ponad rok jestem mężatką i... nie noszę nawet obrączki. przed ślubem byłam w cudownym związku, który sama popsułam i... tak znalazłam męża, z którym dzieliłam niejeden problem. był oazą spokoju, moim nowym przyjacielem, dawał śmiech, ale chyba nigdy nie do końca był dla mnie wsparciem. przez trzy lata wspólnego mieszkania przed ślubem był, bo... był, mogłam się przytulić, wyżalić, ale nie spełnić. każdy egzamin na studiach przeżywałam sama, nawet moją obronę mgr świętowałam samotnie, zakupy, rachunki i wszelkie tęsknoty były tylko moje. mąż jeszcze na studiach stracił rodziców, a ja chyba bardziej mu matkowałam odkąd się poznaliśmy niż próbowałam odnaleźć się w partnerstwie z nim. i mimo iż widziałam, jak związek nasz funkcjonuje i czego mi w nim brak, wyszłam za mąż. stałam się własnością, która siedzie w złotej klatce i nie uśmiecha się już do innych mężczyzn, bo mężowi się to nie podoba - on tylko się chwali mną, nigdy nie dzieli. przeszłam depresję, zwątpiłam w swoją siłę, zwątpiłam w siebie... teraz odradzam się na nowo. moje życie musi być moje. w małych kroczkach, by odnaleźć siebie pomogła mi siostra i przyjaciele, którzy przed ślubem mówili mi, że takie życie to nie mój świat, że zasługuję na to, żeby się realizować, śmiać. kiedy zaczęłam na nowo walczyć o starą siebie poznałam chłopaka, który pokazał mi jaką dziewczyną byłam kiedyś. zaczęłam, tańczyć, dbać o siebie, odnajdywać swoje nowe pasje i... stało się, zaczęliśmy się wzajemnie w siebie angażować - w tę naszą znajomość. był pocałunek..., taki, od którego świat wiruje, taki, jakiego nigdy nie dostałam od męża.
mój mąż to wspaniały chłopak, ale nie dla mnie. nigdy nie pociągał mnie na tyle fizycznie, by po prostu szaleć na jego punkcie. nigdy nie było tej chemii..., motyli w brzuchu. mimo to chciałabym, by był szczęśliwy, nie chciałabym go nigdy skrzywdzić, chociaż będąc obojętną na niego już to robię. nie sypiamy razem, rzadko rozmawiamy, o ile można nazwać to rozmową, a nie obojętną wymianą zdań. ja się oddalam, uciekam do moich przyjaciół, układam sobie nowe życie bez niego. w naszym domu jestem tylko zwykłym lokatorem.
mój mąż wie, że zobojętniał mi - powiedziałam mu. powiedziałam mu o wszystkich swoich uczuciach i tęsknotach i mam wyrzuty sumienia, bo ranię go tym. a rozstanie...- sama wzmianka o tym tak go wystraszyła, że postanowił na nowo walczyć. tylko na razie nie ma o co, bo ja jestem wypalona życiem z nim, posądzaniem o zdrady, których wcześniej nie było, ciągłą zazdrością przez cztery lata wspólnego mieszkania, matkowaniem mu i tęsknieniem za tym, jaka była kiedyś.
poczucie tego, że krzywdzę go nie pozwala mi na to, by skupić się na własnych błędach, na tym, by przemyśleć wszystkie moje kroki.
nie wiem. nic już nie wiem.
Podobne tematy
A co z tym nowym chłopakiem?
Jemu zależy?
Bo jak tak, to na co czekasz?
Chcesz cale życie załować, tęsknić, smucić się? Masz je tylko jedno, musisz wyczerpać z niego jak najwiecej, bo czasu nie cofniesz.
Nie macie jeszce dzieci, więc nikogo nie skrzydzisz. Wg mnie męża krzywdzisz teraz - ciąglym kłamaniem, udawaniem i tym, że nie może dać Ci szczęścia.
