Salomonka napisał/a:Pierwsze mieszkanie w Polsce kupiłam mając ledwie jakąs tam miesięczną pensję, wystarczyło dla banku że mam stałą pracę od kilku lat.
Dawno i nieprawda. A w przypadku większych miast to wątpię, aby to kiedykolwiek było prawdziwe.
Znam przypadki (po najbliższej rodzinie i przyjaciołach) kiedy to bank powiedział wprost, że bez wcześniejszej historii kredytowej to na kredyt hipoteczny (na dogodnych warunkach) nie ma szans.
W innym historia kredytowa był....zbyt bogata. Mimo, że wszystko płacone na czas, a i zarobki przekraczające 3x średnią krajową to decyzja również była odmowna.
W kolejnym - zbyt duże wahania zarobków (dziewucha na jdg) - również decyzja odmowna. Dopiero jak wyszła za mąż za kolesia....na minimalnej krajowej, ale w państwowej firmie to dostali razem kredyt. Ale też ostatecznie musieli poszukać czegoś poniżej potrzeb.
Mój bliski kolega również nie dostał kredytu mimo świetnych zarobków i to tylko dlatego, że branża w jakiej pracował bank określił jako wysokiego ryzyka z powodu przewidywań recesji. Rodzice musieli mu żyrować.
Od chuja i jeszcze trochę mam takich przykładów, kiedy banki odmawiały kredytowania pomimo niezłych dochodów z powodu np chujowej umowy (śmieciówki, umowa na minimalną + premia itp), bycia na jdg czy innych tego pokroju.
Zakup mieszkania w małym mieście, takiego pod tytułem 40 max 50metrów to faktycznie banał, o ile ma się umowę o pracę u dużego (najlepiej państwowego) pracodawcy. W innym wypadku to przejście przez mękę albo płacenie frycowego na kredycie o wysokich kosztach ogólnych.
Osobiście przerabiałem dwie...hmm....próby przekrętu jak szukałem lokalu handlowo-usługowego. Niby stan deweloperski, niby nikogo tam nie ma, a jak chcesz kupić normalnie, to się nie da, bo.......musiałbyś kupić od "kolegi dewelopera" za 10-20% ponad cenę z ogłoszenia. Albo lokal będzie na sprzedaż za.....x miesięcy, bo obecnym właścicielem jest jakiś tam fundusz czy osoba spoza PL i czeka aż ceny pójdą do góry.
Pewnie, że można kupić mieszkanie na wyśrubowanym rynku, za cenę z kosmosu, ale jak ktoś coś tam nieco liznął z rynku handlu nieruchomościami, to może kupić dziś mieszkanie za 60-70 % jego rynkowej wartości. Tylko do tego trzeba mieć gotówkę, a tę trzeba najpierw zarobić smile Dlatego najpierw trzeba pozginać kark, a potem można zarabiać przez inwestowanie zarobionej kasy.
A to już zwykłe pierdolenie. Chyba, że wliczymy w to też średnio legalne taktyki używane przez fliperów obliczone na zadłużonych staruszków z miękkim sercem. "Para z małym dzieckiem kupi mieszkanie za gotówkę do remontu". Nawet z drugiej ręki, mieszkania na moim osiedlu osiągają ceny pod milion za 50 metrów. Jedynymi osobami których stać na zakup są.....Ukraińcy. Ci nie pytają nawet o ceny za specjalnie. Normalni ludzie nie mają wolnej bańki na takie zakupy bez kredytów i tu nie wystarczy tylko pracować i znać rynek. Czy się płaci gotówką czy bierze kredyt to już od jakichś 20 lat nie ma większego wpływu na cenę. Przynajmniej w większych miastach.
Z takimi upustami to tylko w zjebanych budynkach, na których siedzi konserwator zabytku (albo o niejasnej sytuacji prawnej) i gówna się nawet ocieplić nie da, ani żarówki na korytarzu zmieć bez jego zezwolenia albo u patodeweloperki, która nie spełnia standardów formalnych jak te perypetie na bliskiej woli w wawie, w warszawskim hongkongu albo jak to często w starszych budynkach, gdzie np poddasza użytkowe poprzerabiali na mieszkania, albo inne wynalazki tego pokroju, kiedy formalnie, na planach zgłoszonych do miasta dana przestrzeń jest np przestrzenią biurowo-magazynową, a sprzedaje się to jako mieszkanie. A takie perypetie też kojarzę.
Szeptuch napisał/a:Jack Sparrow
To chyba oczywiste (dla nas) że cena zawsze jest w odniesieniu do zarobków, tzw siły nabywczej.
Tak samo jak dostępność mieszkań i jego koszt, bo faktycznie Johny nie rozumie jak działa kredyt, zwłaszcza hipoteczny
Amen.