Dzień dobry wszystkim!! Chciałam się podzielić z Wami pewnym moim spostrzeżeniem.
Zawsze byłam jakby osobą, która nie potrzebowała większej grupy znajomych. Mam brata, kilku przyjaciół- natomiast w moim życiu nigdy nie miałam dużej grupy znajomych. Wiem z opowieści rodziców, od innych znajomych, że przynależność do takiej grupy wiąże się z ciągłym byciem na świeczniku, że są ploty, każdy siebie obgaduje.
Ja tego nie lubię.
Od zawsze robiłam swoje, byłam indywidualistką.
Nigdy nie miałam, tak jak powiedziałam wcześniej, wielkiej grupy znajomych, z którą się trzymam od zawsze.
Nadal utrzymuję kontakt przyjacielski ( nie koleżeński) z ludźmi z liceum- znam ich ponad 10 lat więc są to znajomości bardzo długie.
Nie lubię zmieniać znajomych od tak.
Jednak widzę, że mnie w życiu 'prześcigają' osoby, które bardzo łatwo nawiązują relacje, kontakty z innymi. Które bardzo szybko wpadają w nowe towarzystwa. Nie chodzi tu o pracę ale nawet o życie prywatne. Zawsze byłam tą indywidualistką, która nie należała do nikogo. Nie jestem introwertykiem, ale wolę posiedzieć gdzieś w ciszy niż otaczać się wielką grupą ludzi- których czasem mogę nie tolerować.
Czuję, że przez tą moją inność coś mnie w życiu omija, że ja jestem jakby wolnym elektronem skaczącym z jednej do drugiej grupy, bez większego zaangażowania. Że lubię być wszędzie a zarazem nigdzie.
Zawsze byłam tą koleżanką koleżanki, która została wprowadzona w grupę. A i tak po jakimś czasie , po roku czy pół roku ludzie mnie nie pamiętają nie zapraszają na wspólne imprezy. Bo ja np nie chcę sie narzucać, siedzę w domu a oni sie spotykają - o czym ja nie wiem. Może też to tyczy się mojej nieśmiałości i jakiejś bariery.
Może tyczy się to też mieszkania nadal z rodzicami, posiadania 'domu' i brak potrzeby aż takiej integracji z ludźmi. WIele tych grup znajomych to ludzie przyjezdni do mojego miasta. Muszą tworzyć grupy, aby przeżyć, aby nie czuć się samotnymi w moim mieście. Dlatego tworzą takie pseudo rodziny, spędzają ze sobą czas, tworzą grupy.
A ja mieszkając tutaj od dziecka inaczej spędzałam czas, zawsze gdzieś wychodziłam z różnymi ludźmi. A w tym momencie kiedy większość moich znajomych stąd powyjeżdżała do innych miast, albo sa już bardzo stateczni- ja nie mam się z kim spotykać, wychodzić. Czasem mam wrażenie, ze jestem zasiedziałą, że nic nie robię. Że powinnam inaczej się zachowywać, bo jestem jeszcze młoda.
Ale nigdy nie miałam takiej potrzeby integracji- tylko, że jestem singielką od kilku lat. I może jednak powinnam przełamać opór i jakąś barierę aby kogoś poznać.
Może się rozleniwiłam. Sama nie wiem.
Jestem otoczona dwiema grupami znajomych. Poznanych przez dwie inne koleżanki. Oczywiście ludzie mieszkający na kupie, w grupie. Spedzający ze sobą czas bo znali się od zawsze, od 5-10 lat. A ja doszłam do nich pół roku temu(?). Nie znają mnie tak strasznie. Oni nie studiują, a jeśli już to coś lekkiego, mają czas tylko na rozrywkę, nie pracują w większości, a jeśli pracują to w bardzo 'lekkich' zawodach. A ja mam techniczny zawód, bardzo siętym stresuję, może za bardzo jak na swój wiek. I czasem mam wrażenie, że inni sobie beztrosko życia, pracują lekko, spotykają się, imprezują - nie robią nic konstruktywnego, ale zarabiają kasę na przyjemności i to wszystko.
A ja zawsze byłam wychowywana i miałam znajomych z kręgów kreatywnych, tych, którzy coś innego robią niż tylko imprezowanie. Po pracy kreatywnej - impreza to jest fajne, odreagowuje się stresy. Bo coś się zrobiło, co czegoś ktoś się przyczynił. A jestem otoczona ludźmi, którzy jakby nie są ambitni, abo spędzają swoje życie tylko na czillu. I mam do siebie obiekcje, bo też chciałabym wyluzować, a z drugiej strony chcę pracować i robić coś kreatywnego.
Nie wiem im jestem starsza i wchodzę w dorosłe życie, pracy, obowiązków nie tylko studenckich widzę, że całe moje spojrzenie na życie, które wypracowałam sobie wcześniej jest błędne. Że musze to jakby zmienić.