Jesteś młoda, ułożysz sobie jescze życie - tańcząc, śmiiejąc się, bawiąc i zadzierając głowę wysoko do góry ![]()
a ten nowy chłopak... czeka. i ciągle daje mi uśmiech. udaje, że nie nie chce się angażować, bo... jest mój mąż.
prawda! nikt za ciebie życia nie przeżyje tylko ty sama!
kochasz męża?czy jestes znim bo wkradło się juz przyzwyczjenie... co wogóle czujesz do tego kolegi?
jestem z nim, bo chyba sama już być nie umiałam. kocham go, ale nie jest moim kochankiem i nigdy nie był. nigdy nie tonęłam w miłości do niego. a "ten" kolega... jeszcze nie wiem, nie chcę podejmować pochopnie decyzji, nie chcę, by te decyzje kierowane były impulsem względem niego. między nami jest jest niesamowita chemia, pociąg... nawet opisać tego nie umiem, no i wspaniale się przy nim czuję, bezpiecznie, ufnie, po prostu dobrze.
jestem z nim, bo chyba sama już być nie umiałam. kocham go, ale nie jest moim kochankiem i nigdy nie był. nigdy nie tonęłam w miłości do niego. a "ten" kolega... jeszcze nie wiem, nie chcę podejmować pochopnie decyzji, nie chcę, by te decyzje kierowane były impulsem względem niego. między nami jest jest niesamowita chemia, pociąg... nawet opisać tego nie umiem, no i wspaniale się przy nim czuję, bezpiecznie, ufnie, po prostu dobrze.
ta chemia może byc tak narazie. Nie wiesz co będzie gdy dojdzie do zbliżenia, co będziecie czuć. A Twój mąż, no cóż. Ciężka sprawa. Nie chciałabym udzielać nie trafnych porad, bo sama nie potrafię ogarnąć siebie. Ale dobrym słowem otuchy, tym służę
)
pozdrawiam
chemia może szybko minąć, wiem. ale nie myślę o rozstaniu dla kogoś, myślę o rozstaniu przede wszystkim dla siebie. i boję się, bo jeśli odezwała się we mnie natura egoistki i egocentryczki? - jeśli to będzie zły krok? z drugiej strony mój mąż nigdy nie szedł obok, zawsze był jakby za mną.
Ale przecież to nie jest pochopna decyzja. Mówisz, że nigdy tak naprawdę nie byłaś w stanie się przy nim bawić, cieszyć, rozwijać, no i nie ukrywajm - seks w zwiazku odgrywa ogromną rolę.
Rzuć to wszytsko, baw się i szalej i nie myśl co dalej ![]()
10 2010-01-05 19:53:49 Ostatnio edytowany przez Emilia (2010-01-06 00:04:07)
rety! jak ja bym chciała walnąć to wszystko i zwiać stąd. najlepiej, żeby ktoś mnie ukradł. i to prawda, nigdy nie byłam prawdziwą sobą przy nim - nigdy nie czułam pełnego spokoju, wewnętrznej zgody.
w ogóle to dziękuję za to, że... tak zwyczajnie i bez ogródek mogę to wszystko napisać
Używaj opcji "edycja postów".
To walnij i zwiej! ![]()
Im dłużej będziesz w tym siedzieć, tym będzie trudniej.
w ogóle to dziękuję za to, że... tak zwyczajnie i bez ogródek mogę to wszystko napisać
nie dziękuj ja np. jestem tu także tylko i wyłącznie z tego powodu. No i jeśli tylko bedę mogła komuś napisac dobre słowo, uczynię to. Bo wiem jak czasem jest ciężko...
Wiesz, Allein, dobry związek powinien dawać radość, wsparcie, powinien uskrzydlać, sprawiać, żeby chciało się chcieć, a jeśli Ty czujesz, że tylko coraz bardziej gaśniesz i tracisz wiarę w siebie i we własne możliwości to można podejrzewać, że tkwisz u boku toksycznego mężczyzny. To jest ogromny problem, bo w ten sposób on Cię niszczy, tyle, że w przysłowiowych białych rękawiczkach. Jeśli tak jest w istocie to z takiego związku trzeba uciekać. Nie możesz mieć poczucia winy, że walczysz o siebie. Odrobina zdrowego egoizmu jest wskazana, wręcz potrzebna, każdemu i w każdej sytuacji. Nie myśl tylko o tym, że krzywdzisz męża, bo jeśli nie będziesz myśleć o sobie wtedy skrzywdzisz siebie. Nie jestem zwolenniczką ucieczek od problemów, zawsze uważałam, że trudności trzeba pokonywać, a problemy rozwiązywać, ale wiem, że czasem, aby się ocalić tak trzeba. I, uwierz, wiem o czym mówię. Pamiętaj, dla siebie samej Ty powinnaś być najważniejsza!