proszę, bo chcemy już ruszać.
- Nie.
- Co znaczy nie? Wszyscy są zapięci oprócz ciebie, niech ci siostra pomoże jak sam nie dasz rady.
- Nie!
- Zareagujesz jakoś czy będziesz udawać zajętą czymś ważniejszym w telefonie? Powiedz mu coś...
- A dlaczego ja, kto tu jest facetem, ja czy ty?
- Ale to twój syn, nie mój. Mój siedzi zapięty jak widzisz.
- No to idź i sam go zapnij, nie bądź już takim nieporadnym ptysiem...
- Słucham? Przed nami ponad tysiąc kilometrów jazdy, ale możecie jechać pekaesem jak mam się z wami użerać.
- Zapnij pasy dziecko, bo widzisz, że wujek się denerwuje...
- Nieeeee!
- Dobra, wszyscy wysiadka. Już, wypad z wozu, koniec wycieczki.
- No ale tato, dlaczego, no weź.
- Pojedziemy sobie sami w góry synek. Niektórzy wolą zostać w domu na ferie, to raz raz, bo nie ma czasu, do widzenia.
W końcu mamusia Jasia ruszyła swoją dupę i poszła go zapiąć. No i jedziemy. Zaraz na wylocie z miasta zjechałem zatankować się do pełna i pytam wszystkich czy ktoś coś chce ze stacji, bo ja sobie wezmę jakiegoś hot doga na zapchanie. Nie. Nikt nic nie chce. No to nie. Ujechaliśmy może z dwadzieścia kilometrów...
- Hot doga.
- Co?
- Chcę hot doga.
- Pytałem przed chwilą.
- Przed chwilą nie chciałem, a teraz chcę. Hot doga!
- Nie.
- Tak! Hot doga! Chcę hot doga!
- Dobra weź mu zjedź po tego hot doga, bo się nie zamknie.
- Nie.
- No przestań, zwolnij i zjedź na orlen ja mu kupię.
- Nie.
- Dziecko chce zjeść hot doga, zjedź proszę na stację. Co z tobą?
- Nie zjadę. Mamy pół godziny spóźnienia przez jego marudzenie w domu i pasy.
- Przecież nadrobisz w trasie, masz ponad dwieście koni pod nogą, nie rób zagadnienia...
- Nigdzie nie zjeżdżam i koniec dyskusji. Najbliższy zjazd będzie za godzinę na siku.
- Ale z ciebie podły gnój, wiesz?
- Mogę jeszcze zawrócić. Pół godziny w tą czy w tą, żadna strata, nadrobię w trasie jak was wszystkich wysadzę.
- Postaraj się najlepiej już nic nie mówić. Chcę poczytać.
- Po ciemku?
- Nie zapalisz mi lampki?
- Nie zapalę, bo sam nie będę nic widział przez szybę.
- Och biedactwo. No tak, przecież ty najważniejszy...
- Posłuchaj...
- Nie, nie chcę. Skup się na drodze.
Pojechaliśmy na 10 dni w trakcie których ona spała z dziećmi w osobnym apartamencie, bo wzięliśmy dwa, jeden dla nas, drugi dla trójki naszych dzieci. Podczas tak zwanych czynności wynikających z faktu, że jesteśmy na feriach zimowych w górach, wyglądało to tak jakby ona tam przyjechała ze swoimi dziećmi, a ja pełniłem rolę prywatnego szofera, których ich tam tylko przywiózł, pozostając do dalszej dyspozycji na czas, który już mieliśmy z góry opłacony w hotelu. Gdyby nie to, że był tam ze mną mój syn, pierdolnąłbym wszystko w pizdu łącznie z pieniędzmi, które zapłaciłem i wróciłbym do domu już drugiego dnia po przyjeździe, bo pierwszego byłem wykończony i nie miałem siły nawet na kłótnie. Fajny wyjazd? No kurwa, najlepszy.
I takich sytuacji nawet w myślach nie dopuszczam, a to była dopiero zapowiedź tego, co mnie czeka po powrocie do domu. I nie, akurat tej również nie znalazłem w rynsztoku. Pani magister farmacji, kierownik apteki...
P.S.
Żeby być uczciwym i sprawiedliwym, muszę w tym miejscu dodać, że Jasiu był młodszym dzieckiem Pani magister, a oprócz Jasia była jeszcze Asia, starsza córka Pani magister. I z tą córką miałem o dziwo zajebistą relację, czym sam byłem zaskoczony. Aczkolwiek niezbyt długo to trwało, bo kiedy z czasem już się zaczynała rozkręcać konkretna jazda na chacie o dosłownie wszystko, to i od tej córki mogłem czasem usłyszeć - a co mi będzie gadał jakiś robol z budowy - tak że no tego...