Myślę Olinko, że ten trend w naszych, polskich realiach jeszcze długo będzie czymś marginalnym i na tyle egzotycznym, iż trudno będzie je postrzegać w kategoriach "zjawiska". Może za ileś tam lat, gdy w końcu ta cała nasza kraina zacznie "mlekiem i miodem" płynąć... Co prawda obserwując wszelkie "zmiany na dobre" śmiem wątpić by taki sielankowy czas kiedykolwiek nad Wisłą nastąpił - ale połudzić się można
Właśnie: dlaczego w zagadnienie wplatam tu dobrobyt i poziom (wysoki) życia? Wiążę to ze sobą... Kraje dotychczas wysoko rozwinięte, ze względnie "bogatymi" obywatelami stworzyły warunki by owi obywatele "dali sobie siana", mogli właśnie ten "bieg" wyłączyć, zatrzymać się i - bazując na dotychczasowych zdobyczach (majątek/wysokie emerytury/samokręcące się biznesy itd) - zweryfikowawszy dotychczasową pogoń w zatracenie, odpuścili. W naszych realiach. gdy wszystko jest wciąż niepewne i tymczasowe takie zachowanie jest właściwie równoznaczne z dobrowolnym wyrzuceniem siebie poza nawias, na margines... Jeśli nie od razu to w stosunkowo krótkim czasie. A powrót jest raczej trudny...
Dlaczego w społeczeństwach żyjących na niskim poziomie, będących dopiero na etapie budowy, rozwoju, ciągłej walce - takie "zatrzymanie się" byłoby nie do zaakceptowania? Bo byłoby czymś nagannym, niepatrotycznym i hamujacym... Prócz tego znacznie łatwiej zdecydować się na to mając juz jakieś podstawy egzystencjalne - gdy ich brak to decyzja granicząca z samounicestwieniem. Nie wyobrazam sobie tego jeszcze kilka lat temu w takich np. Chinach, Tajwanie czy nawet Japonii (aczkolwiek Japończycy juz dawno powinni "dac sobie na wstrzymanie")...
Myślę, że u podstaw takiej zmiany stoi świadomość marności tego wszystkiego, utraty sporej części życia na... - właśnie: na co? Obserwując choćby ludzi w swoim środowisku trudno nie dostrzec mi tego bezrozumnego gonienia, zatracenia by nie wypaść z rynku, by nie stracić klientów, by wciąż "być na wierzchu". I dopiero jakaś poważna choroba, problemy osobiste (w dużym stopniu konsekwencja tej dotychczasowej pogoni i przekładania wszystkiego ponad życie rodzinne i własne zdrowie) dają jakiś impuls, bodziec, dzięki któremu niektórzy zaczynają się zastanawiać "czy warto było?". I dopiero po zweryfikowaniu dotychczasowych priorytetów, po uświadomieniu sobie, że lepiej było mieć mniej ekskluzywny samochód i mniej wystawne świeta, ale za to wiecej ...wspólnych zdjęć i wspomnień - zaczynają "wytracać prędkość". Często już i tak "po czasie" bo wszystko sie posypało i jest nie do odzyskania. Ale i to jest juz powód do zmian: brak motywacji... Owszem, czasami pojawia sie tzw. wypalenie zawodowe - ale to juz inna bajka...
Ja sam swego czasu tak miałem: praca na dwa etaty, bo własna działalność, praca 24 godziny na dobę, praca po nocach, praca w świeta... Szaleństwo. Nie raz jadąc np. na jakiś montaż czy do klienta widziałem ludzi ...spacerujących, nigdzie niespieszących się, wyluzowanych, uśmiechnietych, pijacych spokojnie piwo... I często zastanawiałem sie w takich momentach: jest sobotnie popołudnie, niedziela... A ja gnam w pracy... Po co?
I często w tej pogoni zatracałem sie do tego stopnia, ze jadąc autem zauważałem NAGLE pozółkłe liście przy drodze. Jesień? Jak to? A kiedy była wiosna, kiedy było lato? Tak miałem...
W pewnym momencie - własnie z powodu "małych" problemów - zatrzymałem się.
Odpuściłem...
Żyję, źle nie jest, brak wielu motywacji jak wczesniej, ale mam wiecej spokojnych momentów w życiu, więcej radości mogę czerpać z każdego dnia, potrafie dostrzegać sens w wielu sprawach dotychczas marginalizowanych.
I mam więcej czasu na przemyślenia, na refleksje...
Więcej też mam czasu na obserwowanie innych i zauważanie, iż moment "katharsis" jeszcze daleko przed nimi...